70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Gorzkie prawdy. O książce Barbary Stanisławczyk Czterdzieści twardych

Mówiąc nieskromnie, przez ostatnie lata przeczytałem sporo z tego, co się ukazało na temat Zagłady. Są w tej grupie teksty wspomnieniowe, reportażowe, jest literatura piękna. O Czterdzieści twardych wiedziałem od dawna, wszak pierwsze wydanie książki Barbary Stanisławczyk ukazało się dwanaście lat temu. Nie potrafię dziś powiedzieć, dlaczego wcześniej nie sięgnąłem po ten tom. Raz czy dwa przejrzałem pobieżnie jego treść tak, by się zorientować, czego dotyczy. Wiedziałem więc, że chodzi o ukrywanie Żydów przez Polaków. To mi wystarczało.

Całkiem niedawno – bazując na utworach prozatorskich i tekstach wspomnieniowych – opublikowałem szkic o donosach na Żydów. Gdybym teraz po lekturze Czterdzieści twardych miał napisać go od nowa, nie zmieniłbym nic w jego zasadniczych fragmentach. Jedynie bardziej wyeksponowałbym rolę strachu jako jednego z powodów, dla których wydawano Żydów. Tak się stało, że druga edycja reportaży Stanisławczyk sąsiaduje w czasie z polskim przekładem Daniela w jaskini lwa Nechamy Tec. Autorka biografii Oswalda Rufeisena czyni takie oto wyznanie, które dobrze koresponduje z treścią Czterdzieści twardych: „Oswald uważał, że podczas wojny każdy Żyd miał obowiązek ratowania innych Żydów, i to bez względu na ryzyko własne. Dla Polaka ratowanie Żydów nie było ani powinnością, ani obowiązkiem. Polak, który ryzykował własne życie dla Żydów, dokonywał czynu wykraczającego poza granice obowiązku. Niesienie ratunku należałoby tutaj rozpatrywać na płaszczyźnie moralnej wyższego rzędu, a zdradę takiego czynu jako szczególnie zasługującą na potępienie”.

Jakże przejmująca i prawdziwa jest książka Stanisławczyk. Reporterka unika moralistyki. Jest do bólu szczera. To opowieść o zwyczajnym-niezwyczajnym heroizmie, o heroizmie, który onieśmiela, gdyż nie wije dla siebie wieńca laurowego. Czytając króciutki tekst Pszczoły uciekają od śmierci, nie sposób pozbyć się skojarzeń z powojennym opowiadaniem Jerzego Andrzejewskiego Przed sądem (ze zbioru Noc, gdzie znajduje się słynny Wielki Tydzień). Poznajemy tam losy dwóch Polaków, z których jeden nie wytrzymuje przesłuchania i wydaje przyjaciela wskazując Niemcom miejsce, gdzie uciekające we wrześniu wycofujące się formacje polskie zakopały broń. W finalnej scenie zdradzony przebacza zdrajcy. Andrzejewski przyprawia swą opowieść niemałą dawką moralizatorstwa i patosu. Kto chce poznać mniej wzniosły, ale pewnie bardziej przekonujący obraz ludzkich postaw w sytuacjach granicznych niech sięgnie po Pszczoły uciekają od śmierci. Stanisławczyk przedstawia inwariant zdarzenia, o którym traktuje Przed sądem. Aresztowany Żyd załamuje się i podaje hitlerowcom adres zagrody chłopa, w której go ukrywano. Ginie od kuli żandarma, wkrótce potem zostanie rozstrzelany ów chłop – ojciec rodziny. Nie ma pojednania, nie ma przebaczenia, jest tylko gorycz, są niezagojone rany. Żona zabitego chłopa nie potrafi zrozumieć, dlaczego Żyd, któremu dali schronienie, ich wydał. W tej opowieści nie ma pocieszenia ani happy endu z żydowskimi pieniędzmi w tle. Po wojnie nie zjawił się (bo niby dlaczego) bogaty Żyd, by wynagrodzić im stratę. „Dom, obora, stodoła, jak stały, tak stoją. I znowu się wyróżniają, tylko teraz na minus, bo wokoło młodzi gospodarze wybudowali nowe ładne budynki. Pokupowali nowoczesne maszyny rolnicze, a Henryk Stępniewski nadal orze koniem. (…) Znajomi mówią, że na swoje samotne siedemdziesiąt dwa lata Henryk i tak dobrze sobie radzi. Sam wszystko jeszcze zrobi i w polu, i w domu”. A oto ostatni dwuwers reportażu o rodzinie Stępniewskich: „O Medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata żadne z nich się nie starało. Nawet nie wiedzieli, że taki istnieje. A zresztą, »samemu starać się o medal dla siebie?! Jakże to tak, nieskromnie«”. W Czterdzieści twardych zdarza się, że ocaleni zapominają zgłosić swych wybawicieli do odpowiedniej instancji, która zajmuje się przyznawaniem Medalu Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Bywa, iż na drodze do chwały stają względy proceduralne i ten, który ratował musi dostarczyć dowodów swej odwagi. Nie trzeba dodawać, że jest to nader upokarzające.

Jak wiele gorzkiej prawdy kryje w sobie Czterdzieści twardych. I właśnie ta gorzka prawda wydaje mi się najciekawsza. Stanisławczyk niczego nie ubarwia nawet wtedy, gdy łatwo mogłaby liczyć na rozgrzeszenie ze strony czytelnika. Bo przecież lubimy nawet w najbardziej przygnębiających historiach odnajdować namiastkę optymizmu. Lubimy słuchać o triumfie dobra, a jeszcze bardziej o zwycięstwie dobra, które pieczętuje dozgonna przyjaźń i pamięć. Życie jednak weryfikuje patetyczne deklaracje i uczucia, rozluźnia więzy, po prostu wciąga w wir codziennych spraw. Stanisławczyk pyta więc o dalsze losy ludzi w czasie okupacji związanych ze sobą niewidzialnym (dla innych) węzłem, jaki jest w stanie wytworzyć sytuacja zagrożenia życia. Powojenne kontakty pomiędzy tymi, których ukrywano i tymi, którzy ukrywali układały się bardzo różnie. Nie da się wskazać jakiejś jednej prawidłowości, bo też i każda z sytuacji była inna. Zdarzały się pretensje, wzajemne urazy, żale i cierpkie słowa, które dopiero gdy minęło bezpośrednie niebezpieczeństwo, dawały o sobie znać (Chodzi mi tylko o sprawiedliwość). Niektórzy z ocalonych pamiętali i utrzymywali kontakt po wyjeździe z kraju.  Przysyłali paczki, upominki, drobne kwoty pieniędzy, pisali listy i prosili o wieści z Polski, interesowali się losami swoich wybawców, ich potomstwa i najbliższej rodziny. Byli i tacy, dla których zapewne pamięć o tych chwilach, gdy byli zdani na łaskę i niełaskę innych osób, stanowiła niechciane dziedzictwo, wiązała się z dolegliwym poczuciem upokorzenia, które najlepiej należałoby zepchnąć w rejony zapomnienia. Nie trzeba się temu dziwić.

Nie kryjąc się z uznaniem dla umiejętności literackich Stanisławczyk, nie mogę nie odnotować dyskusyjnych passusów w jej książce. O ile nie sposób polemizować z poglądami bezpośrednich świadków, którym reportażystka udziela głosu, to nie da się tego samego powiedzieć o komentarzach odautorskich. Dziennikarska rzetelność nakazywałaby w momencie, w którym przywołuje się pogrom kielecki, odesłać czytelnika nie tylko do Krzysztofa Kąkolewskiego i jego Umarłego cmentarza, ale też do innych opracowań na ten temat (skądinąd Kąkolewski jest twórcą kilku ciekawych opowiadań utrzymanych w konwencji reportażowej i dotyczących Zagłady, choćby Sianokosy w Brzezince czy tom Szukanie Beegera). Warto mieć na uwadze, że ubecka prowokacja jako przyczyna zajść w Kielcach to tylko jedna z hipotez, a geneza pogromu wciąż kryje wiele znaków zapytania.

Za dowód selektywnego podejścia do coraz bogatszej literatury przedmiotu uznałbym powoływanie się na publikację Stanisława Wysockiego Żydzi w dziejach Polski, z której dowiadujemy się, iż „posiadali [oni] w całej Polsce przeciętnie 75%  nieruchomości w miastach, 80% zakładów przemysłowych, 85% w handlu, 90% w bankowości oraz 90% zakładów ubezpieczeniowych”. Pomijając wątpliwe wyliczenia Wysockiego, dziwi nieobecność innych szacunków (a może są to poglądy bliskie Stanisławczyk, skoro w innym miejscu, na stronie 146, pisze, iż Żydzi na Lubelszczyźnie stanowili 80% mieszkańców miast). Oczywiście wiem, że Czterdzieści twardych to nie rozprawa naukowa a zbiór reportaży, ale w imię obiektywizmu i orientacji czytelnika chyba dobrze byłoby podać także inne stanowiska i odmienne punkty widzenia.

W krótkim słowie wstępnym Stanisławczyk pisze: „Interesowali mnie ludzie silniejsi od strachu. A strach był tak wielki, że innym odbierał chęć działania, mimo litości, jaką żywili, współczucia, żalu, z powodu ogromu tragedii, której byli świadkami. Ten strach paraliżował ogół. Mimo to wielu stawiło mu czoła”. Jakkolwiek daleki jestem od bagatelizowania roli strachu (po książce Stanisławczyk jego znaczenie doceniam jeszcze bardziej), to nie da się nim wyjaśnić wszystkiego, co było złe w relacjach polsko-żydowskich w czasie okupacji. Kiedy czytam o paraliżującym działaniu strachu przypomina mi się opowiadanie Henryka Voglera z tomu Wstęp do fizjologii strachu. Dla żydowskiego bohatera, obezwładnionego perspektywą donosu, pokonanie bardzo niewielkiej odległości okazuje się niezwykłym wyzwaniem. Nie, on nie lękał się hitlerowców, którzy przecież nocą czy wczesnym rankiem bywali na wsi niezwykle rzadko. Henryk Grynberg, kiedy pyta, kogo najbardziej obawiały się osoby przechowujące Żydów, odpowiada – sąsiadów. Potwierdza to reportaż Gajówka z Czterdzieści twardych: „Wieś nie była na tyle zgrana, żeby utrzymać (…) tajemnicę. Jeden z drugim kłócił się o miedzę, trzeci był zły na czwartego, bo jego syn nie chciał tamtego córki, i tak dalej”. Ktoś inny jeszcze zazdrościł temu, o którym wiedział, że przechowuje Żydów, dolarów, mitycznego żydowskiego złota.

A antysemityzm? Czy antysemityzm nie był jednym z powodów, dla których wydawano Żydów? I czy nie była to jedna z przyczyn, dla której Żydzi wyjeżdżali z Polski. Nic o nim nie słyszymy, choć o emigracji co i rusz ktoś opowiada na kartach Czterdziestu twardych. Rozmówcy Stanisławczyk chyba zbyt idealizują polską wieś w tym okresie. Nie tylko słynny Dziennik Zamojszczyzny Zygmunta Klukowskiego, ale i oparta na osobistych wspomnieniach Okupacja Stanisława Łukasiewicza dowodzą czegoś zgoła odmiennego. Demoralizacja wsi w tych warunkach musiała być czymś nieuniknionym, zresztą objawiała się nie tylko w stosunku do Żydów.

Nieco dziwacznie brzmią te fragmenty Czterdzieści twardych, w których – po wojnie – osoby ratujące Żydów nonszalancko przyznają, że nie chwaliły się tym faktem, bo nigdy nie wiadomo, czy jest to politycznie pożądane, czy nie. Istota problemu wcale nie leży w aspekcie politycznego czy społecznego zapotrzebowania. Chodzi o to, że w wyzwolonej Polsce (a w niektórych środowiskach być może do dziś) fakt przechowywania Żyda nie był czymś heroicznym, a raczej wstydliwym.

Niemałą trudność w pisaniu o reportażach z Czterdzieści twardych stanowi szczególny status rozmówców Stanisławczyk. Polemika z nimi jest w jakimś sensie niestosowna, bo nawet jeśli zdarzają się uproszczenia, to wygłaszają je osoby, które w czasie wojny narażały swe życie dla ratowania Żydów. Bohaterowie Czterdzieści twardych mają więc jednak prawo czuć się rozgoryczeni, kiedy to właśnie im przychodzi słuchać o polskim antysemityzmie, a zwłaszcza (zacierając proporcje) o polskim współudziale w hitlerowskich zbrodniach i milczeniu środowisk żydowskich. Można też zrozumieć ich zdziwienie, gdy dzieci niedawnych wrogów (żydowskie i niemieckie) pobierają się i tworzą rodziny (Zażydzony dom). Choć przyjmując nieco inną optykę, można całą sprawę skomentować banalną uwagą, iż miłość nie zna granic.

Rozpocząłem od osobistej dygresji i tak też chciałbym zakończyć. Pośród książek, które mam za sobą jako badacz problematyki Holocaustu, doprawdy nie mógłbym wymienić zbyt wiele takich, które wywarły na mnie równie mocne wrażenie jak Czterdzieści twardych. Reportaże Stanisławczyk są dziełem z najwyższej półki. Bez wątpienia to jedno z najciekawszych świadectw o czasach, w których na miano dobrego Polaka i dobrego katolika należało zasłużyć.


Barbara Stanisławczyk, Czterdzieści twardych, Poznań 2008.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata