70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Raport z utajonego miasta

Były „trzy Warszawy”. Pierwsza to Warszawa właściwa, zaangażowana, heroiczna, walcząca albo rwąca się do walki. Jej liczebność oceniano na 25 procent ludności miasta. Znacznie większa, bo obejmująca aż 70 procent, była „Warszawa państwa Kowalskich” – bierna, pogrążona w stagnacji, za jedyne pragnienie mająca przeżycie wojny. I wreszcie trzecia, haniebna Warszawa, z populacją 5-procentową. Jej mieszkańcy odnaleźli się w nowej sytuacji, ich życie – towarzyskie, finansowe, a nawet kulinarne (w obfitującej w niedostatek stolicy!) – rozwijało się w najlepsze. Dla nich koniec wojny oznaczał koniec wszystkiego.

Jest rok 1942. Raport Delegatury Rządu na Kraj opisujący „trzy Warszawy” nie wspomina, że istnieje jedno jeszcze miasto. „Utajone”. Jego ulice to ludzie, adresy to pamięć, a ważne miejsca to nieraz łut szczęścia, choć znacznie częściej określona suma pieniędzy.

Wyobrażam sobie, że jedną z przyczyn napisania przez Gunnara S. Paulssona Utajonego miasta było postawienie sobie przezeń kilku pytań. Jedno mogło brzmieć tak: dlaczego w sterroryzowanej stolicy Polski ukrywało się 28 tysięcy Żydów, czyli więcej niż większość państw neutralnych przyjęła w ciągu całej wojny (dość wspomnieć Szwecję, która otworzyła granice tylko dla 9 tysięcy)? Następnie mogło paść takie oto pytanie: 28 tysięcy uciekinierów z getta w kraju, gdzie za pomoc Żydom groziła kara śmierci – dlaczego tak wielu? Zaś pytanie kolejne mogło przybrać taką oto formę: po aryjskiej stronie Warszawy przeżyło 11,5 tysiąca Żydów (z 28 tysięcy ukrywających się) – dlaczego tak niewielu?

Uciekinierzy z getta zamieszkali w „utajonym mieście” – bez oficjalnych adresów, z fałszywą tożsamością. Miasto nie mogłoby funkcjonować bez siatki kontaktów, nici ludzkich powiązań, strzępów znajomości. „Utajone miasto” składało się z 28 tysięcy Żydów oraz 70–90 tysięcy Polaków, którzy im pomagali. W Warszawie przedokupacyjnej liczba ludności żydowskiej wynosiła około jednej czwartej mieszkańców miasta. W czasie wojny kontakty międzyludzkie, nawet po postawieniu muru, nie zanikły całkowicie. Każdy Żyd miał po aryjskiej stronie jakiegoś krewnego, przyjaciela, znajomego, współpracownika… Sytuację tę najlepiej opisuje stwierdzenie przywołane przez Paulssona: „każdy Żyd miał swojego Polaka, tak jak każdy Polak miał swojego Żyda”. Ich wzajemne relacje stawały się coraz słabsze wraz z przekazywaniem ukrywających się w coraz dalsze ręce. Wytworzona w ten sposób siatka znajomych sięgała w każdy zakamarek polsko-żydowskiej Warszawy. Oznaczało to nie tylko bezpieczne schronienie, ale także niebezpieczeństwo natrafienia na żerujących szantażystów.

Po opuszczeniu getta należało przeżyć – „na powierzchni” lub w ukryciu. Poruszający się po mieście Żydzi zmuszeni byli maskować swój wygląd. Wielu spośród nich uważało to wręcz za najważniejszy warunek funkcjonowania w okupowanej Warszawie. Pomimo krążącego wówczas dowcipu na temat nazistowskiej koncepcji rasy (idealny Aryjczyk miałby być blondynem jak Hitler, wysokim jak Goebbels i sprawnym jak Göring) powszechna była wiara, że tylko Żydzi o „dobrym wyglądzie” są w stanie przeżyć. Tleniono zatem ciemne włosy, zapuszczano wąsy i naśladowano przywary językowe. Jednakże większość tych działań wzmagała niebezpieczeństwo: platynowe blondynki wzbudzały większe zainteresowanie niż brunetki; kolor włosów sprawdzano, kontrolując czubki włosów. Niejednokrotnie mieszkańców utajonego miasta zdradzało przebranie. (Zbyt polskie noszenie się ilustruje inny dowcip: Żyda po aryjskiej stronie można rozpoznać po wąsach, butach z cholewami i „kenkarcie”). Przesadna czy wyszukana polszczyzna też wzbudzała sensację. Udawanie języka typowego dla Polaka-katolika doprowadzało do tragikomicznych sytuacji, gdy dla wzmocnienia swej wypowiedzi dodawano wykrzykniki typu: „Jezus Maria!”, „O Matko Boska!” czy „O święty Józefie!”. Stąd też o ukrywających się mówiono „ludzie z Częstochowy”: z jednej strony dla określenia ich statusu osób ukrywających się, „chowających”, z drugiej – był to żart wobec dewocyjnie manifestowanej (pozornej) religijności.

Najczęściej Żydów zdradzał jednak nie semicki wygląd, a… smutne oczy. Zaś mistrzami w rozpoznawaniu uciekinierów z getta byli nie wyszkoleni badacze czystości rasowej, ale Polacy. Jedynie pewność siebie, a czasem także tupet pozwalały przetrwać „na powierzchni”. W tłumie nawet ktoś o „złym wyglądzie” nie wyróżniał się, jeśli tylko patrzył przed siebie i zachowywał się pewnie. Często pierwszymi rozpoznającymi nielegalnych mieszkańców oficjalnej Warszawy byli sami uciekinierzy z getta. Stefan Chaskielewicz, jeden z ukrywających się, pisał we wspomnieniach, że sam rozpoznawał Żydów po niepewności spojrzenia, „po lęku, jaki charakteryzował ich wzrok”. Jak ukryć „smutne oczy”? I czy to w ogóle jest możliwe?

Wobec szantażu należało zachować zimną krew, nieraz samemu zaproponować udanie się na posterunek gestapo w nadziei, że szantażysta straci pewność siebie, że się przestraszy – fałszywe donosy były bowiem karane. Jak jednak przeżyć rozpoznanie w tłumie? W zamkniętej przestrzeni? W tramwaju? W urzędzie? Na ulicy? Gunnar S. Paulsson opisuje sytuację, gdy w zatłoczonym tramwaju została rozpoznana uciekinierka z getta. „To jest Żydówka, łapać tę Żydówkę!” – zdzierał gardło dawny znajomy. Kobieta szybko wysiadła z tramwaju i wmieszała się w tłum. Dlaczego nie zatrzymał jej przypadkowy tłum obcych ludzi?!

Stawiając takie pytania i próbując na nie odpowiedzieć, Paulsson prezentuje wyśmienity warsztat historyka. Jak wiemy, większość pamiętników i relacji ukrywających się Żydów wspomina o małej liczbie pomagających im Polaków. Wyłania się tu obraz podwójnego zagrożenia: zarówno ze strony okupujących, jak i samych okupowanych, pomiędzy których wciśnięci zostali Żydzi. Taka opinia jest zrozumiałym w tym kontekście uogólnieniem. Gdyby jednak przyjąć taką generalizację („dobrych Polaków była tak znikoma grupa, że utonęli w morzu złej woli”) za prawdę, to w zasadzie nie powinien przeżyć żaden z ukrywających się. Wobec źródeł należy być krytycznym – sposób w jaki, traktuje je Autor Utajonego miasta, jest prawdziwie mistrzowski. Źródło historyczne, wedle starych wskazówek adeptów Klio, trzeba czytać na różne sposoby: w poprzek, wspak, a nieraz tylko wybrane słowa (na przykład co drugie albo co trzecie…). Mówiąc prościej: chodzi tu o to, by – w obliczu relacji z przeszłości – stawiać rozmaite pytania.

Gunnar S. Paulson korzysta więc równolegle z wielu dostępnych źródeł: zarówno ze wspomnień spisanych, jak i z ujętych w  tabelki danych statystycznych. I zastanawia się w tym kontekście, czy można uznać ów tłum z zatłoczonego tramwaju za „grupę reprezentatywną” polskiego społeczeństwa. (Nawet jeśli tak, to mielibyśmy do czynienia z jednym człowiekiem gotowym wydać Żydówkę w ręce niemieckiej policji). Na sytuację sprzed kilkudziesięciu lat Autor nakłada następnie współczesne teorie rozproszenia odpowiedzialności, przywództwa w tłumie itp. Jednak najciekawsza jest próba wyjaśnienia poprzez odwołanie się do „ścieżki zdrowia”, gdzie – jak wiadomo – szansa dobiegnięcia do końca bez odniesienia obrażeń jest żadna. Przez szpaler bijących ludzi można przejść bez obrażeń jedynie wtedy, gdy zdecydowana większość powstrzyma się od zadawania ciosów.

Dlaczego zatem nikt nie zareagował na okrzyk „łapać Żydówkę”? Odpowiedzi może być kilka. Można tu mówić o pewnego rodzaju duchowej schizofrenii Polaków, którzy przez całe życie słyszeli dwa sprzeczne wezwania: „Kochaj bliźniego swego” i „Żyd jest twoim wrogiem”. Owo rozdwojenie skutkowało biernością, niechęcią do samodzielnego zajmowania jasnego stanowiska. Ważny zapewne był również strach przed wyrywaniem się z tłumu. A przecież gardłujący krzykacz mógł być kolaborantem lub niemieckim prowokatorem… Podobne czynniki można by mnożyć, ale już teraz widzimy, że na dobrą sprawę nie są nam znane motywy braku reakcji na wezwanie do przestrzegania narzuconego, ale obowiązującego (pod sankcją kary śmierci) prawa.

Z tych rozważań wypływa ważny wniosek: w utajonym mieście niemal każdy Żyd przechodził kilkakrotnie przez „ścieżkę zdrowia”. Niemal każdy zetknął się z próbą zdemaskowania. Niektórzy to przeżyli. Przyjmując bez zastrzeżeń wojenne wspomnienia ukrywających się, musielibyśmy założyć, że liczba ocalonych jest o wiele mniejsza niż w rzeczywistości.

Paulsson jest bardzo ostrożny w traktowaniu źródeł. Zauważa, że ukrywający się znacznie częściej piszą o rzeczach negatywnych niż pozytywnych. Jako przykład podaje żydowskie majątki. Aby je ochronić przed niemiecką konfiskatą, przepisywano je na własność zaufanych polskich przyjaciół. W większości w źródłach nie spotykamy opisów powrotów i oddawania owych dóbr ich prawowitym właścicielom, tak jakby takowych sytuacji nie było. A były.

Utajone miasto Paulssona ukazało się niemal równocześnie ze Strachem Jana T. Grossa. Gorąca debata wokół tej ostatniej książki zdawała się sprawiać wrażenie, że historii zmagań mieszkańców nieistniejącego miasta raczej nie pozna szersze grono czytelników. Jednak przyznanie pracy Gunnara S. Paulssona nagrody głównej w I edycji nagrody historycznej im. Kazimierza Moczarskiego pozwala upomnieć się o należyte proporcje dyskusji. Utajone miasto pozostaje jednym z nielicznych przypadków pisania o sprawach ważnych bez popadania w którąkolwiek ze skrajności. Cieszy rzetelność badawcza Autora, jego pasja polemiczna wobec wielu historyków (przede wszystkim Grossa i Szaroty), ogromna erudycja. Przykuwa uwagę fakt, że Paulsson podąża własną drogą, nie próbując nikogo zadowolić. I to jest najważniejsze w rozmowie z duchami.


Gunnar S. Paulsson, Utajone miasto. Żydzi po aryjskiej stronie Warszawy (1940-1945), przeł. E. Olender-Dmowska, Wydawnictwo Znak, Centrum Badań nad Zagładą Żydów IFiS PAN, Kraków 2007.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata