70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Między panem, wojtem a plebanem. Spór o odzyskiwanie majątków

Problem odzyskiwania dóbr odebranych przez rządy komunistyczne prawowitym właścicielom wciąż nie został w Polsce rozwiązany – i to zarówno na poziomie zasad, jak i praktyki sądowej. Stan ten sprzyja niejasnościom, a nawet wynaturzeniom.

W ostatnich latach pod adresem rządowo-kościelnej Komisji Majątkowej zajmującej się odzyskiwaniem utraconych dóbr Kościoła  padały zarzuty (najwięcej kontrowersji budzą poszczególne przypadki rekompensat), które nadszarpnęły i nadszarpują jego autorytet. W poczuciu odpowiedzialności za Polskę i Kościół, które w tym samym stopniu borykają się z fatalną  schedą lat komunistycznego bezprawia, uznaliśmy, że ta sprawa powinna trafić na łamy „Znaku”. Zwróciliśmy się do kilku Autorów, reprezentujących różne środowiska i strony sporu, aby przedstawili własny punktu widzenia. Prosiliśmy o komentarz rzecznika Konferencji Episkopatu Polski ks. Józefa Klocha, ale wyjaśnił, że przestał zabierać głos na ten temat. Publikowane poniżej teksty pokazują wagę problemu i konieczność uczciwej debaty na ten trudny temat. Tylko ona może usunąć „kamień potknięcia”.

 

PRAWO I WYDZIEDZICZENIE

Zbigniew Baran

tyle dźwigamy naszych ojczyzn

na jednym grzbiecie jednej ziemi

lecz ta jedna jedyna której strzeże

liczba najbardziej pojedyncza

jest tutaj gdzie cię wdepczą w grunt

lub szpadlem który twardo dzwoni

tęsknocie zrobią spory dół

Zbigniew Herbert, Odpowiedź

W ostatnich latach doszło do wielu wydarzeń, które pokazują w dwuznacznym świetle działania rządowo-kościelnej Komisji Majątkowej. Na marginesie bulwersującej decyzji Komisji, na mocy której Stowarzyszenie Pomocy dla Bezdomnych im. św. Brata Alberta (działające przy zgromadzeniu sióstr albertynek) otrzymało  ziemię w Łopusznej, należącą przed 1945 rokiem do rodziny Lgockich/Kietlińskich, pisał Marian Tischner:

Dziwi fakt powołania do życia rządowo-kościelnej Komisji Majątkowej zajmującej się przede wszystkim regulowaniem majątków i finansów odebranych Kościołowi. Dlaczego nikt nie przejmuje się regulowaniem bezprawnie zagarniętego majątku prawowitym dziedzicom? Dlaczego dokonuje się rekompensaty Kościołowi za mienie zagrabione przez komunistów kosztem zlikwidowanych majątków osób prywatnych? Jestem przekonany, że zakony, które otrzymują rekompensatę w postaci ziemi, czują, że coś jest nie „w porządku”, bo szybko i bez rozgłosu ziemię tę sprzedają, w myśl powiedzenia „lepszy wróbel w garści niż kanarek na dachu”. Jakim prawem przedsiębiorca kupujący w ten sposób ziemię od instytucji kościelnej staje się legalnym właścicielem podlegającym wpisowi do ksiąg wieczystych, skoro prawowici spadkobiercy żyją?[1]

List ten  poprzez nadany przez redakcję tytuł Przez złe przepisy niszczeje dwór nie do końca oddaje – według mnie – właściwą intencję adresata. W przypadku dworu w Łopusznej nie można bowiem stwierdzić, że podlega on dewastacji, gdyż dzięki znajdującemu się w nim oddziałowi Muzeum Tatrzańskiego zachowany jest w nie najgorszym stanie.

Większość dworów w Polsce zniszczono w czasie panowania prawa (w rzeczywistości bezprawia) PRL-u, ale też ogromna ich liczba została zrujnowana w okresie tzw. transformacji, kiedy państwo ze wszystkimi jego władzami: ustawodawczą, administracyjną i sądowniczą, nie zdołało się faktycznie zmierzyć z ciążącym na RP problemem zwrotu własności rodowej – ziemskiej – właścicielom i rozwiązać go. Dwór określają nie tylko mury lub modrzewiowe bele w otoczeniu parkowym, ale nade wszystko prawowita rodzina wraz z jej duchową i materialną kulturą. W jakże serdecznie spisanych Wspomnieniach szczęściarza  Jacek Woźniakowski  dzieli się z czytelnikami szczęściem i powojennymi trudnymi zmaganiami swojej rodziny, której promieniowanie na naszą kulturę (tak jak i innych patriotycznych rodów polskich) było i jest zauważalne. Nie da się żywych ludzi zastąpić muzeum. Profesor Woźniakowski stawia ludzi i spotkania z nimi wyżej niż bezcenne archiwum i zbiory rodu Pawlikowskich, którymi szczyci się w rodzinnej willi „Pod Jedlami” na zakopiańskim Kozińcu. Czy jesteśmy w stanie przywrócić przerwaną ciągłość? Czy dwór polski to już tylko skansen lub intratna potencjalnie nieruchomość dla nowobogackich? W przeszłości rodzimy dwór spełniał publicznie różne role, i te szlachetne, i te mniej szlachetne, ale bez niego nie wykształciłaby się lokalna społeczność; był – przypomnijmy – niejednokrotnie kuźnią talentów i inwencji w dziedzinie ekonomii i kultury, dawał wreszcie przykład dobrze pojętego „solidaryzmu społecznego”. Do tych idei w sposób nowoczesny odwoływali się zarówno ks. Józef Tischner, jak i Mirosław Dzielski, których  domy w Łopusznej nie tylko służyły intelektualnemu skupieniu, lecz były również miejscem otwartych spotkań, określanych pięknie „gorczańską przestrzenią dialogu”.

Dlaczego prawowici właściciele ziemscy są nadal dyskryminowani? Dlaczego nie otrzymali takich samych praw do ziemi i utraconego majątku, jakie przyznano wspaniałomyślnie Kościołowi katolickiemu? Komunistyczne władze doskonale zrozumiały, że bez stabilizacji prawnej Kościoła katolickiego i przywrócenia mu bezprawnie zagarniętego majątku nie ma szans na bezkrwawe zmiany w kraju. Dlatego też w burzliwym roku 1989, 17 maja, uchwaliły zasadniczą ustawę o stosunku państwa, wtedy „ludowego”, do Kościoła katolickiego. Należy bezsprzecznie przyznać, że obowiązująca do dzisiaj ustawa na zasadzie wyjątkowej reguluje relacje państwa i Kościoła, łamiąc tym samym fundamentalną zasadę równości zapisaną w konstytucji. Postulowana w ustawie  idea „ładu społecznego” uległa paradoksalnie petryfikacji, gdyż nie została sprawiedliwie rozciągnięta  z właściwą konsekwencją – już w naszej Rzeczypospolitej Polskiej – na wszystkich obywateli. Stąd jak memento brzmią postawione w otwartym liście pytania prof. Mariana Tischnera.

Czy nie powinien na nie odpowiedzieć w sumieniu każdy katolik, jako członek chrześcijańskiej wspólnoty? Czy praktyki tego rodzaju zgodne są z Dekalogiem, z zasadami społecznej sprawiedliwości,  regułami cywilizowanego prawa? Ktoś powie: jest przecież rządowy projekt o rekompensatach. Radzę się z nim zapoznać i poddać go rzeczywistej, publicznej dyskusji. W obecnej wersji nic nie wnosi, nie ma w nim należytej precyzji, gubi się w sprzecznościach i pustych słowach.

Najwyższa pora, by – bez gniewu i uprzedzenia, ale z poczuciem najwyższej odpowiedzialności – podjąć te trudne kwestie. Po pierwsze, zastanowić się, jak zadośćuczynić bezprawnie wydziedziczonym przez komunistyczny system właścicielom. Po drugie,  jak naprawić zło wyrządzone przez rządowo-kościelną Komisję Majątkową, które dokonuje się w wolnej Polsce i rzuca cień na Kościół – instytucję równie dotkliwie pokrzywdzoną przez komunistyczny system jak byli właściciele ziemscy.

 


[1] „Gazeta Krakowska”,  25 X 2008.

MAGDALENA CZERWOSZ

Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie.

(Ewangelia św. Mateusza 6, 24)

W artykule Zbigniewa Barana oraz w cytowanym przez autora fragmencie listu Mariana Tischnera wybijają siędwie kwestie: zwrócenie majątku wszystkim, którym państwo bezprawnie go zagarnęło (bez dzielenia pokrzywdzonych na mniej i bardziej ważnych), oraz ocena trybu i efektów pracy Komisji Majątkowej dokonującej zwrotu nieruchomości zamiennych Kościołowi katolickiemu.

Pierwsza kwestia rodzi pytanie: czy tylko Kościoły lub związki wyznaniowe zasługują na sprawiedliwość i zadośćuczynienie? To początek problemów, również w kategoriach praktycznych – bo skąd brać nieruchomości, skoro prawie nie ma już wolnych działek, które można by oddać wprost i od razu? Odebranym kiedyś majątkiem zawsze ktoś gospodaruje, bądź jako właściciel, bądź jako dzierżawca.

Na ocenę prac Komisji Majątkowej mają wpływ głównie bulwersujące opinię publiczną zwroty nieruchomości opisywane przez prasę. Działająca od dziewiętnastu lat Komisja uregulowała już rzetelnie ogromną liczbę spraw, ale wystąpiło też sporo przypadków pozytywnego rozpatrzenia wniosków opracowanych nieudolnie, niedbale, źle, a może nawet – nieuczciwie. Jak mogło do tego dojść?

Na początku jest „dziurawe prawo”, które zawsze prowadzi do nadużyć i afer. Ustawodawstwa dotyczącego zwrotu majątku nie dostosowano do nowej konstytucji; zupełnie nie uwzględniono na przykład powstania samorządu terytorialnego, który przejął od państwa część kompetencji. To właśnie jednostki samorządowe, odpowiadając za zdrowie, oświatę, transport, ochronę środowiska i wiele innych dziedzin, sprawują pieczę nad dużym i różnorodnym mieniem. Tymczasem samorząd, będąc rzeczywistym włodarzem mienia, nie jest reprezentowany w Komisji Majątkowej!

Dwunastoosobowa Komisja decyduje o majątku wielomilionowej wartości, a tym samym o losie nieznanych sobie ludzi i instytucji, ponad głowami zainteresowanych tym organów. Oddalona często o setki kilometrów od miejsca, którego dotyczy wniosek, podejmuje decyzje gospodarcze w tajemnicy, ignorując lokalną rzeczywistość.

W dodatku pewna grupa osób wykorzystała tryb prac Komisji Majątkowej do własnej działalności zarobkowej. Toczy się w tej sprawie śledztwo i jest prawdopodobne, że postawione zarzuty pokażą, jakiego rodzaju była to działalność. Ostatecznie, może się okazać, że wszystko było… zgodne z prawem („dziurawym” prawem – ale prawem). Nie wszystko jednak, co z nim zgodne, jest uczciwe i dobre.

Sprawa Komisji Majątkowej jest wyjątkowa, bo, po pierwsze, dotyczy naszego Kościoła, po drugie – moralnego wymiaru jej działalności. Zgorszenie jest tak duże, że wszystko jedno, czy kontrowersje dotyczą dziesięciu procent rozpatrywanych wniosków, czy też chodzi o pół procenta. Problem polega na nieustannym gorszeniu ludzi obserwujących, że nieuczciwość popłaca. To jest najgorsze zło, a jego skutków nie muszę tu chyba opisywać. Wystarczy zapytać: jak wychowywać dzieci?

Mówi się potocznie, że milczenie jest przyzwoleniem, i dlatego brak publicznej reakcji ze strony Kościoła i polityków jest sygnałem, że dalej można działać bez zmian. Jest oczywiste, że każdy człowiek grzeszy na własny rachunek, ale jeśli któryś z ważnych przedstawicieli Kościoła zawini choćby zaniedbaniem, ludzie zwykli obarczać za to winą cały Kościół. Za bogacenie się podczepionej do Komisji niewielkiej grupki osób wini się go tym bardziej.

A oto przykłady:

W Łopusznej (woj. małopolskie) Komisja Majątkowa przekazała Stowarzyszeniu Pomocy dla Bezdomnych im. św. Brata Alberta (jest to kościelne stowarzyszenie działające przy zakonie albertynek) oraz Zgromadzeniu Sióstr św. Elżbiety ziemię należącą przed 1949 rokiem do rodziny Lgockich/Kietlińskich (potomków Tetmajerów). O odzyskanie tych terenów – zrabowanych przez państwo z pogwałceniem wszelkich praw, nawet dekretu o reformie rolnej z 1944 roku – prawowici właściciele starają się od 1989 roku. W księgach hipotecznych znajdowała się stosowna informacja o toczącym się postępowaniu w sprawie zwrotu. Nie powstrzymało to jednak Komisji Majątkowej i teraz wpis do hipoteki chroni już własność nowego właściciela, który kupił ziemię od albertynek i elżbietanek. Również gmina od wielu lat czekała na uregulowanie kwestii własności. Chciała nawet odkupić od sióstr część ziemi dla bardzo potrzebnych lokalnych inwestycji. Władze gminy, natychmiast gdy tylko dowiedziały się o przekazaniu ziemi siostrom, złożyły im ofertę kupna. Wójt z goryczą mówi, że nie otrzymał żadnej odpowiedzi.

Z kolei w warszawskiej dzielnicy Białołęka Komisja przekazała Zgromadzeniu Sióstr św. Elżbiety 47 hektarów ziemi w zamian za jego dobra utracone pod Poznaniem. Siostry teren sprzedały natychmiast za 30,7 miliona złotych – dokonaną przez pełnomocnika sióstr wycenę przyjęła Komisja Majątkowa, mimo że nie zgadzała się z nią Agencja Nieruchomości Rolnych, która zarządzała terenem, zaś Komisja Arbitrażowa Polskiej Federacji Stowarzyszeń Majątkowych po zbadaniu wyceny uznała ją za niezgodną z prawem. Rzeczoznawcy nie uwzględnili bowiem zapisów studium zagospodarowania przestrzennego i uznali tereny białołęckie za rolne, podczas gdy studium przewiduje na nich budownictwo mieszkaniowe. Winę rzeczoznawców Komisji Majątkowej potwierdziła komisja odpowiedzialności zawodowej przy Ministerstwie Infrastruktury i nałożyła na nich karę nagany, od której złożyli odwołanie. (Mieli szczęście, że ich odwołania nie rozpatrywała komisja o uprawnieniach Komisji Majątkowej, bo wtedy nie mogliby się nawet bronić. Od jej orzeczeń nie ma bowiem odwołania). Władze Białołęki, twierdząc, że przekazane zakonowi działki warte są około 240 milionów złotych, złożyły doniesienie do prokuratury.

I trzeci przykład: w miejscowości Wyry (woj. śląskie) spółka Bradus odkupiła od sióstr elżbietanek 3 hektary ziemi za jedyne 990 tysięcy złotych i jednocześnie stała się właścicielem znajdującej się na tam hurtowni wartej 6,5 miliona złotych. Jej właściciele przygotowywali się dopiero do zakupu działki, którą dzierżawili od wielu lat. Decyzją Komisji Majątkowej zostali po prostu zrujnowani, gdyż właścicielem ich hurtowni stała się nieoczekiwanie inna spółka (informację tę podaję za „Magazynem Ekspresu Reporterów” TVP z 14 kwietnia 2009 roku). Wybierając teren w Wyrach, Komisja Majątkowa nie interesowała się, co się na nim znajduje. To znamienne, że Komisja nie sprawdza, jakie są wcześniejsze i późniejsze losy majątku, który wybiera z ewidencji gruntów Skarbu Państwa. Co dziwniejsze, Kościół w takich przypadkach również się tym nie interesuje. Dotychczasowi właściciele hurtowni, którzy prawdopodobnie wygrają sprawę dopiero w sądzie, nie mogą wyjść ze zdumienia, że coś takiego w ogóle jest możliwe. Kto im zwróci stracone zdrowie, siły i wiarę w uczciwość?

 

Chwały nie przysparzają też Kościołowi spekulacje na temat powiązań towarzysko-rodzinnych osób z kręgów biznesu, Komisji i samego Kościoła. Doniesienia prasowe o kolejnych zwrotach zaczynają nużyć jednorodnością. Powtarzają się nazwy zakonów i nazwiska kupujących, a pełnomocnikiem jest zawsze ta sama osoba…

Wracają pytania:

Po co przydzielać nieruchomość zamienną, której Kościół nie potrzebuje i którą chce sprzedać? Może lepiej byłoby przydzielać ją tylko dla potrzeb kultu religijnego lub na działalność charytatywną, a w pozostałych wypadkach wypłacać odszkodowanie? Paradoksalnie, takie rozwiązanie mogłoby okazać się również tańsze.

Jak to jest, że różni „biznesmeni” samodzielnie wyszukują grunt i załatwiają jego wycenę, po czym wskazują go Komisji Majątkowej, a Komisja, w praktyce, właściwie im ten grunt daje? Czy rzeczywiście nikt nie kontroluje działalności członków Komisji? Traci Skarb Państwa, zarabia wyłącznie kupujący. Kościół wprawdzie nie zarabia, ale traci dobrą opinię. Domyślam się, że odsprzedawanie bez zysku miało oddalać podejrzenia o pazerność i chciwość. Tych jednak nie udało się uniknąć.

Nie zdarzyło się jeszcze, aby wyegzekwowaną ziemię którykolwiek zakon lub parafia odsprzedały gminie w celu zaspokojenia potrzeb lokalnej społeczności. Najczęściej jest wręcz przeciwnie: plany nowych nabywców stoją w rażącej sprzeczności z interesami mieszkańców. To również jest jeden z wymiarów zła, które powstało w wyniku działania Komisji.

Obecnie najważniejsza jest odpowiedź na drugie pytanie postawione przez Zbigniewa Barana, które proponuję nieco przeformułować: w jaki sposób można zatrzymać wyrządzanie dalszego zła i naprawić zło, które wyrządziła Komisja Majątkowa?

Moim zdaniem, należy zacząć od ujawnienia pełnej prawdy o tym, co się stało. Jeśli tego się nie zrobi, zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że osoby z byłej SB mają „haki” na hierarchów Kościoła i dlatego wolno im robić dowolne interesy pod jego osłoną. Trzeba ujawnić, kto, komu, w jaki sposób i dlaczego polecił jako „skutecznego” pełnomocnika człowieka, który przez znaczną część swego życia należał do formacji czynnie prześladującej Kościół. Ponieważ w oczach opinii publicznej pozostaje on nadal uosobieniem wrogów Kościoła katolickiego w Polsce, wykorzystywanie jego właśnie osoby do załatwiania interesów majątkowych Kościoła jest koronnym argumentem w twierdzeniach, że w Kościele cel uświęca środki.

Należy również ujawnić, gdzie i na jaką kwotę Komisja wyceniła nieruchomości – a także, dla porównania, jak wyceniły je gminy, a jak eksperci.

Co jednak począć ze sprawami z przeszłości „budzącymi wątpliwości”? Niedobrze by było, gdyby głos zabierał tylko prokurator. Czy można cofnąć powzięte decyzje? Czy mamy się z tym złem pogodzić?

 

Myślę, że nawet „szeregowi” bracia i siostry zakonne nie zdają sobie sprawy, w jak dużym stopniu społeczeństwo obarcza ich winą za zło związane z działalnością Komisji Majątkowej. Duchowieństwo w pewnych kwestiach sprawia wrażenie zupełnie odizolowanego od życia świeckiego. Byłoby dobrze, aby w sprawie Komisji Majątkowej nasze „dwa światy” spotkały się w przestrzeni publicznej, bo my ciągle czekamy na jakąś wypowiedź, potępiającą obecną nieuczciwość. W tym samym czasie przedstawiciele Kościoła mówią o krzywdzie sprzed lat i nowej nagonce na Kościół…

Czy na pewno wszyscy widzą, jakie błędy lub nieprawidłowości zostały popełnione przez Komisję Majątkową i jak wpływają one na życie społeczne? Pomyślmy, czy nie za łatwo usprawiedliwiamy tych, którzy „załatwiają” sobie różne dobra? Jeżeli siebie określamy mianem ludzi uczciwych, katolików czy sami skorzystalibyśmy z podobnej okazji? Czy widzimy w tym zło? A jeśli nawet tak, to czy możemy wymagać od tych, którzy „kupili”, aby anulowali te wątpliwe „transakcje”. Zbyt naiwne? Niemożliwe do przeprowadzenia?

Polska uważana jest za państwo o wysokiej korupcji, którą tłumaczy się destrukcyjnym wpływem zaborów, okupacji i komunizmu. Kiedyś wybudowanie kościoła wbrew władzom, po kryjomu, „wewnątrz stodoły” uważane było za czyn heroiczny i święty. Towarzyszyło mu (dla bezpieczeństwa) ukrywanie decyzji finansowych. Ale to już przeszłość. Mamy dziś własne państwo, które powinno być wolne od takich patologii.

Kościół jest powołany do wskazywania właściwej drogi wszędzie, również w życiu publicznym. Czy zechce z tego skorzystać, ujawniając złożony mechanizm, który doprowadził do tego, że wyniki pracy Komisji Majątkowej sieją publiczne zgorszenie?

 

Ostatecznym celem jest zlikwidowanie pierwotnej przyczyny tego, co się stało. Metodą niech będzie szeroka dyskusja o sposobie zarządzania majątkiem ziemskim Kościoła. Czemu zarząd ten pozostaje tak anachroniczny i tak biernie poddaje się różnego typu naciskom i manipulacjom?

Jak kontrolować zarząd majątku kościelnego?

Znacznie rzecz upraszczając, można powiedzieć, że ludzie boją się narazić Kościołowi, jako instytucji opiniotwórczej i takiej, która osoby wierzące może nawet ekskomunikować. Pełniący funkcje administracyjne księża często wyposażeni są w dużą władzę świecką. Gdy ksiądz źle tej władzy używa, a ludzie widzą w nim zawsze wyłącznie kapłana, nie chcąc, w swym mniemaniu, zgrzeszyć, zgadzają się z jego wszystkimi, nawet najgłupszymi, decyzjami.

Zarządzania finansami, ziemią, ludźmi, majątkiem nie da się połączyć z funkcją „zarządcy dusz”. Zamiast tego trzeba korzystać ze sprawdzonych w świecie procedur i mechanizmów kontroli: zatrudniania świeckich fachowców, wprowadzenia kadencyjności funkcji, zasady wybieralności i odpowiedzialności przed parafianami. Niezbędne jest też doprowadzenie do stanu transparentności stosunków majątkowych Kościoła.

Gdyby od decyzji Komisji Majątkowej istniał tryb odwoławczy, a jej decyzje (dziś raczej: wyroki) nie zapadałyby w tajemnicy, to w demokratycznym kraju z wolną prasą nie doszłoby może do tak skandalicznych decyzji jak wyżej opisane, Kościół zaś nie byłby podejrzewany o to, że „dwom panom służy”.

MAGDALENA CZERWOSZ, radna Miasta Stołecznego Warszawy, przewodnicząca Rady Osiedla Saska Kępa.

27 000

Ziemia obiecana

KRZYSZTOF MĄDEL SJ

Marznąc w styczniowym mrozie 1077 roku pod bramą Canossy cesarz Henryk IV miał sporo czasu, żeby przemyśleć swój stosunek do Kościoła. Cztery lata wcześniej wysłał do nowo wybranego papieża Grzegorza VII długi list, w którym prosił go o wybaczenie grzechów, w tym „uzurpowania sobie prawa do dóbr kościelnych i sprzedawania kościołów ludziom niegodnym, przesiąkniętym żółcią symonii”, później jednak wielokrotnie kwestionował papieski autorytet, otwarcie forsował własnego kandydata w czasie przeciągających się wyborów biskupa Mediolanu, a w 1076 roku zwołał synod biskupów w Worms, który miał doprowadzić do depozycji samego papieża. W odpowiedzi Grzegorz ekskomunikował Henryka, zwalniając tym samym wszystkich jego wasali z okazywania mu posłuszeństwa.  Pół roku później upokorzony Henryk boso i we włosienicy stanął przez papieżem w Canossie. Grzegorz przyjął go dopiero po trzech dniach i podczas wspólnej mszy uwolnił od nałożonych kar. Późniejsze intrygi salickiego monarchy każą jednak wątpić w szczerość jego pokuty. W kościelnych annałach panowanie Henryka IV utożsamiane jest z najgorętszym okresem sporów o inwestyturę.

Współczesne obrachunki państwa z Kościołem w krajach pokomunistycznych cechuje podobna dwuznaczność. Od z górą dwudziestu lat każda ze stron cierpliwie artykułuje swoje roszczenia, powołując się przy tym na wspólne ustalenia prawne i tę samą dziejową sprawiedliwość, a mimo to problemów czekających na rozwiązanie jakby wcale nie ubywa, tam zaś, gdzie w końcu udaje się to rozwiązanie znaleźć, media raz po raz znajdują powody, żeby je przedstawić w atmosferze skandalu. Sprawy majątkowe należą tu do najgorętszych.

Suma nieszczęść

Po drugiej wojnie światowej wszystkie Kościoły i związki wyznaniowe w krajach objętych wpływem Związku Radzieckiego doznały, prócz represji i prześladowań, poważnych strat materialnych. Na ziemiach polskich pierwszych rekwizycji kościelnych dóbr dokonał PKWN, przejmując na mocy dekretu o reformie rolnej z 6 września 1944 roku kościelne działki leśnie o powierzchni powyżej 25 hektarów wraz ze stojącymi na nich budynkami. Dekret polskiego Sejmu o ustroju rolnym i osadnictwie na ziemiach zachodnich i północnych z 6 września 1946 roku przekazał wszystkie majątki kościelne leżące na tamtym terenie Państwowemu Funduszowi Ziemi, zaś ustawa z 20 marca 1950 roku o przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki w podobny sposób potraktowała wszystkie inne majątki kościelne, przekazując je państwowemu Funduszowi Kościelnemu, z pozostawieniem biskupom i parafiom prawa do posiadania gospodarstw rolnych do 50 hektarów (w województwach pomorskim, poznańskim i śląskim do 100 hektarów), seminariom do 20 hektarów i klasztorom do 5 hektarów[1].

Koncesja na zatrzymanie części ziemi, podobnie jak możliwość zatrzymania w rękach kościelnych części budynków stojących na skonfiskowanych ziemiach, była wynikiem ustępstwa, jakie episkopat wymógł na rządzie w trakcie długich negocjacji, zakończonych 14 kwietnia 1950 roku podpisaniem porozumienia. Jego treści w praktyce administracyjnej i sądowej nigdy do końca nie respektowano. Konfiskaty w wielu wypadkach były zupełne. Według szacunków zestawionych przez Marcina Przeciszewskiego Kościół katolicki stracił tym okresie od 90 do 155 tys. hektarów ziemi, zachowując 32,5 tys. hektarów ziemi ornej, głównie w posiadaniu parafii (30 tys.) lub zakonów[2].

Szereg dalszych aktów prawnych ograniczył bądź całkowicie uniemożliwił aktywność zakonów i stowarzyszeń kościelnych na polu społecznym. Ustawa z 28 października 1948 roku o zakładach społecznych służby zdrowia upaństwowiła kościelne szpitale, a kolejna z 8 stycznia 1951 roku umożliwiła przejęcie kościelnych aptek. Dwie inne ustawy przekazały pod państwowy zarząd placówki opiekuńcze prowadzone przez kościelną Caritas, a w końcu likwidowały także kościelne stowarzyszenia i fundacje, nacjonalizując ich majątek.

W okresie stalinowskim i później konfiskowano kolejne nieruchomości, zwłaszcza te należące do likwidowanych struktur oświatowych Kościoła. Częściowej podstawy do konfiskat na ziemiach zachodnich dostarczyło osobliwe orzeczenie Sądu Najwyższego odmawiające Kościołowi rzymskokatolickiemu publicznej podmiotowości prawnej (grudzień 1959). Status majątkowy nieruchomości kościelnych na tamtych terenach został uregulowany dopiero na fali gierkowskiej odwilży w roku 1971.

Ten przejmujący krajobraz rewolucyjnego spustoszenia warto uzupełnić wzmianką o stratach poniesionych przez polski Kościół w dobie absolutyzmu.  Kościół starał się rewindykować tamte straty w okresie dwudziestolecia międzywojennego i robił to na tyle skutecznie, że w chwili wybuchu drugiej wojny światowej był właścicielem blisko 383 tys. hektarów ziemi, co stanowiło 9,6 proc. ówczesnej powierzchni kraju, jednak jeszcze większej części swego dawnego majątku (404,5 tys. hektarów) nie odzyskał nigdy.

Po odzyskaniu suwerenności podstawę do restytucji kościelnego majątku dostarczyły: ustawa o stosunku państwa do Kościoła katolickiego przyjęta przez polski Sejm 17 maja 1989 roku i później wielokrotnie nowelizowana, zezwalająca na zwrot nieruchomości przejętych przez państwo z pogwałceniem ówczesnego prawa bądź bez jakiegokolwiek tytułu prawnego, a także rozporządzenia szefa Urzędu Rady Ministrów z 8 lutego i 21 grudnia 1990 roku regulujące tryb pracy kościelno-rządowej Komisji Majątkowej. Odrębne akty podejmowane przez  Sejm w latach 1991–1998 umożliwiły powołanie czterech Komisji Regulacyjnych rozpatrujących roszczenia restytucyjne innych Kościołów chrześcijańskich oraz gmin żydowskich.

Z odpowiedzi na interpelację poselską udzielonej 5 stycznia 2007 roku przez Jarosława Zielińskiego, sekretarza stanu w MSWiA, wynika, że Komisja Majątkowa przyjęła łącznie 3063 wnioski o wszczęcie restytucji, z czego do 1 listopada 2006 roku większość z nich rozpatrzono (274 nadal pozostawało w toku), Komisja Regulacyjna ds. roszczeń Kościoła ewangelicko-augsburskiego przyjęła podobnych wniosków 1200 (360 nadal czekało na rozpatrzenie), komisja ds. Związku Wyznaniowego Gmin Żydowskich – 5544 wnioski (rozpatrzono 1131), komisja ds. Polskiego Kościoła Autokefalicznego – 472 wnioski (263 w toku), wreszcie Międzykościelna Komisja Regulacyjna – 168 wniosków (117 nadal w toku).

Liczby te nie oddają napięć związanych z działalnością pięciu komisji, a zwłaszcza pierwszej z nich, powołanej najwcześniej i obsługującej największy z Kościołów. Zgodnie z ustawą komisja ta zakończyła przyjmowanie wniosków restytucyjnych już z końcem 1992 roku – mimo to wciąż rozpatruje 253 z nich (stan z lipca 2009). Oba te fakty budzą niezadowolenie strony kościelnej, zarówno osób prawnych, które od dwóch dekad nie mogą się doczekać rozstrzygnięcia swoich spraw, jak i tych, które w gorącym okresie przemian ustrojowych nie podołały wymogom formalnym, tracąc tym samym szanse na odzyskanie choćby drobnej części majątku. Różny czas powoływania poszczególnych komisji oraz różnice w kadencji prawa sprzyjały tym podmiotom, które mogły składać wnioski później, gdyż to pozwoliło im na lepsze ich przygotowanie. Z tych powodów Kościół katolicki może się czuć nieco pokrzywdzony przez ustawodawcę, który nie uwzględnił także innej, bardziej dotkliwej nierówności, tej mianowicie, jaka zachodzi między całkowicie bezprawnym działaniem totalitarnego państwa wobec niewielkich i często mało samodzielnych pod względem prawnym podmiotów kościelnych a nałożonym później na te podmioty obowiązkiem wystąpienia z szybką, prawidłową i dobrze uzasadnioną inicjatywą odszkodowawczą. W tym zakresie wszystkie podmioty kościelne mogą uważać się za jednakowo poszkodowane przez państwo. Z etycznego punktu widzenia państwo powinno wziąć na siebie wszystkie ciężary związane z sanowaniem swoich niegdysiejszych bezprawnych działań, łącznie z zapewnieniem pełnej obsługi prawnej i administracyjnej osób poszkodowanych, poczynając od imiennego ich powiadamiania o przysługującym uprawnieniu, przez wycenę majątku aż do skutecznej egzekucji naprawczej. W chwili obecnej sytuacja prawna osób poszkodowanych w postępowaniu przed komisjami regulacyjnymi przypomina do pewnego stopnia sytuację osoby uczestniczącej w sporze. Relacje prasowe na temat przebiegu postępowań sugerują, że inicjatywa i determinacja poszkodowanych może mieć znaczący wpływ na tempo i końcowy wynik postępowania[3].

Geniusz na wygnaniu

Etyczna ocena obrachunków państwa z Kościołem obejmuje wiele problemów wykraczających daleko poza ramy określone przez prawo. Odwołując się do analogii historycznych, takich jak średniowieczne spory o inwestyturę czy oświeceniowe wojny tronu z ołtarzem, można przyjąć, że również w tym przypadku istotą problemu nie są sprawy majątkowe ani prawne, ale pewien głębszy, cywilizacyjny spór o znalezienie właściwego kształtu instytucjonalnego dla wielu, często nieprzystających do siebie wizji społecznych, które same nie do końca potrafią wyartykułować swoje racje na forum publicznym. Papież Jan Paweł II wielokrotnie podnosił ten problem i zawsze starał się nadać mu właściwą rangę, wychodząc z prostego założenia, że prawidłowe zdefiniowanie misji jest koniecznym warunkiem jej prawidłowej realizacji, między innymi dlatego, że umożliwia nawiązanie racjonalnego dialogu ze wszystkim partnerami społecznymi.  W przemówieniu skierowanym przed laty do parlamentarzystów europejskich Papież odrzucił zarówno opinię, jakoby osiąganie swobód obywatelskich i politycznych mogło dokonać się na drodze marginalizacji porządku opartego na wierze religijnej, jak i opinię przeciwną, w myśl której życie zgodne z wiarą jest możliwe tylko na drodze restauracji niegdysiejszego, często wyidealizowanego porządku społecznego. „Te dwie antagonistyczne postawy – powiedział – nie oferują rozwiązań zgodnych z orędziem chrześcijańskim i geniuszem Europy” (Strasburg, październik 1988).

Pierwsze zastrzeżenie w sprawie rozliczeń majątkowych państwa z Kościołem dotyczy zatem braku jasno zarysowanej wizji ładu społecznego wyrażonej w funkcjonalnym społecznie języku. Wizja ta, owszem, istnieje, w ogólnym zarysie była wyrażana przez obie strony w oficjalnych pismach, nigdy jednak nie przedostała się do świadomości społecznej, zagłuszonej przez medialny szum i przeciwstawne opinie radykalnych liderów partyjnych i społecznych, a także ludzi interesu wykorzystujących zaistniałą sytuację do własnych celów. Orędzie chrześcijańskie i przywołany przez Papieża „geniusz Europy”, zmysł praworządności i dialogu, domagają się, aby w każdej trudnej sprawie zarówno państwo, jak i Kościół wciąż na nowo definiowały własną misję i robiły to w taki sposób, żeby w odbiorze społecznym nie można było jej łatwo utożsamić z bezceremonialnym przywracaniem starych porządków ani tym bardziej zastąpić jej bezpardonową krytyką prowadzącą do antagonizowania stron.  Milczenie na forum publicznym nie jest złotem. Nie jest nim także skłonność do unikania wszelkich kontaktów z mediami ani sprawianie wrażenia, że te kontakty są wymuszone. Zarówno podmioty kościelne, jak i przedstawiciele władz powinni korzystać z każdej okazji, żeby publicznie uzasadnić swoje działania (bądź zaniechania) nie przez odwołanie się w pierwszej kolejności do sprawiedliwości dziejowej, do niegdysiejszego stanu posiadania ani nawet do aktualnych ustaleń prawnych, ale przede wszystkim przez wskazanie na aktualnie pełnione, społecznie ważne i powszechnie akceptowane zadania publiczne, które każdą ze stron skłaniają do współdziałania i poszukiwania najbardziej efektywnych rozwiązań. Władze publiczne nie powinny poprzestawać na świadczeniu powierzonych im usług, ale także nieustannie definiować interes publiczny, wiążąc go nie tylko z wynikami wyborów i wymuszonym przez nie ruchem kadr i programów politycznych, ale także z  wynikami badań opinii publicznej, ekspertyzami ekonomicznymi, prawnymi i interdyscyplinarnymi oraz rekomendacjami organizacji obywatelskich, do których należą także związki wyznaniowe, natomiast podmioty kościelne powinny szukać podobnych uzasadnień w swojej własnej statutowej misji, wyrażonej jednak na forum publicznym w języku najbardziej podstawowych wartości i potrzeb społecznych.

Europejski geniusz w kościelno-państwowych sporach majątkowych poniekąd udał się na wygnanie, pozbawiając tym samym obie zainteresowane strony odrobiny wolności i entuzjazmu. Zastąpił je „gorący kartofel”, czyli niewygodny politycznie problem, którego właściwe rozwiązanie nikomu nie wydaje się możliwe (nikomu więc nie kojarzy się z politycznym sukcesem). Ten niewygodny problem całe swoje dorosłe życie spędziłby najchętniej w ukryciu, w rzadko otwieranych teczkach rządowo-kościelnej komisji, których nigdy by nie opuszczał, jakby przeczuwając, że światło dzienne i oko kamer mogą mu zaszkodzić, przypomnieć o jego prawdziwym powołaniu, jakim jest służba wspólnemu dobru. Kilka przypadków nagłego przyśpieszenia postępowań przed Komisją Majątkową, któremu towarzyszyły kontrowersyjne wyceny majątku publicznego oraz nadzwyczaj szybkie i korzystne wyzbycie się ziemi odzyskanej przez instytucję kościelną każą przypuszczać, że do grona wygnanych dołączył także duch chrześcijański[4]. Dowodem na jego powrót i dobre samopoczucie mogłoby się stać włączenie całej kwestii rozliczeń majątkowych Kościoła z państwem do ogólnej problematyki reprywatyzacji i poszanowania własności, której wciąż brakuje, ten zaś brak daje podstawy do sformułowania drugiego zastrzeżenia.

Inwestytura bez inwestycji

Prawidłowe ułożenie stosunków państwa ze wspólnotami religijnymi powinno służyć dobru wszystkich obywateli. W kwestiach majątkowych podmioty kościelne powinny mieć takie same prawa, lub porównywalne z nimi, jak wszyscy obywatele i stowarzyszenia obywatelskie, a jeśli z jakichś racji ustawodawca tworzy dla wybranych podmiotów (tu: Kościołów) odrębny tryb postępowania administracyjnego, to powinien być on tak wykonywany, żeby inne podmioty mogły tym łatwiej cieszyć się podobnym pod względem jakości, dostępności i skuteczności postępowaniem administracyjnym. Wiele wskazuje na to, że w sprawach majątkowych tak się nie dzieje. Przesiedleńcy zza Buga i ich potomkowie bezskutecznie upominają się od lat o wpisanie do Dziennika Ustaw tak zwanych umów republikańskich zawartych przez Polskę w Jałcie i Poczdamie z republikami Związku Radzieckiego, które mogłyby im dać legalny tytuł do jasno określonych roszczeń majątkowych (do tej pory traktowanych przez polskie sądy dość hipotetycznie), bądź o stworzenie jakiegokolwiek innego rozwiązania prawnego o porównywalnej randze. Niekończące się boje środowisk samorządowych i blisko 170 tysięcy obywateli o ustawę reprywatyzacyjną, a także słuszne utyskiwania innych obywateli na karygodne zaniedbania polskiej administracji na ziemiach zachodnich, pozbawiające ich w praktyce prawa własności w miejscu osiedlenia, tworzą wspólnie pewien ciężar niesprawiedliwości, którego podmioty kościelne, same będąc poszkodowanymi, nie powinny unikać[5]. Każde z tych zagadnień ma odrębną naturę i wymaga osobnego rozpatrzenia, każde zatem musi doczekać się odrębnej ścieżki prawnej i administracyjnej, jednak na poziomie wartości i zadań stojących przed organami państwa każde z nich domaga się równego traktowania, a w przypadku jego braku domaga się zdecydowanej adwokatury społecznej, podejmowanej zwłaszcza przez te podmioty, którym udało się posunąć swoje sprawy nieco dalej niż innym. Otrzymany talent domaga się inwestycji.

Analogie historyczne nasuwają się tu same. Henryk IV, rzymski cesarz narodu niemieckiego, który dopiero pod koniec życia doczekał się swej rzymskiej korony (1084), mógł nieprzychylnym okiem patrzeć na żądania papieża Grzegorza VII w zakresie autonomii kościelnych władz, bo w praktyce ta autonomia oznaczała daleko idące ograniczenie cesarskich wpływów na blisko połowie podległych mu ziem, jednak dążenia reformatorskiego papieża Grzegorza Hildebranda do uwolnienia kościelnej hierarchii od niekończących się intryg politycznych spełzłyby zapewne na niczym, gdyby w podległych sobie stolicach biskupich starał się podtrzymać ten sam rodzaj feudalnej zależności, jakiej zwolennikiem, zwłaszcza w początkowym okresie, był salicki cesarz. Na szczęście stało się inaczej. Dzięki staraniom papieża Grzegorza, jego możnej protektorki księżnej Matyldy z Canossy, zwanej także Wielką, a później i samego cesarza miasta północnej Italii uwolnione od bezpośrednich wpływów cesarskich stopniowo odzyskały swoją lokalną tożsamość, odbudowały demokratyczne struktury i choć nadal były teatrem ostrych sporów zwolenników cesarza ze zwolennikami papieży, to jednak lokalna tożsamość i lokalne problemy stały się dla nich na tyle ważne, że tradycyjne określenia ich głównych partii – gwelfowie i gibelini – de facto germańskie, bardzo szybko przestały oznaczać to, co pierwotnie oznaczały, a mianowicie geopolityczne sojusze, i stały się tym, czym powinny być – zwykłymi nazwami miejscowych partii, zajętych rozwiązywaniem realnych problemów. Dłuższe trwanie średniowiecznych sporów o inwestyturę raz na zawsze przekreśliłoby szanse tych miast na ich rozwój, jak to się stało choćby w Królestwie Obojga Sycylii (i poniekąd trwa do dziś), tymczasem w Toskanii, Lombardii, Emilii-Romanii rozwój stał się faktem, a nawet doczekał się własnego miana: Burckhardt i Michelet nazwali go Renesansem.

Słuszność reformatorskich poczynań wielkich papieży jest oczywista nie tylko z perspektywy czasu. Mieszkańcy Mediolanu byli w stanie ją docenić na długo wcześniej, zanim okazała się niewątpliwie skuteczna. W połowie XI wieku mediolańczycy wielokrotnie okazywali swoje poparcie dla diakona Arialda i księdza Landulfa (obaj ze stronnictwa Pataria) w ich kampanii przeciw symonii i konkubinatowi duchownych,  a w 1071 roku posunęli się nawet do wypędzenia z miasta arcybiskupa Godfreya, uznając najwyraźniej, że poparcie kilku zamożnych rodów i samego cesarza przestaje znaczyć cokolwiek tam, gdzie zabrało papieskiego błogosławieństwa.

Kościół w Polsce nie powinien być skrępowany faktem, że swoje stosunki z państwem reguluje w niektórych przypadkach inaczej i szybciej niż obywatele, ilekroć jednak korzysta z tej odrębnej ścieżki, powinien tym chętniej przyjmować rolę rzecznika tych, którym się to nie udało, aby w ten sposób móc wiarygodnie pełnić swoją misję, a zarazem unikać wszelkich podejrzeń, że zgodził się na szybsze załatwienie własnej sprawy za cenę milczenia w sprawie innych osób. Zawarcie podobnego „układu” byłoby czymś w najwyższym stopniu gorszącym i na szczęście nie jest możliwe, bo przecież żadna ze stron nie byłaby stanie wypełnić podobnej umowy, niemniej poważny opór materii prawno-administracyjnej na drodze od komunizmu do wolności jest faktem, ten zaś opór rodzi pokusę wybrania drogi na skróty, a także, z racji nieprzejrzystości materii, której dotyczy, rodzi podejrzenia. Już samo ich istnienie osłabia społeczne zaufanie, ów nieodzowny kapitał, bez którego żadne społeczeństwo nie może się obyć, dlatego działania zmierzające wprost do odbudowy wspólnego dobra są absolutnie konieczne.

W jakiejś mierze one już się dokonują. Praktyczne włączanie restytucji kościelnego majątku w ogólny proces odbudowy społeczeństwa obywatelskiego już się odbywa, ale zazwyczaj z dala od kamer. Niemal wszystkie utracone przez Kościół nieruchomości były związane z konkretnymi dziełami społecznymi prowadzonymi przez zakony i diecezje; ilekroć udaje się je odzyskać, bardzo szybko wracają do tych samych lub podobnych funkcji, jakie niegdyś pełniły, o czym media nie zawsze informują, a czym podmioty kościelne nie zawsze umieją się pochwalić. O dziwo, kościelne wydziały teologii także się tym nie chwalą, tak jakby wciąż wolały promować specjalistów od papieskich encyklik społecznych, a nie od ich praktycznej i niezwykle interesującej aplikacji, jaką są kościelne placówki wychowawcze i opiekuńcze. Wartościowe społecznie studium działalności tych placówek nie może jednak ograniczać się do badań historycznych, powinno także dostarczać szczegółowych danych potrzebnych do wieloaspektowej oceny jakości świadczonych tam usług, pozwalać zatem na porównanie ich z perspektywy merytorycznej, ale także w zakresie wykorzystanych środków publicznych, do jakości usług świadczonych w innych placówkach. Wedle wszelkich reguł prawdopodobieństwa placówki kościelne wypadną na tym tle bardzo korzystnie.

Kościół otwierający szeroko swoje podwoje dla innych był wzorem odpowiedzialności, zaufania i przedsiębiorczości. W sytuacji, gdy czynione przez niego starania o odzyskanie majątku nie prowadzą do łatwego utożsamienia jego własnej misji i podejmowanych zadań publicznych z określonym dobrem materialnym, każda z tych trzech wartości zaczyna żyć osobnym życiem i w konsekwencji na forum publicznym zaczyna być interpretowana przewrotnie, sprzecznie z powierzoną misją. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, kiedy dobra przyznane Kościołowi w ramach odszkodowania leżą w innych geograficznie miejscach niż dobra utracone albo zostają zwrócone w innej postaci materialnej, albo same stanowią wartość, o której odzyskanie ubiegają się jej dawni właściciele, bądź taką, której właścicielami chcą stać się inne osoby publiczne lub jednostki państwowej administracji. We wszystkich tych przypadkach podmioty kościelne powinny zachować szczególną wrażliwość społeczną i nigdy nie godzić się na rolę petenta, który złożył swój wniosek zgodnie z wymogiem prawa, a później przestał się interesować, kto i w jaki sposób zechce go rozpatrzyć. Niefrasobliwość wyrażająca się w lekceważeniu oczekiwań społecznych lub w sprowadzaniu całej sprawy wyłącznie do dwustronnej relacji państwo – Kościół, a w jednostkowych przypadkach posunięta nawet do lekceważenia kościelnego prawa, zobowiązującego podmioty kościelne do uzyskania zgody Stolicy Apostolskiej na obrót majątkiem o wartości przekraczającej pół miliona dolarów, urasta do rangi zgorszenia, na które przełożeni kościelni powinni natychmiast reagować stosownym komentarzem, napiętnowaniem i przeprosinami za nadużycie społecznego zaufania, a także informacją skierowaną nie tylko do wiernych, ale i do opinii publicznej o podjętych działaniach naprawczych, ograniczających w przyszłości możliwość powtórzenia się podobnych nadużyć (i to niezależnie od działań podejmowanych ewentualnie przez państwowe organy sprawiedliwości). Obawa przed niepotrzebnym „upublicznianiem grzechów ludzi Kościoła” nie znajduje w takich sytuacjach  uzasadnienia, bo wszystkie podobne przypadki od dawna są już publiczne, tyle że często przedstawiane przez osoby, które nie znają ich z bliska.

Piotr, Paweł i Judasz

Istnieje wreszcie jeszcze  ostatni, być może najmniej znaczący aspekt sprawy kościelnych rewindykacji majątkowych, który jednak w dłuższej perspektywie czasu może zadecydować o przyszłej roli Kościoła w życiu publicznym i w życiu jednostek. Chodzi o stare jak świat napięcie między wymiarem instytucjonalnym i charyzmatycznym, które we wszystkich organizmach społecznych dochodzi do głosu ze zdwojoną siłą, zaś w życiu samego Kościoła zyskało wartość teologiczną. Czas użyć tej teologii, a nawet nieco ją uzupełnić o dane biblijne. Bogatej dynamiki pierwotnego Kościoła nie można bowiem opisać jedynie za pomocą niepowtarzalnych różnic między prostym i zasadniczym Piotrem, człowiekiem z sercem na dłoni, przywykłym do żydowskich zwyczajów i aramejskiej mowy, a natchnionym i wyrafinowanym Pawłem, oratorem i pisarzem wychowanym na łacinie i grece, sypiącym cytatami z Mojżesza, proroków i stoickich poetów, który prawie wszędzie czuł się jak w u siebie domu. Obaj w swoim życiu i pismach dali wyraz głębokiemu zrozumieniu dla różnorodności powołań obecnych w jednym Kościele, obaj także zdawali sobie sprawie z ich wzajemnej komplementarności, obejmującej nie tylko to, co typowe dla Pawła czy Piotra, ale przede wszystkim to, co typowe dla uczniów Chrystusa, zebranych pod przewodnictwem Piotra, zasłuchanych w Pawłowe mowy, studiujących z nie mniejszą uwagą pisma innych apostołów, a także pomnych na los apostoła Judasza, człowieka z trzosem i wątpliwościami, którego Jezus powołał i przejrzał na wylot, którego upominał, ale którego nigdy nie przekreślił.

W sprawach bliskich sprawom trzosa, tego Judaszowego, ale i tego, który nosił diakon Szczepan, pierwszy męczennik, warto pamiętać o charyzmatach, jakie łączą się z tym urzędem. O Judaszowej lekcji także nie należy zapominać, bo jest ona częścią charyzmatu Kościoła. Kryje się ona chyba nie w tym, co Judasz zrobił lub powiedział, lecz przede wszystkim w tym, że zgodnie z intencją Jezusa nigdy nikomu nie będzie wolno zapomnieć o Judaszu, zaś w czasie ostatniej wieczerzy, stale powtarzanej, każdy z apostołów na wyraźne życzenie Jezusa miał zadać sobie pytanie, czy aby sam nie jest Judaszem. Idzie o to, że w każdej sprawie, w tym także w sprawach majątkowych, Kościół ma własną receptę na świętość oraz na powstawanie grzechu, przy czym w konkretnych warunkach doczesności ta ostatnia recepta nierzadko okazuje się ważniejsza, także w sprawach majątkowych, bo kiedy jej zabraknie, nad wyraz prędko dochodzi do utraty najcenniejszych duchowych dóbr.

Odzyskiwanie części utraconej własności wpisze się zatem doskonale w ogólny charyzmat Kościoła i w charyzmat jego małych wspólnot, o ile uda się je połączyć z pełnionymi funkcjami społecznymi, z podejmowaniem nowych zadań, także zadań publicznych, w taki sposób, że ich jakość nawet w oczach postronnych sama stanie się wyrazem charyzmatu. Trudno sobie to wszystko wyobrazić bez autentycznej wolności, będącej z jednej strony brakiem przywiązania do wszystkiego, co materialne, z drugiej zaś – będącej autentyczną troską o sprawy ciała, zdrowia, kształcenia i umysłu oraz o wszystko, co im służy, aby po ich zaspokojeniu znaleźć czas na modlitwę i służbę innym.  Zabużanie, przesiedleńcy, wywłaszczeni przez reżym właściciele kamienic, lasów i łąk, a także nowi imigranci, bezdomni, chore dzieci i uboga młodzież mają prawo wiedzieć, że Kościół nie tylko się za nich modli, ale także im pomaga w placówkach, które odzyskał i podniósł z ruiny, co więcej, robi to z reguły lepiej i taniej od innych.

KRZYSZTOF MĄDEL SJ, ur. 1966, prezbiter, publicysta i malarz, ekspert Centrum im. Mirosława Dzielskiego w Krakowie. Zajmuje się etyką rynku i demokracji.

 


[1] Por. D. Mazurkiewicz, Spór o prawo własności kościelnych majątków poniemieckich na Ziemiach Zachodnich i Północnych w latach 19451973, „Studia Paradyskie” XVI (2006), s.  221–240.

[2] Por. M. Przeciszewski, Zabór i rewindykacja dóbr kościelnych, http://ekai.pl (dostęp 2 lipca 2009).

[3] Por. I. Kacprzak, Śledczy w Komisji Majątkowej, „Rzeczpospolita”, 18 marca 2009.

[4] Por. I. Kacprzak, Nowa afera z gruntami Kościoła,  „Rzeczpospolita”, 23 kwietnia 2009.

[5] Por. S. Handzlik, Samorządy domagają się ustawy reprywatyzacyjnej, „Dziennik Polski”, 3 lipca 2009.

10 600

Ks. Mirosław Piesiur

Przemilczane fakty

W dobie powszechnej dostępności mediów i porażającej siły ich oddziaływania na społeczeństwo swoistą modą stało się powielanie informacji bez starannego sprawdzenia ich źródeł czy rzetelności przekazu. Modą stało się przedstawianie opinii, a nawet odczuć innych ludzi jako fakty. Modą też stało się przekazywanie półprawd lub informacji wyrwanych z kontekstu sprawy, gdyż kontekst zaburzyłby tezę, którą należało udowodnić. Modą stało się tworzenie tzw. faktów medialnych, które z faktami mają tyle wspólnego, co demokracja z demokracją socjalistyczną, jak to określał polski satyryk, mówiąc o przymiotniku niwelującym istotę pojęcia, przy którym stoi.

Wiele z tych zabiegów wykorzystywanych jest dzisiaj niestety w dyskusjach o Komisji Majątkowej, która ze względu na to, iż dotyczy Kościoła katolickiego, traktowana jest często jako wróg społeczeństwa. Mało kto dostrzega dzisiaj problem w tym, że Komisja działa zbyt długo i że powołano ją z jakichś powodów, ale widzi go w tym, że w ogóle powstała. Ten fakt stanowi czołowy zarzut i argument na rzecz uprzywilejowanej pozycji Kościoła, który powoli sam zaczyna w to wierzyć. Prawda jest jednak zupełnie inna, choć jej wymowa przez ostanie 20 lat uległa znacznemu zatarciu w świadomości społeczeństwa. Komisji Majątkowej nie zrozumiemy bez uwzględnienia kontekstu historycznego sięgającego czasów prześladowania Kościoła w PRL. Postanowiono wtedy odebrać mu podstawy materialnego istnienia, aby uniemożliwić funkcjonowanie w ramach społeczeństwa. Zabierano grunty i budynki, w których prowadzona była działalność religijna, charytatywna, oświatowa, wychowawcza, a także lecznicza.

Ustawa o dobrach martwej ręki z 1950 roku orzekała przepadek kościelnych nieruchomości ziemskich tylko powyżej areału 50 ha. Gwarantowane grunty miały dla podmiotów kościelnych stanowić środek utrzymania. Jeżeli zabierano całe gospodarstwa, to drastycznie naruszano przepisy prawa. Komuniści jednak tym się nie przejmowali. W efekcie takich działań ze 170 tys. ha pozostawiono Kościołowi zaledwie kilka, i to głównie zabudowanych obiektami sakralnymi lub cmentarzami. Dzisiaj Komisja Majątkowa zajmuje się zwrotem tylko tych nieruchomości, które komuniści zagrabili z pogwałceniem ich własnego prawa i niczym więcej. Należy podkreślić, że ten fakt, istotny dla oceny prac komisji i jej miejsca w systemie prawnym odrodzonego państwa, jest prawie zawsze w mediach przemilczany. W zamian powiela się fałszywe informacje o zwracaniu wszystkiego, co Kościół utracił, myląc zwrot zagrabionego mienia z reprywatyzacją. Kościół nie ma dziś możliwości odzyskania wszystkich dawnych majątków, choć mu się to przypisuje, twierdząc, że jest w ten sposób uprzywilejowany w stosunku do innych pokrzywdzonych osób.

Kościół nie tracił swoich majątków tylko w oparciu o tę jedną ustawę, gdyż ta „rozprawiała się” jedynie z gruntami rolnymi. Odbierano mu także majątki w oparciu o różne dekrety dotyczące przejmowania lasów czy też konfiskujące mienie stowarzyszeń i licznych fundacji kościelnych. Te komunistyczne akty prawne również były łamane. Na przykład dekret o lasach wyłączał z przejęcia areały do 25 ha, jednak często zabierano wszystko. Grabiono także majątki bez żadnego tytułu prawnego. Wywłaszczano z nieruchomości bez odszkodowania lub zmuszano do przyjęcia symbolicznych odszkodowań, które wpłacano na konta bankowe albo pozostawiano w depozycie. Chciano w ten sposób zachować pozory legalności tych działań. W okresie tak zwanych „domiarów podatkowych” nakładanych niesprawiedliwie na Kościół władze przejmowały nieruchomości w trybie egzekucji zaległości podatkowych. Zabierano liczne szpitale i domy pomocy, jak również budynki seminariów duchownych, szkoły i drukarnie. Jedną tylko uchwałą Rady Ministrów z 21 września 1949 roku odebrano Kościołowi 53 szpitale z wyposażeniem i gruntami. Zlikwidowano całą kościelną Caritas posiadającą wtedy 2775 obiektów. Zabierano mienie ruchome, maszyny, urządzenia, wyposażenie. Zdarzały się także brutalne przypadki wyrzucania siłą i wysiedlania zakonników i zakonnic z ich klasztorów. Oporni byli aresztowani i więzieni, tak jak siostry z różnych zgromadzeń w jedną noc zostały aresztowane i zamknięte w obozie pracy (1954–1956). Chodzi o słynną akcję X2, którą IPN uznał za zbrodnię komunistyczną. Z każdym rokiem władza ludowa w powojennej Polsce krzepła i stawała się coraz bardziej radykalna wobec Kościoła. Państwo zabrało siłą swojego imperium kościelną własność, aby uniemożliwić prowadzenie działalności religijnej. To nie była nacjonalizacja, lecz brutalny zabór mienia łamiący ówczesne prawo.

Kiedy w 1989 roku powstawała tzw. ustawa kościelna, krzywda wyrządzona Kościołowi w latach komunistycznych była dla wszystkich (państwa i Kościoła) oczywista. Widziano potrzebę jej naprawienia, gdyż traktowano tę sprawę jako ważny element w uregulowaniu relacji państwa z Kościołem. Dlatego skonstruowano odpowiednie przepisy prawne, które Komisja Majątkowa ma stosować w procedurze orzekania, aby umożliwić szybkie rozpatrzenie wniosków pokrzywdzonych stron. Wobec oczywistej i udowodnionej krzywdy ustawodawca postanowił dla wnioskodawców kościelnych wyłączyć długotrwały, często żmudny i kosztowny tryb sądowy, powołując ciało kolegialne o charakterze sądu polubownego. Jednak to, co miało być szybkim trybem regulacyjnym, stało się znacznie dłuższą, bo trwającą kilkanaście lat,  procedurą niż postępowanie sądowe. Mamy więc do czynienia z paradoksalną sytuacją, szkodliwą dla Kościoła. Podmioty kościelne nie mogą zwrócić się do sądu, jak każdy inny obywatel podobnie pokrzywdzony. Zakazuje im tego prawo, gdyż dla nich właściwym i jedynym trybem jest postępowanie przed Komisją Majątkową. Zaś działania komisji były i są blokowane przez przeciągające się postępowania, głównie wskutek niedostarczania przez organy państwowe lub samorządy mienia zamiennego, które jest bezgotówkową formą odszkodowania. Obowiązek dostarczenia pokrzywdzonym nieruchomości zamiennych ciąży na Skarbie Państwa, którego reprezentanci nie stosują obowiązujących przepisów, a czasami wręcz je łamią, zaś pokrzywdzony Kościół godzi się na rolę petenta „proszącego o łaskę”. Konstrukcja przepisów zakładała współpracę urzędników państwowych z pokrzywdzonym wnioskodawcą. Ustawodawca nie mógł przecież przewidzieć, że będą z tym kłopoty.

Przysłowiowemu Kowalskiemu znacznie łatwiej jest wygrać w sądzie sprawę o odzyskanie dóbr zagrabionych przez komunistów niż instytucji kościelnej na drodze postępowania przed Komisją Majątkową, gdzie niektóre sprawy trwają 17 lat. Nikt nie oburza się na wyroki sądów w sprawach majątkowych, wydawanych wobec osób prawnych lub fizycznych, ale ciągle kwestionuje się decyzje komisji w tym samym zakresie odnośnie do podmiotów kościelnych. Dodatkowo słyszymy oskarżenia o wyłudzanie ze skarbu państwa majątków. Kościół musi się nawet tłumaczyć z tego, co robi ze swoją własnością, którą odzyskał lub za którą otrzymał nieruchomość zamienną. Jeżeli właściciel może uczynić ze swą nieruchomością, co zechce, to i podmioty kościelne nie mają ograniczeń w tym zakresie na płaszczyźnie prawa cywilnego. Mogą ją zbyć w każdym czasie, gdyż jest dla nich substytutem pieniądza, który musiałby wydać budżet państwa w formie odszkodowania. Zdarza się, że mienie zamienne jest oddalone od siedziby kościelnej osoby prawnej o wiele kilometrów, dlatego podejmowane są decyzje o sprzedaży, gdy potrzebne są środki finansowe na inne cele.

Komisja nie jest sądem ani organem władzy administracyjnej, bo nie mieści się w tych definicjach. Jest natomiast ciałem kolegialnym powołanym wspólnie przez państwo i Kościół. W swoim orzekaniu opiera się na dostarczonych dokumentach, nie dokonuje wycen wartości ani ich nie weryfikuje, gdyż nie ma do tego uprawnień.Zawsze w pierwszej kolejności obowiązuje zwrot utraconego mienia historycznego, ale nie może ten tryb naruszać praw nabytych przez osoby trzecie. Ktoś przecież od państwa mógł już kupić zagrabiony Kościołowi grunt w dobrej wierze. Gdy istnieje taka przeszkoda, to należy przekazać mienie zamienne o tej samej wartości. Wszystkie postępowania regulacyjne przed Komisją Majątkową mają charakter – to bardzo ważne – postępowań odszkodowawczych, które powinny doprowadzić do zadośćuczynienia. Mienie zamienne stanowią grunty o takiej samej wartości jak grunty, które Kościół utracił, a to nie oznacza, że o takiej samej powierzchni. Jeżeli te sposoby regulacji nie są możliwe, wtedy należy się odszkodowanie finansowe. Ta forma stosowana jest rzadko, gdyż wymaga wypłacenia pieniędzy przez ministra finansów. Taki tryb odszkodowawczy jest zgodny z obowiązującym prawem.

Regulacje majątkowe mają podłoże historyczno-ideologicznej walki z religią i instytucjami kościelnymi, którą dzisiaj niektóre środowiska pragną kontynuować. Dlatego ukazuje się komisję w negatywnym świetle jako rozdającą bez zastanowienia własność społeczną, jak chce, komu chce i bez jakichkolwiek zasad. Te oskarżeniach mają Kościołowi odebrać chęci do dalszego regulowania spraw majątkowych, a równocześnie wytworzyć poczucie winy w podmiotach kościelnych, wnioskujących o zwrot tego, co im zagrabiono. Temu też służy pomijanie faktów historycznych i wyrządzonych krzywd.

Skala kradzieży dóbr kościelnych była ogromna, dlatego zakres naprawienia szkody jest proporcjonalny. Oddanie rzeczy skradzionej jest aktem sprawiedliwości, a nie dobroczynności – to prawny obowiązek ciążący na sprawcy czynu, czyli państwie. Zamiast tego mamy oskarżenia, na bazie których kreuje się negatywny obraz Kościoła. Fałszuje się rzeczywistość, pomawia, odbiera dobre imię. Ofiary grabieży, czekające wiele lat, aby cokolwiek odzyskać, stawia się pod pręgierzem mediów jako potencjalnych przestępców. W tej nagonce wielu zapomina, że to podmiot kościelny jest stroną pokrzywdzoną. Nie może być sprowadzany do roli petenta proszącego o zwrot swojej własności, bo ta mu się z mocy prawa należy.

Trudno nie odnieść wrażenia, że przekłamania i pomijanie istotnych faktów jest wygodną i potrzebną komuś formą manipulacji. Komisja Majątkowa stała się elementem swoistej gry politycznej w relacjach państwa z Kościołem. Dąży się do zdyskredytowania jej prac i znaczenia. W Konstytucji RP w art. 77 czytamy: „każdy ma prawo do wynagrodzenia szkody, jaka została mu wyrządzona przez niezgodne z prawem działanie organu władzy publicznej”. Jestem przekonany, że regulacje majątkowe wobec Kościoła nie łamią ładu społecznego i konstytucyjnej zasady równości.

KS. MIROSŁAW PIESIUR, dr, współprzewodniczący rządowo-kościelnej Komisji Majątkowej, dyrektor ekonomiczny archidiecezji katowickiej.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata