70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Panorama żydowskich losów

Książka Joanny Wiszniewicz wbrew podtytułowi nie dotyczy tylko wydarzeń  przed czterdziestu lat. Oczywiście znajdują się one w centrum poszczególnych narracji, wyznaczają punkt graniczny tak w biografii jednostki, jak i na mapie blisko tysiącletnich dziejów polskiego żydostwa.

To właśnie wtedy, u końca rządów Władysława Gomułki, dokonała żywota żydowska diaspora na ziemiach Rzeczpospolitej. Nie można jednak problematyki wywiadów zawężać do Marca’ 68. A to dlatego, że biografie rozmówców Wiszniewicz są zdeterminowane przez najnowszą historię Polski. Życie przecięte roztacza przed nami panoramę żydowskich losów w dwudziestym wieku. Już z tego względu jest to pozycja osobliwa i cenna. Portret pierwszego powojennego pokolenia Żydów da się porównać z analizą Hanny Świdy-Ziemby przeprowadzoną w Urwanym locie. Obydwie monografie to kopalnia wiedzy socjologiczne.

Imponująca objętościowo praca Wiszniewicz wpisuje się w nurt oral history. Ten rodzaj badania i poznawania przeszłości cieszy się u nas coraz większym uznaniem. Niemałe zasługi w tym względzie ma kierowany przez Zbigniewa Gluzę ośrodek „Karta”. Warto dodać, że „historia mówiona” ma swój znaczący udział w dokumentowaniu Holocaustu.

Wiszniewicz nie ujawnia się bezpośrednio w tekście. Jest jakby nieobecna, oddaje głos swym interlokutorom, dba o swobodę wypowiedzi. Nie komentuje i nie próbuje uogólniać. Z punktu widzenia tzw. profesjonalnych historyków takie postępowanie może się jawić jako poważne niedopatrzenie. Należy bowiem zawsze maksymalnie wykorzystywać szansę, jaką daje osobisty kontakt ze świadkiem, by konfrontować informacje, weryfikować te już zdobyte. Dopowiadając, korygując i w ten czy inny sposób ingerując w tok opowieści, musimy się jednak liczyć z tym, że nieopatrznie zniekształcamy jej treść, modelujemy ją. Ingerencja u Wiszniewicz ma miejsce, ale na poziomie kompozycji. Oto jak autorka przedstawia swą rolę:

Kierując się pragnieniem jak najwierniejszego oddania przeżyć rozmówcy, starałam się, po przeczytaniu spisanego wywiadu, zorientować, jakie są punkty przełomowe w rozwoju jego tożsamości, badałam również siebie jako czytelnika: co w wywiadzie zrobiło na mnie największe wrażenie – po czym budowałam zarys kompozycji tekstu, używając już do tego swojej własnej wyobraźnie i empatii. Niespójnej opowieści rozmówcy nadawałam własny kształt i dynamikę. Sama rozkładałam akcenty i pointy, opierając się na własnej intuicji, własnym wyczuciu psychologicznym i własnych doświadczeniach.

Życie przecięte każe raz jeszcze uświadomić sobie fakt oczywisty, a jednak nie dość mocno podkreślany. Jest nim znana prawda o nierozerwalnym związku dziejów polskich Żydów z historią naszego kraju. W dwudziestym stuleciu wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej ich biografie dokładnie odbijają tragiczne losy narodu nad Wisłą. Asymilowani Żydzi (ortodoksi religijni bowiem stanowią osobną kwestię) przebywają tę samą drogę, co polskie społeczeństwo podzielone wyborami światopoglądowymi, postawione przed niezwykle trudnymi decyzjami ideowymi. Rodzice rozmówców Wiszniewicz zasilali szeregi Ludowego Wojska Polskiego, lewicującego podziemia, ale też (często ukrywając własne pochodzenie) Armii Krajowej. Po wojnie, w większości porwani nadzieją na zniesienie różnic narodowych, wyrównanie szans i walkę z hasłami antysemickimi, rasistowskimi, którą na swych sztandarach wypisała PPR, komunizowali. Wielu było też takich, którzy idee komunistyczne podjęli jeszcze w Dwudziestoleciu, stojąc w pierwszych szeregach KPP.

Ich dzieci różnie podchodziły do własnego żydostwa. Sporo zależało od indywidualnych predyspozycji psychicznych, od charakteru, wrażliwości. Oczywiście ci, którzy późno zostali wtajemniczeni, zapewne doświadczyli większego szoku. Inaczej ci, których stosunkowo wcześnie uświadomiono kim są. Tak w jednym jak i w drugim przypadku jednak budowanie żydowskiej tożsamości po wojnie nie było zadaniem łatwym. Decydował o tym szereg czynników. Często przywoływany przy tej okazji antysemityzm ulicy nie był ani jedynym, ani może nawet najważniejszym z nich. Żydowskość musiała być definiowana negatywnie w opozycji do polskości, do katolicyzmu, do wyglądu fizycznego. Być Żydem znaczyło wziąć na swoje barki mit o bierności, tchórzostwie w czasie wojny, ale również nie uczęszczać na lekcje religii, nie uczestniczyć w świętach i uroczystościach spajających lokalną społeczność. Być Żydem to być obcym w swoim kraju, w kraju, w którym się urodziło, dorastało; to nie mieć do niego prawa. Bycie Żydem łączyło się też z koniecznością wytrzymania kulturowego ciśnienia chrześcijaństwa. Dla małych dzieci stanowiło to nader trudne zadanie. Przejmująco i prawdziwie brzmią słowa żydowskiej dziewczynki:

Dni katolickich świąt (…) były dla mnie bardzo trudne. Były straszne! Pamiętam, jest Wielkanoc, patrzę przez okno, koleżanki idą z koszyczkami elegancko do kościoła. Dlaczego ja nie mogę iść jak one z koszyczkiem? (…) Albo te sukienki białe na komunię. Dlaczego ja nie mogę mieć ślicznej komunijnej sukieneczki?

Rozmówcy Wiszniewicz często powracają do roli i wpływu, jaki na ich ideowe uformowanie miały żydowskie kolonie i obozy dla młodzieży. Dawały poczucie wspólnoty. Stosunki tam panujące – koleżeńskie relacje między wychowawcami i wychowankami – budowały atmosferę rodzinną („Wszyscy czuliśmy się jak jedna wielka rodzina!”). Były wreszcie miejscem, gdzie zawiązywały się przyjaźnie, kształtowały charaktery. Ich uczestnicy po latach z sentymentem wracają do tych czasów.

Z wywiadów przeprowadzonych przez Wiszniewicz wyłania się obraz dobrze znany. Dzieci dorastają zwykle w domach, w których żydostwo i wszystko, co się z nim wiąże, stanowi temat tabu. Działo się tak zwłaszcza w rodzinach zasymilowanych, w których istniały silne związki z ideologią komunistyczną (inaczej było na prowincji wśród Żydów religijnych oraz w domach syjonistów i ich sympatyków). Najczęściej dopiero rówieśnicy w szkole brutalnie wyciągają na światło dzienne to, co stanowiło skrzętnie skrywaną tajemnicę. Niektórzy jeszcze później poznają prawdę. Dlaczego nie pytali? Odpowiedź na tę wątpliwość nie mysi być skomplikowana. Gdy dorośli milczą, dzieci nie zadają pytań. Kiedy dorastają, przychodzi młodość, która ma swoje rozterki. Pośród nich niewiele jest miejsca na dylematy o charakterze narodowościowym. Istotniejsze wydają się wtedy problemy, jak poderwać przystojnego chłopaka czy ładną dziewczynę.

O ile dla niektórych rodziców żydowskość nie stanowiła tabu, to Zagłada prawie zawsze i bez wyjątku objęta była milczeniem. Starano się ją wymazać z pamięci. Nade wszystko zaś chciano odizolować dzieci od tej wiedzy. Nie zawsze się to udawało, nie zawsze było to możliwe. Zgodnie jednak twierdzono, że najlepszym wyjściem jest konsekwentne chronienie potomstwa przed zetknięciem z przeszłością rodziców i dziadków. Było to zresztą zjawisko szersze i dotyczyło nie tylko polskich Żydów. Piętno Holocaustu przez długi czas stanowiło intelektualne wyzwanie tak dla samych ofiar, ich dzieci, jak i dla nowo powstałego państwa Izrael, które nie chciało wznosić narodowej tożsamości na micie „bezbronnych owiec” idących potulnie na rzeź.

Tak oto pojawia się u Wiszniewicz doniosłe pytanie o tożsamość – jedno z wiodących zagadnień Życia przeciętego. Lektura tego tekstu upoważnia do wymownego wniosku. Tożsamość narodowa nie jest czymś danym ostatecznie, czymś stałym. Jest zjawiskiem labilnym, dynamicznym. Rozmówcom Wiszniewicz trudno jest jednoznacznie siebie określić, precyzyjnie wyznaczyć granice wpływów kultury polskiej i żydowskiej. Najczęściej identyfikują się z kilkoma kręgami kulturowymi – polskim, żydowskim i amerykańskim. Ich potomkowie również stają przed tymi samymi dylematami. Urodzeni z małżeństw mieszanych, gdzie do kwestii różnic narodowościowych dochodzą różnice religijne (judaizm, katolicyzm), zdają się funkcjonować na przecięciu dwóch światów, nawet wówczas gdy decydują się wybrać jedną z tradycji religijnych, którą uznają za odpowiednią dla siebie. Są jednak w innej sytuacji – w przeciwieństwie do swoich rodziców, nikt nie ukrywa przed nimi prawdy.

Biografie, z którymi zapoznajemy się u Wiszniewicz należałoby rozpatrywać indywidualnie. Bo choć spotkamy w nich podobne środowiska i koleje losu to i tak ilość oraz rodzaj czynników kształtujących poszczególne życiorysy jest nieporównywalna. Odmiennie więc przeżywano rozłąkę z krajem. Choć może uda się wskazać pewną prawidłowość. Jest ona poniekąd oczywista. Najgorzej, najbardziej boleśnie rozstanie z Polską znosiło pokolenie urodzone i dorastające przed wojną. Wspomina Bronisława Karst – „To był paradoks w życiu ojca: że on się z jednej strony czuł skrzywdzony wyrzuceniem z Polski, a z drugiej bez Polski nie mógł funkcjonować. Spotykał się codziennie z Jankiem Kottem, chodzili na spacery, odwiedzali jeden drugiego, żeby wypić razem kawę – i codziennie o tym rozmawiali. Codziennie! O teorii literatury i o sprawach w Polsce”. Dla części emigrantów Polska, polskość stały się obsesją.

Inaczej do wyjazdu podchodziły osoby młode. Dla niektórych z nich (bo nie wolno przecież generalizować) emigracja miała posmak przygody, wyprawy w nieznane („Dla mnie przy wyjeżdżaniu ważniejsze było to, co przede mną, niż to, co zostawiam”). Nie musi to dziwić ani specjalnie szokować. Młodość tryska optymizmem, energią, pełna jest wiary, lubi wyzwania, nawet jeśli za nimi stoją wydarzenia smutne. Po latach nie wszyscy w myślach wracają z sentymentem do Polski. I nie chodzi tylko o antysemityzm czy zawiedzioną miłość, o wciąż żywe poczucie krzywdy. Po prostu z czasem związali się uczuciowo ze swoją nową ojczyzną. To naturalne i oczywiste.

Ameryka, do której trafiły ofiary Marca, początkowo przerażająca i obca, stopniowo stawała się drugim domem. Z biegiem czasu nie tylko znaleźli pracę, urządzili się, zajęli mniej lub bardziej eksponowane stanowiska, ale zaczęli odczuwać autentyczną więź z tym olbrzymim krajem, który ich przyjął do siebie i w którym przyszli na świat ich dzieci, wnukowie. Choć brzmi to szokująco, dla części emigrantów Marzec okazał się zdarzeniem zbawiennym. Pozwolił im wyrwać się z komunistycznego więzienia, zaczerpnąć świeżego powietrza, spojrzeć z innej perspektywy na siebie. Uwolnił od piętna historii. Za przyczyną towarzysza Wiesława i nacjonalisty Mieczysława Moczara udało im się zmienić swoją sytuację materialną, doznać namiastki spełnienia przynajmniej w tym aspekcie. Bo gdyby nie Marzec, z pewnością pozostaliby w kraju, z którym byli tak mocno związani. Szkoda tylko że wyjechał kwiat młodzieży polskiej.

Uzupełnieniem Życia przeciętego są biografie tych, którzy mimo wszystko zdecydowali się pozostać, a których – z przyczyn oczywistych – nie ma w książce Wiszniewicz. Stanowią one istotny punkt odniesienia w namyśle nad generacją Marca’68 (o tych, którzy zostali – z takich czy innych względów – o ich losach w PRL, opowiada częściowo zbiór wywiadów Ruty Pragier pt. Żydzi czy Polacy).

Życie przecięte Wiszniewicz – powstające przez kilkanaście lat – należy do grona tych publikacji, które napisały już własną historię. W tym czasie zmieniło się wiele w gospodarce, wyglądzie ludzi, polskich ulic i miasteczek. Zmieniło się sporo w naszym obrazie przeszłości, również w naszym postrzeganiu samych siebie. Inaczej też wygląda obecny stan wiedzy o Marcu’68. Trudno wyobrazić sobie, by te wszystkie procesy pozostały bez wpływu na współczesnych odbiorców Życia przeciętego. Inaczej dziś będziemy czytać wywiady zgromadzone przez Wiszniewicz, niż gdyby pojawiły się one dziesięć lat temu, kiedy rodził się zamysł książki. Jednak uchwycenie owych zależności to temat na inną rozmowę.


Joanna Wiszniewicz, Życie przecięte. Opowieści pokolenia Marca, Wołowiec 2008, ss. 780.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata