70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Bo wam z oczu zszedł”

Oddziaływanie Jana Pawła II nie miało i nadal nie ma wiele wspólnego z jego filozofią, wypowiedziami, a już z pewnością nie z decyzjami i rozstrzygnięciami dotyczącymi spraw Kościoła. Decydowała i decyduje o nim postać, którą na scenie Wielkiego Teatru Świata Papież stworzył i odegrał.

Zaproszony przez „Znak” do refleksji nad sytuacją „po Papieżu”, czuję, że powinienem na początku przedstawić siebie i pozycje, z których będę mówić. O ile jest dość oczywiste, że o skutkach odejścia Jana Pawła II i o tym, co wydarzyło się w Polsce, Kościele i świecie przez te przeszło trzy lata, jakie minęły od kwietnia 2005 roku, mogą wypowiadać się socjologowie i psychologowie społeczni, specjaliści od spraw kościelnych, myśli papieskiej i polityki Watykanu, teologowie i filozofowie, o tyle pojawienie się w tym szacownym gronie badacza teatru i dramatu, którym jestem, budzić może zdziwienie. Owszem, wiadomo dość powszechnie, że Karol Wojtyła miał w swoim życiu przedkościelnym ważny epizod teatralny, którego znaczenia nigdy się nie kwestionowało; wiadomo, że już jako osoba duchowna żywo interesował się teatrem i pisał dramaty, ale wszystko to należy do dziedziny biografii i nie przekracza smugi cienia wyznaczanej przyimkiem „po”. To wszystko prawda, ale też nie o tych historycznych związkach Karola Wojtyły – Jana Pawła II z teatrem jako kulturowo określoną dziedziną działalności artystycznej mam zamiar mówić, ale o przedstawieniowych i dramatycznych skutkach jego (nie)obecności, o trwającej wciąż i wcale nie zakończonej wraz ze śmiercią roli, jaką postać stworzona przez Papieża odgrywa w życiu i wyobraźni zbiorowej Polaków.

Od niejakiego czasu przy różnych okazjach staram się zwrócić uwagę na bardzo istotny, a nie dość wyraźnie postrzegany i słabo uświadamiany aspekt działalności Jana Pawła II, polegający – mówiąc najogólniej i najprościej – na tym, że była to działalność przedstawieniowa czy też – by użyć obco brzmiącego, ale precyzyjniejszego słowa – performatywna. Do banałów powracających nieustannie w rozważaniach o oddziaływaniu Papieża Polaka na rodaków należy stwierdzenie, że ci ostatni uwielbiali go, ale w zasadzie nie słuchali jego słów, nie czytali jego pism, nie znają jego myśli i dorobku. Oskarżenia takie formułują przy tym zarówno „wyznawcy” Jana Pawła II, jak i jego krytycy – ci pierwsi w poznawaniu przesłania Papieża widzą konieczny warunek jego prawdziwego umiłowania i autentycznego kultu, ci drudzy – sposób na ich zniszczenie poprzez wydobycie tych elementów papieskiego dorobku, które nie są zgodne z przekonaniami i postulatami większości Polaków i mogą wręcz stanowić rysę na jego wizerunku. I jedni, i drudzy zdają się nie rozumieć, że oddziaływanie Jana Pawła II nie miało i nadal nie ma wiele wspólnego z jego filozofią, wypowiedziami, a już z pewnością nie z decyzjami i rozstrzygnięciami dotyczącymi spraw Kościoła. Decydowała i decyduje o nim postać, którą na polskiej, globalnej, a nawet transcendentnej scenie Wielkiego Teatru Świata Jan Paweł II stworzył i odegrał, a która (znów z konieczności posłużyć się muszę dość ogólną formułą) stanowi najwyższe wcielenie polskiego bohatera romantycznego, w postaci Papieża Polaka spełniającego wieszcze zapowiedzi o przyszłym tryumfie umęczonego narodu, którego świętość zostanie uznana przez świat i potwierdzona przez Boga. Oto dziedzic Konrada i kolejny awatar Króla Ducha, który jeszcze raz przeszedł drogę męki, wyrzeczenia i przemiany, spełnił hasło „Polska Chrystusem narodów”, stając się następcą Chrystusa na ziemi. Wielki polski mit, tylekroć obśmiewany i wykpiwany przede wszystkim przez samych Polaków, został zrealizowany na skalę globalną w kolejnych aktach – kluczowych momentach papieskiej biografii od pielgrzymki z 1979 roku, kiedy to jego Słowo rozpoczyna proces obalania „imperium zła”, przez zamach będący próbą odwetu i zarazem kolejnym aktem ofiarnym, po śmierć w otoczeniu cudów, spośród których największym bodaj był cud zjednoczenia Polaków.

Ta mityczna biografia będąca już nie dziełem romantycznych poetów, ale czymś, co działo się na naszych oczach, stanowi – podkreślam to jeszcze raz – realizację testamentu Mickiewicza i Słowackiego, wprowadzając zarazem na powrót do świadomości i doświadczenia Polaków wygnane z nich, wydawałoby się, wiele lat temu przekonania i koncepcje mesjanistyczne. Doświadczenia i lektury Karola Wojtyły, jego umiłowanie poezji i tradycji romantycznej, związki ze środowiskiem krakowskiej „Unii” – bodaj ostatniego ugrupowania, które na serio chciało przemienić świat zgodnie z ideałami romantycznymi, wreszcie bezpośrednie kontakty z teatralnymi spadkobiercami tradycji romantycznej, przede wszystkim z Juliuszem Osterwą – wszystko to pozwala na postawienie tezy, zapewne ryzykownej, ale wartej przedyskutowania i przemyślenia: jako biskup krakowski, a potem papież, Karol Wojtyła świadomie spełnił romantyczne proroctwa, otwierając w ten sposób możliwość dokonania zasadniczego przewrotu w duchowym życiu Polaków i przekształcając najbardziej „anachroniczne” i nienowoczesne elementy tradycji narodowej w jedyne jej elementy aktualne i zrealizowane. Dokonał tego nie poprzez literaturę, ale w działaniu, poprzez – co się zowie romantyczne – przekształcenie swojego życia w ciąg akcji przedstawieniowych i dramatycznych o spójnym znaczeniu i konsekwentnie budowanym przesłaniu. Także w tym sensie działał więc na sposób romantyczny, stając się Mickiewiczowskim słowem wcielonym. Zostawił, oczywiście, pisma i prawa, które mogą być i są „roztrząsane gromadnie”, ale zarazem „wiernym swym dał coś bardziej rzeczywistego, pozytywnego, a zarazem bardziej wymagającego, to znaczy swoją osobę, swój żywot, swoje dzieje”[1].

Podkreślam, bo podkreślać to trzeba nieustannie, by uniknąć grubego nieporozumienia: w takim, dramatyczno-przedstawieniowym, a zarazem mitotwórczym widzeniu dzieła Jana Pawła II nie ma niczego obniżającego jego rangę. Jest wciąż trwającym echem myślenia pozytywistycznego przekonanie, że teatr i mit to dwa imiona fałszu przesłaniającego „twardą rzeczywistość”. Tymczasem tworzenie przedstawień oraz powoływanie i rytualne aktualizowanie mitów nie jest czymś niecodziennym i przynależnym wyłącznie prorokom, ale stanowi powszedni i powszechny element ludzkiej egzystencji. Każdy z nas nieustannie przedstawia się sobie i innym, dramatyzując własną obecność i potwierdzając (lub modyfikując) w działaniu opowieść o sobie samym tworzoną na użytek własny i cudzy. Przedstawienie i mit są, jeśli można tak powiedzieć, najbardziej „rzeczywistymi” elementami ludzkiej rzeczywistości. W tym kontekście dramatyczny mit, w jaki swoją osobę przekształcił Jan Paweł II, w żadnym wypadku nie oznacza odegrania jakiejś fikcyjnej roli, pod którą na przykład ukrywa się (jak chcieliby najbardziej zagorzali krytycy) radykalny konserwatysta walczący o zachowanie wpływów Kościoła. Oznacza natomiast stworzenie całkowitej i pełnej Postaci, która już samą swoją obecnością z ogromną siłą wpływa na inne osoby i postacie.

Jak mi się zdaje, ten niezwykle istotny aspekt działalności i dzieła Papieża najpełniej może być rozpoznany i opisany nie przez „papieżologów” czy socjologów, ale właśnie przez badaczy teatru, którym nieobca jest i tradycja romantyczna, i takie pojęcia opisujące charakter papieskiej kreacji, jak całkowitość i organiczność. Zachodnioeuropejska, wywodząca się z XVIII wieku koncepcja teatru jako „świata ułudy” i „pięknego kłamstwa” wciąż dominuje w powszechnym myśleniu, podczas gdy już od ponad stu lat teatr i refleksja o nim daleko wyszły poza ten ciasny krąg. Polska tradycja teatralna ufundowana przez Mickiewicza (a należy do niej także Wojtyła) nigdy zresztą zachodniego podziału na „teatr” i „rzeczywistość” nie zaakceptowała, czego dowodem także i to, że jego zniesienie w kontekście działania aktorskiego było dziełem dwóch wielkich polskich mistrzów teatralnych XX wieku: Juliusza Osterwy i Jerzego Grotowskiego. I jeśli w jakimś kontekście teatralnym można by i należało umieścić kreację Jana Pawła II, to – poza kontekstem ściśle romantycznym – powinien to być przede wszystkim kontekst redutowego „spełnika” i Performera, którego nauczycielem nazywał siebie Grotowski pod koniec swojego życia. Dopiero w takiej perspektywie, perspektywie tradycji, którą nazwałem „polskim teatrem przemiany” i próbowałem opisać w wydanej niedawno książce pod tym samym tytułem[2], rola stworzona i spełniona przez Jana Pawła II ukazuje się w pełni swojej prawdy i znaczenia, niedających się oddzielić od kreacyjnej przedstawieniowości. Bycie „słowem wcielonym”, „spełnikiem” i Performerem nie zna podziału na scenę i kulisy, maskę i twarz – jest całościowym sposobem istnienia w pełni i prawdzie, stanem egzystencjalnego skupienia, który doprawdy nieliczni tylko są w stanie osiągnąć, a jedynie najwięksi – tacy jak Jan Paweł II – utrzymać. Dla ludzi współczesnych, cierpiących boleśnie (choć niekoniecznie świadomie) z powodu nadmiaru ról, w których występują, taka lekcja możliwej jedności i przedstawionej całkowitości (pozbawiona na dodatek patosu!) jest lekcją wprost bezcenną. Tym większy żal, że nie stanowi ona przedmiotu refleksji, że się ją lekceważy i prześlepia. Usuwanie papieskiej Osoby i Postaci, na rzecz jakiegoś wyabstrahowanego „nauczania”, przekazywanego rzekomo w stanie czystym przez pismo, stanowi w tym kontekście poważny błąd, idący w kierunku wprost przeciwnym do tego, w jakim płynie strumień żywej tradycji, której dziedzicem i „spełnikiem” był Karol Wojtyła, człowiek, który stał się papieżem.

A zatem pierwsza warstwa przedstawieniowo-dramaturgicznego „po” to lekcja bycia, która wydaje się najważniejszą lekcją papieską, analogiczną do lekcji Chrystusowej w interpretacji Mickiewicza (cytowany wcześniej fragment z Literatur słowiańskich odnosił się właśnie do Chrystusa jako Słowa wcielonego). Jej zagubienie, przykrycie interpretacjami słów wiedzie na manowce jałowych sporów egzegetycznych, sprzeciwia się też powszechnemu i powszechnie wyrażanemu podstawowemu odczuciu zbiorowości. Tak zwany „kult” Papieża w swoich najbardziej autentycznych przejawach odnosi się właśnie do Osoby i Postaci, do Jana Pawła II jako ucieleśnionego wzorca. Wbrew krytykom i malkontentom narzekającym na nieznajomość „pism i myśli”, to właśnie zbiorowość ma rację, wskazując na Człowieka jako właściwe i warte nieustannego poznawania i naśladowania dzieło i dziedzictwo Papieża.

Jest to zresztą zgodne z tradycją duchowości rodzimej, przerażającej różnego autoramentu „mędrców” swoją „rytualnością”, bardzo chętnie myloną z „teatralnością”. Kult Papieża, podobnie jak niektóre aspekty kultu maryjnego, z którym Jan Paweł II ściśle był związany, postrzegany jest często jako przejaw religijności płytkiej i powierzchownej, wyrażającej się przede wszystkim w aktach nabożnych, ale nie przekładającej się na etykę życia codziennego. Stereotypowy obraz polskiego katolika, który zachowuje posty, ale gnębi bliźniego, znajdować ma potwierdzenie w wizerunku wiernych płaczących po Papieżu i krzyczących Santo subito, ale lekceważących zalecenia biskupów. Zarówno w jednym, jak i w drugim wypadku dochodzi do zasadniczego nieporozumienia. Akty nabożne, rzeczy czynione nie stanowią „wyrazu” wierzeń, a tym mniej świadectwa przekonań, ale są praktykami dramatycznymi, których celem jest powołanie doświadczenia o określonej mocy. Innymi słowy – są to akty mogące potencjalnie stać się początkiem procesu duchowej przemiany, której spełnieniem powinno być życie całkowite i pełne, podobne do papieskiego. Słowne pouczenia, tak lubiane przez polski Kościół posługujący się – zgodnie z tradycją Zachodu – przede wszystkim kazaniami, homiliami i listami pasterskimi, mają się do tego procesu nijak, czego sporo kapłanów, w tym zwłaszcza biskupi zdają się nadal nie rozumieć. „W słowach chęć tylko widzim, w działaniu potęgę;/ Trudniej dzień dobrze przeżyć, niż napisać księgę” – pisał Mickiewicz w jednym z najsłynniejszych jego Zdań i uwag. Przekonanie o wyższości czynu nad słowem stanowi jeden z rudymentów polskiej kultury, przejawiającej się właśnie w religijnych praktykach o charakterze dramatycznym i przedstawieniowym. I znów – podobnie jak w przypadku Papieża – myślenie o nich w kategoriach teatralnych (widziany na „scenie” leży krzyżem, a „za kulisami”, w domu – jest złym ojcem i mężem) wydaje się poza szczególnymi wypadkami (jak sądzę, raczej wyjątkowymi) nieuprawnione. Akty nabożne nie są „wystawieniem wiary”, ale tworzą jej rzeczywistość, stanowią zaczyn przemieniający życie. Są źródłem życia duchowego, a nie jego dopełnieniem.

Organiczny związek Postaci stworzonej przez Karola Wojtyłę/Jana Pawła II z tą podwójną – ludową i romantyczną – tradycją rodzimą, dramatyczny sposób istnienia i takiż charakter relacji między nim a polskimi wiernymi, potwierdził i potwierdza sposób, w jaki Polacy zareagowali na śmierć Papieża, a także to, jak jego Postać obecna jest wciąż w naszym życiu zbiorowym.

Kwestia pierwsza, niezwykle interesująca, to trwający od ponad trzech lat proces zbiorowej kreacji, której dziełem staje się nowe narodowe święto – Święto Jana Pawła II. Jego dokładna data i charakter nie są jeszcze znane, co wynika z faktu, że wciąż jeszcze nie został oficjalnie wybrany dzień, który poświęcony będzie uczczeniu Papieża. Dokona się to zapewne dopiero po jego beatyfikacji i kanonizacji, gdy kult zmarłego zostanie oficjalnie zaaprobowany przez Kościół. Przedłużająca się procedura wyniesienia na ołtarze pozwala jednak na niemal samoistne toczenie się procesu rodzenia się zbiorowej celebracji, który dostarcza fascynującego i niezwykle rzadkiego materiału do refleksji na temat mechaniki powstawania święta, a zarazem ujawnia pokłady zbiorowej podświadomości. Samoistne, niezależne od procesu beatyfikacyjnego tworzenie święta papieskiego to zarazem swoista odpowiedź zbiorowości na czyn papieski – przedstawienie i dramat potwierdzające rozpoznanie rangi Postaci.

Trudno mieć wątpliwości, że spośród wszystkich możliwych papieskich dat (urodziny – 18 maja; data wyboru na Stolicę Piotrową – 16 października; rocznica zamachu – 13 maja) największe znaczenie ma obecnie rocznica śmierci – 2 kwietnia. Może to budzić pewne zdziwienie – skoro dzieło papieskie jest zwycięskie, a jego życie spełnione, nie należałoby chyba obchodzić poświęconego mu dnia w rocznicę zgonu. Powierzchowna odpowiedź na pytanie o powody takiego wyboru dokonanego przez zbiorowość wieść może do powtarzania banałów o Polakach uwielbiających nurzanie się we własnych klęskach, chętniej obchodzących rocznice żałobne niż radosne. Tymczasem 2 kwietnia obchodzony jest nie tyle na pamiątkę zgonu Papieża, ile na pamiątkę niezwykłego wydarzenia, jakim było zjednoczenie Polaków wokół umierającego Jana Pawła II oraz podjęcie zbiorowego a nieinicjowanego i nieregulowanego przez żadną władzę wysiłku symbolicznej dramatyzacji, której sens był jasny i czytelny: Polska od wieczoru 1 kwietnia wspierała swojego Bohatera i Syna w trudzie odchodzenia „do domu Ojca”, a następnie – lekceważąc rzeczywistość materialną i historyczną – odprawiła jego zbiorowy pogrzeb z symbolicznym wprowadzeniem do Panteonu Polaków, czyli na Wawel (taki sens miał, moim zdaniem, masowy i samorzutnie zorganizowany ,,marsz krakowski”). Zbiorowość sięgnęła przy tym po tradycyjny dramat żałobny wyrugowany już niemal całkowicie z praktyki, ale zachowany najwyraźniej w podświadomej pamięci. Polacy czuwali przy umierającym, obwieścili wszystkim jego śmierć, spędzili na modlitwach „pustą noc” przy zmarłym, po czym procesyjnie odprowadzili go na miejsce spoczynku.

Odpowiedzią na całkowitość życia Papieża spełnioną właśnie w dniu śmierci, stała się niezwykła całkowitość działania zbiorowego, którą wielu uznawało za doświadczenie wręcz cudowne. Na dłuższą metę całkowitość ta nie była możliwa do utrzymania, niemniej jednak samo jej doświadczenie było czymś tak potężnym, że pojawiła się niemal odruchowa chęć jego powtórzenia i to właśnie jej zawdzięcza swoją obecną przewagę świąteczna data 2 kwietnia. To nowe święto wprawdzie wpisuje się w znane z dawnej obyczajowości polskiej zaduszne obchody wiosenne (na wschodzie zachowane w postaci Radaunicy), ale ten aspekt wydaje się drugorzędny wobec siły wspólnotowego przeżycia, której aktualizacja jawi się jako podstawowa funkcja celebracji rocznicy papieskiego zgonu.

Czy 2 kwietnia będzie w przyszłości największym świętem papieskim i wpisze się na dłużej w kalendarz roku polskiego, pokażą najbliższe lata. Zależy to, jak już wspomniałem, od decyzji władz kościelnych ustalającej dzień poświęcony uczczeniu błogosławionego, a potem świętego Jana Pawła II. Mimo popularności, jaką cieszy się w tej chwili data kwietniowa, nie wydaje mi się, by zdołała ona się utrzymać. Choć performatywny wybuch z roku 2005 został przez Kościół uznany oficjalnie za potwierdzenie znaczenia, jakie ma wiara w życiu Polaków, to zarazem trudno nie zauważyć, że w reakcjach księży i biskupów wyraźna była także obawa związana z dość ewidentnie nieortodoksyjnym charakterem obchodów, których emocjonalność i wymykające się słowom, dramatyczne i symboliczne znaczenia wskazywały na związki z pokładami zbiorowej tożsamości innymi niż te, które chciałby rozwijać współczesny, umiarkowany, neotomistyczny katolicyzm. O wiele większe szanse ma data październikowa – rocznica pierwszego wystąpienia Jana Pawła II w pamiętnej scenie „wynurzenia się” zza watykańskiego horyzontu Bohatera Polaków przemienionego w następcę Chrystusa. Jej przyjęcie oznaczać będzie prawdopodobnie umocnienie mesjanistycznej interpretacji postaci Papieża, kosztem jej interpretacji indywidualistycznej, dominującej w obchodach kwietniowych, związanych z najbardziej osobistym aktem egzystencjalnego dramatu – sceną śmierci.

Wydawać się może, że dywagacje powyższe dotyczą jakichś drobiazgów: przecież kwestia „kwiecień czy październik” nie ma aż tak wielkiego znaczenia – w każdym przypadku chodzi wszak o upamiętnienie wielkiego rodaka i przywódcy Kościoła, postaci historycznej. Jest tak tylko pozornie. Kult papieski stanowi siłę bardzo poważną i dla polskiej duchowości jest sprawą wielkiej wagi, jakie znaczenia będą w nim dominowały. Nie chodzi tu o żaden „polityczny marketing”, ale o coś wręcz do niego przeciwnego – o wybór wartości organizujących zbiorową wyobraźnię, wyznaczających dramatyczne wzorce etyczne i egzystencjalne, zgodnie z którymi Polacy będą w przyszłości porządkować swoje życie. O ile nie jest wcale pewne, czy i dla jakiej grupy ludzi Papież stanowi autorytet (przeprowadzone niedawno wśród młodzieży badania pokazały, że jego oddziaływanie w tej funkcji nie jest wcale tak wielkie, jakby się wydawało), o tyle trudno mieć wątpliwości, że zdecydowanej większości Polaków Jan Paweł II służy jako znak i obiekt tożsamościowej identyfikacji.

Widziana w tej perspektywie postać Papieża nie należy do historii, ale stanowi przedmiot wciąż toczącego się procesu nadawania, przekształcania i odrzucania znaczeń symbolicznych. Identyfikacja, o której mowa, przebiegać może bowiem zarówno według modelu pozytywnego – akceptuję znaczenia, które wiążę ze znakiem, jak i negatywnego – w geście sprzeciwu odrzucam to, co znak reprezentuje. Co niezwykle ważne – w obu wypadkach wcale niekonieczne jest interpretowanie i precyzowanie znaczenia. Wystarczy mgławicowa „atmosfera”, zespół ogólnikowych wartości i jakości związanych ze znakiem[3]. I tu zaczyna się naprawdę dramatyczna historia Postaci, dziejąca się poza granicą śmierci Osoby. Egzystencja przedstawieniowa ma bowiem to do siebie, że stworzona w jej wyniku kreacja może być po odejściu aktora przejęta przez kolejnych interpretatorów i odtwórców. Wie o tym każdy teatrolog: choć Hamlet w finale tragedii ginie, to jego postać nigdy nie umiera (przynajmniej dopóki trwa w pamięci). Ta sama zasada odnosi się też do teatru świata, w tym do kreacji Papieża. Czy tego chcemy, czy nie – postać Jana Pawła II stanowi i stanowić będzie przedmiot kolejnych przekształceń, reinterpretacji i symbolicznych przesunięć, a wokół niej toczy się wciąż swoista walka o znaczenia. Święta, o których była mowa wcześniej, stanowią jeden z jej ważniejszych, ale nie jedynych elementów.

Gołym okiem widać, że istnieje bardzo silna tendencja do poddania postaci Papieża zabiegom analogicznym do tych, jakim poddano inny awatar polskiego Króla Ducha – Józefa Piłsudskiego. Jego spadkobiercy i następcy wykorzystali tworzony już za życia mit Naczelnika i Marszałka do legitymizacji własnych rządów, wpisując weń jako wartości naczelne Siłę, Wolę i Władzę, przysługujące jednostce, która sama swą mocą władna jest spełniać czyn, stanowiąc zarazem uosobienie polskiej siły męskiej – partnera i opiekuna Matki Polski. Postać Piłsudskiego – przynajmniej częściowo za jego zgodą i przy jego współudziale – posłużyła do umocnienia romantycznego mitu mesjanistycznego w jego wersji aktywistyczno-heroicznej. Oczywiście, w tym kontekście wyciszeniu lub reinterpretacji ulec musiały wszystkie te elementy biografii, które z propagowaną wersją postaci się nie zgadzały (między innymi związki z socjalizmem oraz zamach majowy).

W przypadku Papieża mamy do czynienia z procesem reinterpretacji mesjanistyczno-nacjonalistycznej. Jan Paweł II, wielokrotnie i w sposób ewidentnie niezgodny z jego postawą, wykorzystywany jest jako znak potęgi „prawdziwej Polski”, ucieleśnienie tego, co może ona osiągnąć pod warunkiem, że pozostanie wierna „sobie”. Obawiam się, że za ową wiernością czają się siły groźne i ciemne. Duma z Polski nad wyraz łatwo przechodzi w agresję skierowaną przeciwko „obcym”, a stąd już tylko krok do wykorzystywania postaci Papieża w kontekstach całkowicie sprzeciwiających się temu, czemu służył.

Nie sądzę przy tym, by praktykom takim, jak wykorzystywanie imienia lub wizerunku Jana Pawła II na przykład w publikacjach antysemickich, można było się przeciwstawić na drodze zakazów. Walka o znaczenia wiązane z postacią Papieża toczy się niemal codziennie, a orężem w niej nie są administracyjne czy kościelne polecenia, lecz nieustanna uwaga i dążenie do rozwinięcia i kontynuacji przedstawieniowego istnienia Postaci w taki sposób, by umacniać wartości z nim związane, a niebezpiecznie słabo obecne w świadomości i praktyce życiowej Polaków. W tym kontekście na wielkie uznanie zasługuje działalność warszawskiego Centrum Myśli Jana Pawła II, które poprzez nowocześnie rozumianą aktywność wizualną i przedstawieniową z powodzeniem przeprowadziło akcję reinterpretacji obchodów rocznicy śmierci w taki sposób, że stawała się ona okazją do refleksji skierowanej ku wartości indywidualnego życia, a zwłaszcza tych jego elementów, które w kulturze współczesnej pojawiają się niemal wyłącznie jako źródła melancholii: przemijania i starości. Hasło „Przemijanie ma sens”, stanowiące motyw przewodni ubiegłorocznych obchodów organizowanych przez warszawskie Centrum, przeciwstawiało się z jednej strony etycznemu i politycznemu sposobowi widzenia Papieża, a z drugiej – żałobnemu charakterowi ceremonii mu poświęconych. Odwoływało się zarazem do jednej z najważniejszych sekwencji papieskiego dramatu – aktu walki ze starością i chorobą, którego znaczenie tkwi między innymi w tym, że był on skierowany przeciwko apoteozie młodości i postrzeganiu starości jako okresu bezwartościowego, jako „straty czasu”. Polska współczesna, w sposób niezwykle groźny poddana dominacji widzenia ekonomicznego, przeszła przyspieszoną lekcję wykluczenia starości jako ważnego etapu ludzkiego doświadczenia i w tym zwłaszcza kontekście heroiczna starość Bohatera Polaków przedstawiona przez Jana Pawła II ma znaczenie wręcz fundamentalne.

Inny aspekt Postaci, na który należałoby położyć silny nacisk, to postawa otwarcia na inne kultury, w szczególności postawa antykolonializm w stosunku do Afryki i Ameryki Południowej. Trudno wątpić, że w ciągu najbliższych kilku, kilkunastu lat Polska przejdzie znany krajom Zachodu proces zmiany składu etnicznego związany ze wzrostem liczby emigrantów, w tym ludzi o innych kolorach skóry, obyczajach, wyznaniach. Polacy są na to całkowicie nieprzygotowani, a umacniane – niestety także przy pomocy wizerunków papieskich – resentymenty nacjonalistyczne pogłębiają jeszcze niebezpieczeństwo wystąpień jawnie rasistowskich. Istnieje realna obawa, że twarz, którą za kilka lat pokaże sobie i światu Polska, okaże się równie wstrętna i szokująca jak antysemicki wizerunek z Jedwabnego. Mało jest, jak sądzę, zadań równie pilnych i ważnych jak dążenie do zapobieżenia zawczasu temu niebezpieczeństwu. Postać Jana Pawła II mogłaby tu odegrać ogromną rolę, a jej umieszczenie w takim kontekście stanowiłoby zarazem środek zapobiegawczy wobec groźby jej zagarnięcia przez coraz bardziej agresywny nacjonalizm.

Czy wynika z tego, że proponuję wykorzystanie postaci Papieża w walce o określone wartości ideologiczne? Tak, oczywiście, że tak. Udawanie, że proces zawłaszczania Jana Pawła II nie następuje, głoszenie utopijnych haseł „zostawienia Papieża w spokoju” oznacza pozostawienie wolnej ręki tym, którzy już podejmują własne próby reinterpretacji. Konsekwencją uświadomienia sobie dramatycznego i przedstawieniowego charakteru egzystencji jest także zrozumienie, że walka o znaczenia nie stanowi domeny oderwanej od rzeczywistości. Dziewiętnastowieczny postulat oddzielenia życia od sztuki, zrealizowany między innymi przez zamknięcie tej ostatniej w galeriach, muzeach, filharmoniach i okazałych gmachach teatralnych, okazał się w wieku XX utopią groźną i dla życia, i dla sztuki, doprowadzając do pozostawienia dziedziny zbiorowych przedstawień i dramatyzacji w rękach totalitarnych szaleńców. Nie można dalej udawać, że znaczenia i wartości „się” tworzą, a nam pozostaje co najwyżej ich „odczytywanie”. Jedną z lekcji płynących z twórczego życia Jana Pawła II jest konieczność aktywnego współtworzenia znaczeń, czynnej walki o przekształcanie rzeczywistości. „Po Papieżu”, który porzucił teatr, by spełnić Rolę, zamykanie się w świecie akademii nie oznacza już niczego innego jak tylko kapitulację.


[1] A. Mickiewicz, Literatura słowiańska,kurs trzeci, wykład XIII – badanie IV, w: A. Mickiewicz, Dzieła, Wydanie Rocznicowe 1798-1998, t. 10: Literatura słowiańska: kurs trzeci, tom opracował J. Maślanka, tłum. L. Płoszewski, Warszawa 1998, s. 162–163.

[2] Wyd. Instytut im. Jerzego Grotowskiego, Wroclaw 2007.

[3] Spektakularnym przykładem takiego właśnie potraktowania Postaci w połączeniu z gestem niemal „czystego” odrzucenia było hasło „Nie płakałem po papieżu” umieszczone na jednej z koszulek „Gazety Wyborczej”.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata