70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Cud wiosny, misterium życia

Motyw niepokalanego poczęcia, chrztu, cudów, Zmartwychwstania też przewija się przez opowieści o indyjskim Krisznie, perskim Mitrze, frygijskim Attis i innych jeszcze boskich lub półboskich postaciach. Czy to znaczy, że chrześcijańska Wielkanoc jest falsyfikatem? Zdarza się tak mniemać ludziom małego ducha. Ale znaczy to raczej, że w innych kulturach i religiach jest przeczucie Chrystusa i to je zbliża do siebie bardziej, niżby tego chcieli fundamentaliści i fanatycy.

Idzie wiosna. Ale może dopiero przedwiośnie się zapowiada, kusząc nas pierwszymi kiełkami w wilgotnej jeszcze od śniegu ziemi. Poeci już widzą pleniące się kwiecie, zakochani – albo ci, którzy dopiero się zakochają – już marzą o swojej miłości. „Kiedyś wiosna otworzy na ścieżaj pestki serc rozłupane na pół” – jak pięknie pisał Bruno Jasieński, by nie wspomnieć co bardziej oklepanych cytatów wiosennych. Jak co roku odradza się nowe życie, jak co roku powtarza się cud pękania ziarna nabrzmiałego od soków, które wkrótce wyda utrzymujący świat przy życiu plon. Ożywcza pora młodości, nadziei, oczyszczenia i tej najbardziej pociągającej, a najbardziej tajemnej tajemnicy, jaką jest płodność. Odkąd człowiek został wygnany z Raju (jeśli w ogóle tam przebywał) i musiał sam troszczyć się o pożywienie, z obawą i nadzieją spogląda na ten wiosenny cud, pomaga mu, jak potrafi, i święcie wierzy, że wszystko powtórzy się już za rok. Zna, to nie oznacza, że rozumie. Dlatego od prawieków obłaskawia ten cud magią i obrzędami, ustawia ołtarzyki stosownym bożkom, którzy mają być pośrednikami między jego nadzieją a tajemnicą powtarzającego się odrodzenia i plonu. Nasza chrześcijańska Wielkanoc (w tym roku przypada ona trochę później, bo w kwietniu) też jest korzeniami zanurzona w tych pradawnych wierzeniach.

TOPIENIE  MARZANNY,  CZYLI  LAI  KRATONG

Któż z nas nie topił Marzanny, a przynajmniej o tym obyczaju nie słyszał? 21 marca to koniec astronomicznej zimy, a początek wiosny. Nietrudno zauważyć ten znamienny dzień w roku, kiedy długość skracającej się stopniowo nocy zrówna się nareszcie z czasem trwania coraz dłuższego i bardziej słonecznego dnia. Podobnie jak równonoc jesienną, ale nie kojarzy się ona z młodością i kiełkowaniem; ze starczym usychaniem raczej, bo syt plonów świat układa się do zimowego snu. Obojętne, jak nazwiemy miesiące, czy na cyklach Księżyca czy Słońca oprzemy ich następstwo, zawsze równonoc będzie chwilą magiczną, podniosłą, ale i groźną. Kiedyś w Finlandii widziałem w porze przedwiosennej wystawione w oknach figurki wiedźm, czarownic i upiorów. Myślałem, że to dziecinne wygłupy, tak jak amerykański Halloween, ale miejscowi wytłumaczyli mi, że to zanikający zabobon ich dziadków lub rodziców, którzy nie zapomnieli jeszcze o swych wiejskich korzeniach. Zarówno wiosenna, jak jesienna równonoc to wzmożona aktywność złych duchów i upiorów, które szukają okazji do szkodzenia ludziom lub zwierzętom, więc w ten sposób próbujemy odstraszyć strzygi i inne paskudztwa. Podobno ten sam zwyczaj praktykowany bywa jeszcze w północnej Szwecji, ale kiedyś tak wierzyli również nasi słowiańscy przodkowie. We wschodniej Polsce do dziś pali się w Wielkim Poście ogniska na krańcach wsi dla odstraszenia złych duchów.

W dawnej Słowiańszczyźnie nadejście wiosny zwiastowały „jare gody”, których centralną postacią była właśnie Marzanna: może boginka zimy, może i śmierci, w sam raz nadająca się na uosobienie zła, które trzeba zrzucić z siebie w dniach wiosennego samooczyszczenia. Tak jak po zimie sprzątamy izby i porządkujemy obejście, tak wypadałoby uprzątnąć duszę i sumienie, tym bardziej że złe moce też wiosną budzą się do życia. Starożytni mieli na to kozła ofiarnego, którego symbolicznie obarczano wadami, przewinami i grzechami społeczności całej osady lub plemienia, a potem wyganiano na zatracenie albo zabijano bogom na ofiarę. Dlatego też kukłę Marzanny topiono lub palono: oba żywioły – woda i ogień – są pierwotne, dzikie i oczyszczające. Ale być może zimowa i tak nędznie stracona Marzanna – którą zaraz po spaleniu lub utopieniu zastępowała w dawnych czasach letnia Dziewanna – symbolizuje też rytuał płodności i odradzającego się po zimie życia. Niektórzy widzą jej korzenie aż w antycznej Grecji, bo tam każdą wiosną powracała na świat z podziemi Persefona, boginka wiosny i kiełkującego ziarna zwana też Korą, a w Rzymie Prozerpiną. Jej jesienne odejście i wiosenny powrót miały być przyczyną pór roku. W Rzymie jej wyjście na powierzchnię obchodzono jako publiczne święto. W wikińskiej Skandynawii odpowiednikiem „jarych godów” było święto Ostara w dniu równonocy, u Celtów Alban Eiler – początek ciepłej pory roku, święto życia, odrodzenia i radości. Malowano pisanki, czczono królika jako symbol niepohamowanej płodności, bo wiosna była też czasem rozpasanej miłości, a oczekiwanie na nią – postu i seksualnej ascezy.

Zupełnie inny rytuał oczyszczenia spotkałem wśród buddystów w Azji Południowo-Wschodniej. W wielkich nadmorskich kurortach albo w hotelach kosmopolitycznego Bangkoku Lai Kratong preparuje się dla turystów i wedle ich upodobań odziera z mistyki. Ale dane mi było kiedyś spędzić ten dzień w zwykłej wsi w środkowej Tajlandii, wśród tamtejszych ludzi. Święto przypada na naszą jesień, ale inna jest jej rola w następstwie pór roku strefy monsunowej: kończy się pora deszczowa, kiedy wiele ciężkiej pracy trzeba włożyć w pielęgnowanie ryżu sadzonego przecież niebywale pracowicie na polach zalanych wodą, pełnych błotnego robactwa. Zbliżają się zbiory, a nadchodząca bezdeszczowa pora chłodna o ileż jest przyjemniejsza od dusznych, zraszanych ulewami upalnych dni. Ludzie cieszą się z miłej przemiany sezonów, przygotowują się do niej jak my na nadejście wiosennego, a potem letniego ciepła. Już na długo przed tym dniem kobiety i dzieci przygotowują kratongi, czyli małe łódeczki, niegdyś z bambusa, dziś zwykle z kawałka styropianu. Kratong ma kwietny wieniec zwieńczony pięknym lotosem kwitnącym tu pospolicie w byle kałuży. W środku jest świeczka i parę monet. W świąteczne popołudnie rodziny ruszają nad wodę, której na tamtejszych poprzecinanych kanałami równinach jest pod dostatkiem. Nad przygotowanym kratongiem ludzie modlą się do bóstw, tak jak je ujmuje ich wyobraźnia; tamtejszy buddyzm – choć formalnie monoteistyczny – pełen jest bowiem duchów opiekuńczych i bożków obficie zaczerpniętych z hinduizmu, które odbierają cześć na równi z Oświeconym i bynajmniej sobie nie przeszkadzają. Wierni przepraszają za cale zło minionego roku, proszą o oddalenie złych mocy, o szczęście w codziennych zajęciach. Ojciec zapala świeczkę i kratong spływa na wodę, dążąc do najbliższej rzeki, a dalej pewnie i do morza. Z tą chwilą zabiera ze sobą wszystkie grzechy, przewiny, złe myśli i wszeteczne zamiary, które oddalają się wraz z nim. Zapas dobra zostaje odnowiony, dusze oczyszczone. Patrzę na ludzi, którzy z przejęciem modlą się nad łódeczkami, wierzą w dokonujący się obrządek oczyszczenia; trudno mi wtedy nie pomodlić się wraz z nimi do mojego chrześcijańskiego Boga. Cóż z tego, że za zakrętem kanału czai się zgraja wioskowych chłopaków, która wyłapuje kratongi, aby obrabować je z monet przeznaczonych na przebłaganie bóstw i przepuścić pieniądze na piwo w najbliższej szynkowni? Cóż z tego, że nowomodne kratongi na styropianie nie rozpadają się w wodzie jak bambusowe, tylko zanieczyszczają środowisko, zatykają tamy i przepusty? Świętokradztwo ma miejsce poza zasięgiem wzroku rozmodlonych tłumów i dlatego nie warto o nim pamiętać. Liczy się wiara w oczyszczenie ucieleśniona w modlitewnych pokłonach nad brzegiem strugi. To ona uskrzydla ludzi i prowadzić ich będzie przez najbliższy rok.

Czy z tej potrzeby wiosennego oczyszczenia tak widocznej w innych kulturach i religiach nie narodziła się nasza chrześcijańska spowiedź? Zarówno ta powszechna – rytualna, jak wodowanie kratongów – w prawosławiu i protestantyzmie, jak i ta katolicka – poprzez dialog o własnej duszy prowadzony z kapłanem?

ŚWIĘTA  WODA

W tejże Tajlandii i innych buddyjskich krajach regionu Nowy Rok przypada w połowie kwietnia, a święto nazywa się Songkran. Nie jest bezpośrednio związane z wiosenną równonocą – która zresztą w pobliżu równika nie jest tak łatwa do zaobserwowania jak na naszych szerokościach geograficznych – ale z zasadniczymi przemianami pór roku. Otóż w tym mniej więcej czasie kończy się krótka, lecz uciążliwa pora gorąca, zaczynają gromadzić się burzowe chmury, z których powinny spaść ulewne i gwałtowne deszcze. Przesuszona gleba łaknie wilgoci, tropikalna zieleń ożywa, wszystko kiełkuje i gwałtownie się rozrasta. W klimacie, w którym liście drzew nigdy nie więdną i nie opadają, następuje prawdziwa i dla każdego oczywista wiosna. Ale przyjdzie tylko wtedy, gdy zaczną się ulewy. One sprawią, że pola zmienią się w błotne rozlewiska, że będzie można sadzić ryż; plon uzależniony jednak będzie od przebiegu pory deszczowej. Błagania o rychłe opady płyną więc tak do Oświeconego, jak wszelkich bożków i duszków. Woda jest tutaj nie tylko napojem, nie tylko zmywa grzechy i unosi kratongi, ale jest warunkiem istnienia, jej obfitość oznacza dostatnie życie, susza w porze deszczowej przynosi głód i zniszczenie.

Songkran jest trzydniowym świętem wody. Kiedyś na ulicach Bangkoku żona pewnego europejskiego ambasadora została oblana przez jakiegoś wyrostka, jak to u nas bywa w wielkanocny poniedziałek. Ponieważ zwyczaj jest już zapomniany w tak zwanych „krajach wysoko rozwiniętych”, pani ambasadorowa wzięła go za zwykłe chuligaństwo i dała chłopakowi po buzi. Wyniknął skandal protokolarny, w wyniku którego ambasadorostwo chyłkiem musieli opuścić kraj, którego zwyczajów nie pojmowali. Ale wzajemne oblewanie się na ulicach miast przypomina mniej więcej to, co dzisiaj w śmigus-dyngus widzimy u nas w mieścinach i wioskach. Prawdziwy Songkran przeżyć można już tylko na prowincji i wówczas nasze wiejskie wybryki w wielkanocny poniedziałek są przy nim łagodną pieszczotą. Spokojnych buddystów – zwłaszcza co młodszych – ogarnia amok wodnej wojny. Tu nie chodzi o to – jak u nas – by oblać co ładniejsze dziewuchy, tu trzeba wodą zdruzgotać drużynę przeciwnika. Ludzie łączą się w zespoły wyposażone w pompy, własnego wyrobu armatki wodne, a w najgorszym razie wiadra. Ładują się na furgonetki i krążą po okolicy, wypatrując ekip z sąsiedniej wsi. Inni zaczajają się w krzakach przy drodze i nie tylko strzelają do nadjeżdżającego wroga silnym strumieniem wody, ale rzucają na przednią szybę samochodu torebki z mąką lub talkiem, by zasłonić mu widoczność i zmusić do zatrzymania, a tym samym wystawienia się na wodny ostrzał. Ponieważ powszechnym środkiem lokomocji jest motorower, ładują się nań wyrostki z hydronetką lub pistoletem wodnym, ale biada im, gdy pędząc wiejską drogą, natrafią na silną pompę i talk. W miarę upływu czasu rośnie liczba wypitych przez zwaśnione ekipy butelek taniej gorzały z trzcinowej melasy, bo dziś ludzie – także w tropiku – wolą chodzić do baru niż do świątyni. W te dni przypada więc szczyt wypadków, hekatomba rannych i zabitych; policja usiłuje z tym walczyć, buddyjscy mnisi apelują o rozwagę, ale skutek jest niewielki.

Wreszcie wodne Saturnalia mijają, ludzie łagodnieją i wracają do zwykłych zajęć, knajpiarze i właściciele sklepików z alkoholem podsumowują utarg. Może im wszystkim ta wodna wojna jest do czegoś potrzebna, może na dłuższy czas rozładowuje tkwiącą w nich agresję, taką samą jak u ludzi mieszkających w innych częściach świata. Może właśnie dlatego tutejsi ludzie potrafią przez cały rok zachowywać się przyjaźnie i mile uśmiechać. Z tej perspektywy już mniejsze ma znaczenie, że Songkran jest też świętem rodziny. W te trzy dni spotykają się w domu rodziców – lub ostatecznie dalszych krewnych – ludzie mieszkający na co dzień w odległych częściach kraju; podobnie jak u nas w Boże Narodzenie, a w Stanach Zjednoczonych w przypadające w ostatni czwartek listopada Święto Dziękczynienia. W te dni Tajlandia staje się krajem podróżników, przy okazji oblewanych bez litości przez wiejskich łobuziaków.

Ciekawe w tym kraju jest też inne święto wiosenne, przypadający jeszcze w porze suchej Dzień Pługa. Nie tak słynny i powszechnie widoczny jak miejscowy Nowy Rok, ale też związany z wiosenną wegetacją, bo oznacza początek wysiewu ryżu na sadzonki, które później – gdy podrosną – umieszczane będą na błotnistych polach. Przed pałacem królewskim w Bangkoku w obecności pary monarszej albo przynajmniej następcy tronu, buddyjscy mnisi i hinduistyczni kapłani zaprzęgają specjalnie na tę okazję hodowane białe woły, aby zaorać kawałek placu i wrzucić w glebę poświęcone ziarno. Ale najciekawszy akt świątecznego spektaklu następuje, gdy panujący opuszczają swe osłonięte baldachimem fotele, a mnisi zakończą już wróżby tegorocznego urodzaju, do których służą im właśnie te zmęczone orką woły. Wtedy policja likwiduje swoje barierki, a na zaorane pole wpada tłum zwykłych ludzi, rozdrapując bruzdy w poszukiwaniu choć jednego poświęconego ziarenka. Jeśli uda się je wygrzebać, jest pieczołowicie przekazywane krewnym na wsi, którzy z przejęciem dołączą je do własnych nasion w nadziei wspaniałego plonu. Ludzie przepychają się i walczą, klęcząc na kolanach, ryją suchą jeszcze ziemię, aż zdobędą ostatnią drobinę łupu. Jeśli ktoś nie ufa potędze wiary, dobrze, by zobaczył tę scenę.

U nas także dostrzec można relikty tej samej nadziei. Wciąż trwa zwyczaj ustawiana na polach krzyżyków z witek „palm” święconych w Niedzielę Palmową. Ma to zapewnić dobry urodzaj. Litewscy rolnicy wierzą, że lepsze plony przyniosą wielkanocne pisanki zakopane na polach.

KU  NAJWZNIOŚLEJSZEJ  Z  TAJEMNIC

W Ameryce Północnej wiosna jest nagła i krótka. Po kapryśnej zimie, podczas której Nowy Jork paraliżują czasem gigantyczne śnieżyce i dwudziestostopniowe mrozy, przeplatane łagodnym słoneczkiem, następuje gdzieś na przełomie marca i kwietnia gwałtowne ocieplenie i równie wybuchowe rozkwitanie wszystkiego, co żyje. Wiosna najpiękniejsza, kwietna i kiełkująca trwa tam niewiele dłużej niż dwa-trzy tygodnie, potem przychodzi skwarne, wilgotne i zwykle uciążliwe lato trwające aż do końca września. Niestety zapomniane zostały pradawne indiańskie rytuały wiosenne, a współczesna Ameryka nie dorobiła się swego święta wiosny. Przypadający na 17 marca dzień św. Patryka, czczony irlandzkim pochodem na Manhattanie i powszechnym pijaństwem, to trochę za wcześnie. Koniec maja, kiedy przypada długi weekend Memorial Day, poświęcony pamięci żołnierzy poległych w minionych wojnach, stał się w praktyce oficjalnym początkiem lata, dniem otwarcia kąpielisk i wypożyczalni sprzętu wodnego; wiosna już dawno minęła, a któżby pamiętał o żołnierskich mogiłach w odległych zakątkach świata, kiedy kuszą uroki ciepłej pory roku? Tylko Waszyngton ma swoje nieznajdujące nigdzie odpowiednika wiosenne święto: czas kwitnącej wiśni trwający tydzień, najdłużej dwa. Rzecz ma swoje korzenie w pierwszej wojnie światowej, kiedy Japonia była sojusznikiem aliantów. Po przypieczętowanym 11 listopada zwycięstwie ówczesny cesarz kazał podarować zaoceanicznym przyjaciołom transport sadzonek kwitnącej wiśni, symbolu swego kraju. Połowę dostał Nowy Jork, drugą połowę Waszyngton. W Nowym Jorku – jak tam nierzadko bywa – wszystko rozpłynęło się w bałaganie, sadzonkami nie miał się kto zająć i wyginęły. W Waszyngtonie jednak miała nad nimi pieczę małżonka ówczesnego prezydenta, przyjęły się pięknie i zarosły całe miasto. Dlatego każdej wiosny wygląda ono przez krótki czas jak posypane śniegiem z lekkim odcieniem różu, tak wielkie jest zagęszczenie tych – niepozornych w innym czasie – drzew. Ludzie z najdalszych zakątków przyjeżdżają wtedy zobaczyć rozbieloną stolicę Stanów Zjednoczonych, dopytują się przez telefon lub sprawdzają w Internecie, czy już pękają wiśniowe pąki. Ta urocza pamiątka spokojnie przetrwała okres, kiedy Japonia stała się śmiertelnym wrogiem – drzew nie dotyczyło ani Pearl Harbour, ani Hiroszima; wiosna okazała się silniejsza i bardziej trwała od wojen i politycznych aliansów.

Dla nas – chrześcijan – takim świętem jest oczywiście Wielkanoc. Ale nad wszystkimi zwyczajami i obrzędami tak mocno z nią związanymi i głęboko zakorzenionymi w starszych od chrześcijaństwa kulturach – nad tymi wszystkimi pisankami, zajączkami, barankiem na świeżej trawce, polewaniem wodą – góruje jak Everest nad równiną opowieść o Zmartwychwstaniu. Nie ma potężniejszej, stawiającej nam wyższe wymagania i jednocześnie bardziej ludzkiej narracji niż ewangeliczne słowa o Chrystusie. Ale i one mają swoje korzenie w starszych od chrześcijaństwa religiach. Staroegipski bóg sokół Horus pochodzi od dziewicy, jego narodzinom towarzyszyła gwiazda na wschodzie, miał dwunastu uczniów apostołów, z którymi wędrował, uzdrawiając chorych, przeszedł też rodzaj chrztu. W końcu zdradzony i uśmiercony przez przybicie do drzewa w towarzystwie dwu łotrów, po trzech dniach zmartwychwstał. Motyw niepokalanego poczęcia, chrztu, cudów, Zmartwychwstania też przewija się przez opowieści o indyjskim Krisznie, perskim Mitrze, frygijskim Attis i innych jeszcze boskich lub półboskich postaciach. Czy to znaczy, że chrześcijańska Wielkanoc jest falsyfikatem? Zdarza się tak mniemać ludziom małego ducha. Ale znaczy to raczej, że w innych kulturach i religiach jest przeczucie Chrystusa i to je zbliża do siebie bardziej, niżby tego chcieli fundamentaliści i fanatycy.

A wiosna i tak się co roku święci, i tak się powtarza, niezależnie od tego, w co i jak wierzymy, czego pragniemy. Więc u nas nad Wisłą może lepiej powtórzyć za Janem Lechoniem: „a wiosną, niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę”. Albo gorzko za Rafałem Wojaczkiem:

Była wiosna, było lato, i jesień, i zima

Był poeta, co sezony cierpliwie zaklinał

Na mieszkanie i na miłość, na trochę nadziei

Na obronę ode klęski, oddalenie nędzy (…)

Wiosna przeszła, lato przeszło, i jesień, i zima

I poeta nie zaklina już, ale przeklina.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata