70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Drewniany samolot ląduje na wolnym rynku

Gościnność jest siostrą tolerancji. Tej najlepszej tolerancji, bo jednocześnie otwartej na obce wartości, ale gotowej obstawać przy swoich, które jej są bliskie i w które wierzy.

Najwspanialszej i najbardziej ujmującej gościnności doznałem w swoim nieco włóczęgowskim życiu, kiedy w głębokim jeszcze komunizmie – dzięki mojemu przyjacielowi, początkującemu rosyjskiemu poecie – znalazłem się w małej kołchozowej wiosce zagubionej w lasach kilkadziesiąt kilometrów od Moskwy. Kołchoz – jak to w tamtych czasach bywało – grzecznie wykonywał polecenia naczalstwa, pisał nakazane sprawozdania, ale ruski mużyk wie swoje, czego dowodem były wybudowane zgodnie z nakazem piękne szklarnie, w których wyrosły leśne drzewa, przebiły dach i zdrowo pobujały ku słoneczku. Tamtejszy ruski mużyk zajmował się bowiem głównie wynajmowaniem swojej chaty rodzinom moskiewskich urzędników niższej rangi (wyższa miała własne dacze w lepszych miejscach), pędzeniem samogonu, zbieraniem grzybów i łowieniem ryb w rzece. Skromne dochody z wynajmu wystarczały na życie, ziemniaki i inne warzywa baba wyhodowała na działce, krowę wypasła, więc po co mieć więcej? Samochodu nie kupisz, bo i tak dróg tu nie ma, telewizor wystarczy stareńki z ekranem wielkości pocztówki, bo cóż w tej telewizji ciekawego? W ten sposób mały, zagubiony w lasach kołchoz pierwszy może, ale chyba nie jedyny w Związku Sowieckim osiągnął komunizm: każdemu według potrzeb, jak Nikita niedawno obiecywał, a teraz obiecuje Lońka, co tamtego właśnie na wysokim Kremlu obalił. Cóż z tego, że nie tylko szklarnie zarosły drzewiną, ale i pola legły odłogiem? Potrzeby się skończyły, na ich zaspokojenie starcza aż nadto. Dlatego ludzie byli tu szczęśliwi, dobrzy, gościnni, wszystkim przyjaźni. Kiedy szliśmy przez wieś z moim rosyjskim przyjacielem, co chwila nawoływano nas z przydomowych ławeczek: A chodźcież, panie, opowiedzcie, co w świecie słychać! A przeczytajcież mi list od syneczka w wojsku! Częstowano nas kiszonym rydzem i wędzoną rybą, czasem nawet ukłusowaną w lesie sarniną, zapijaliśmy samogonką. Ludzie byli uszczęśliwieni z wizyty kogoś obcego, nowego; ciekawi świata, mieli na wszystko czas. Bo gościnność nie jest za darmo: wymaga poświęcenia jej czasu i serca. O tej istocie gościnności mówi ewangeliczna relacja z wizyty Chrystusa w Betanii, w domu Łazarza i jego sióstr. Maria słuchała słów gościa, Marta gorliwie usługiwała, ale to nie ona zyskała Bożą pochwałę. Istotą gościnności nie jest przecież czerwony dywan, wyżerka i napitki, ale uwaga poświęcona obcemu.

Oblicza gościnności

Gość w dom, Bóg w dom – powiadamy. Jeśli już jest, to oczywiście: czym chata bogata, tym rada! Chlubimy się staropolską gościnnością, choć wolimy nie pamiętać, że zwykle wyradzała się w przymus picia i tłustego żarcia. W spadku po dawnych czasach pozostała nam gościnność dzisiejszej polskiej pierwszej komunii albo chrztu, kiedy nikt nie myśli o Tajemnicy, tylko o bankiecie i prezentach. Wyżej stawiam gościnność kaukaską, nie dlatego bynajmniej że tam także trzeba ucztować i pić wino ani nie dlatego, że jeśli pochwalisz jakiś szczegół wyposażenia domu, będzie to odebrane jako przymówka do podarku i możesz nagle otrzymać nadspodziewanie hojny, acz wymuszony prezent. Podobnie bywa zresztą w krajach arabskich. Na Kaukazie nade wszystko radość z wizyty i duma z własnej kultury wyraża się przez taniec: zarówno po północnej, jak południowej stronie tych pięknych gór ledwie tylko zostaną wzniesione kielichy i przetoczy się oracja pierwszego toastu, już brzmi muzyka i młodzi ruszają do tańca, a za nimi coraz starsi, podochoceni winem. Smukłe, wyprostowane dziewczyny drobią nogami do coraz gorętszych rytmów, chłopaczyska wybijają jakieś hołubce, w przypływach energii wyrzucają ręce i nogi. Dzikość, duma, zapamiętanie, radość. Takim tańcem wielbili Boga ludzie Biblii. Czy to słynna lezginka czy coś innego, nie wiem do dziś, bo miejscowi nazywali swe pląsy rozmaicie. Ale czy to w blokach Nalcziku czy gruzińskich albo dagestańskich zagrodach, zawsze działo się to samo. Bywałem tam jeszcze w czasach głęboko komunistycznych, wspinając się po Kaukazie, ale już wtedy – gdy dogasało ognisko i wino stumaniło głowy – któryś z gospodarzy bacznie rozglądał się, czy kapusiów już ogarnął pijacki sen, i w kolejnym toaście powiadał: „Mój naród i Polacy zawsze mieliśmy wspólnego wroga!”. Jak nie kochać takich ludzi?

Ileż jest twarzy gościnności! Chociażby słynna gościnność eskimoska, kiedy podobno można zostać obdarowanym żoną gospodarza, zwykle dawno niemytą i wysmarowaną foczymi albo wielorybimi tłustościami…

Na szczęście nie dane mi było dostąpić tej poufałości ani na Alasce, ani w północnej Kanadzie; ale podobno prawdziwych Eskimosów już tam nie ma. Owszem, w latach siedemdziesiątych chińscy kupcy w Kuala Lumpur po przyjęciu wydanym w imię ich trochę złudnych biznesowych nadziei zaoferowali mnie i moim dwu przyjaciołom po dziewczynie, ale z wiadomego domu; podobno taka jest miejscowa kurtuazja. Najbardziej ujmuje mnie jednak gościnność biedaków, jak w podmoskiewskiej wiosce albo na Kaukazie. Ujmująca radość Hindusów z osady zagubionej w malajskiej dżungli wśród islamskiego otoczenia, gdzie proste zapytanie o drogę zamieniło się w długotrwałe ucztowanie. Podobna gościnność górskich plemion w północnej Tajlandii albo himalajskich wieśniaków w Nepalu i Butanie: nie rozumiemy się ani słowem, ale cieszą się z mojej obecności, długo mnie obwąchują i obchodzą dookoła, potem zapraszają do kurnych chat. No i koniecznie trzeba wspomnieć o gościnności pewnego dosyć cywilizowanego – bo pracującego w liniach lotniczych – muzułmanina na wyspie Fidżi pochodzącego z Pakistanu. Bawiłem w jego domu chyba z tydzień, wszystko było, jak prorok Mahomet przykazał: kobiety należycie zakryte, jedzenie koszerne, napitki bezalkoholowe. Wreszcie odprowadził mnie na lotnisko, a ponieważ miał tam wszystkie klucze, otworzył barek dla VIP-ów i nalał.

– Jakże to, Ali? – spytałem. – Przecież prorok zabrania!

– Tu jest strefa międzynarodowa – powiedział. – Tutaj prorok nie sięga! – No i pojechaliśmy ostro.

Pierwszym obrazem gościnności jest w Starym Testamencie wizyta trzech wędrowców – jak się okazało, aniołów – w domu Abrahama i jego małżonki Sary. Gospodarz wyszedł naprzeciw, zaprosił, usadził pod drzewem, kazał przynieść wody do zmycia pustynnego kurzu, postawił przed wędrowcami mleko i ser, polecił zabić na pieczeń najpiękniejsze cielę i piec podpłomyki. Oni zaś zwiastowali mu prawowitego potomka, choć on i jego żona byli już w podeszłym wieku. Przedtem Abraham miał tylko Izmaela z niewolnicą Hagar, zresztą zaakceptowaną przez Sarę. Tak dopełniło się obiecane wcześniej przez Jahwe rozmnożenie Abrahamowego rodu, ale też nie za darmo, bo Bóg poddał go jeszcze najokrutniejszej próbie, każąc złożyć ofiarę z pierworodnego i dopiero w ostatniej chwili inny anioł powstrzymał rękę ojca z nożem. Trzech aniołów prawosławie utożsamiło stopniowo z Trójcą Świętą, czego wyrazem jest wspaniała ikona Andrieja Rublowa opisana jako „Philoksenia” (gościnność).

Podobnie w naszej legendzie o kmieciu Piaście, który gościnnie przyjął wędrowców – też, jak się okazało, aniołów – którzy zwiastowali mu wyniesienie do królewskiej godności. Ale starodawne podania niosą również ostrzeżenie: gościowi nie wolno uczynić nic złego! Obok przykładu gościnności bogobojnego kmiecia jest też przykład antygościnności teutońskiego księcia, który podstępnie morduje zaproszonych na ucztę słowiańskich rycerzy. Zwłaszcza na Kaukazie i w krajach arabskich nawet ścigany przez prawo lub zemstę rodową może schronić się jako gość w czyimkolwiek domu i nie wolno wtedy podnieść na niego ręki. Podobnie wierzyli amerykańscy Indianie i roztopieni dziś w obcym napływie dawni Hawajczycy.

Philoksenia i ksenofobia

Pismo Święte pełne jest pochwal gościnności i jej zbożnych przykładów. „Gdy będziesz obierał winnice twoje, nie obieraj do szczętu za sobą: dla cudzoziemca, dla sieroty i wdowy niechaj zostanie” – nakazuje Księga Powtórzonego Prawa. „Okazujcie gościnność jedni drugim bez narzekania” – pisze św. Piotr w swoim pierwszym liście. Ale pamiętajmy, że nie dostąpili gościnności Maria z Józefem, dla których „nie było miejsca w gospodzie”.

Philoksenia to po grecku sprzyjanie obcym. Gość jest przecież obcym, który przybył na teren gospodarza. Wobec obcego możliwe są dwie postawy: odrzucenie i agresja wynikające ze strachu albo ostrożne zaciekawienie przechodzące stopniowo w sympatię. W chwili pierwszego spotkania wszystko jest możliwe. Przecież obcy to niemiec, jak określali to nasi praprzodkowie, a więc niemy mówiący niezrozumiałym językiem, a przez to niemający nam nic istotnego do powiedzenia. Legendarna Wanda słusznie zrobiła, że nie chciała Niemca. Przeciwko tak rozumianym obcym podnosi się plemienne totemy, ostrzy miecze, ładuje strzelby, a przynajmniej zamyka wrota. Także dzisiaj: przeciwko gejowi, emigrantowi, muzułmaninowi zwłaszcza. Wobec obcego zawsze jesteśmy trochę spięci, częściowo nieufni, ale jednak ciekawi. Kapitan Cook, i jego okręty, był dla dawnych Hawajczyków zjawiskiem nie z tego świata. Kapitana przyjęli początkowo jak bożka, wraz ze wszystkimi marynarzami. Ale gdy powrócił na wyspy, nastroje odmieniły się i został zamordowany. Podczas spotkania z niezrozumiałym obcym wszystko może się zdarzyć i nic nie jest przesądzone. Pięknie o tym pisze Paweł Edmund Strzelecki, uciekinier przed represjami po powstaniu listopadowym i potem eksplorator Australii w brytyjskiej już służbie. To on wszedł pierwszy na najwyższy szczyt tego kontynentu i nazwał go imieniem Kościuszki; sam też ma swoją górę w pustynnym wnętrzu wyspy. Strzelecki pisze w swoich wspomnieniach, jak właśnie na takiej pustyni zmęczony, wygłodniały i spragniony napotkał ze swymi ludźmi aborygeńskie plemię czarnych, pierwotnych mieszkańców kontynentu. Ci ludzie w suchej ziemi potrafią znajdować wodę i strzegą jej życiodajnych źródeł. Być może ktoś inny zrobiłby użytek ze strzelby i pośpiesznie ugasił pragnienie za cenę krwi miejscowych troglodytów. Ale Strzelecki wiedział, że powinien czekać. Wyszedł bez broni ku czarnym, wykonał rytualne gesty. Pozwolili mu odejść, godziny mijały. Dopiero wieczorem dwaj miejscowi ponieśli ku białym rozpaloną żagiew: znaczyło to, że plemię dopuściło ich do najcenniejszego skarbu – ognia. Nie umiejąc go krzesać, nosili ze sobą zarzewie ogniska. Dopuszczenie do ognia oznaczało też dopuszczenie do wody, a więc zbratanie z obcymi. To był punkt zwrotny wzajemnych stosunków. A przecież mogło stać się zupełnie inaczej. Philoksenia graniczy z ksenofobią. Nie tylko w starej Australii, której już dawno nie ma.

Gość też musi się postarać, a o tym zwykle zapominamy. Czy wolno mu hałaśliwie domagać się poszanowania swoich praw i znaków, czy jednak powinien uszanować totemy, obyczaje i nawet niezrozumiałe dlań przeczulenia gospodarzy? Pytanie bardzo aktualne w dzisiejszym zglobalizowanym świecie, gdzie tak wielu jest gości, ale gościnności coraz mniej.

Słowo gościnność można rozebrać na „gość-inność”. Punktem wyjścia jest spotkanie z innym, obcym, odmiennym. Takie spotkanie bywa trudnym sprawdzianem dla obu stron, wymaga nie tylko – jak rzekłem – czasu i serca, ale i wiedzy. W czasach Strzeleckiego dochodziło do takich pokojowych zbratań między miejscowymi a napływającymi na swych żaglowcach białymi, wtedy zwykle kryminalistami i pilnującymi ich brytyjskimi żołdakami. Skąd mieli przybysze wiedzieć, że czarni nie znają pojęcia indywidualnej własności i małej rodziny, żyją w plemiennych gromadach, gdzie wszystko jest wspólne? Dopuszczenie do ognia i wody oznaczało też dopuszczenie do kobiet i żywności. Miejscowi nie mieli więc nic przeciwko spółkowaniu z ich niewiastami, ale gdy przybysze sprowadzili swoje, gdy zaczęli wypasać trzodę i bydło, śmiało sięgnęli po to, co im się należy. Tego było już białym za wiele: czarni poganie zarzynają nasze owce i hańbią nasze kobiety! Załadowano strzelby i tak skończyła się aborygeńska Australia.

Ale w tej dzisiejszej, białej Australii, gdzie resztki Aborygenów wegetują w rezerwatach trawione pijaństwem i nieuleczalną obcością kultur, do dziś poza paroma wielkimi miastami (czyli, jak mówią tamtejsi ludzie, „w outback”) nie zamyka się domów. Bo i po co? Może pod naszą nieobecność przyjdzie ktoś potrzebujący? Ale w Stanach Zjednoczonych kowbojskie prawo zwyczajowe pozwala strzelać do obcego, który wtargnie na nasze terytorium. Uwzględnia to do dzisiaj w nadzwyczajnym złagodzeniu kary prawo wielu stanów.

Gościnność na rynku

Gościnność jest siostrą tolerancji. Tej najlepszej tolerancji, bo jednocześnie otwartej na obce wartości, ale gotowej obstawać przy swoich, które jej są bliskie i w które wierzy. Kiedyś nazwałem ją „tolerancją silnych”. Nie ma ona nic wspólnego z tchórzliwą postawą – nie wiadomo dlaczego dzisiaj określaną tym samym mianem – która polega na ustępowaniu wobec każdego bełkotu, a nawet każdej agresji w imię politycznej poprawności albo po prostu świętego spokoju. Taka „tolerancyjka” nie jest zdolna do podjęcia dialogu, bo sama nie ma nic sensownego do powiedzenia; najwyżej grzecznie przesunie się na swojej ławce.

Filozofia gościnności jest bowiem tożsama z filozofią dialogu: trzeba wyjść gościowi naprzeciw, być przyjaźnie otwartym na jego wartości, ale obstawać przy wartościach swoich, których jesteśmy pewni. Na takim spotkaniu zyskują wszystkie jego strony. Nie ma dialogu, kiedy jedna ze stron jest zamknięta i pragnie upokorzenia drugiej. Podobnie jak nie ma go, gdy uznamy wszystko, co wygaduje inny, za postmodernistycznie słuszne, bo każdy tekst jest jednakowo ważny jako „prawda słaba” („tyz prowda…” – jak by powiedział niezapomniany ksiądz Józef Tischner), a „prawd silnych” już dawno nie ma.

Niestety, gościnność źle czuje się na wolnym rynku, który ogarnął cały świat i zatriumfował nawet tam, gdzie jeszcze rządzą archaiczne reżimy.

W świecie zglobalizowanym cudzoziemiec już dawno przestał być „obcym”, jest takim samym jak ja człowiekiem, z którym można porozumieć się łamaną angielszczyzną bądź niemczyzną, aby go skutecznie odpompować z pieniędzy.  Dobrym przykładem jest Bułgaria. Jakże wspaniale gościnne i otwarte dla obcych były w tym kraju ubogie wsie i miasteczka jeszcze ze czterdzieści lat temu, jakże uroczo można było zaprzyjaźnić się z miejscowymi ludźmi przy pędzeniu rakii albo konsumowaniu faszerowanej papryki.  Ale już w późnych czasach komunistycznych ta stara gościnność została zmiażdżona walcem masowej turystyki i hotelarstwa. Wiejski człowiek zobaczył, jak łatwo przy tym napełnić kieszeń, okazał się nieokrzesanym i chciwym prostakiem, bo nie miał już czasu na zainteresowanie obcym, skoro interesował się tylko jego portmonetką. Dziś wypolerowały to zachodnie standardy i szkolenia prowadzone przez renomowane firmy dla potomstwa pastuchów marzącego o zatrudnieniu w knajpach i hotelach. Ale coś ważnego i niedającego się odbudować minęło bezpowrotnie.

W innych krajach, także i w Polsce, ta przemiana nastąpiła wcześniej. W krajach podziwianych dziś jako „przodujące” tak dawno, że jej już nikt nie pamięta. Wprawdzie w reklamówkach hoteli i kurortów mowa o autentycznej polskiej, prowansalskiej, tureckiej czy jakiejkolwiek innej gościnności, ale jest to tylko pięknie opakowany towar.

Przypowieść o drewnianym samolocie 

Każdy raj ma swojego węża. Także ten w podmoskiewskich borach. W końcu usiedliśmy sobie z moim rosyjskim przyjacielem na wysokim brzegu rzeki, w której pluskały tłuste ryby. Brzozy jak białe panny, między nimi mury cerkiewne. Krajobraz jak spod pędzla Izaaka Lewitana. Tylko że były to mury wypalone i opaskudzone, bo jeszcze w latach trzydziestych przyjechała specbrygada, popa powiesili, cerkiew spalili, kułaków aresztowali. Tak już zostało, a ruiny służą miejscowym jako wychodek i miejsce schadzek. Przysiadł się do nas kołchoźny pastuch i milczeliśmy we trójkę. Aż wreszcie pastuch wyciągnął z kieszeni butelkę samogonu, odbił korek i rzekł:

– I ot… Wiarę świętą narodowi zabrali i co nam zostało? Tylko wódka mateczka nam została!

Takich miejsc albo jeszcze gorszych, bo choćby na Syberii, dotyczy też niegdyś zasłyszana od Rosjan przypowieść. Otóż razu pewnego do kołchozu, gdzie już nic nie było, tylko – jak oni powiadają – „chołod, skuka i granit”, przyjechał transport świeżego, pięknego drewna. Zbiegli się kołchoźnicy, aby demokratycznie na wiecu zadecydować, co zrobić z tak hojnym darem.

– Cerkiew zbudujmy! – zawołał jeden. – Jak bezbożne zwierzęta żyjemy!

– Ale jakże cerkiew w socjalizmie budować? – zaoponował któryś przytomnie.

Rzeczywiście, jakże? Ręce im opadły, ale już następny rwie się do głosu:

– Łaźnię zbudujmy! Brudni chodzimy…

– Ale tu nikt mydła nie widział, o opale nie wspominając.

Rzeczywiście, racja. Znowu ręce im opadły, ale już trzeci krzyczy:

– Szkołę!

– Ależ tu żaden nauczyciel nie przyjedzie…

I tak dalej kilka razy. Aż wreszcie wyszedł przed tłum jakiś dziadek i rzekł:

– Towarzysze, zbudujmy z tego drewna samolot i spieprzajmy stąd!

Niestety, w dzisiejszych czasach, jeśli nawet taki drewniany samolot wzbije się w niebo, to wylądować może jedynie na wolnym rynku. I to awaryjnie. Innych wolnych przestrzeni już nie ma. Dlatego każde takie lądowanie powoduje nielichą katastrofę. No i dlatego w pochwalonej tu przeze mnie nepalskiej wiosce, gdy już tubylcy pokażą chatę, palenisko i garnki, to na pewno wyciągną rękę po pieniądze.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata