70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

IIuzje i niepokoje politologa orientalisty na początek XXI wieku

I znów mamy kłopot z opisaniem współczesnego świata. Oczywiście nie chodzi o to, że brakuje dokładnych danych, wyważonych analiz, błyskotliwych książek i znakomitych autorów, którzy przedstawiliby nam swoją wizję całego globu bądź wybranej jego części. Wręcz przeciwnie. Wszystkiego mamy w nadmiarze.

I to w takim nadmiarze, że sięgając do źródeł z dużą pewnością możemy sobie wybrać informacje, które pozwolą nam skonstruować a to odpowiednią interpretację stosunków amerykańsko-chińskich, a to naświetlić problematykę globalizacji, a to opisać przyszłość Europy albo naszkicować mapę geografii głodu na początku XXI wieku. Niestety, problem w tym, że te same (albo przynajmniej podobne) informacje niekoniecznie prowadzą do identycznych wniosków. Co gorsza, wnioski mogą być całkowicie sprzeczne, chociaż – jak mniemamy – wyciągane były na podstawie tych samych przesłanek.

Sprzeczne wizje

Dowiadujemy się, na przykład, że Stany Zjednoczone tracą już swoją pozycję mocarstwową na rzecz Chin, które z kolei wykorzystują trudną sytuację Amerykanów w Iraku i w Afganistanie, żeby rozszerzyć swoje wpływy, najpierw w Azji, a następnie na innych kontynentach. Afryka dostaje się pod panowanie Pekinu – coraz częściej informują media – i przekształca się w jego surowcowe zagłębie. Poza tym Chiny posiadają, oprócz Japonii i Rosji, największe rezerwy walutowe na świecie, zaś Ameryka jest zadłużona jak nigdy wcześniej i boryka się z coraz większym kryzysem hipotecznym. Do tego jeszcze, jak słyszymy, dochodzi problem zmniejszającej się wiarygodności Stanów Zjednoczonych na świecie, który wynika między innymi z kiepskiej strategii polityczno-militarnej na Bliskim Wschodzie. Chiny zaś, krok po kroku, zdobywają kolejnych sojuszników, budując wytrwale swoją pozycję za pomocą zachęt inwestycyjnych i gróźb politycznych.

Ten dość jednostronny obraz zostaje zrównoważony innymi spostrzeżeniami. Ameryka, jak nam się często przypomina, ma nadal najbardziej innowacyjną gospodarkę na świecie, i to mimo zdarzających się cyklicznie kryzysów. Wyposażenie armii Stanów Zjednoczonych i jej możliwości działania nie dadzą się w żaden sposób porównać z poziomem armii chińskiej, która – mimo zwiększających się nakładów finansowych państwa – jeszcze długo nie będzie jej w stanie dorównać. Amerykańska soft power jest ciągle niepokonana, i nic nie zapowiada, by miało się to zmienić w jakimś przewidywalnym czasie.Chiny natomiast, jak czytamy w raportach, należą do najbardziej zanieczyszczonych rejonów świata. Do tego dochodzą jeszcze dane o gigantycznych nierównościach społecznych, które grożą wybuchem na ogromną skalę i mało wydolnym systemie bankowym, który sprzyja korupcji. Analitycy zwracają też uwagę, że Pekin nie posiada spójnej strategii globalnej, która mogłaby obecnie niepokoić Waszyngton.

Nic zatem dziwnego, że zapowiedzi przyszłej porażki Amerykanów w starciu z Chińczykami to – jak uważają niektórzy zachodni politolodzy – fałszywa pieśń przyszłości, która jest niczym innym jak tylko podretuszowanym plagiatem pieśni bojowych z okresu zimnej wojny, w której przeciwnikiem numer jeden był „niepokonany Związek Radziecki”. Albo też konsekwencją huntingtonowskiej koncepcji „nowego wroga”, jak sugerował onegdaj Ryszard Kapuściński, koniecznej do nieustannej mobilizacji świata Zachodu po upadku mocarstwa sowieckiego. Zresztą pierwsze nie wyklucza drugiego.[1]

Z podobnym zderzeniem możliwych interpretacji zjawisk mamy do czynienia w przypadku globalizacji. Intuicja, codzienne doświadczenie oraz media podpowiadają nam, że procesy globalizacyjne są nieuniknione. To – by odwołać się do klasyków pop-songu – „widać, słychać i czuć”. Widać na metkach towarów z całego świata, w procesach zarządzania potężnych firm międzynarodowych, w przepływie ogromnych sum pieniędzy po całym globie, w ciągłym przemieszczaniu się do kolejnego kraju specjalistów i niewykwalifikowanych robotników. Słychać w dźwiękach tych samych hitów muzycznych w Nowym Jorku, Nowym Sadzie i Nowym Sączu; w centrach europejskich miast, gdzie francuski lub holenderski (nie mówiąc już o angielskim) miesza się z arabskim, chińskim czy urdu. Czuć w dobrych restauracjach i zwykłych „garkuchniach” w Barcelonie, Hongkongu, Waszyngtonie, Krakowie, Kantonie, New Delhi czy Dżakarcie, w których sajgonki, wołowina w pięciu smakach i kurczak w sosie curry sąsiadują z big makiem, sznyclem po wiedeńsku i nieśmiertelną pizzą. Świat jest naprawdę płaski – taką tezę stawia Thomas L. Friedman – potężne siły, takie jak Internet, offshoring, outsourcing czy model sieciowej samoorganizacji doprowadzają do totalnego rozpłaszczania się naszego globu i powolnego, lecz nieuniknionego podnoszenia się poziomu powszechnej zamożności.[2]

Ależ globalizacja to mit! – konstatuje Alan Rugman[3]. Jeżeli uznamy, iż motorem procesu globalizacji są potężne megakoncerny, których produkty bądź usługi są obecne niemal wszędzie, to okaże się, po zbadaniu mapy ich zysków i działania, że obraz rzeczywistości wcale nie jest taki, na jaki pozornie wygląda. Skrzywione spojrzenie, pobożne życzenia i głośno wymawiane hasła to wyłącznie aspekty iluzji, w której żyjemy. Rugman wyodrębnił 380 spośród 500 największych przedsiębiorstw i zebrał liczby dotyczące ich sprzedaży, inwestycji, obrotów, zatrudnienia i sposobów zarządzania. Zwrócił uwagę, że niemal wszystkie działają w obrębie triady: USA, Unia Europejska i Japonia. Aż 320 to przedsiębiorstwa funkcjonujące głównie w swoim regionie macierzystym i mające poniżej 50% udziału w sprzedaży na dwóch pozostałych obszarach triady. Z kolei grupa 36 przedsiębiorstw jest wyraźnie obecna na różne sposoby w dwóch pozostałych regionach lub uzyskuje ponad połowę swoich dochodów poza rejonem macierzystym triady. Jedynie dziewięć firm, takich jak IBM, Coca-Cola, LVMH czy Nokia, może być uznawane za prawdziwie globalne: są równomiernie usadowione finansowo i logistycznie w Ameryce Północnej, Europie oraz w regionie Azji i Pacyfiku. Rzeczywiście, jak na głoszony wszem i wobec dogmat globalizacji to bardzo skromnie…

Naturalnie można skonstruować inne mierniki procesu globalizacji, które potwierdzą założoną z góry tezę. Albo przedstawić rozkład procesu w czasie, aby uzasadnić naukowo naszą intuicję, że globalizacja dociera wszędzie, chociaż może nie tak chyżo, jak wcześniej sobie wyobrażaliśmy. Zawsze można znaleźć odpowiednie przykłady, dane, wykresy czy analizy. Wszystkie prawdziwe i rzetelne. I dające wiele do myślenia…

Podobny dylemat pojawia się, gdy próbujemy zrozumieć zjawisko zmian klimatycznych. Czy rzeczywiście człowiek w ogromnym stopniu przyczynia się do gigantycznych perturbacji klimatu na naszym globie? A może są one konsekwencją naturalnych cykli występujących po sobie, na które tak naprawdę niewielki mamy wpływ? Opinie wspierające jedną i drugą teorię są tak samo liczne, chociaż trzeba przyznać, że te o charakterze pro-ekologicznym znajdują dużo lepszy posłuch w światowych mediach, a tym samym wśród wrażliwych obywateli, głównie Europy i Ameryki.

A sprawa surowców naturalnych i nieodnawialnych źródeł energii? Czy naprawdę staniemy w bardzo krótkim czasie w obliczu poważnego kryzysu? Czy potrafimy opracować realną alternatywę w stosunku do ropy naftowej, bez której dzisiaj żyć nie podobna? A zasoby wody pitnej? Czy wystarczy ich na najbliższe, powiedzmy, 20 lat? I czy grożą nam coraz poważniejsze konflikty o dostęp do wody? I znowu – raportów i analiz posiadamy bez liku, tyle że wyciągane wnioski nierzadko przeczą sobie nawzajem. Mamy przedstawicieli skrajnego pesymizmu, którzy przewidują czarny scenariusz wydarzeń, uchylając jedynie furtkę nadziei, że możemy uniknąć katastrofy, jeżeli tylko skupimy się na właściwych rozwiązaniach bądź ograniczymy rozpasaną konsumpcję. Albo optymistów, nazywających siebie realistami, wierzących w rozsądek i innowacyjność rodzaju ludzkiego oraz w nieustanny postęp, który umożliwi nam dokonanie fundamentalnych zmian technologicznych, jak na przykład masowe i tanie odsalanie wody morskiej, co obecnie dostępne jest tylko dla wybrańców z bogatych monarchii naftowych.

Najbardziej fantastyczne intelektualnie koncepcje dotyczą jednak zjawiska terroryzmu. Oczywiście pojawiły się niemal natychmiast po 11 września 2001 roku, uzasadniając na wszelkie możliwe sposoby późniejsze reakcje Stanów Zjednoczonych. Słyszeliśmy o sieciowej strukturze Al-Kaidy, o planowanych zamachach z użyciem „brudnej” bomby atomowej, o rozwoju czegoś, co nazwano „islamofaszyzmem”, o spełnieniu przepowiedni „zderzenia cywilizacji”. Głośnym echem odbiły się filipiki Oriany Fallaci, dostrzegającej związek zamachów w Nowym Jorku z działaniami organizacji muzułmańskich w Europie. Jak w zwierciadle odbijały lęki Europejczyków, gotowych uwierzyć w staro-nowe teorie spiskowe, rzeczywiście jakoś uzasadnione tragicznymi zamachami w Londynie i Madrycie. Toczona obecnie „wojna z terroryzmem” ma szansę stać prawdziwą never-ending story, jako że prawdopodobieństwo całkowitego wyeliminowania terroryzmu, tak z czysto zdroworozsądkowego punktu widzenia, wydaje się bliskie zeru.

Naturalnie wszelkie dywagacje o fenomenie terroryzmu muszą z konieczności mieć posmak opowieści science-fiction. Dostęp do źródeł jest z oczywistych powodów dość ograniczony, szanse przewidywania kolejnych zamachów wydają się niewielkie, zaś same teorie rozwoju zjawiska tworzone w Europie czy USA nie zawsze przystają do rzeczywistości, albowiem pojęcia „racjonalność i irracjonalność działania” nie w każdej kulturze mają identyczne czy nawet przybliżone znaczenie.

Co czynić zatem, czując bezsilność podczas kolejnej interpretacji zjawisk, które – jak się okazuje – posiadają dodatkowo swoje zniekształcone odbicie w teoriach i raportach przygotowywanych przez polityków, ekspertów rządowych czy niezależnych akademików? Kto ma zatem rację, a kto się myli? A może chodzi tylko odmienne rozłożenie akcentów, albo o podkreślenie jednych kwestii kosztem drugich, co w konsekwencji może skłaniać nas do przypuszczenia, że chodzi o dwie wykluczające się koncepcje, chociaż w rzeczywistości to ta sama koncepcja, tyle że widoczna z odmiennej perspektywy? Ale przecież zdajemy sobie też sprawę, że jeżeli wszyscy mają rację, to tak naprawdę nie ma jej nikt…

Globalny bilard i świat międzyepoki

Madeleine Albright porównała kiedyś proces zarządzania problemami globalnymi do gry w bilard. Polski ambasador przy Radzie Europy w Strasburgu, Piotr Antoni Świtalski zwraca jednakże uwagę, że obecnie sprawa się komplikuje, albowiem rzecz nie tylko w tym, że ilość bil w rozgrywce jest większa, ale trudno właściwie przewidzieć sam tor rykoszetów. Przywołuje też obserwacje Henry’ego Poincare: po dziewięciu odbiciach kuli bilardowej uwzględnić należy siły grawitacyjne wszystkich osób w pomieszczeniu, po 53 odbiciu – musi się brać pod uwagę każdą cząstkę elementarną wszechświata. Co prawda, stopień swobody państw (czyli „wariantowości” ich zachowania), zauważa Świtalski, jest mniejszy aniżeli kul bilardowych, problem jednakże tkwi w coraz bardziej nieprzewidywalnym podłożu (coraz bardziej pogiętym i zniekształconym), od którego zależy wynik ostatecznej rozgrywki.[4]

Skoro nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich możliwych wariantów zdarzeń i skoro musimy się obecnie pożegnać z całościową wizją rozwoju świata na miarę dzieł Kissingera bądź Brzezińskiego, pozostaje nam dużo skromniejsze zadanie, skrojone do naszych możliwości pilnego obserwowania uwarunkowań politycznych, gospodarczych czy społecznych. Oczywiście zadanie wykonywane ze świadomością, że ów „tor rykoszetu” poddany będzie działaniu cząstek, których mocy nie do końca będziemy mogli przewidzieć. I to niezależnie od tego, czy poddamy analizie relacje amerykańsko-chińskie, problem globalizacji czy fenomen terroryzmu.

Niewykluczone, że ma rację Adam Daniel Rotfeld, który stawia tezę o „czasie międzyepoki”. Żyjemy po epoce zimnej wojny, ale przed epoką, której kształtu i zasad nie potrafimy jeszcze dokładnie przewidzieć. Wiele spraw jest niedookreślonych, wizji nie do końca sprecyzowanych, rozwiązań bardzo tymczasowych. Coś już wiemy, lecz więcej jest chyba niewiadomych. Skończyła się klasyczna Realpolitik, w której reguły postępowania wydawały się przejrzyste. Czas przejściowy z dziesiątkiem pytań i z kilkoma tuzinami odpowiedzi musi niepokoić, ale i budzić pewne nadzieje. Poza tym, w uzupełnieniu i modyfikacji myśli Rotfelda, zaryzykujmy stwierdzenie, że owa „międzyepoka” z niejasnymi strukturami i zmiennymi trendami może być niezwykle rozciągnięta w czasie. Bo to, co wydaje się tymczasowe, bardzo często nabiera charakteru trwałości.[5] Słowem: gwałtowność zmian i konwulsyjne transformacje mapy współczesnego świata będą prawdopodobnie zjawiskiem trwałymw ciągu najbliższych kilkunastu lat.

Trzy filary

W praktyce nasze próby opisania owej mapy możemy oprzeć na kilku filarach, czyli na tym, co w sposób bardzo szkolny nazwiemy „lekcjami z historii najnowszej”. Filarów może być dowolna ilość, ale dla ułatwienia sobie zadania przyjmijmy, że jest ich trzy. Trzy niezwykle widoczne i wyjątkowo trwałe. Trzy, które są ilustracją prywatnej wizji politologa-orientalisty na początku XXI wieku.

Pierwszy z nich nazwijmy instytucjonalnym. Francis Fukuyama zwrócił uwagę, analizując konsekwencje operacji militarnej i politycznej w Iraku oraz w Afganistanie, że przyczyną dotychczasowych porażek w procesie budowania państwa była nieumiejętność zbudowania sieci instytucji, które gwarantowałyby stabilizację i spokojny rozwój społeczno-ekonomiczny. Państwo instytucją stoi, albo inaczej: im lepiej zorganizowane i akceptowane społecznie instytucje, tym sprawniejsze państwo, które z kolei może gwarantować właściwe funkcjonowanie wolnego rynku. Wolny rynek bez zabezpieczenia instytucjonalnego przywodzi na myśl, i tu pozwolę sobie na osobistą reminiscencję, Kambodżę krótko po zakończeniu wojny domowej, gdzie wszystko było na sprzedaż, nie wyłączając umundurowania i broni, sprzedawanych przez samych policjantów. Klęska procesu budowania dobrze działającego państwa na kontynencie afrykańskim, czy w niektórych rejonach Azji i Ameryki Łacińskiej była przede wszystkim klęską idei nowoczesnej instytucji, zastępowanej przez prawa plemienne, klanowe bądź specyficznie interpretowane reguły religijne. Konsekwencją takiego stanu rzeczy była endemiczna przemoc i „kontrolowana anarchia”. Z kolei niezwykle dramatycznym skutkiem ubocznym istnienia owych failed states (w całości lub części) był rozwój baz terrorystycznych, wykorzystujących nieobecność państwa i tworzących w próżni instytucjonalnej własne struktury.[6]

Rzecz jasna, siła instytucji czerpie z kapitału kulturowego społeczeństwa, które potrafi zawrzeć odpowiednie kompromisy, przede wszystkim po to, aby stopniowo kształtować państwo. Niestety, w wielu miejscach na świecie pojęcie „kompromisu”, a nierzadko i racjonalnego działania utożsamiane jest ze zdradą ideałów politycznych, klanowych, narodowych, religijnych etc, co naturalnie utrudnia albo wręcz uniemożliwia zespolenie poszczególnych fragmentów kraju w jeden organizm państwowy. Można zatem założyć, że w XXI wieku słabość instytucjonalna wielu państw, wynikająca z niechęci do kompromisu politycznego bądź religijnego czy społecznego, doprowadzi do wewnętrznego chaosu, a następnie do stanu trwałej anarchii, z rzadka poddawanej kontroli przez te lub inne siły polityczne. Upadłe państwa (failed states) w wielu rejonach świata będą posiadać albo już posiadają moc rozsiewania zarazków anarchii, stąd też konieczność tworzenia swoistych kordonów sanitarnych, które powstrzymywałyby zgubną reakcję łańcuchową. Z pełną świadomością ryzyka postawmy zatem tezę, że odwrotność wspomnianej triady: instytucja – kompromis(racjonalność) – państwo czyli próżnia instytucjonalna – bezkompromisowość(irracjonalność) – anarchia będzie charakteryzowała na początku naszego tysiąclecia coraz większą liczbę państw na wszystkich kontynentach. Oczywiście w niejednakowym stopniu i w różnych okresach czasu. I nie wyłączając Europy.

Drugi filar – nazwijmy go kulturowym – znajduje się dość blisko opisywanego filaru pierwszego. Ryszard Kapuściński podsumował swego czasu dyskusję o związku między kulturą a sukcesem ekonomicznym:

Skądinąd wymiana kulturalna jest jedną z istotniejszych cech współczesnego świata: oto po doświadczeniach drugiej połowy XX wieku zaczynamy się w końcu zastanawiać, dlaczego jedni się rozwijają, a inni nie. I dochodzimy do wniosku, że coś musi tkwić w kulturze; że czynnik kultury powinien być rozważany jako powodujący albo wzrost, albo zastój. Zawsze to było zrzucane na przyczyny ekonomiczne, ustrojowe, często ideologiczne. Lecz dziś wiemy, że kraje tego samego ustroju, tej samej ekonomiki, stosujące te same rozwiązania polityczne, mające w końcu niemal to samo położenie geograficzne, rozwijają się bardzo różnie. Zatem widocznie coś tkwi w kulturze. […] Dlaczego rozwija się Azja, a nie Afryka? I nie ma żadnego innego wyjaśnienia niż kulturowe. Przecież państwa, które miały tę samą przeszłość kolonialną, były tak samo eksploatowane i tak samo był konstruowany ich ustrój, rozwijają się zupełnie inaczej. Jeden dynamicznie, drugi – wcale. Wobec tego czynnik kultury nabiera znaczenia. Kultura jest jak gdyby zagadką: w jej wartościach, hierarchii, treściach leży prawdopodobnie odpowiedź na pytanie, dlaczego jesteśmy tacy a nie inni, dlaczego jesteśmy zacofani lub się rozwijamy?[7]

Pytania postawione przez Kapuścińskiego możemy uzupełnić kolejnymi. Czy poszczególne kultury posiadają w sobie odpowiedni potencjał transformacji, który umożliwiałby rozwój ekonomiczny i społeczny kraju bądź regionu, zaliczanego  powszechnie do tego lub innego kręgu cywilizacyjnego? Czy ów potencjał może zostać uruchomiony niejako sam z siebie, czy może potrzeba do tego jakiejś siły zewnętrznej? Kiedy spotkanie kultur przyczynia się do rozwoju, a kiedy jest przyczyną starć i konfliktów? I wreszcie: gdzie znajduje się granica absorbcji odmiennej kultury, która rozwija się w nowym kręgu cywilizacyjnym?

Potencjał rozwojowy Chin lub, szerzej, obszaru nazwanego przez Huntingtona konfucjańskim, bywał już analizowany wielokrotnie. Gwałtowny rozwój ekonomiczny Korei Południowej, Japonii, Singapuru, a następnie Tajwanu i samych Chin jest, póki co, dowodem na ogromną siłę miejscowej kultury, która przeszła transformację w ciągu ostatniego półwiecza. Każdy przypadek jest szczególny, ale można postawić tezę, że umiejętne przyswajanie wybranych elementów kultury zachodniej przez państwa o tradycji konfucjańskiej okazało się niebywałym sukcesem. Tak było w przypadku Japonii od czasów rewolucji Meiji, Korei Południowej i Tajwanu w drugiej połowie XX wieku, bądź Singapuru czy Hongkongu, dawnych kolonii brytyjskich. Podobna sytuacja ma miejsce w Chinach, wysyłających dziesiątki tysięcy młodych ludzi na studia do Europy i Stanów Zjednoczonych. Trzeba jednakże podkreślić, że tylko niektóre elementy kultury świata euroatlantyckiego okazały się przydatne, albo raczej możliwe do implementacji. W przypadku Chin nowoczesne sposoby zarządzania czy osiągnięcia naukowe zostały przyjęte bez wahania, ale już indywidualizm, swobody obywatelskie bądź cały system demokracji liberalnej został uznany za zagrożenie dla funkcjonowania państwa. Z drugiej strony najnowszy casus demokratyzacji Tajwanu (po Japonii i Korei Południowej) wskazuje, że i te wartości znajdują całkiem żyzny grunt do rozwoju w kraju o tradycji konfucjańskiej, który zwykle kojarzy się z autorytarnym systemem władzy.

Chiny zresztą pozostają pewnego rodzaju zagadką, i to zarówno dla politologów, ekonomistów jak i dla antropologów kultury. Czy autorytarny (konfucjański) model zarządzania państwem w połączeniu z liberalnym modelem gospodarczym (euroatlantyckim) jest naprawdę do utrzymania w długim okresie czasu? Innymi słowy: czy sukces malutkiego ludnościowo Singapuru jest do powtórzenia w gigantycznych Chinach? Jeśli tak, czy wobec tego Chiny staną się wzorcem do naśladowania przez, na przykład, państwa Bliskiego Wschodu? A może jednak ów model ulegnie wewnętrznym przekształceniom: albo w kierunku otwartego a zarazem stabilnego systemu tajwańskiego, albo stworzy nieprzewidywalną jeszcze dzisiaj nową jakość, która doprowadzi do stanu chaosu i serii konfliktów najpierw w samym państwie, a następnie na arenie międzynarodowej? Na te pytania nie ma chyba dzisiaj jednoznacznej odpowiedzi, ale jednego możemy za to być absolutnie pewni: chiński eksperyment z nowoczesnością, jak żaden inny na świecie, będzie pilnie obserwowany na wszystkich (bez wyjątku)  kontynentach.

Kolejnym intrygującym studium przypadku są bez wątpienia Indie, nazywane największą demokracją świata, w której elementy brytyjskiego parlamentaryzmu są obecne od ponad pół wieku. Przez długi czas Indie postrzegano na sposób, by tak rzec, wyjątkowo kontrastowy: z jednej strony porażające ubóstwo, z drugiej fascynująca kultura, zresztą jedna z najstarszych na świecie. Dodawano też, że właśnie uwarunkowania kulturowe, takie jak silny system kastowy, sztywna hierarchia społeczna i uparte trzymanie się konserwatywnych wzorców obyczajowych, stanowią barierę rozwoju. Barierę wzmacnianą dodatkowo autarkicznym modelem gospodarki, który już w latach 60. udowodnił swoją nieskuteczność.

To niesłychany wręcz paradoks, że stopniowej transformacji miejscowej kultury dokonali akurat ci, których uznawano za fundamentalistów bądź tradycjonalistów. Połączenie liberalnych metod gospodarki i innowacyjności z koncepcją hindutwy, czyli specyficznie rozumianej tożsamości kulturowej wyznawców hinduizmu, stało się znakiem rozpoznawczym Bharatija Dżanata Party (BJP), czyli Indyjskiej Partii Ludowej.  Rządy BJP, aczkolwiek obfitujące w starcia międzyreligijne, okazały się sukcesem, jeżeli mierzyć je wzrostem PKB i pozycją Indii na arenie międzynarodowej. Wzorce demokracji liberalnej i coraz nowocześniejsze systemy zarządzania zostały wykorzystane w procesie wzmacniania hinduistycznej tożsamości, która znajduje swoje ujście m.in. w rewolucyjnym przekształcaniu gospodarki. Oczywiście należy dodać, że skutki uboczne owych przemian mogą okazać się niezwykle destrukcyjne, ale jak na razie Indie radzą sobie bardzo dobrze i dość skutecznie wzmacniają swój potencjał ekonomiczny, polityczny i militarny. Oznacza to również (przy zachowaniu wszelkich proporcji rzecz jasna), że stają się kulturowym konkurentem dla Chin, albowiem wybrany przez Indie model rozwoju może stanowić wzorzec dla innych krajów pozaeuropejskich. Alternatywa jest wyraźna. Co bowiem wybrać: czy modernizm w wersji autokratycznej Państwa Środka czy indyjską drogę do nowoczesności w wersji demokratycznej? Co może zagwarantować sukces ekonomiczny, oraz, w dłuższej perspektywie, stabilność polityczną i społeczną?

Premier Indii, Manmohan Singh podczas siódmego szczytu Indie-Unia Europejska, podkreślił wagę fenomenu politycznej i kulturowej konwergencji we współczesnym świecie: „Mamy za sobą doświadczenia integracji, które stanęły przed rozszerzającą się strukturą UE. Przeżyliśmy niedawno wyzwania, które stają przed UE. Wkrótce padną bariery zatrudnienia i przemieszczania się. […] Może to potrwać pięćdziesiąt lat, ale my już widzimy zintegrowany subkontynent, a nawet wizję Unii Panazjatyckiej…”

Dodajmy tylko, że wizja Manmohana Singha, z dzisiejszej perspektywy dość  fantastyczna, powinna dać do myślenia analitykom, dyplomatom czy biznesmenom z Europy i Stanów Zjednoczonych. Kto wie, może wizja Unii Panazjatyckiej stanie się rzeczywistością nie za pięćdziesiąt, a za dwadzieścia-dwadzieścia pięć lat? Tylko co wtedy? [8]   

*

O ile XXI-wieczna opowieść o kręgu konfucjańskim i Indiach (mimo wszelkich zagrożeń i krytyki) jest pełna nut optymizmu, to rzeczy mają się dość nieciekawie, jeżeli chodzi o świat muzułmański. Znakomita większość cywilizacji islamu, z wyjątkiem kilku potwornie bogatych monarchii naftowych i częściowo Turcji czy Algierii, znajduje się w obszarze biedy, zacofania i potężnej frustracji, odczuwanej zwłaszcza wśród młodych ludzi. Liczne eksperymenty ideologiczne i ekonomiczne zakończyły się klęską. Nie widać też na horyzoncie porywających wizji modernizacyjnych, jedynie jak echo powracają wezwania do podtrzymywania tradycji i zachowania „czystej” formy religii. Co jest przyczyną porażki? Gdzie znajdują się hamulce rozwoju? Dlaczego nie działają tutaj modele sprawdzone gdzie indziej?

Niektórzy orientaliści, politolodzy czy dyplomaci ze świata Zachodu doszukują się owych barier w interpretacji fundamentalistycznej islamu, która ma utrudniać albo wręcz uniemożliwiać proces rozwoju, najpierw społecznego, a następnie ekonomicznego. Inni wskazują na żywe do dziś w tradycji muzułmańskiej elementy kultury klanowej bądź plemiennej, które w żaden sposób nie sprzyjają innowacyjności i utrzymują archaiczną strukturę społeczeństwa. Część badaczy sugeruje jednak, że problem nie tkwi w żadnej mierze w samej religii, ile w pseudo-modernizacyjnej formie państw muzułmańskich, kopiujących akurat te wzorce (wschodnio)europejskie, które koniec końców okazały się całkowitą porażką. Chodzi tu przede wszystkim o socjalistyczną w hasłach, a  autorytarną w treści strukturę władzy, funkcjonowanie jednej „słusznej” partii, czy metody zarządzania gospodarką przez scentralizowane państwo. Słowem: w przeciwieństwie do Chin czy Indii, zdecydowana większość krajów muzułmańskich wybrała najgorsze z możliwych rozwiązań rodem ze świata europejskiego. Co gorsza, sytuacja ta przyczyniła się do wytworzenia swoistych „przeciwciał” ideologicznych, którymi okazały się różne wersje fundamentalizmu: pełnego haseł o sprawiedliwości społecznej i metafizycznej oraz wyjątkowo mało skutecznego w procesie zarządzania państwem.

Zniechęcenie do importu obcych idei idzie w parze ze zniechęceniem do rodzimych rozwiązań, które nie przyczyniły się przecież do odczuwalnej prosperity. Nastroje zniechęcenia zaś mają to do siebie, że rodzą albo agresję albo skłaniają do bezczynności. Ani jedno, ani drugie nie pomaga, rzecz jasna, w koniecznej reformie państw, coraz bardziej peryferyjnych, i to w każdym znaczeniu tego słowa.

*

Zapewne każda z przedstawionych teorii wyjaśnia jakiś fragment całościowego obrazu i daje lepsze lub gorsze wskazówki co do możliwej sanacji. Najważniejszą jednakże konstatacją będzie to, że w najbliższych dwudziestu latach to niezwykle zróżnicowany kulturowo i politycznie świat islamu doświadczy gwałtownego oraz pełnego przemocy procesu przemian, które będą miały gigantyczny wpływ nie tylko na sytuację na Bliskim Wschodzie, lecz również w Azji, a także w samej Europie. Spór o przyszły kształt każdego państwa z osobna, i wszystkich na raz napędzany będzie również przez boom demograficzny, co może przyczynić się do katastrofy ekologicznej, a tym samym ekonomicznej i politycznej. Nie można wykluczyć też i tego, że Europa nie oprze się destrukcyjnej fali imigracyjnej z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, a szczególnie z tych krajów, które nie będą w stanie zadomowić się gospodarczo i politycznie w najbliższych dziesięcioleciach XXI wieku. Scenariusz w tym przypadku może mieć kilka wariantów, problem jednakże w tym, że żaden z nich nie ma jednoznacznego happy endu. [9]

*

Trzeci filar, nazwijmy go filarem bezpieczeństwa, jest bodajże najtrudniejszy do opisania. Amerykański dyplomata i politolog, Richard N. Haass stawia tezę o niebiegunowym świecie. Nie „wielobiegunowym”, ale właśnie „niebiegunowym”. Nie będzie bowiem już biegunów, czyli mocarstw, które wciągają do swojej orbity wpływów mniejsze kraje na wszystkich kontynentach. W najbliższym czasie centra kontroli poszczególnych rejonów ludzkiej aktywności obejmować będą nie tylko państwa duże i średnie, ale również znaczące organizacje międzynarodowe i ponadnarodowe, globalne koncerny, struktury nieformalne, jak kartele narkotykowe i prywatne armie, czy też mega-miasta, w których dokonuje się największych transakcji finansowych. To z kolei utrudni albo wręcz uniemożliwi skuteczny nadzór polityczny bądź militarny nad ogromnymi częściami współczesnego świata przez najważniejsze mocarstwa, wśród których obok Stanów Zjednoczonych wymienia się zbiorczo Unię Europejską i Chiny. Niezbędny stanie się zatem multilateralizm, realizowany na wszelkich możliwych poziomach. Dodajmy jednak, że ów multilateralizm będzie procesem niezwykle płynnym, przyczyniającym się do tworzenia bardziej lub mniej trwałych sojuszy w zależności od skali i częstotliwości pojawiania się kolejnych zagrożeń.[10]

Haass mocno podkreśla problem terroryzmu, dla którego podaje jednakże nieprzekonujące wyjaśnienia społeczne i ekonomiczne. Gdzieś też znika u niego realne zagrożenie konfliktem nuklearnym, tak jakby moc odstraszania bomby atomowej stawiała każdego jej posiadacza (a ich ilość przecież rośnie, a nie maleje) w permanentnym szachu. To dość optymistyczne i klasyczne zarazem wyjaśnienie wydaje się dzisiaj mało przekonywujące. Wielu analityków współczesnego świata kieruje się bowiem zasadami z czasów zimnej wojny, kiedy to dwa bloki posiadały relatywnie podobną moc nuklearną, co musiało w ostateczności zniechęcać do zaogniania jakiegokolwiek poważniejszego sporu. Wszystko to zgodnie z racjonalnym założeniem, że sama myśl o ataku niekonwencjonalnym powinna uwzględniać identyczny (albo prawie identyczny) odwet. Problem w tym, że ów klasyczny racjonalizm niekoniecznie będzie miał zastosowanie w XXI wieku. Poczucie misji opartej na przesłankach metafizycznych, chorobliwa wręcz chęć niesienia zemsty, a do tego pogarda względem śmierci, własnej i cudzej, stają się istotnymi czynnikami prowadzenia polityki. Destrukcyjne jej możliwości są zresztą obecnie dużo większe niż kiedyś, szczególnie w sytuacji, kiedy środki techniczne do produkowania i przenoszenia ładunków nuklearnych są już dostępne państwom, niebędącym bynajmniej mocarstwami. W przypadku regionów Azji i Bliskiego Wschodu nie działa też fenomen europejskiej pamięci dwóch wojen światowych, czyli świadomości totalnego zniszczenia, które niesie konflikt zbrojny na ogromną skalę. To wszystko sprawia, że użycie owej „broni ostatecznej” mogłoby się stać ogromną pokusą, zwłaszcza, gdy poziom racjonalnej oceny konsekwencji zostaje obniżony dzięki odpowiedniej interpretacji przesłania religijnego, bądź szerzej – ideologicznego. Paradoksalnie, prawdopodobieństwo konfliktu nuklearnego wygląda na znacznie większe w dzisiejszych „czasach niestabilnej niebiegunowości” aniżeli kiedykolwiek wcześniej w okresie zimnej wojny.

Zmieniają się również zasady funkcjonowania organizacji terrorystycznych. To nie jest tak, że wyłącznie sfrustrowani i pochodzący z upośledzonych części świata nieszczęśnicy stają się terrorystami. Niestety, sam terroryzm okazał się dość skuteczny w realizacji niektórych celów, dlatego też nie można w żadnym razie wykluczyć tego, że będzie coraz częściej używany w rozgrywkach między państwami. Zamachy Al-Kaidy w Madrycie przyczyniły się przegranych wyborów Partii Ludowej i podjęcia decyzji o wycofaniu hiszpańskich oddziałów wojskowych z Iraku, atak na WTC ostatecznie doprowadził do usunięcia armii amerykańskiej z Arabii Saudyjskiej, działania uznawanego za organizację terrorystyczną Hezbollahu zepchnęły Izrael do defensywy w Libanie. To wszystko jest niczym innym, jak zachętą – by strawestować znaną formułę Clausewitza – do kontynuowania polityki innymi środkami. Jest czymś niezwykle prawdopodobnym, że terroryści staną się po prostu „najemnymi żołnierzami” na usługach wielu państw, którzy będą wykonywać wysoce skomplikowane i niewygodne dla innych zadania. Terroryzm powoli uznawany jest za polityczną inwestycję o bardzo niskich kosztach własnych. Dużo, dużo niższych aniżeli jawna akcja militarna, której nie można się wyprzeć, i którą można przegrać. Poza tym możliwości techniczne i logistyczne są bez porównania większe aniżeli 30 bądź 20 lat temu, stąd też specjalizacja terrorystów w różnych formach działania: od klasycznych zamachów do cyber-ataków na newralgiczne sieci informatyczne.

Oczywiście, nie oznacza to wymazania historii o mgławicowych i bezpaństwowych organizacjach terrorystycznych. Chodzi raczej o to, że będą one działały równolegle albo we współpracy z rosnącą armią terrorystów na żołdzie poszczególnych rządów, prowadzących „zastępcze wojny” (niewykluczone, że skutecznie) z wybranymi przeciwnikami. W epoce pozbawionej biegunów będzie to plaga, której nie sposób całkowicie zlikwidować.

Optymizm z dawką pesymizmu czy pesymizm z dawką optymizmu?

Historia świata tak się często złośliwie toczy dla politologów, że albo przepowiadane pesymistyczne scenariusze całkowicie się nie sprawdzają w optymistycznie zabarwionej rzeczywistości, albo, niestety, dość optymistycznie scenariusze upadają pod ciężarem niezwykle pesymistycznych faktów. Stałym punktem pozostaje tylko coraz większa dynamika zmian i wręcz niemożność ułożenia szczegółowych wariantów solidnej politologicznej analizy. To jednak w żadnym razie nie powinno nas zniechęcać do kolejnych prób zgadywania i opisywania tego, co będzie lub być może, co się naprawdę wydarzy, jaka czeka nas reakcja na to lub inne zjawisko, kto tym wszystkim kieruje i kto najwięcej zyska, a kto straci. Bo to przynajmniej pamiętamy z historii: nawet w czasach najbardziej ponurych gdzieś jarzył się promyczek optymizmu, który potem wybuchał płomieniem, zaś w epoce stabilności i dobrobytu mały robaczek pesymizmu przemieniał się w potwornego smoka, pożerającego ogromne nadzieje i oszczędności. Z dużym prawdopodobieństwem możemy założyć, że tak będzie za 10 i za 50 lat. I że wobec tego pracy dla pełnego wiedzy i fantazji politologa nie zabraknie. Zwłaszcza na styku Europy z Azją.

 


[1]  O współczesnych Chinach traktuje nr 638-639 „Znaku” – Świat patrzy na Chiny, w którym Kraj Środka postrzegany i opisywany jest, by tak rzec, wielowymiarowo. Także pod względem aksjologicznym. Rzecz dotyczy dość fundamentalnego pytania: czym są współczesne Chiny i jak są one postrzegane przez obserwatorów zewnętrznych i samych mieszkańców, co z kolei ma oczywisty wpływ na sposób realizowania polityki przez samo Państwo Środka i świat Zachodu. Problem jedynie w tym, że perspektywa różnych obserwatorów może być diametralnie różna, to zaś naturalnie przyczynia się czasami do zupełnie odmiennej interpretacji rzeczywistości. Słowem: patrzymy na to samo i nie widzimy wcale tego samego…

[2] Por. Thomas L. Friedman, Świat jest płaski. Krótka historia XXI wieku. Tłum. T. Hornowski, Poznań 2006.

[3] Por. Alan M.Rugman, Globalizacja to mit, tłum. J.Dołega,  „Polski Przegląd Dyplomatyczny”, nr 1 (41) styczeń-luty 2008, s.77-98.

[4] Por. Piotr Antoni Świtalski, Powracające widmo Tiamat – chaos i porządek w stosunkach międzynarodowych,  „Polski Przegląd Dyplomatyczny”, nr 6 (40) listopad-grudzień 2007, s. 35-80.

[5] Por. Adam Daniel Rotfeld (red. nauk.), Dokąd zmierza świat, Warszawa 2008.

[6] Por. Francis Fukuyama, Budowanie państwa. Władza i ład międzynarodowy w XXI wieku., Poznań 2005; Tutaj dodam też, że prof.Fukuyama w rozmowie ze mną w 2006 roku podkreślał rolę instytucji w kształtowaniu ładu współczesnego świata. Gigantyczne problemy Amerykanów i sił koalicji w Afganistanie i Iraku  przypisywał niezbyt umiejętnej polityce budowania instytucji w obydwu państwach. Oczywiście pytaniem jest, czy poszczególne koncepty instytucji zachodnich byłyby do przyjęcia w Iraku i Afganistanie, i jak długo należałoby je „pielęgnować”, aby udowodniły swoją skuteczność w odmiennym kulturowo otoczeniu.

[7] Ryszard Kapuściński, Lapidaria, Warszawa 1997, s.319.

[8] Całość problematyki dotyczącej Indii analizowałem w swojej pozycji O pęknięciu wewnątrz cywilizacji, Warszawa 2005, warto jednak zwrócić uwagę na interpretację polityki, nauki, współczesnej kultury i gospodarki dzisiejszych Indii w ujęciu polsko-indyjskiej pary autorów: Stanisław Tokarski, Surendr Bhutani, Nowoczesne Indie. Wyzwania rozwoju, Warszawa 2007.

[9] Kwestie „niedopasowania” cywilizacji muzułmańskiej do współczesnego świata analizował niezwykle intrygująco, ale też i kontrowersyjnie Bernard Lewis. Szczególnie istotne są w tym kontekście dwie pozycje: The Crisis of Islam, Holy War and Unholy Terror, London 2003 oraz What Went Wrong; Western Impact and Middle Eastern Response, London 2003 (polskie wydanie: Co się właściwie stało? O kontaktach Zachodu ze światem islamu, tłum. J.Kozłowska, Warszawa 2003). 

[10] Por. Richard. N.Haas o świecie niebiegunowym: We Must Guard Against the Worst In a Nonpolar World, “The Daily Star” Lebanon, 24.04.2008. Jego teksty pojawiają się również w polskiej prasie, m.in. W dodatku do „Dziennika” – „Europa”.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata