70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Od kapłana do profana

Ekologia ma swoje dramatyczne upadki, ma swoich proroków, ale i wiarołomnych kapłanów, jednak – obojętnie, czy trzymająca się tylko nauki czy też podszyta wiarą – jest niezbywalną częścią nowoczesnej cywilizacji, pozwala jej zachować choć trochę równowagi między sztucznym a naturalnym.

Ekologia powoli staje się świecką religią naszych czasów. Może i dobrze, bo jakaż inna siła niż ludzka świadomość potrafi choć trochę powściągnąć rozbuchany przemysł produkujący coraz potężniejsze góry zanieczyszczeń, przekształcający coraz to nowe obszary kwitnącej dotąd przyrody w zatrutą pustynię? Jednak ona – będąc dzieckiem rozumu – nie godzi się ze swym pochodzeniem i granicami, krok za krokiem wślizgując się na grząski grunt wiary i metafizyki. Twardzi racjonaliści ufający, że – ich zdaniem – te przeżytki strachu i ignorancji będą się kurczyć i znikać w miarę postępów rozumnej wiedzy, otrzymują kolejny dowód, iż jest przeciwnie, że wiara (czasem nawet wiara w cokolwiek przynoszącego nadzieję) jest jedną z ważniejszych potrzeb ludzkiego umysłu. Trafnie, choć zapewne w sposób zupełnie niezamierzony, pokazuje to modny ostatnio film Avatar, gdzie ekologiczną utopią planety Pandora – której spokój i równowagę brutalnie, choć daremnie, usiłują zakłócić mieszkańcy zatrutej Ziemi – rządzi Eywa, ni to bezosobowe bóstwo, ni to wyższy rozum płci oczywiście żeńskiej, dbające nie tylko o człekopodobny lud Na’vi, ale także o każdą żywą istotę. Przypomina to wysuniętą w latach osiemdziesiątych paranaukową „hipotezę Gai”, wedle której biosfera ziemska (a w niej my, ludzie) nie tylko jest wewnętrznie powiązana, ale także tworzy rozumną (a przynajmniej cybernetyczną) sieć, wymienia się informacjami, dostosowuje do warunków, by zapewnić równowagę i dobrostan wszystkiego, co żyje. Nic, tylko ziemska Eywa, której jeszcze nie poznaliśmy, ale którą powinniśmy szanować, a pewnie i czcić. Nie dziw więc, że z „hipotezy Gai” – której, jak każdej wiary pozarozumowej, ani potwierdzić, ani obalić naukowo się nie da – czerpią pełnymi garściami wszelkie odłamy New Age i przeróżne sekty powstające w myśl nienowej zasady: „Kiedy człowiek przestaje wierzyć w Boga, skłonny jest uwierzyć w cokolwiek”.

Oczywiście ową Gaję (nazwaną tak od greckiej bogini Ziemi) zabić może zarówno kosmiczna katastrofa, jak i destrukcyjna działalność człowieka, ale wówczas wszelkie życie na naszej planecie też przestanie istnieć. Tak rozumiana ekologia ma swoje dramatyczne upadki (takich jak choćby niepowodzenie ostatniej konferencji klimatycznej w Kopenhadze), ma swoich proroków, ale i wiarołomnych kapłanów (jak ci, którzy naciągali dane klimatyczne pod z góry założoną tezę i pod własne programy badań), jednak – obojętnie, czy trzymająca się tylko nauki czy też podszyta wiarą – jest niezbywalną częścią nowoczesnej cywilizacji, pozwala jej zachować choć trochę równowagi między sztucznym a naturalnym. Czy jednak jest ona dziełem dopiero naszych czasów czy jest stara jak ludzkość, tylko cywilizacja europejska na dłuższy czas o niej zapomniała?

Gliniana matka

Kiedy mieszka się w Nowym Jorku, trudno nie wybrać się na karaibskie plaże meksykańskie. Urlopowy wypad do Cancun na półwyspie Jukatan jest tańszy od zwiedzania takich perełek Karaibów jak Wyspy Dziewicze czy Santa Lucia, nie wspominając już o dalekich Hawajach czy bliziutkich, lecz ekskluzywnych Bermudach. Za swoje niewielkie pieniądze spragniony relaksu Amerykanin (urlopy w Stanach Zjednoczonych są krótkie, trzeba więc je sprawnie wykorzystać) ma do dyspozycji nie lepszą ofertę. Cancun przypomina mocno stłoczoną dzielnicę Miami, choć położoną nad piękniejszym morzem z imponującą rafą koralową; wszystko ma tam być jak w Stanach Zjednoczonych, a Meksyk jest sprowadzony tylko do przeszkolonej i mówiącej po angielsku obsługi. Ci, których nudzi kursowanie między plażowym leżakiem a hotelowym barem, wybierają zwykle małą wycieczkę morzem na położoną niedaleko Wyspę Kobiet, czyli Isla Mujeres. Nie jest to zachęcające miejsce, odrzuca zwłaszcza przerośnięte i niechlujne miasteczko przy przystani. Ale gdy pojechać trochę dalej, można znaleźć zwalisty gliniany posąg rodzącej kobiety. Jest to Matka Ziemia Majów, a jednocześnie bogini płodności zwana Coatlicue. Nie jest oczywiście autentyczna – ulepiona została później – ale ludzie wierzą, że ułożenie się pomiędzy jej nogami z głową tuż obok główki rodzącego się dziecka przynosi szczęście i powodzenie: kobietom płodność, mężczyznom potencję. Przekonanie powielane na użytek turystów, bo kładą się prawie wszyscy, głównie Amerykanie, nawet dziadkowie, którym z dawnej potencji pozostały tylko mgliste wspomnienia. Obściskują słupowate nogi i gliniane piersi bogini, poklepują ją po masywnym zadzie.

To jest przecież starogrecka Gaja, a raczej Gea, najstarsza z bóstw antycznych, która zrodziła kolejno wszystkich bogów i potwory; jej synem, a potem kolejnym mężem był Uranos, którego pokonał i strącił z Olimpu przez nią również zrodzony Kronos, aż wreszcie – zawsze z jej niespożytego łona – przyszedł na świat Zeus, który pokonał wszystkich. To jest babilońska Isztar bądź Kybele z Azji Mniejszej, Artemida Wielopierśna z Efezu, indyjska Mahadewi albo Parwati, skandynawska Jörd – matka Thora. Wszędzie jest ona początkiem wszechrzeczy, rodzicielką ludzi i bogów, symbolizuje płodność zarówno ziemi, jak i każdej samicy, ale czasem nie tylko narodziny, ale również śmierć i zniszczenie; wtedy pokazuje twarz indyjskiej Kali równie namiętnej w miłości, jak w ucinaniu głów. Nic dziwnego, że misjonarze w dzisiejszym Peru, gdy napotkali kult inkaskiej Pachamamy, usiłowali ją utożsamić z Matką Bożą, by jakoś dotrzeć do świadomości krnąbrnych tubylców. Ale oblężona tutaj przez rozbawiony tłum Gaja dawno już zapomnianych Majów przypomina tylko własną niemoc i degradację: powinna ostrzegać cywilizację, która zmierza na manowce, a już tylko bawi i napędza klientów dostawcom piwa. Wokół kwitnie biznes, przeciskają się żebracy, wrzeszczą przekupnie, wiekowe babcie piszczą równie ochoczo jak młode dziewczyny, pstrykają aparaty, po bruku poniewierają się plastikowe kubki. Tak wygląda praktyczna realizacja „hipotezy Gai”. W przewodnikach piszą, że wyspa otrzymała nazwę w czasach konkwisty, gdy hiszpańscy najeźdźcy trzymali tutaj swoje nałożnice, ale może jednak wzięła się od tego oblężonego przez beztroski tłum posągu.

Jemu przecież poświęcamy Dzień Ziemi obchodzony w Stanach Zjednoczonych już od 40 lat w dniu wiosennej równonocy, a szybko, bo już od 1971 roku, zaakceptowany przez ONZ jako ogólnoświatowa impreza (od roku 1990 także w Polsce). Ma propagować ekologiczne podejście do naszej planety, co sprowadza się głównie do tego, że telewizja pokazuje w migawkach dzieci grzecznie zbierające śmieci albo sadzące drzewka. Niewiele więcej z tego wynika. W dodatku w Stanach Zjednoczonych na jego rzecznika wybrano aktora Leonarda di Caprio, który podkreśla swą męskość, poruszając się wielkim jak dom terenowcem spalającym tyle benzyny i wytwarzającym tyle smrodu co ze cztery zwyczajne samochody. W dodatku, kręcąc w Tajlandii swój film Niebiańska plaża, nieźle zapaskudził któryś z tamtejszych parków narodowych. A co więcej, w obchody włączył się przed trzema laty komunizujący prezydent Wenezueli Hugo Chavez, dolewając w majestacie ONZ miłej sobie ideologii. Dzięki tym wszystkim usiłowaniom Dzień Ziemi staje się równie skuteczny jak nieszczęsna Bogini Matka z Wyspy Kobiet.

Powrócisz do nauk Wielkiego Ducha!

Dzień równonocy jest też ważny dla północnoamerykańskich Indian, oczywiście bez oglądania się na czyjekolwiek uchwały; wystarczy im przekazywana z pokolenia na pokolenie pamięć. Nawet teraz, kiedy od reszty Amerykanów nie odróżnia ich ani strój, ani język. Nie prosi się wtedy Wielkiego Ducha o nic, ani o dobre zbiory, ani o pomyślność w polowaniu czy – co dziś najpotrzebniejsze – w biznesie nie zawsze legalnie prowadzonym w rezerwatach. Nie wznosi się nawet modłów dziękczynnych, jak czynić to powinni wyznawcy innych bogów i jak oni sami to czynią w swoich – zwykle protestanckich – kościołach. Kiedy przychodzi czas, że mogą poczuć się Indianami, pragną tylko – jak ich ojcowie – włączyć się w rytm świata. Tylko tyle albo aż tak wiele. Przecież właśnie człowiek ma dbać o harmonię istnienia, taka jest jego misja wskazana przez Wielkiego Ducha. Od ceremonii i rytuałów, w których powtarza gesty wykonywane od początku świata przez bogów i herosów, zależy wszak dalsza pomyślność i trwanie natury. Świat – pozornie martwy – jest organizmem żywym i nie wolno zostawić go bez opieki. Przyroda jest pełna niewidzialnych istot, które należy albo zjednywać, albo kontrolować za pomocą magii. Kosmos dzieli się na trzy części: ziemię ludzi czczoną jako Wielka Matka, niebiański świat Wielkiego Ducha i podziemny świat demonów. Pomiędzy światami odbywa się reinkarnacja i wędrówka dusz, dlatego nieraz nadaje się dzieciom imiona pochodzące jakoby z ich poprzedniego życia. Tak pracowicie powinniśmy wspierać naturę w jej trwaniu i cyklicznych przemianach.

To już mniej więcej wiedziałem z lektur lub z rozmów z ludźmi o indiańskich korzeniach, o których już tutaj kiedyś pisałem. Tak właśnie zastało mnie zaproszenie: może nawet nie zaproszenie, ledwie sugestia, że mógłbym wziąć udział w jednym z ich wiosennych obrzędów. Przystałem bez wahania, już przedtem byłem z nimi, wprawdzie sam się wprosiwszy, ale może teraz dowiem się czegoś nowego i fascynującego.

W tym samym niewielkim rezerwacie na północ od Nowego Jorku, gdzie już wcześniej trochę przez przypadek podejrzałem ich najzupełniej współczesny biznes koegzystujący ze starodawnym obrzędem inicjacji młodzieży, zostałem od razu zapędzony do rąbania grubych pni drewna.

– Jak to, nie macie piły łańcuchowej?

– To nie są zwykłe szczapy. Są do szałasu pary, trzeba ręcznie jak za dawnych czasów.

Zanim mnie zaproszono do wnętrza, zostałem okadzony jakimiś podejrzanymi ziołami, które milczący staruszek od dłuższego czasu spalał na węglach ogniska.

– Narkotyki? – spytałem z ciekawości.

– Coś ty? – prychnął ten, co mnie zaprosił. – To ceremonia odymiania, za jej pomocą oczyszczamy nasze pole energetyczne i wszystkie przedmioty potrzebne w szałasie. Żarzą się cedrowe drzazgi, szałwia i inne trawy.

Wreszcie – zamiast do porządnego wnętrza – mogłem wsunąć się w ciasnotę rozgrzanego szałasu pary. Widziałem już wcześniej tę drewnianą konstrukcję przykrytą trochę wyliniałymi od starości skórami, a trochę brezentem, bo widać, że na zwierza już nie polują jak przodkowie. Ale wtedy odmówiono mi udziału.

– Przecież tu odbywała się kiedyś ceremonia inicjacji, widziałem z zewnątrz…

– W szałasie pary ma miejsce każde oczyszczenie ciała i duszy – wyjaśniał mój przewodnik. – To jest symbol Wielkiej Matki, a we wnętrzu zasiadamy wszyscy, jako jej dzieci bez względu na wiek i pochodzenie.

Tkwiliśmy tak w gromadzie mężczyzn spoconych i rozebranych do majtek. Ktoś dokładał do ognia urąbanych przed chwilą polan i polewał wodą rozgrzane kamienie. Łaźnia jakaś?

– Wiem, co myślisz – odezwał się tamten znowu. – Tu nie chodzi o zewnętrzne obmycie, ale o związek z czterema żywiołami: siedzimy na ziemi, palimy ogień, wdychamy gorące powietrze, pocimy się wodą i nią polewamy kamienie. Ciasnota i zamknięcie to macica, gdzie oczekujemy na ponowne narodziny. Teraz zaciągnij się fajką.

– Pokoju?

– Bredni naczytałeś się o nas. To fajka modlitwy. Teraz nie gadaj, skoncentruj się w sobie, tu nie odklepujemy pacierza jak w kościele. Modlitwa to myśl i uczucia. Tak każdy ma odnajdywać swoją ścieżkę mocy. Tak chce Wielki Duch, Wakan Tanka albo inaczej Kicze Manitu. Ziemia nie jest niczyją własnością, pożyczamy ją od swoich dzieci – z pokolenia na pokolenie, dlatego nie wolno jej kalać ani znieważać…

Więc milczałem, pocąc się i z trudem powstrzymując krztuszenie dymem. Ścieżki mocy ani ponownych narodzin jakoś nie odnalazłem, widocznie nie nadaję się na Indianina. Tak przetrzymałem z godzinę albo i więcej. Na zewnątrz formował się taneczny krąg wokół drewnianego słupa.

– Też Matka Ziemia, to jest chciałem powiedzieć: Wielka Matka?

– Nie, to symbol środka świata.

Już chciałem włączyć się w krąg, ale powstrzymano mnie delikatnie.

– Nie we wszystkim jeszcze wolno ci wziąć udział. Ale nasze przepowiednie głoszą, że nadejdzie czas, kiedy Indianie i nie-Indianie powrócą do nauk Wielkiego Ducha. Synowie i córki białych ludzi zwrócą się ku rdzennym Amerykanom, wołając: „Nauczcie nas kroczyć przez życie w równowadze i chronić naszą Wielką Matkę”. Tak będzie i oby nie przyszło to zbyt późno.

Zielony Budda

Podobne były wierzenia dawnych Słowian, ale oczywiście nic nie pozostało z ich obrzędów. Czy rzeczywiście? Jak ważne były dla naszych praprzodków woda i ogień, jak kultowo je traktowali, można się przekonać, nie tylko czytając etnograficzne zapiski z XIX wieku, ale i obserwując dzisiejszą zmotoryzowaną i zeuropeizowaną wieś polską. Wprawdzie tylko najstarsi dziadkowie i babcie pamiętają, że nie należy na noc wygaszać ognia w piecu lub kuchennym palenisku, bo kolejne rozpalenie najlepiej zaczynać od żaru z poprzedniego dnia. Podobnie nie wolno znieważać ognia i wody przez splunięcie do paleniska albo do rzeki, nie wspominając już o załatwianiu do tej rzeki lub strumyka swoich potrzeb. Za to na Zielone Święta i w noc świętojańską nikogo nie trzeba namawiać do rozpalenia ognisk, i to wcale nie dlatego, że trzeba zrobić grilla. Nikt już nie pamięta, że ogień to oczyszczenie i warunek przeżycia w naszym klimacie. Więcej: kiedyś sam napotkałem starą kobietę, która wiosną zakazywała dzieciakom wbijania kołków do gruntu.

– Wiosną grzech bić ziemię; jest brzemienna, wypuszcza płód – żyto, kwiaty, wszelką trawę. Więc nawet orkę trzeba kończyć przed Zwiastowaniem. Kołków nie wbijać, nie grodzić, nawet patykiem nie trzepać po ziemi bez potrzeby – tłumaczyła potem.

Przecież to Gaja w całej jej płodnej krasie. A śmigus-dyngus… Przecież niegdyś była to nie tylko igraszka z pannami do oblania, ale także magiczny akt błagania o płodność i obfite deszcze tak potrzebne brzemiennej wiosną ziemi. Dzisiejsi żeglarze też wiedzą, że nie należy spluwać do morza.

Mieszkając w Tajlandii, napatrzyłem się na tamtejszy śmigus, o wiele bardziej gwałtowny, pierwotny i nieokiełznany niż nasz. Jest to przypadający zawsze w połowie kwietnia Songkran, będący jednocześnie początkiem buddyjskiego nowego roku. Miasta – podobnie jak u nas – zachowują cywilizowany umiar we wzajemnym oblewaniu, ale na wsi odbywają się prawdziwe bitwy na wodę z użyciem pomp i sikawek, z zaplanowanymi wcześniej wyprawami wodnych klanów przeciw sąsiadom. Gorzała też się leje przy tej okazji, ale to już zupełnie inna – bardziej współczesna – historia. Opisywałem rzecz już tutaj przed rokiem, więc teraz wystarczy. Songkran jest wszak początkiem wytęsknionej przez ryżowe pola pory deszczowej.

Przecież właśnie buddyzm, jako religia harmonii i poszanowania dla wszystkiego, co żyje, zalecająca umiar i wyzwolenie z zaborczych pragnień, powinien być też idealnie ekologiczny. Chociaż nie sposób w naukach Oświeconego znaleźć takich słów jak „środowisko naturalne” czy nawet „Matka Ziemia”, to ludzie Zachodu próbują uczyć się stamtąd świadomości ekologicznej i szukają wskazówek do życia w zgodzie z naturą. Wiele w nich mogą znaleźć. W jednym ze swoich wczesnych kazań zwanym Sutrą ognia Budda powiada, że świat bezustannie „płonie w ogniu” naszej pożądliwości, łapczywości na dobra doczesne, które chcemy mieć do wyłącznego użytku. Nasze codzienne działania jeszcze bardziej podsycają ten niszczący płomień. Świat spala się, marnieje, zmienia w pustynię, bo jego temperatura powoli rośnie aż do groźby zniszczenia; w sam raz dla dzisiejszych zwolenników katastrofalnego ocieplenia klimatu! W innym kazaniu przestrzega przed trzema niszczącymi truciznami: niewiedzą, pożądaniem i gniewem. Są one głównymi źródłami cierpienia. Wszystko jest współzależne od siebie, nic nie istnieje oddzielnie. Ot i już mamy spójny światopogląd ekologiczny. Nie zadawaj nikomu cierpienia: ani ludziom, ani zwierzętom, ani przyrodzie.

Pouczające jednak byłoby przyjrzenie się temu, jak w krajach buddyjskich rzeczywiście wygląda środowisko naturalne, niestety, nie jest to obraz pocieszający. Dominuje brud i stosy niewywożonych odpadków. Piękne plaże Tajlandii, Sri Lanki i Wietnamu zalegają stosy plastikowych torebek, papierów i wyrzuconych sprzętów. Sprząta się tylko tam, gdzie pokazują się zachodni turyści i sypią swoim groszem. Laos i Kambodża to najmniej pocieszający obraz, ale też są to kraje najbiedniejsze. W Birmie i Bhutanie jakby czyściej, ale może dlatego, że wszelka turystyka jest tam dopiero w powijakach. Pouczające są dzieje tajskiego święta Lai Kratong – które też tutaj opisywałem – polegającego na spławianiu czegoś w rodzaju naszych wianków świętojańskich, tylko że późną jesienią, pod koniec pory deszczowej. Dawniej do wyrobu „kratongów” używano szybko rozkładających się w wodzie palmowych klocków, potem ludzie nawet w najmarniejszej wiosce zobaczyli, że najprostszy i dający dobrą wyporność jest dostępny wszędzie styropian. Od paru dziesiątków lat rzekami i kanałami spływają do morza, zatykają przepusty i na długo zaśmiecają plaże miliony styropianowych, niezniszczalnych odpadków. Nie pomagają apele ani władz, ani buddyjskich autorytetów.

Niech więc świątobliwi mnisi dbają w swoich klasztorach, aby nie rozdeptać byle robaczka, by nie sprawiać cierpienia naturze. My i tak zrobimy swoje. Tak płynie mądrość od kapłana do profana, ale po drodze rozpływa się, marnieje jak kratongi w sieci strug i kanałów. Przecież my, ludzie – pod każdym niebem – jesteśmy tak samo leniwi i grzeszni, o czym najlepiej wiedzą kapłani wszelkich religii.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata