70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Tylko nieobecni są najbliżej”

Z pozoru mogłoby się wydawać, że życie i twórczość Anny Świderkówny łatwo da się podzielić na kilka ważnych, ale i odrębnych okresów, związanych z jej zainteresowaniami i pracą naukową, takich jak okres „filologiczny”, „papirologiczny”, „hellenistyczny” i „biblistyczny”.

W 2006 roku Anna Świderkówna została poproszona o napisanie wstępu do niewielkiego wyboru wierszy ks. Jana Twardowskiego. Swój tekst zatytułowała: Tylko nieobecni są najbliżej (zdanie to zaczerpnęła z jednego z wierszy poety – O nieobecnych). Napisała wówczas:

Wydaje mi się, że [ks. Twardowski] wyraził w nim doświadczenie, które wszyscy przeżywamy, zwłaszcza w miarę jak lat nam przybywa. Nawet autor tych słów wydaje mi się teraz znacznie bliższy niż w ostatnich miesiącach życia, gdy oddzielała nas coraz boleśniej jego choroba i moja starość wypełniona po brzegi pracą[1].

Profesor Świderkówna wiedziała, że doświadczenie śmierci bliskiej osoby otwiera inną perspektywę patrzenia na to, kim ta osoba była dla nas. Oto nagle zabrakło jej obecności i z całą ostrością uświadamiamy sobie, że miejsce kiedyś pełne życia teraz wydaje się puste. Kiedy umiera Autorka tak kochana przez swoich czytelników, to doświadczenie nieobecności rozlewa się na wielu, także na tych, którzy jej osobiście nie znali, ale teraz wiedzą, że do wielkiej liczby książek, które po sobie zostawiła, nie doda już ani jednego słowa. Nie mogę powstrzymać się tutaj od pewnego skojarzenia, a właściwie pewnej parafrazy (chociaż sama Pani Profesor w tym miejscu zdrowo by mnie skrzyczała, bo z pewnością nie polubiłaby porównania jej własnej twórczości do Biblii). Kiedy podczas naszych rozmów zapytałam ją, czy – skoro Kościół naucza, że Biblia jest księgą zamkniętą – to znaczy, że Bóg nie ma nam nic do powiedzenia, usłyszałam okrzyk: „A czy powiedział mało?”. Teraz, kiedy patrzę na stół zarzucony jej książkami, niemal słyszę, jak mówi: „A czy napisałam mało?”. To doświadczenie nieobecności sprawia, że tym cenniejsze zdaje się to, co po sobie zostawiła, a ślad jej życia, świadectwo drogi, którą przeszła także dla nas, z tej perspektywy wydaje się jasny, prosty i bardzo czytelny dla tego, kto w tych książkach zechce szukać jej obecności.

Z pozoru mogłoby się wydawać, że życie i twórczość Anny Świderkówny łatwo da się podzielić na kilka ważnych, ale i odrębnych okresów, związanych z jej zainteresowaniami i pracą naukową, takich jak okres „filologiczny”, „papirologiczny”, „hellenistyczny” i „biblistyczny”. To jednak byłoby stwierdzenie nie do końca prawdziwe. Właściwie należałoby powiedzieć, że była to naturalna ewolucja twórcza, wynikająca nie tylko z ciągłego poszerzania zainteresowań, ale przede wszystkim z wewnętrznej potrzeby poszerzania wiedzy, która skłaniała ją do ciągłej pracy. Co więcej, była to ewolucja, dzięki której Anna Świderkówna, gdy już zdecydowała, że poświęci się popularyzacji Biblii, miała „w ręku” wszystkie narzędzia pozwalające jej na wykonywanie tej pracy rzetelnie pod względem naukowym, ale też z lekkością, jakiej zazdrościło jej wielu znanych biblistów. 

Pierwsza miłość – filologia klasyczna

O tym, jak wielkie znaczenie może mieć okazanie komuś odrobiny życzliwości, niezbicie świadczy to, jak na całe życie Anny Świderkówny wpłynął list, który otrzymała od prof. Tadeusza Zielińskiego, kiedy miała lat trzynaście. Pod jego wpływem przyszła Pani Profesor zaczęła uczyć się greki. I chociaż tuż po wojnie zastanawiała się, co studiować: fizykę czy astronomię, to kiedy usłyszała, że w Warszawie zostanie otwarta filologia klasyczna, natychmiast zmieniła zdanie i rozpoczęła studia pod kierunkiem prof. Kazimierza Kumanieckiego. Dodać tu jednak należy, że jeszcze przed rozpoczęciem studiów, poprzez swoją koleżankę (późniejszą profesor Barbarę Filarską), Świderkówna zwróciła się do Kumanieckiego z prośbą, by „przyjął ją jako swoją uczennicę”, a on postawił jej warunek, że zda u niego egzamin. O tym, jak już wówczas posługiwała się greką, świadczy kilka faktów. Po pierwsze: opinia profesora Kumanieckiego, wedle której była przygotowana lepiej niż niejeden student do egzaminu magisterskiego; po drugie: to, że uznano, iż zajęcia na pierwszym roku będą dla niej stratą czasu; po trzecie: propozycja asystentury, którą otrzymała już na pierwszym roku od prof. Jerzego Manteuffla (i, co więcej, posadę tę już wtedy otrzymała). Sama zwykła umniejszać znaczenie tego wydarzenia (podobnie zresztą jak umniejszała większość swoich osiągnięć), twierdząc, że chodziło o… kartę stołówkową, ale śmiem wątpić, czy którykolwiek profesor – także ona sama – zatrudniłby asystenta, z którym nie wiązałby nadziei, że będzie godnym jego uczniem.

Na początku trzeciego roku studiów Anna Świderkówna złożyła pracę magisterską, a egzamin doktorski zdała już w 1951 roku, czyli zaledwie sześć lat po rozpoczęciu studiów. Jej rozprawa doktorska była poświęcona legendzie ajtiologicznej w dziełach aleksandryjskiego poety Kallimacha, czyli legendzie wyjaśniającej na przykład przyczynę jakiegoś niezrozumiałego zjawiska lub jakąś nazwę. Zrozumienie zasad rządzących tego typu legendą pozwoliło jej inaczej spojrzeć na wiele, w tym także biblijnych, tekstów.

Wydawać by się mogło, że Anna Świderkówna stosunkowo szybko porzuciła filologię na rzecz papirologii, czyli dziedziny, którą zajmował się Jerzy Manteuffel. Nic podobnego. Świadczą o tym jej liczne przekłady z greki i łaciny dzieł autorów antycznych, takie jak: Sielanka grecka. Teokryt i mniejsi bukolicy (1953), Rzymska elegia miłosna (1955), Poezje Katullusa (1956), Fedra Seneki (1959). Co więcej, swoimi tłumaczeniami poezji zyskała uznanie kręgów literackich, na przykład Juliana Tuwima i Jana Parandowskiego, którzy okazali jej – jak sama mówiła – „dużo serdecznego uznania, tym cenniejszego, że byłam właściwie nikim”. Ci, którzy jeszcze nie znają tych prac i zechcą po nie sięgnąć, z pewnością docenią językowe i poetyckie umiejętności tłumaczki, ale też – podobnie jak pewna studentka filologii klasycznej, która przeprowadzała z nią kiedyś wywiad – ze zdumieniem odkryją, że Pani Profesor potrafiła doskonale poradzić sobie nawet z co najmniej frywolną niekiedy poezją Katullusa, który nie stronił od mocnego, dosadnego słownictwa i bardzo swawolnych tematów. Zanim więc komukolwiek przyjdzie do głowy pokusa zaszufladkowania Anny Świderkówny, zdecydowanie powinien sięgnąć po te tłumaczenia.

Pracy tłumacza zresztą Świderkówna nigdy nie porzuciła, choć sama mawiała, że każdy tłumacz jest po trosze zdrajcą (zgodnie z włoskim powiedzeniem: traduttore – tradittore). Przełożyła olbrzymie dzieło Hammonda, Dzieje Grecji (1973), Dialogi św. Grzegorza i Regułę św. Benedykta, O życiu szczęśliwym św. Augustyna i pisma Ojców Apostolskich wydane w tomie Pierwsi Świadkowie w serii „Ojcowie Żywi”. Przetłumaczyła wreszcie Ewangelie według świętego Mateusza i świętego Marka. Wiele jej uwag wykorzystano w kolejnych wydaniach Biblii Tysiąclecia.

Wyraźnym znakiem tego, że nigdy nie przestała pasjonować się kulturą antyczną, są przykłady, jakimi się posługiwała, udzielając wywiadu do książki Chodzić po wodzie, gdy opowieść o ofierze Izaaka wyjaśniała, odwołując się do przedstawionej przez Eurypidesa ofiary Ifigenii, a swoje rozumienie patriotyzmu – poprzez sens bitwy pod Termopilami. W ostatnich latach życia mówiła, że bardzo chciałaby napisać jeszcze jedną książkę – dotyczącą właśnie Grecji klasycznej. Miała to być książka związana z polityką grecką, z wojną między Spartą i Atenami, czyli z wydarzeniami opisywanymi przez Tukidydesa, twórcę historii pragmatycznej, a także przez Ksenofonta i Arystofanesa. Opowiadała, że pragnie pokazać, iż problemy nękające świat antyczny są wciąż bardzo aktualne. Nie chciała zajmować się tym, co zwykle kojarzy się nam z filologią – stylem, rytmem czy budową zdania. Otwarcie przyznawała: „Mnie to nigdy nie interesowało. Wolałam zajmować się żywymi ludźmi, (…) tym, jak żyli, jakie mieli problemy”.

Druga miłość – papirologia

Pamiętam jak bardzo zaskoczyło mnie wyznanie Pani Profesor, iż takich właśnie „żywych ludzi” znalazła w papirusach. Strzępy zapisów, którymi się zajmowała, miały niekiedy wymiary 2 na 4 cm i zawierały po kilka wersów tekstu. W wydanych przez nią (wraz z Mariangelą Vandoni) papirusach aleksandryjskich uwagę zwraca także jeden z większych, zawierający długą listę imion, którego większa część pozostaje jednak wykropkowana, była bowiem nieczytelna. Wśród papirusów, które trafiły do rąk prof. Świderkówny znajdowały się rachunki, sprawozdania sądowe, prywatne listy i wiele innych zdarzeń, mało znaczących – wydawać by się mogło – z punktu widzenia dziejów. To nie był Homer, w którym wcześniej się zaczytywała, ani Tukidydes, którego spostrzeżenia tak bardzo ceniła. To nie był świat wielkich bitew ani opowieści mitycznych, ale małych i zwykłych ludzi zmagających się z prostymi problemami.

Czynsz i podatki – pisała w książce W „państwie” Apolloniosa. Społeczeństwo wczesno-ptolemejskie Fajum w świetle archiwum Zenona (1959) – stawały się nieraz ciężarem nie do zniesienia, a często obowiązek prac przymusowych odrywał rolnika od jego zajęć normalnych. Nieraz też stawano wobec niemożności dotrzymania swoich zobowiązań. Tak na przykład trzej znani nam już Macedończycy po pięciu latach dzierżawy swoich 100 arur są już winni Zenonowi 2000 artab pszenicy z tytułu zaległego czynszu,

a w innym miejscu tej samej książki:

Horos, syn Paosisa, marynarz floty Apolloniosa, wyjeżdżając powierzył swojego ojca opiece Zenona. Mniej względów dla swojej matki-staruszki miała utrzymująca ją córka: uwiedziona przez mężczyznę, który ze swej strony miał również żonę i dziecko, porzuciła matkę bez środków do życia.

Podobnie jak w wypadku literatury antycznej i hellenistycznej, także te zwykłe dokumenty pozwalały jej głębiej zrozumieć i interpretować Biblię. Posługiwała się nimi wielokrotnie, ale bodaj najbardziej znaczący był ten moment, gdy posłużyła się nimi w interpretacji przypowieści o ,,robotnikach ostatniej godziny” (por. Mt 20, 1–16), którzy otrzymali taką samą zapłatę jak ci, co pracowali cały dzień. Papirusy, które wcześniej badała, pozwalały przypuszczać, że gospodarz winnicy od samego początku płacił wynajętym robotnikom znacznie więcej, niż przewidywały ówczesne stawki. Tym samym – jak mówiła – sens tej przypowieści powinniśmy rozumieć inaczej niż dotąd – nie jako naukę, by innym nie zazdrościć, ale jako przesłanie, że od Boga zawsze dostajemy więcej, niż na to zasługujemy, i więcej, niż się spodziewamy.

Choć w tamtym czasie prof. Anna Świderkówna już od dawna nie zajmowała się papirologią, ta wiedza nigdy nie została przez nią zapomniana. Z zapałem przekonywała, że papirusy:

pokazują życie na gorąco – jedną, niepowtarzalną chwilę, która, gdyby ktoś jej nie zapisał, zginęłaby na zawsze. Te dokumenty ukazują świat starożytny w sposób znacznie głębszy niż dzieła antycznych historyków. Pokazują niewielki wycinek, ale za to tak bardzo z bliska, że widać szczegóły, których gdzie indziej nie zauważysz. Pokazują człowieka takiego jak ty czy ja. Nie męża stanu, poetę czy polityka, ale zwykłego śmiertelnika, którego historycy zwykle nie zauważają.

I choć z całą pewnością nie wiedziała nic na temat socjologii życia codziennego, która dziś zyskuje sobie coraz większą popularność, wielu teoretyków w tej dziedzinie mogłoby się od niej sporo nauczyć. Ten swoisty, „bliski” sposób patrzenia na historię przez pryzmat życia codziennego Anna Świderkówna przeniosła też do swoich studiów nad hellenizmem i nad Biblią.

Trzecia miłość – hellenizm

Faktycznie zainteresowanie Anny Świderkówny papirusami pojawiło się niemal równolegle z fascynacją hellenizmem. I nie mogło być inaczej, gdyż papirusy, którymi się zajmowała, powstawały właśnie w tym okresie. Przyglądając się – jak sama mówiła – z bliska tamtemu światu, nie mogła pozostać obojętna na ducha epoki. Jej przygoda z hellenizmem rozpoczynała się w czasach, gdy powszechnie panowało przekonanie, że jest to epoka schyłkowa, koniec greckiego świata. Ona jednak – przekopując się przez liczne źródła powstałe w okresie hellenistycznym – widziała to zupełnie inaczej. We wstępie do Hellady królów napisała:

Wszystko lub niemal wszystko, co nasza kultura zawdzięcza Grecji, otrzymaliśmy nie wprost od klasycznej Hellady, ale właśnie od świata hellenistycznego. Grecja państw–miast była zamknięta w sobie i dla siebie strzegła skarbów swej kultury. Dopiero ludzie epoki hellenizmu, nieświadomie i najczęściej beztrosko, zaczęli je rozrzucać szeroką dłonią po całym świecie zamieszkanym. (…) Nie nazywajmy więc schyłkową epoki, która dzięki swej żywotności dziś jeszcze nas kształci. Przyznajmy raczej, że rzeczywiście – jak twierdzą jej znawcy – jest to jedna z najważniejszych epok w dziejach ludzkości. A przy tym – warto dodać – niezmiernie ciekawa! W ciągu życia jednego pokolenia świat zmienił się nie do poznania. (…) Dokonywały się głębokie przemiany gospodarcze, narastały wielkie, nieznane przedtem problemy społeczne i polityczne. Przed nauką grecką otworzyły się nowe i nieprzeczuwane horyzonty.

Dzisiaj już nikogo nie trzeba przekonywać, że właśnie tak było. Anna Świderkówna skutecznie nas o tym przekonała swoimi książkami. A nie ma ich mało: Kiedy piaski egipskie przemówiły po grecku (1959), Historie nieznane Historii (1962), Hellenika. Wizerunek epoki od Aleksandra do Augusta (1974), wspomniana już Hellada królów (1967), Siedem Kleopatr (1978) oraz Życie codzienne w Egipcie greckich papirusów (1983). Do tej listy należałoby dodać także książki z zakresu papirologii, w których zawarła liczne odniesienia do epoki: Książka się rozwija (napisana wraz z Marią Nowicką, 1970) oraz Papirologia i papirusy. Pięć odczytów (1975; ta pozycja jest dziś już zupełnie niedostępna). Nie sposób też zapomnieć o dziele, które stanowiło zwieńczenie tej pracy i jednocześnie pomost do tego, czym zajmowała się przez kolejne siedemnaście lat – do popularyzacji Biblii.

Bogowie zeszli z Olimpu. Bóstwo i mit w greckiej literaturze świata hellenistycznego – to dzieło, wydane w roku 1991, ukazuje tęsknotę za bliskością bóstwa, która sprawiła, że świat starożytny był gotów na przyjęcie chrześcijaństwa. Analiza greckich tekstów literackich powstałych w okresie hellenistycznym doprowadziła Panią Profesor najpierw do momentu, w którym w Aleksandrii powstała Septuaginta – grecki przekład Biblii, którego zgodnie z tradycją miało dokonać siedemdziesięciu dwóch tłumaczy przybyłych z Jerozolimy. Oceniając ten przekład, który w wielu miejscach dość mocno różni się od hebrajskiego oryginału, pisała:

Świat antyczny znał dwa rodzaje tłumaczenia: tłumaczenie dokumentów urzędowych, sporządzane dla celów praktycznych, które musiało być jak najbardziej dosłowne, oraz przekład literacki, znacznie bardziej swobodny, dopuszczający liczne zmiany i przekształcenia. W Septuagincie znajdujemy oba rodzaje przekładów i trzeba przyznać, że we wszystkich tekstach prawnych, normatywnych, jest ona wprost zadziwiająco wierna oryginałowi hebrajskiemu. Wszędzie zaś tam, gdzie tłumacze od tego oryginału wydają się odchodzić, przed wydaniem sądu należy najpierw spróbować odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak postępują.

Krytyka źródeł, tak potrzebna w pracy filologa i historyka, została tutaj wykorzystana do analizy tekstu biblijnego. Uważny czytelnik znajdzie w tej książce, podobnie zresztą jak i we wcześniejszych, wyraźne ślady tego, co później zostanie rozwinięte i wykorzystane w popularyzacji Biblii.

Ponieważ sama była doświadczoną tłumaczką, umiała zauważyć, docenić i wyjaśnić zmiany dokonane przez tłumaczy.

Każdy dobry nowożytny tłumacz wie doskonale, że wielokrotnie musi od oryginału odejść właśnie po to, żeby zachować wierność przekładu (…). Wiele odchyleń od hebrajskiego tekstu wynika z tej samej konieczności także w Septuagincie. Na przykład niezrozumiały dla Hellena zwrot ,,człowiek o nieobrzezanych wargach” przeobraził się tu w ,,człowieka nieumiejącego mówić”.

Ten cytat, pochodzący z książki Bogowie zeszli z Olimpu, wyraźnie pokazuje, że już wówczas Anna Świderkówna była gotowa do podjęcia nowego wyzwania.

Czwarta miłość – Biblia

Kiedy patrzymy na czyjeś życie od końca, widzimy, jak na jego bieg wpływają poszczególne decyzje. Są jednak również takie momenty, których – nawet z tej perspektywy – nie sposób zrozumieć. Anna Świderkówna, opowiadając o własnym życiu, wielokrotnie powtarzała, że jej pierwszą, niemal naturalną odpowiedzią na różne propozycje, które otrzymywała, było „nie”: ,,Moja pierwsza reakcja – co zresztą dla mnie charakterystyczne – była negatywna. Ale potem, po zastanowieniu (…) powiedziałam, że spróbuję”. Jej opowieść o własnym życiu wypełniały przykłady podobnych zachowań. A jednak kiedy usłyszała, że na uniwersytecie poszukuje się osoby, która mogłaby poprowadzić wykład o Biblii, postąpiła dokładnie odwrotnie: od razu zaproponowała siebie. Najpierw zgłosiła się na ochotnika, a dopiero później zaczęła się obawiać, że nie podoła temu zadaniu. Choć z naszej perspektywy taka obawa jest kompletnie niezrozumiała, ona sama wiele lat później tak to wyjaśniała: ,,Kiedy zaczynałam wykłady o Biblii, praktycznie nie miałam żadnego wykształcenia biblijnego. Nie powiem, żebym w tej chwili miała jakieś nadzwyczajne przygotowanie, ale jakieś mam”. Dodam, że wielu z tych, którzy znali ją jako popularyzatorkę Biblii, nie dałoby wiary, że wcześniej była osobą nieśmiałą i pełną obaw, bo tam, gdzie chodziło o Biblię, zmieniała się w zupełnie inną osobę.

Bardzo się zmieniłam – mówiła. – Pewna nieśmiałość pozostała. Upłynęło jednak mnóstwo czasu i pomiędzy tymi dwiema osobami – mną z przeszłości i mną teraz – jest znaczna różnica. Teraz jestem bardziej samodzielna…

Pierwszy ślad tej odwagi, która narastała w niej wraz ze stopniowym odchodzeniem od papirologii i hellenizmu ku popularyzacji Biblii, pojawił się już wcześniej. Kiedy poznała ks. Jana Twardowskiego, a on poprosił ją o pomoc w interesujących go kwestiach dotyczących historii starożytnej, usłyszał zdumiewające zdanie Pani Profesor: „Mogłabym bardziej pomóc w teologii niż w historii…”. Jedyne wyjaśnienie, jakie potrafię znaleźć, to jej własne przekonanie, że wszystko, co ją w życiu spotkało, cała jej kariera naukowa, było niejako wstępem do odkrycia powołania, za które uważała popularyzację Biblii.

Mawiała, że przychodzi do Jerozolimy z Aten, pokazując, że nie ma akademickiego wykształcenia biblistycznego, a jej droga do Pisma Świętego wiodła przez świat antycznych poetów i hellenistycznych władców. Brak biblistycznego doświadczenia i skupienie się na zwykłym człowieku i jego problemach okazało się jednak zbawienne. Anna Świderkówna nie poświęcała uwagi wyimaginowanym problemom, lecz koncentrowała się jedynie na tych, które były ważne dla niej samej i dla jej czytelników. Potrafiła powiedzieć z rozbrajającą szczerością:

Jest też prawdą, że niektórzy współcześni bibliści lubią bawić się nieraz szczegółami, rozdzielając włos (na przykład jeden werset biblijny) na czworo, z czego nic nie wynika. Pozwólmy im bawić się spokojnie, skoro ich to cieszy.

Tam, gdzie inni skupiali się na szczegółach, ona poszerzała perspektywę – pokazując tło historyczne, uświadamiała, jak dany tekst biblijny mogli rozumieć starożytni. Czasem jednak, kiedy uznała, że dla zrozumienia tekstu konieczne jest przyjrzenie się szczegółom, potrafiła drobiazgowo analizować każde słowo i wyjaśniała: „Szczegóły są istotne na tyle, na ile służą poznaniu. Nie mają jednak żadnego sensu, gdy wikłają nas w nieistotne rozważania”. Rozumiała przy tym, że nie mając jej wiedzy, trudno rozróżnić to, co ważne, od tego, co nieistotne. Dlatego wielokrotnie powtarzała i tłumaczyła rzeczy dla niej proste i oczywiste.

Kiedy czytelnicy dopytywali się, dlaczego powtarza, że pewnych rzeczy zapisanych w Biblii nie należy przyjmować dosłownie, i czy w ten sposób nie umniejsza znaczenia Pisma Świętego, z prostotą odpowiadała, że stara się jedynie „jak najlepiej zrozumieć, co nam przez autorów biblijnych mówi Bóg”. I chociaż często dość boleśnie obnażała naszą niewiedzę, była daleka od okazywania komukolwiek swojej wyższości. Nawet podczas wykładów (czyli w takiej formule, która zakłada, że wykładowca naucza, a słuchacze się uczą) dawała innym odczuć, że jest jednym z nas, że wraz z nami stoi w jednym szeregu tych, którzy chcą czytać Biblię, by usłyszeć Boga.

W tym właśnie odnalazła swoją odwagę:

Oślica Balaama zobaczyła anioła, który zamknął drogę przed Balaamem, a Balaam, wielki prorok pogański, go nie dostrzegł. Ona była tylko oślicą, ale mogła zobaczyć coś, czego nie widział prorok. Rozumiem to tak, że nie należy się zbytnio martwić, iż nie jesteśmy przygotowani do czegoś, co zamierzamy zrobić, bo jeśli Pan będzie chciał, to potrafi przemówić i przez oślicę. Jeśli tak się naprawdę dzieje, znaczy to, że nie psujemy do końca Panu Bogu roboty.

Doświadczenie wieloletniej współpracy z ks. Twardowskim nauczyło ją, że czytanie Biblii z drugą osobą prowadzi do momentu, gdy otwiera się nowa przestrzeń, „jakby studnia bez dna… I to było właśnie najdziwniejsze i najcudowniejsze. Prawda jest taka, że [ks. Twardowski] uczył się ode mnie, a ja od niego. A naprawdę oboje nas uczył Duch Święty”. Jak wielu z nas przy niej czuło to samo? Jak wielu czuło to, czytając jej książki poświęcone Pismu: Rozmowy o Biblii (1994), Rozmów o Biblii ciąg dalszy (1996), Rozmowy o Biblii. Nowy Testament (2000), Rozmowy o Biblii. Opowieści i przypowieści (2006), a także Biblia w świecie greckim (1996), Biblia a człowiek współczesny (2005), Nie tylko o Biblii (2005) i Prawie wszystko o Biblii (2005).

Siła interpretacji tekstów biblijnych proponowana przez Annę Świderkównę tkwiła nie tylko w tym, że potrafiła ona pokazać Biblię w szerszym kontekście, ale także – a może nawet przede wszystkim – w jej wrażliwości i wyczuciu słowa. Tam, gdzie o doświadczeniu Eliasza na Górze Horeb tłumacze Biblii Tysiąclecia pisali, że prorok usłyszał Boga w „szmerze łagodnego powiewu”, ona dostrzegała „głos delikatnej ciszy” (por. 1 Krl 19, 1–13). Pisząc o Kazaniu na górze, podkreślała, iż rozpoczynający każde błogosławieństwo przymiotnik makarios, który został przetłumaczony jako „błogosławieni”, oznacza także, a może nawet przede wszystkim: „szczęśliwi”, i wyjaśniała, że znaczy to, iż Jezus uważa adresatów tych błogosławieństw za szczęśliwych już teraz, za ich życia, bo „do nich [już teraz] należy królestwo niebieskie” (por. Mt 5, 3–10). Uważała, że tłumaczenie słów Prologu Ewangelii Janowej: „Słowo stało się ciałem”, choć ugruntowane w języku polskim, nie oddaje w pełni sensu tego sformułowania. Wolała tłumaczyć je jako: „Słowo stało się Człowiekiem”, uwzględniając inny sens hebrajskiego terminu basar, by odkryć, że skoro Słowo stało się Człowiekiem, nie ma nic niemożliwego. Wskazywała też, iż hebrajskie słowo „przymierze” (berit), tak przecież istotne dla zrozumienia Pisma, odnosi się nie do sfery polityki (jak zdaje się sugerować potoczne jego znaczenie w języku polskim), ale że mieści się ono raczej

w kategoriach relacji międzyosobowej. Jest nie tyle traktatem, ile raczej obietnicą, zobowiązaniem, określonym sposobem życia wspólnego dwóch partnerów, swojego rodzaju formą ich wzajemnego związku, który trzeba zachowywać w zmiennych okolicznościach i sytuacjach.

Anna Świderkówna miała bowiem nieprawdopodobną umiejętność pokazywania nam, że przesłanie Biblii dotyczy osobiście każdego człowieka i że w każdym z nas realizuje się o tyle, o ile sami zechcemy je przyjąć. Jak wcześniej ożywiła dla nas zapomniany świat hellenizmu, tak później pokazała nam, że świat Biblii ciągle pozostaje żywy, aktualny, bliski. W tym sensie z całą pewnością stanęła w jednym rzędzie ze wspomnianymi w Ewangelii według św. Łukasza „sługami słowa”, którzy – jak napisała kiedyś (w 1995 roku) w „Gazecie Wyborczej” – „w Kościele starożytnym głosili Dobrą Nowinę tym, którzy jej jeszcze nie znali, a zarazem nauczali już ochrzczonych”. Właśnie tak przecież rozumiała swoją służbę, tak rozumiała swoje powołanie.

Teologia?

Wśród tego całego kalejdoskopu obrazów, za pomocą których można by było opisać prof. Annę Świderkównę, jest jednak jeden, bardzo znaczący, bez którego – jak sądzę – ona sama uznałaby ten opis za niepełny. I chociaż sama twierdziła, że nie jest teologiem, trudno oprzeć się wrażeniu, iż wszystkie jej prace poświęcone Biblii pokazują coś zupełnie innego. U podstaw jej interpretacji Pisma leżą bowiem myśli z gruntu teologiczne, choć ich wyłuskanie spośród tego, co napisała, z pewnością wymagać będzie głębszych studiów, które – mam nadzieję – ktoś kiedyś podejmie.

Jednym z najciekawszych i wyraźnie teologicznych jej publikacji, dziełem – jak sama uważała – najlepszym i najbardziej oryginalnym, jest niewielka książeczka Bóg Trójjedyny w życiu człowieka (1994), licząca zaledwie czterdzieści stron małego formatu. Anna Świderkówna podjęła się w niej niezwykle trudnego zadania, spróbowała bowiem przybliżyć naszemu rozumieniu dogmat o Trójcy Świętej – podstawową tajemnicę chrześcijaństwa, która odróżnia je od innych religii monoteistycznych, czyli od judaizmu i islamu. Odwołując się do słów protestanckiego teologa Karla Bartha, dowodziła tam, że tajemnica Trójcy to tajemnica Boga blasku, piękna i radości (i poczucia humoru). W charakterystyczny dla siebie sposób zaproponowała czytelnikom inną drogę niż ta, którą wybierają zawodowi teolodzy. Zaproponowała bowiem – i w świetle wszystkich wcześniejszych oraz późniejszych jej prac nikogo to nie powinno zdziwić – żeby wyjść od początku, czyli od Pisma Świętego, i nie od samej formuły dogmatu, ale od kontekstu historycznego i kulturowego, w jakim się ów dogmat rodził.

Słowo ,,osoba” ma tu inne znaczenie niż to, w jakim je obecnie używamy – pisała. – (…) Filozofia grecka doszła do pojęcia Boga jedynego. Jest nim absolut, spoczywający sam w sobie byt doskonały, który niczego nie potrzebuje , a zatem niczego nie kocha. Jest jednością statyczną, zamkniętą w sobie, bez odniesienia do świata. Nie jest osobą. Osoba bowiem może istnieć jedynie wtedy, gdy się do kogoś zwraca, na kogoś otwiera, gdy żyje relacjami łączącymi ją z innymi. Dobrym przykładem może być zwykły przedział kolejowy. Wyobraźmy sobie, że siedzi w nim kilku ludzi, każdy zajęty sobą i w sobie zamknięty. Są obecni, lecz tylko w taki sposób, jak ich bagaże. Wystarczy jednak, by coś się wydarzyło, żeby ktoś zasłabł lub nastąpił wypadek. I oto nagle pasażerowie zwracają się ku sobie, ich obecność zmienia swój charakter, staje się obecnością żywą, osobową. Jeżeli zaś takie otwarcie na drugiego pozwala nam stać się pełniej osobą, prawdziwiej człowiekiem, czym może być otwarcie się na Trójjedynego, który jest Absolutem, lecz odmiennie od Boga filozofów, jest Absolutem Miłości, jednością dynamiczną Ojca, Syna i Ducha, odwiecznym, nieskończonym przyjmowaniem i dawaniem?

Trójcę Świętą pojmowała więc jako komunię Osób, Taniec Nieskończonej Miłości, a jej sens ukazywała poprzez odwołanie do związku mężczyzny i kobiety.

Bóg przecież stworzył nas ,,na swój obraz, stworzył mężczyzną i kobietą”, abyśmy całym naszym człowieczeństwem, całym naszym psychofizycznym „ja”, tęsknili i dążyli (nawet podświadomie) do tego nieustannego „przyjmowania i dawania”, które jest odwieczną radością Trójjedynego Boga. (…) Komunia to nie jedność. Jedność jest wtedy, kiedy dwa różne elementy stapiają się ze sobą, kiedy z dwóch rzeczy powstaje jedna. Komunia zachowuje pełną odrębność! Trzeba też pamiętać, że ta komunia, która jest istotą Trójcy Świętej, to jest komunia trzech Osób, które różnią się między sobą nieskończenie. W Bogu przecież wszystko jest nieskończone, a więc także różnice.

O swojej wierze zwykła mówić, że jest trudna, choć tym, którzy ją znali, wydawało się, że jest twarda jak skała i mocno ugruntowana. „Wiara jest spojrzeniem utkwionym w Jezusie” – mówiła, odnosząc się do Piotrowego chodzenia po wodzie. Twierdziła, że Bóg nie żąda rzeczy niemożliwych, ponad nasze siły. Może się nam wydawać, że coś nas przerasta, ale wówczas oznacza to, że patrzymy w złym kierunku, że patrzymy – jak wówczas Piotr – na siebie.

Wierzyć to ,,położyć się na rękach Boga”, oddać się w Jego ręce. Wiara jest jak pływanie, nawet to moje – koślawe. Musisz uwierzyć, że jeśli położysz się spokojnie na wodzie, to nie utoniesz. (…) Chodzi o to, żeby nie patrzeć na siebie, nie myśleć o sobie. Wtedy wszystko może się zdarzyć, wtedy będziemy mogli chodzić po wodzie

– mówiła, ale też zawsze natychmiast dodawała z właściwą sobie szczerością: „tylko ja ciągle jeszcze tego nie potrafię”. I choć wiedziała, i wielokrotnie powtarzała to innym, że świętość nie polega na tym, iż człowiek jest wolnym od pokus i od upadków, ale że po każdym swoim upadku natychmiast z płaczem znów rzuca się w ramiona Boga, nie sądzę, by dopuściła do siebie myśl, iż jej ciągłe, głęboko skrywane próby „chodzenia po wodzie” były jej prywatną drogą do świętości.

Bliskim, którzy towarzyszyli jej w chorobie, cierpieniu i powolnym umieraniu, Anna Świderkówna napisała jeszcze jedną, ostatnią „książkę”, kto wie, czy nie najbardziej pouczającą. Jak mocno wówczas zabrzmiały jej słowa, że w chwili śmierci człowiek „idzie ku Niemu w cierpienie. Bo to jest cierpienie! Trzeba się wypalić, jak w ogniu, żeby się z Bogiem spotkać. To jest cierpienie, ale jednocześnie wielka radość”. Z cierpieniem odchodzenia zmagała się od dawna. Czuła, że opuszcza ten świat, że wiele rzeczy jej umyka, że zapomina… Chciała więc o tym wszystkim rozmawiać, by w ten sposób jak najdłużej ocalić to, kim była, i kim chciała dla nas pozostać. I choć wiedziała, ku czemu zdąża, a w chwili choroby prosiła, by pozwolić jej odejść, równocześnie odczuwała bardzo ludzki strach. Wcześniej, podczas naszej rozmowy o starości i śmierci, tak odpowiedziała na pytanie, skąd bierze się lęk przed śmiercią:

Może wynika to z poczucia, że ciągle jesteśmy nieprzygotowani. Poczucia głupiego i bardzo ludzkiego, bo czyż można się dobrze przygotować na spotkanie z Bogiem? Domyślam się, że są ludzie, którzy tego właśnie się boją. Co więcej, często są to ludzie głęboko wierzący. (…) Był w moim życiu taki okres, nazywam go „okresem onkologicznym”. Miałam raka i byłam naświetlana kobaltem. Wtedy bałam się śmierci i był to strach czysto fizyczny. (…) Myślę, że ważna jest różnica pomiędzy śmiercią, która przychodzi po długiej chorobie, kiedy człowiek jest wyczerpany i sam organizm jest gotowy, by umrzeć, a tą, która przychodzi szybko.

Mogło się nam wydawać, że jej cierpienie trwało za długo, że Bóg, który był – jak otwarcie mówiła – największą miłością jej życia, mógł jej tego wszystkiego oszczędzić. Wszystkim, którzy chcieliby tak właśnie myśleć, powiedziała:

Bóg zawsze najlepiej wie, kiedy mamy umrzeć. (…) Nikt z nas nie umiera przed czasem ani nikt nie żyje za długo. Często można spotkać się z takim zdaniem: «Ten to niepotrzebnie się męczy». Wydaje mi się, że to jest troszkę tak – oczywiście porównanie jest bardzo niedobre, bardzo krzywe – jak z motylem, który wylatuje z poczwarki. Gdybyśmy tę poczwarkę zniszczyli wcześniej, zabilibyśmy również motyla. (…) I wydaje mi się, że każdy z nas, nieważne, czy umiera młodo, w wieku średnim, czy późno, umiera we właściwym czasie. Bóg wie, że to jest dla niego najlepszy moment na śmierć, że nawet jeżeli ten człowiek nie jest jeszcze święty, to już nigdy nie będzie bliższy świętości. Widzisz, to jest jedyna decyzja, którą Bóg podejmuje za nas, a więc na pewno podejmuje ją słusznie i w najwłaściwszym momencie.

Dała nam czas, byśmy pogodzili się z tym, że odchodzi, że nie będzie z nami na zawsze, jak chcieliśmy o niej myśleć. Ta ostatnia jej „księga” stawia w nowym świetle wszystko to, co wcześniej napisała i każe na nowo przemyśleć sens jej osobistego doświadczenia wiary, którego zapis zawarła w książkach, jakie po sobie zostawiła.


[1] A. Świderkówna, Przecież tylko nieobecni są najbliżej, w: ks. Jan Twardowski, Wiersze o Biblii. 56 wierszy o początku wszystkiego, Warszawa 2006, s. 8.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata