70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Przyjaciel. Wspomnienie o ks. Stanisławie Musiale

Ale człowiek mądry wie wcześniej niż inni i dlatego nie wolno mu milczeć, gdy stado baranów zmierza do przepaści.

Podobno ludzi najbardziej kształtują wydarzenia z wczesnego dzieciństwa. Na księdza Staszka (tak go nazywałem) musiało więc wpłynąć to, co mi po kilku latach znajomości wyznał. Rzecz dotyczy okupacji na wsi, gdzie się w biednej, chłopskiej rodzinie urodził i wychował. Rodzice ukrywali Żyda, co się w końcu przy jakiejś rewizji wydało i hitlerowcy już ustawili wszystkich do egzekucji. Płacz matki, rozpacz ojca, przerażona dzieciarnia – inaczej w okupowanej Polsce być nie mogło. Pewnie na tym skończyłoby się życie wiejskiego chłopczyny, gdyby nie któryś z Niemców – wykorzystując chwilową (a może celową?) nieuwagę kamratów, warknął: „Uciekajcie!”. No i potem jeszcze parę razy wystrzelił dla świętego spokoju w powietrze. Tak zaczęło się świadome życie późniejszego jezuity. Może w tej perspektywie to, co robił i czemu się poświęcił, wyda się bardziej oczywiste. Ale nie tylko jego rola w sprawach polsko-żydowskich, także – a może przede wszystkim – jego ludzka dobroć.

Potem – chyba w Nowym Jorku – pytałem go, czemu nie występuje o pośmiertne przyznanie swoim rodzicom tytułu „sprawiedliwych” i zasadzenie drzewka w Yad Vashem.

– Po co? – spytał. – Przecież Bóg i tak wie, a wszystkie ceremonie to pustota i pycha.

Taki był. Niegdyś, w niezapomnianych czasach „Polski jaruzelskiej”, gdy wpadał do jeszcze bardziej niezapomnianego „Tygodnika Powszechnego” (tak wspaniały ten „Tygodnik” już potem nie był i nigdy nie będzie), zawsze obcałowywał piękną Marię de Hernandez-Paluch, powiadając, że ma na to dyspensę papieską. Ktoś patrzący z boku mógłby pomyśleć o nim nieprzystojnie. Ale każdy, kto znał go bliżej, pojmował, że są w nim krystaliczna czystość i wiejska prostota połączone z ogromną wiedzą. Sama wiedza, wykształcenie i inteligencja nie wystarczą, aby nazwać człowieka mądrym. Do mądrości potrzebna jest dobroć. Ale takich ludzi najłatwiej skrzywdzić; zwłaszcza pomówieniami. Więc go wciąż pomawiano, tak jak podobnych mu przedstawicieli tego coraz rzadszego, a może już wymierającego gatunku. W sprawie karmelitanek, w sprawach wiary, w kwestii obyczajowej, żydowskiej, irackiej i chyba we wszystkich innych – możliwych lub niemożliwych. Najczęściej o wysługiwanie się „obcym siłom”, o brak patriotyzmu, o głupotę, o niedowiarstwo, o pychę wreszcie – choć z wszelkich możliwych grzechów ten akurat był mu najbardziej obcy.

Pomawiający nie rozumieją, że człowiek dobry i świadomy ma również odwagę. Odwagę płynącą ze świadomości, a utwierdzoną w dobroci. Bo dobry prostaczek nie wie, chociaż dobroć i tak w końcu podpowie mu najlepszą z dróg. Ale człowiek mądry wie wcześniej niż inni i dlatego nie wolno mu milczeć, gdy stado baranów zmierza do przepaści. Gdyby koniunkturalnie zamilkł, sprzeniewierzyłby się dobroci. Dlatego dopiero teraz widzimy, jak bardzo, Staszku, miałeś rację: nie tylko w sprawach żydowskich, nie tylko w kwestii karmelitanek, ale też kiedy napisałeś kilka gorzkich zdań o Prymasie i stanowczo sprzeciwiłeś się wojnie w Iraku. Ja na przykład w tej ostatniej sprawie racji nie miałem.

Już nie pamiętam, kiedy go poznałem. Może w tym wiecznie zatłoczonym i knującym po kątach „Tygodniku” Polski jaruzelskiej. Może na spotkaniu dyskusyjnym u równie niezapomnianych ojców dominikanów, gdzie usiłowałem perswadować zaciekłym liberałom krakowskim, że ich wyśniony kapitalizm też okaże się realny, tak samo jak „realny” – wedle ówczesnej propagandy – był doszczętnie znielubiony przez nas wszystkich socjalizm. Poparł mnie wtedy zdecydowanie pewien jezuita i tak zaczęła się nasza przyjaźń.

O czym rozmawialiśmy, gdy przyjeżdżałem do niego na wzgórze w Przegorzałach, gdzie mieszkał, nim przeniósł się do innego domu oo. jezuitów na ulicę Kopernika? Przywoziłem mu zawsze do czytania porcję podziemnej bibuły, ale gadaliśmy głównie o filozofii i kwestiach wiary. Staszek sprawił, że ze swego niedowiarstwa szerzej otworzyłem się na wiarę, rozumiałem ją mądrzej i głębiej, choć niekoniecznie ortodoksyjnie. Pojmował Boga jako kantowski noumen; byt sam w sobie, którego zrozumieć i wypowiedzieć nie jesteśmy w stanie, a wszystkie religie są tylko nieudolnymi próbami opisu pojmowalnego przez nas fenomenu w ułomnych językach odrębnych kultur i historycznych okresów. Pewnie to herezja, ale stary i mądry rabin nowojorski Chaskel Besser – z którym tak ja, jak Staszek byliśmy serdecznie zaprzyjaźnieni – powiedział kiedyś bardzo podobnie, gdy go męczyłem pytaniami o wiarę: „Boga kocham, przykazania spełniam, a reszta jest tajemnicą”. Innym razem próbowałem wciągnąć Staszka w dyskusję o istocie zła: „W Boga wierzę, a diabłem się nie zajmuję, bo tego niewart” – uciął. Czasem przyjeżdżał do mnie, do beskidzkiej wsi; łaziliśmy po lasach, wiodąc nasz dyskurs metafizyczny. Kiedyś przedefilowało przed nami siedemnaście sztuk dorodnych saren: nigdy nie widziałem w moich stronach podobnego orszaku i pewnie już nigdy nie zobaczę. Czyżby to znak?

Potem był Nowy Jork, gdzie Staszek przyjeżdżał często – albo na wykłady na Fordham University, albo na zaproszenie Żydów, którzy niezmiernie go szanowali po sprawie karmelitanek. To właśnie on pomógł mi zrozumieć bardzo prostą tajemnicę żydowskiej duszy, co było dla mnie niesłychanie użyteczne jako pierwszego po upadku komunizmu konsula generalnego RP w największym żydowskim mieście świata. Jest ona rzeczywiście prosta, ale jakże trudna do zaakceptowania przez Polaka: otóż żydowska dusza jest jeszcze bardziej obolała od polskiej, tylko że akurat każdego boli coś innego, a czasem ich boli to, co dla nas święte. Jeśli zrozumiemy i uszanujemy ten ból, zdobędziemy nie tylko ich szacunek, ale i miłość. Tylko że im jeszcze trudniej zrozumieć to, co nas tak dotkliwie boli. Dlatego – jak ktoś pięknie i gorzko napisał – „drogi dwu najsmutniejszych narodów świata rozeszły się nieodwołalnie”.

„Lista ludzkich grzechów jest krótka i nudna” – powiadał, podsumowując swoje kapłańskie doświadczenia. Raz jeden zasłużyłem na jego wysoką ocenę. Kiedyś w okresie Wielkanocy koncelebrował Mszę Świętą z nieżyjącym już wspaniałym Irlandczykiem, arcybiskupem Nowego Jorku kardynałem Johnem O’Connorem. Mnie usadził w stallach katedry św. Patryka, skąd w pewnym momencie zobaczyłem, jak idzie do mnie z Najświętszym Sakramentem kardynał o czerwonym nochalu i szerokim uśmiechu. Ponieważ szanuję to, w co wierzę, a żyłem w związku niesakramentalnym, wybąkałem: „Sorry. I’m not prepared”. Kardynał nieco się zdziwił, bo Amerykanin w takiej sytuacji nie miałby skrupułów. Z tej okazji wypiliśmy ze Staszkiem wieczorem po kielichu, co nam się zdarzało niesłychanie rzadko z powodu jego lekkomyślnego ślubowania. Otóż w jakimś austriackim domu jezuickim przeor naczytał się o polskim pijaństwie i przymusił Staszka przed jego powrotem do kraju, aby ślubował abstynencję. Ponieważ on tym bardziej traktował takie sprawy poważnie, był ślubowaniu wierny, ale uznał, że poza granicami Polski już mu wolno.

Staszek nie przeceniał swojej wiedzy, nie szanował ani kościelnej, ani akademickiej hierarchii, nie dbał o pozycję i prestiż. Z racji tej wiedzy od dawna mógł być profesorem. Wolał być „maluczki” w najlepszym biblijnym sensie tego słowa. To jest właśnie prawdziwa skromność, która chyba tylko nielicznym jest dana. Był jednym z tych, co nie mieścili się w istniejącym Kościele. Tak jak choćby od dawna nieżyjący ksiądz Józef Tischner i nie tylko on. Ale lepiej zamilczeć o żyjących; także o tych, co zrzucili sutanny.

Jerzy Surdykowski

Wspomnienie pochodzi z książki przygotowywanej przez Jacka Maja, która ukaże się w 5. rocznicę śmierci ks. Stanisława Musiała SJ (marzec 2009).

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata