70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Chiński optymizm

Gdyby w kulturze chińskiej istniał duch ekspansji, już dawno wszyscy mielibyśmy skośne oczy. Chiny potępiały wojny i dlatego są jedynym starożytnym państwem, które istnieje do teraz. A jak wygląda dziś Forum Romanum, czy kapłani nadal zbierają się na stopniach Kapitolu?

MARCIN ŻYŁA: Zanim porozmawiamy o sprawach aktualnych, przenieśmy się na chwilę w przeszłość. Pierwszy raz pojechał Pan do Chin jeszcze przed rewolucją kulturalną. Jakie skojarzenia przychodzą na myśl, kiedy wspomina Pan tamte stare Chiny – Chiny, które już nigdy nie wrócą? 

KRZYSZTOF GAWLIKOWSKI: Przede wszystkim, były to jeszcze Chiny ze starą, wiejską mentalnością i obyczajami… Kiedy jeździłem rowerem po podpekińskich wsiach, dzieciaki biegały za mną, wołając: „diabeł zamorski przyjechał!”. I nie było to wcale określenie figuratywne. One rzeczywiście nie były pewne, czy mają do czynienia z człowiekiem, czy z siłą nieczystą. Olbrzymia była przepaść dzieląca cudzoziemca od zwykłego Chińczyka.

Był to kraj biednych ludzi. Na ulicach Pekinu widziałem przechodniów w ubraniach połatanych w ten sposób, że nie szło się zorientować, co było pierwotną tkaniną – to była łata na łacie! Brakowało materiałów, a te z których korzystano, były marnej jakości i szybko się zużywały. Wielu moich kolegów studentów miało po koszuli i jednej parze spodni. Jeśli wieczorem wyprali ubranie, nie zawsze wyschło do rana. Musieli je włożyć wilgotne.

Stary Pekin – to było miasto tradycyjnych, parterowych domków, bardzo zresztą przeludnionych. Ale metraż w takim mieście liczono inaczej: właściwie całe życie toczyło się pomiędzy budynkami, na podwórkach, które układem architektonicznym przypominały nieco rzymskie atria. Kiedy pod koniec lutego kończyła się krótka, choć surowa zima, ludzie wynosili łóżka na ulice i spali przed domami. Sąsiedzi wiedzieli, co dzieje się w każdej rodzinie i często sobie pomagali nawzajem. W zaułkach ulic były krany i wspólne toalety. Wszystko było równocześnie przestrzenią publiczną i prywatną. Po chińsku takie podwórka nazywają się jiā – słowo to oznacza również rodzinę, domostwo. Teraz, wraz z powstaniem nowoczesnych osiedli, zmienił się styl życia pekińczyków. Bywa, że wyprowadzający się ze starych kwartałów miasta protestują, bo zmienia się charakter ich stosunków z innymi. Trafiają do zamkniętych, betonowych bloków, w których żyją odseparowani od współlokatorów.

Tych dwóch miast – starego i nowoczesnego Pekinu – nie sposób w ogóle porównywać. Nie ma już dawnego centrum. Nowe ulice powstają w niewyobrażalnym dla nas tempie. Średnio co dwa lata przybywa stolicy kolejna obwodnica! Czy pamięta pan hasło Lecha Wałęsy o zbudowaniu w Polsce „drugiej Japonii”? Otóż Chińczycy zbudowali już „drugą Japonię” u siebie i na miejscu starego Pekinu stoi teraz „drugie Tokio”. W podobny sposób przebudowano wszystkie miasta w Chinach. Zmiany, które zaszły tam w ostatnich latach, miały fundamentalny charakter. Był to skok z „koszarowego”, pół-konfucjańskiego komunizmu do nowoczesnej i uprzemysłowionej krainy konsumeryzmu.

Spróbujmy zdać sobie sprawę z tempa tych przeobrażeń: mówi Pan teraz o zmianach cywilizacyjnych, które w Europie i Ameryce Północnej zajęły prawie trzysta lat, a w Chinach trwały niecałe pół wieku. 

Był to „skok” z cywilizacji agrarnej do postindustrialnej. Jeszcze za czasów Mao Zedonga Chiny pozostawały krajem rolniczym z nielicznymi wysepkami miejskimi. Miastem był niewątpliwie Szanghaj i jego mieszkańcy uważali to za powód do dumy. Pekin miał charakter wielkiej wsi z kilkoma wyższymi budynkami w centrum.

Tamte Chiny różniły się od Europy mentalnością, także w dziedzinach o wiele ważniejszych. Na przykład u nas mieliśmy do czynienia z rozdzieleniem religii i państwa. Max Weber słusznie podkreśla, że jest to fundament cywilizacji zachodniej. Zupełnie inaczej było w Chinach. Tam cesarz był najwyższym kapłanem. Swój oficjalny strój wkładał tylko przy dwóch okazjach: kiedy przyjmował poselstwa z zagranicy oraz podczas religijnych obrzędów składania ofiar. Podobnie wszyscy jego urzędnicy w prowincjach pełnili najważniejsze funkcje kapłańskie na danym terenie. Były one nawet ważniejsze od administracyjnych.

To cesarz określał, co jest dobre, a co złe, w mistyczny sposób kształtując człowieczeństwo u każdego ze swych poddanych. My, na Zachodzie, przyjmujemy zgodnie z tradycją biblijną, że dusza jest tchnieniem boskim i tak tłumaczymy jej nieśmiertelność. Stąd też wywodzimy przyrodzoną godność człowieka. Z punktu widzenia tradycji chińskiej nie wszyscy ludzie mają ludzką duszę. Każda istota – dziecko, szczeniak czy świniak – rodzi się z taką samą duszą biologiczną. Niektórzy ludzie rozwijają się i z czasem formują w sobie duszę racjonalną i moralną. Dusza biologiczna znika wraz z rozkładem ciała po śmierci. Ale moralna może przetrwać przez wiele pokoleń pod warunkiem, że będzie żywiona i pozostanie pod opieką potomków. Tylko potomków – obcy nie mogą jej karmić. Dlatego właśnie w Chinach tak ważne były rody: dusza istniała tylko, jeśli żyli potomkowie jej właściciela. Bycie człowiekiem stanowiło więc dla Chińczyka pewne zadanie. W pełnym tego słowa znaczeniu można się było nim stać na skutek oddziaływania cesarza – jego pouczeń moralnych oraz kultury, którą upowszechniał.

Na Zachodzie władca nie miał niczego wspólnego z człowieczeństwem poddanych. W Chinach, przeciwnie, było ono zawsze związane z władcą i w tym sensie Mao był ostatnim – heretyckim oczywiście – konfucjanistą. Myślę, że „koszarowy” komunizm Mao składał się w 70 procentach z  konfucjanizmu, w 20 procentach z idei bolszewickich, zaś pozostałe 10 procent stanowiły własne pomysły Mao. Był on dużo większym tradycjonalistą, niż się zwykło przyjmować, a źródeł jego utopii można szukać w tradycji konfucjańskiej. Podobnie zresztą jak źródeł koncepcji państwa rozumianego jako państwo ideologiczne, moralistyczne i kontrolujące całość codziennego życia – również myśli i uczucia. Społeczeństwo komunistyczne określał Mao mianem społeczeństwa da tong – Wielkiej Jedni. Tego terminu użył po raz pierwszy jeszcze w starożytności wnuk Konfucjusza.

Mao: bożek pomyślnej podróży 

W jaki sposób świadomi tych różnic w myśleniu Chińczycy reagują na inny zachodni pomysł – demokrację? 

Jeśliby dziś spytać przeciętnego inteligenta chińskiego o demokrację, usłyszelibyśmy w odpowiedzi, że Chińczycy mieli z nią złe doświadczenia. Demokracja nastąpiła w Chinach już po rewolucji „Sin Haj” w 1911 roku, obaleniu cesarstwa i ustanowieniu republiki. Rok później odbyły się pierwsze wolne wybory, do dziś jedyne. Obowiązywał wysoki cenzus majątkowy. Prawa wyborcze posiadało około 10 proc. ludności, w głosowaniu wzięła udział połowa uprawnionych. Urny wyborcze rozstawiono w urzędach państwowych, głosowali więc głównie notable i obszarnicy. Lud był z tego wyłączony. Uformował się parlament, przekupny i kłótliwy. Demokracja nawet nie zaczęła funkcjonować – był to twór przeniesiony z Zachodu, który nie przyjął się na tamtej ziemi. Chińczycy wspominają, że tamta próba demokracji przyniosła najgorsze wyniki.

To był czarny okres w dziejach Chin: trwały wojny między generałami, jedna tylko powódź Jangcy potrafiła zebrać żniwo miliona ofiar śmiertelnych, dochodziło do klęsk głodu. Współczynnik umieralności niemowląt wynosił 500 zgonów na 1000 urodzeń – umierał co drugi nowonarodzony Chińczyk. Choć dziś trudno w to uwierzyć, jeszcze w latach 20. głównym tematem dyskusji inteligencji było, co zrobić, by Chińczycy przetrwali, ponieważ, jak sądzono, grozi im wymarcie. Powszechna była wiara, że winni są temu cudzoziemcy. Misjonarzy protestanckich, którzy organizowali sierocińce, oskarżano, że gromadzą dzieci po to, by je wyniszczyć i zabić. A wszystko przez to, że karmili dzieci mlekiem. Nikomu wtedy nie przyszło do głowy, że te truły się, ponieważ organizmy większości Chińczyków nie wytwarzają enzymów rozkładających mleko. Do dzisiaj można się natknąć na opowieści, jak to zachodni misjonarze mordowali chińskie dzieci!

A jak pamięć o byłych kolonialistach wpłynęła na stosunek Chińczyków do Mao Zedonga, za którego rządów Chiny stały się, po raz pierwszy od lat, niezależne od państw zachodnich?

Miało to olbrzymie znaczenie. Mao pierwszy ogłosił, że Chiny powstają z kolan. Że nikt nie będzie już nigdy pomiatał Chińczykami. Fakt, że na placu Tiananmen wciąż wisi jego portret i że wśród ludu dobrze się go wspomina, to między innymi zasługa tych właśnie słów.

W kategorii zmian cywilizacyjnych rewolucja kulturalna – choć wydarzyła się niewiele ponad 40 lat temu – to epoka niemal prehistoryczna. Obserwował Pan tamte wydarzenia na miejscu. Jak dziś przedstawiają się z perspektywy naocznego świadka? 

Schematem, by tak rzec, obowiązującym jest przedstawianie rewolucji kulturalnej w kategorii ciemiężenia narodu, niszczenia inteligencji, wielowiekowych zabytków… To oczywiście w dużej części prawda – ale trzeba też dodać, że rewolucja kulturalna była pierwszym masowym ruchem skierowanym przeciw realnemu socjalizmowi. Owszem, był to ruch sprowokowany przez Mao, jednak napięcia w społeczeństwie były autentyczne, krzywdy były rzeczywiste! W czasie rewolucji byłem jedynym Polakiem w Pekinie, który mieszkał poza ambasadą. Obserwowałem wydarzenia bezpośrednio na uczelni. Choć było to zabronione, utrzymywałem kontakty z młodymi Chińczykami i od nich wiem, że rewolucja kulturalna zaczęła się w szkołach średnich. Młodzież zbuntowała się przeciwko nauczycielom marksizmu-leninizmu. – Uczyli nas prostoty – mówili o nich moi znajomi – a sami jedli mięso. Poszedłem na wiec samokrytyki sekretarza uniwersyteckiej dzielnicy Haidian. Postawiono go na stołku i starsze babcie zaczęły go mocno szturchać parasolkami, krzycząc: na kim tak się upasłeś jeśli nie na nas? Było to w czasach gdy ryż stanowił prawdziwy przysmak, zaś na co dzień jedzono rodzaj bułek na parze, które bardziej nadawały się na paszę dla bydła niż pokarm dla ludzi.

Mao umarł w 1976 roku. Ale maoizm zaczął umierać wcześniej. Już na kilka miesięcy przed śmiercią przywódcy, odbyły się na placu Tiananmen kilkudniowe, milionowe manifestacje skierowane przeciw niemu. Czy wyobraża pan sobie demonstracje na Placu Czerwonym przeciwko Stalinowi – i to jeszcze za jego życia? W Chinach takie rzeczy miały miejsce!

Potem władzę przejął Deng Xiaoping. Na temat reform, które rozpoczął, panuje wiele nieporozumień. Miały one charakter fundamentalny. Proszę sobie wyobrazić, że w czasie, kiedy je wdrażano, w Chinach istniały wyłącznie telefony urzędowe, zaś cieniutka książka telefoniczna była uznawana za tajny druk! Przez ostatnie kilkanaście lat Chiny dokonały gigantycznego skoku i prawdziwą bolączką tego kraju w latach 90. był wręcz nadmiar reform. Podczas gdy dziennikarze w Polsce zadają pytania, kiedy w Chinach zaczną się reformy, Chińczycy pytają inaczej: kiedy się wreszcie skończą? Kiedy rząd się opanuje i da ludziom odetchnąć? Nie można przecież zmieniać wszystkiego z dnia na dzień – a część wprowadzonych zmian była bardzo bolesna.

Przykładowo, na przełomie lat 70. i 80. rozwiązano komuny ludowe i z powrotem przywrócono rodzinne gospodarstwa chłopskie. Trzy czwarte Chińczyków z dnia na dzień przeniosło się wtedy z systemu komunistycznego do gospodarki rynkowej. Ciągle była to gospodarka z autorytarną kontrolą władzy, ale w zupełnie innej skali niż wcześniej! Już nie sekretarz decydował o tym, co jedli ludzie, tylko oni sami. Rozpoczęła funkcjonowanie gospodarka finansowa, podczas gdy wcześniej pieniądze odgrywały nikłą rolę.

Xiaoping skończył z maoistyczną przeszłością. Jeśli ktoś mówi, że w Chinach nie było rozliczenia z komunizmem, to zwyczajnie kłamie. Chiny są jedynym krajem postkomunistycznym, w którym hierarchów komunistycznych postawiono przed sądem, skazano na dożywotnie więzienie lub karę śmierci, zamienioną później na dożywocie. Były też gesty symboliczne, podobne do otwarcia giełdy w byłym gmachu KC w Warszawie. Skomercjalizowano na przykład dawną siedzibę Kang Szeka, szefa wszystkich tajnych służb chińskich od końca lat 20. do połowy lat 70. Otwarto tam elegancki pub w stylu partyzanckim, w którym siedziało się na skrzyniach po amunicji, na ścianach wisiały kabury i czapki maoistowskie. A trzeba tu dodać jeszcze, że przy Kang Szeku Beria to był, mówiąc popularnie, „mały pikuś”!

Czy maoizm odgrywa jeszcze w dzisiejszych Chinach jakąś rolę?

Funkcjonujące ciągle ruchy maoistyczne to dziś tylko symbol utrzymujących się w społeczeństwie sentymentów, w praktyce z ich istnienia nic nie wynika.

Co ciekawe, w latach 90. XX wieku w Chinach rozwinął się kult Mao jako bożka pomyślnej podróży. W prowincji Guangdong doszło do wypadku ciężarówki. Samochód poszedł w drzazgi, lecz kierowca był tylko potłuczony. Uznał, że uratował go portret Mao, który miał przy sobie w kabinie. Kult jak burza rozszerzył się na cały kraj. Widziałem jak się rodzi – kierowcy z wisiorkiem z Mao często mnie podwozili. Było to zjawisko zbyt masowe, by dało się je powstrzymać, choć z początku władze odnosiły się do niego wrogo. W końcu Mao był przecież założycielem partii, która do dziś nazywa się „komunistyczna”, przedstawiano go jako marksistę – jego nagły kult jako bożka [–] musiał [on] niektórych w partii doprowadzać do palpitacji serca!

Nowy, harmonijny świat

Co jakiś czas docierają do nas z Chin wiadomości o protestach przeciw władzy – są one jednak nieskoordynowane, trochę przypadkowe… Czy jest możliwość, że powstanie zorganizowana opozycja?  

Obecnie mamy tam do czynienia z ogromną mozaiką najprzeróżniejszych ruchów, nieformalnych czasopism i stowarzyszeń. Wiele z nich nie jest nigdzie zarejestrowanych. Ustrój dzisiejszych Chin określiłbym więc mianem „chaotycznego autorytaryzmu”: sporo autorytaryzmu występuje na szczeblu centralnym, jest on również silny na szczeblu najniższym – choć tam wybory lokalne w wielu miejscach znacząco go przeobraziły. A między tymi szczeblami panuje chaos.

W tym chaosie jest trochę miejsca na ruchy „oddolne”. Nawet wspomniana reforma komun ludowych rozpoczęła się od buntu osiemnastu rodzin chłopskich w prowincji Jiangxi, które postanowiły po prostu podzielić ziemię między siebie. Potem tak samo uczynili ich sąsiedzi oraz chłopi w innych powiatach i w 1979 roku rząd centralny stanął przed wyborem: mógł posłać wojsko do tej tradycyjnie dość buntowniczej prowincji lub pogodzić się z faktem dokonanym. Wybrał drugie rozwiązanie.

W Chinach nie ma oczywiście opozycji demokratycznej, która by w czymkolwiek przypominała naszą „Solidarność”. Jedyną siłę zdolną do krytyki obecnej władzy stanowią teraz nacjonaliści, którzy oskarżają rząd w Pekinie o wyprzedawanie kraju Japończykom i Amerykanom.

Skąd  wziął się w Chinach nacjonalizm? 

Nowoczesny nacjonalizm powstał w kręgach emigracyjnej inteligencji chińskiej w Tokio w ostatnich latach XIX wieku jako kopia nacjonalizmu europejskiego i formującego się wtedy nacjonalizmu japońskiego. Wychodził tam dziennik „Minkao”, który zaczął lansować tę koncepcję jeszcze przed rewolucją „Sin Haj” z 1911 roku. Trafiła ona na podatny grunt w Chinach, tym bardziej, że cesarstwo było obce – panowała dynastia mandżurska. Obalenie cesarza oraz wprowadzenie narodowego, republikańskiego rządu było pierwszym tryumfem chińskiego nacjonalizmu. W latach 20. XX wieku rozpoczęła się wojna między komunistami a Kuomintangiem, czyli partią narodową, która głosiła hasła odbudowy wielkości Hanów. Było więc zupełnie naturalne, że pod koniec życia Mao to właśnie nacjonalizm stał się dla wielu alternatywą i przybrał formę buntu przeciw władzy. Rząd – po to, by utrzymać wszystko pod kontrolą – z czasem, w coraz szerszym zakresie zaczął ten nacjonalizm przejmować. Obecne władze muszą się nim bardzo liczyć.

Czy idee nacjonalistyczne przyświecają teraz rządowi w Pekinie, na przykład, w polityce międzynarodowej? 

Z całą pewnością. W ideologii, którą przyjęły władze widać wpływy nacjonalizmu. Realizowana jest polityka „zbierania ziem chińskich”, odbudowy Chin jako wielkiego, prosperującego kraju, który współpracuje z innymi i broni na świecie zasad moralnych. Chiny mają chronić uciskanych przed imperialistami – taką wizję zadań państwa rysował już w 1911 r. Sun Jat-sen, pierwszy prezydent Republiki Chińskiej. Teraz wciela się ją w życie.

Echa tamtych idei obserwujemy teraz w polityce Chin w stosunku do Afryki… 

Oto właśnie przykład takiej filozofii w działaniu. Mamy biednych, prześladowanych i wykorzystywanych przez Zachód Afrykańczyków. I oto pojawiają się Chiny – przy czym proszę zwrócić uwagę na fakt, że chińska pomoc różni się od zachodniej także pod tym względem, że Chińczycy przyjeżdżający do Afryki mieszkają w namiotach, podczas gdy specjalista zachodni musi mieć dla siebie willę z klimatyzacją – on tam chce zachować standard życia swojego rozwiniętego kraju. Duża część zachodniej pomocy dla Afryki jest konsumowana przez specjalistów, którzy ją dystrybuują. Chińczycy działają zupełnie inaczej.

Na razie polityka Pekinu w krajach Trzeciego Świata zdaje się mieć charakter lokalny i tymczasowy. Jej celem jest przede wszystkim uzyskanie dostępu do surowców naturalnych. Czy Chiny, wzorem Stanów Zjednoczonych, mają w ogóle jakąś politykę globalną­ – czy może taka strategia dopiero powstaje? 

Wydaje mi się, że to nie tyle Chiny chciałyby mieć własną politykę globalną, ile inne państwa mają wobec nich takie oczekiwania. Pekin jest stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa, zatem ważne decyzje ONZ muszą być podejmowane z jego udziałem. Co drugi dzień w stolicy Chin ląduje jakiś prezydent lub premier ze swoimi sprawami do załatwienia. Nieustannie goszczą tam zarówno Palestyńczycy, jak i Izraelczycy. Każdy stara się przeciągnąć Pekin na swoją stronę.

W czasie prezydentury Billa Clintona Stany Zjednoczone przyjęły koncepcję angażowania Chin w sprawy międzynarodowe i obarczania ich częścią odpowiedzialności za świat. Ta polityka się sprawdziła. Chiny w bardzo wielu miejscach świata współdziałają z Zachodem. Najlepszym przykładem są rozmowy w sprawie przyszłości Korei. Bez pomocy Pekinu Stany Zjednoczone byłyby w tej sprawie zupełnie bezradne.

Wizją, która coraz wyraźniej zaczyna patronować Chinom, jest wizja społeczeństwa harmonijnego oraz harmonijnych stosunków międzynarodowych na świecie. Koncepcja harmonii stanowi o podstawowej różnicy między tradycją konfucjańską a światem judeochrześcijańskim. U nas wszystko – od teorii Darwina po wolny rynek i demokrację – opiera się na współzawodnictwie. W konfucjanizmie byty rozwijają się wyłącznie w harmonii. Koncepcja harmonii nie jest na Zachodzie traktowana poważnie, ale w całej Azji Wschodniej będzie się cieszyć wielką popularnością i zostanie zaakceptowana. Przyjmą ją zarówno w Indonezji, na Filipinach, jak i w Japonii. Obecny prezydent Hu Jintao uczynił z niej podstawę swojej polityki.

Ekonomiczny sukces Chin jest odpowiedzią na wątpliwości Francisa Fukuyamy związane z pytaniem, czy system gospodarczy oparty na autorytaryzmie może dochodowy. Czy chiński boom nie przyniósł z sobą żadnych negatywnych konsekwencji? 

W 1994 roku CIA ogłosiła raport, z którego wynikało, że Chiny zajmują drugie miejsce, tuż za Stanami Zjednoczonymi, pod względem wartości PKB. Wyliczyła, że w 2020 roku państwa te zamienią się miejscami w rankingu. Wywołało to słynne koncepcje „ery Pacyfiku” i Chiny zaczęto traktować jak wielką gospodarkę.

Trzeba pamiętać, że kapitalizm, który funkcjonuje w Chinach, jest kapitalizmem „dżunglowym”, podobnym do tego, z którym mieliśmy do czynienia w dziewiętnastowiecznej Anglii. Z drugiej strony, występuje tam silny interwencjonizm państwowy, charakterystyczny zresztą dla całej Azji – również dla Tajwanu, Korei i Japonii. Chiński kapitalizm nie przypomina amerykańskiego!

Chiny to kraj w dużym stopniu zdecentralizowany. Powiaty negocjują wysokość podatków z prowincjami, prowincje negocjują z rządem w Pekinie. Ustalają, ile z tych podatków mają odprowadzić, bądź – jeśli są biedne – same występują o dotacje. Obserwowałem ten mechanizm do połowy lat 90. i wiem na przykład, że przez kilkanaście lat najbogatsza i najszybciej rozwijająca się (wzrost PKB nawet o 33 proc. rocznie!) prowincja Guangdong na południu kraju w ogóle nie wpłacała podatków do skarbu państwa. Rozmawiałem z wysokim funkcjonariuszem ministerstwa finansów z Pekinu. – To, że nie wpłacają nam podatków – mówił – jeszcze byśmy im darowali. Ale żeby chociaż przysyłali sprawozdania, ile pieniędzy zebrali i na co je wydali! Ostatecznie ustalono, że od czasu do czasu prowincja będzie przysyłać jakąś kwotę a conto podatku.

Zauważyłem, że kiedy ostatnio przyjeżdżam do znajomych Chińczyków z prezentami – a dobrym zwyczajem jest zawsze ofiarować podarunek – perfumy „poniżej” Chanel u niektórych z nich nie są już mile widziane… Przywożenie upominków z Europy stało się problemem! Skok standardów, oczekiwań i poziomu życia jest więc olbrzymi.

W Chinach występują coraz większe napięcia na tle różnic majątkowych między całymi klasami społeczeństwa. Oblicza się, że zamożnych Chińczyków jest obecnie około 150 milionów – to najliczniejsza grupa bogatych na świecie. Z drugiej strony, tyle samo chłopów szuka zatrudnienia w miastach. Ich sytuacja jest trudna, bo w Chinach nie ma jednego „ogólnochińskiego” obywatelstwa. Obywatelem jest się we własnej gminie i tylko tam posiada się prawa. Bogate rejony kraju po prostu nie wpuszczają obcych. Emigrant ze wsi nie może w mieście posłać dziecka do szkoły lub zarejestrować samochodu, a w urzędzie nie załatwi żadnej sprawy. W trakcie dyskusji o prawach człowieka kwestia wprowadzenia jednolitego obywatelstwa powinna być jednym z kluczowych postulatów, ale Amnesty International w tej sprawie milczy, bo dla każdego na Zachodzie jest oczywiste, że prawa obywatelskie nabywa się po prostu przez prosty fakt, że się mieszka w danym kraju. A w Chinach tak wcale nie jest.  Oto jeden z reliktów systemu rodem sprzed ponad tysiąca lat!

Niewątpliwie szokiem dla wielu Chińczyków był fakt, że po egalitarnej epoce Mao, w której wszyscy uznali, że „mają takie same żołądki” pojawił się nagle system, który to zakwestionował. Xiaoping rzucił hasło skończenia z „jedną, wspólną miską” – odtąd każdy Chińczyk miał dbać o siebie, bogacić się. Zainicjował wprowadzenie prawa – przypominam, że prawa typu zachodniego nie znano w Chinach od 3 tysięcy lat! Demokrację i prawo określił w 1979 roku mianem „dwóch rąk”. Człowiek nie może wykonać żadnej pracy tylko jedną ręką i podobnie – uznał Xiaoping – w państwie nie wystarczy wprowadzić prawo, niezbędna jest jeszcze demokracja. Oczywiście interpretowano ją jako demokrację typu ludowego, ale i tak był to ogromny postęp w stosunku do dyktatury proletariatu z epoki Mao.

Renesans chińskiej kultury

Można spotkać opinie, że szybko rozwijające się Chiny stają się coraz brzydsze, że brakuje w nich już tej estetyki i harmonii, która dominowała wcześniej. Czy to prawda?

Problem z dobrym gustem występuje w Chinach już od kilkuset lat. Utracono go jeszcze w epoce mandżurskiej. Mówiąc szczerze, tradycyjna kultura chińska bywała często dosyć szmirowata. Nie do końca wiemy, dlaczego tak się stało, ale każdy badacz stwierdzi, że szczyt dobrego smaku, artyzmu i piękna osiągnęła w czasach panowania dynastii Tang i Song, czyli między X a XIII wiekiem. Japończycy przejęli chińską kulturę z tego najlepszego okresu i rozwinęli ją w Japonii jeszcze bardziej, z zachowaniem wyczucia estetycznego. W Chinach było dużo gorzej. Nie tylko w ChRL, ale również na Tajwanie, w Hongkongu oraz wśród chińskich wspólnot na całym świecie nie zwraca się już uwagi na dobry gust i lekceważy to, co od zawsze było siłą tej kultury: harmonię z otoczeniem i naturą.

Rewolucja kulturalna w Chinach zniszczyła ciągłość kulturową. Upadła nieudana kultura proletariacka. Teraz odtwarza się wprawdzie starą kulturę chińską, ale równocześnie przejmuje się elementy kultury zachodniej, niestety te najbardziej prymitywne i kiczowate. Stanowi to na pewno problem, chociaż, z drugiej strony, nadziei można upatrywać w rosnącej kreatywności Chińczyków. Nie jest ona wyłącznie przejawem odrodzenia kulturalnego z lat 80, kiedy dorosło pokolenie dzieci rewolucji kulturalnej, lecz czymś głębszym.

Co w tej chwili jest w Chinach źródłem nowych idei? Na czym mogą się wspierać pomysły na przyszłość tej kultury i cywilizacji? 

Niewątpliwie mamy do czynienia z renesansem tradycyjnej kultury chińskiej. Mam w domu serię starych dzieł filozoficznych w wydaniu komiksowym, przetłumaczonych dodatkowo na angielski. Pomysł przyszedł z Tajwanu, ale podobne rzeczy wydaje się teraz również dla młodzieży Chinach. Dość powszechnie i w gruncie rzeczy spontanicznie przyjmowana jest koncepcja fuzji cywilizacji. Ona zrodziła się wcześniej: mogę Panu pokazać książkę z 1915 roku The Spirit of the Chinese People, autorstwa Gu Hongminga, znanego wonczas intelektualisty chińskiego, propagatora kultury zachodniej i jednego z założycieli Uniwersytetu Pekińskiego. Hongming napisał, co ludzie na Zachodzie powinni przejąć od kultury chińskiej, by samemu się uratować. Potępiał na przykład to, że nasza kultura jest oparta na wojowaniu. Można powiedzieć, że był pionierem myślenia o fuzji cywilizacji.

Dla wykształconego Chińczyka jest zresztą dość oczywiste, że jego kraj powinien z cywilizacji zachodniej przejmować to, co najlepsze i jednocześnie czerpać z najlepszych wzorców własnej kultury. Nowa cywilizacja XXI wieku powinna być cywilizacją uniwersalną dla wszystkich. Ma to pewne przełożenie na ekonomię: w propagowaniu globalizacji Chiny prześcignęły już Amerykanów, który wprowadzają ograniczenia i kwoty importowe, chcąc w ten sposób chronić swój rynek. To Chińczycy bronią wolnego rynku w świecie!

W świecie polityka Chin dotycząca Tybetu wzbudza ogromne kontrowersje. Ale wydaje się, że popiera ją większość Chińczyków. Czy trudno znaleźć takich, który nie zgodziliby się z tym, że Tybet jest chiński?

Każdy Chińczyk, który choć trochę zna historię, powie, że Tybet jest częścią Chin. Garnizony chińskie wprowadzono do Tybetu – zresztą na prośbę samych Tybetańczyków – podczas rządów dynastii mandżurskiej w XVIII wieku. W cesarstwie funkcjonowały wtedy cztery oficjalne języki: chiński, mandżurski, mongolski i tybetański. Państwo miało charakter ponad etniczny. Koncepcja Chińczyka była wtedy zbliżona do koncepcji obywatela rzymskiego – pochodzenie etniczne było bez znaczenia, ważne natomiast było, czy człowiek przyswoił sobie kulturę.

Również republika, która powstała po rewolucji „Sin Haj”, była państwem pięciu narodów. Jej pięciokolorowa flaga symbolizowała Chińczyków (Hanów), Mandżurów, Mongołów, Tybetańczyków i Muzułmanów. Nam się teraz wydaje, że w Chinach mieszkają Chińczycy – ale każdy Chińczyk wie, że żyje tam 56 oficjalnie uznanych mniejszości etnicznych. Tybetańczycy są jedną z mniejszych: Czuangów, mieszkańców graniczącego z Wietnamem Regionu Autonomicznego Kuangsi-Czuang, jest na przykład aż około 20 milionów. Dlatego wizja, którą obecnie wpaja się młodym Chińczykom – bez różnicy, czy uczą się w ChRL, na Tajwanie, czy w Hongkongu – jest wizją Chin wieloetnicznych. Ma to być wielka wspólnota narodów, której częścią są Tybetańczycy.

W Chinach używa się kilkudziesięciu języków chińskich, które różnią się między sobą tak jak polski różni się od szwedzkiego lub hiszpańskiego i w praktyce wykluczają porozumienie. Jest tak zwany język ogólnonarodowy, putonghua, oparty na jednym z dialektów Pekinu. Uczy się go w szkołach. Ale na przykład już w Kantonie władają nim głównie profesorowie na uniwersytecie –stójkowy na ulicy ledwo w putonghua rozumie. Do tego dochodzi ogromne poczucie odrębności etnicznej: inne kulty, wierzenia religijne, inne bóstwa i święta…

Miałem w Pekinie kolegę, który pochodził z Szantung, górzystej prowincji nad Morzem Wschodniochińskim. Jego rodzina mieszkała w Pekinie od ośmiuset lat – i ciągle pielęgnowała szantuńskie zwyczaje! Chowano ich na przykład na odrębnym, szantuńskim cmentarzu. Przy systemie rodowym, istnieniu ksiąg rodowych, owe etniczne i językowe tożsamości trwają od setek lat i w życiu przeciętnego Chińczyka są obecne o wiele silniej niż u nas tożsamości narodowe.

Oczywiście, ostatnie krwawe wydarzenia w Lhasie pokazały, że dotychczasowa polityka ChRL w Tybecie załamała się. Istnieje ogromne napięcie między Tybetańczykami i Chińczykami. Zorganizowanie sobie wzajemnego współżycia będzie teraz bardzo trudne. Nie ma w tej sytuacji dobrego rozwiązania – może oprócz podpisania porozumienia przez Dalaj Lamę. Przypominam, że problem Tybetu nie jest jedyny tego rodzaju w świecie. W samej tylko Azji działa przynajmniej kilkadziesiąt różnych ruchów żądających niepodległości. Sytuacja Kurdów w Turcji jest dziesięć razy gorsza niż Tybetańczyków w ChRL, bo wsi tybetańskich nikt nie pali napalmem! Koncepcję praw człowieka Chiny wprowadziły do swojej konstytucji. Oczywiście, od tego do przestrzegania tych praw na poziomie powiatu jest jeszcze bardzo daleka droga. Ale nie można powiedzieć, że Chiny negują prawa człowieka.

Obywatele Chin korzystają obecnie z największych wolności i żyją najdostatniej w całych dziejach swojego kraju. Są optymistami: ponad osiemdziesiąt procent z nich jest przekonanych że następnemu pokoleniu będzie się żyło jeszcze lepiej. Dla porównania: Francuzi w większości uważają, że ich dzieci będą miały gorzej!

Religia wraca do Chin

Dużo się ostatnio mówi o odrodzeniu religijnym w Chinach. Dlaczego chrześcijaństwo okazuje się tak atrakcyjne dla Chińczyków? 

Państwo chińskie tradycyjnie sprawowało nadzór nad wszystkimi kultami. To władze wydawały zezwolenie na przyjęcie mnicha do klasztoru buddyjskiego, organizowały egzaminy na mnichów. W historii Chin wszelkie powstania zawsze miały charakter religijny – aby walczyć z cesarzem-przywódcą duchowym opozycja również musiała mieć legitymizację natury religijnej. Stąd się wzięło „uczulenie” władz na religię.

W związku z kryzysem ideologii maoizmu w Chinach doszło do powstania ogromnej pustki duchowej. Ludzie wracali do buddyzmu, konfucjanizmu, czy taoizmu. Pojawiły się ruchy neotradycyjne, między innymi falungong, zorganizowany zresztą przez władze jako remedium na fascynację chrześcijaństwem. Na samym początku jego strona internetowa była nawet umieszczona na serwerze Komitetu Centralnego KPCh. Dopiero potem ruch wymknął się spod kontroli.

Przez długi czas chrześcijaństwo było w Chinach traktowane jako narzędzie panowania kolonialnego. Chrześcijanie byli dla wielu sługami okupanta, którzy gnębili naród. Wrogi do nich stosunek ciągle widać na wsi i wśród starszego pokolenia. Fascynacja chrześcijaństwem, która wystąpiła na fali otwarcia na Zachód, jest stosunkowo nowym fenomenem. To element ożywienia religijnego, z którym mamy teraz do czynienia w Chinach. Zasada, że religia traci na popularności wraz z pojawianiem się nurtów oświeceniowych sprawdza się w Europie. Ale nie w Azji Wschodniej. Awans cywilizacyjny wcale nie wiąże się tam z wymieraniem czy osłabieniem wiary. Rozkwit religii obserwujemy również w Japonii i na Tajwanie. W Chinach jest on tym wyraźniejszy, że wiąże się z załamaniem komunizmu. Przy mniejszej atrakcyjności dawnych tradycyjnych wierzeń, które trudniej jest poznawać, a ponadto włożyć więcej wysiłku w interpretację, chrześcijaństwo jaki się Chińczykom jako dość atrakcyjna propozycja.

Jan Paweł II przywiązywał do Chin ogromną wagę. Nigdy nie odwiedził Tajwanu. Jeśli nawet w czasie pielgrzymek zachodziła konieczność międzylądowania, wybierał odległe o tysiące kilometrów lotnisko na wyspach Guam, a nie Tajpej – żywił bowiem nadzieję, że kiedyś wyląduje w Pekinie. Benedykt XVI ma szansę na uregulowanie stosunków z Pekinem, chociaż z uwagi na dawne prześladowania Kościoła w Chinach nie jest to łatwe. Zresztą Deng Xiaoping nie cofnął dawnych restrykcji wobec Kościoła katolickiego. Jest to na pewno jedna z poważniejszych zaległości w procesie reform. Z jej skali i znaczenia obecne przywództwo chińskie chyba nie w pełni zdaje sobie sprawę, wciąż wierząc, że państwo powinno kontrolować religię – coś zawsze podejrzanego i buntowniczego.

Oprócz działających oficjalnie są też w Chinach kościoły nielegalne i sekty. Żywa jest tam koncepcja reinkarnacji. Po wielekroć uczestniczyłem w bardzo zresztą „konfucjańskich” rodzinnych dywagacjach Chińczyków: czyja dusza jest w tym dziecku? Pewnie takiej a takiej ciotki, bo tak jak ona lubi pierożki albo jakąś piosenkę… Przywódcą powstania Tajpingów, które spustoszyło Chiny w połowie XIX stulecia był Hong Xiuquan, który uznawał się za młodszego brata Jezusa Chrystusa, a jeszcze w latach 90. XX w. wśród sekt chrześcijańskich były trzy, na których czele miały stać inkarnacje Matki Boskiej. Dlatego, jeśli dojdzie do znormalizowania stosunków Kościoła katolickiego z Pekinem Watykan będzie miał gigantyczne problemy z różnymi sektami, które teraz często uchodzą za Kościół mu wierny.

To pytanie podświadomie zadaje sobie wielu z nas: czy mamy się bać Chin? 

Absolutnie nie! Różni politycy, którzy najczęściej chcą zyskać na popularności, raz po raz krzyczą o zagrożeniu chińskim. W dziejach nowożytnej Europy pierwszy był niemiecki cesarz Wilhelm II, który na początku ubiegłego stulecia chciał zdobyć dla Niemców przywództwo na kontynencie, szermując właśnie hasłem chińskiego zagrożenia. Mam w swoich zbiorach obrazek z tamtych czasów przedstawiający wysokiego, germańskiego blondyna z mieczem, który wyrusza gromić tych nędznych Chińczyków…

Gdyby w kulturze chińskiej istniał duch ekspansji, już dawno wszyscy mielibyśmy skośne oczy. Chińczycy mogli skolonizować Polskę jeszcze w czasach Mieszka I. Przypłynięcie do Europy nie było dla nich wtedy żadnym problemem. Proszę zauważyć, że złupili nas Mongołowie, których była tylko garstka! Chiny przetrwały dlatego, że wierne były maksymie znanej tam od starożytności: „kto zwycięży jeden raz, zostanie cesarzem; kto zwycięży dziesięć razy, zostanie królem; kto zwycięży tysiąc razy – nieuchronnie upadnie”. Potępiały wojny i dlatego są jedynym starożytnym państwem, które istnieje do teraz. A jak wygląda dziś Forum Romanum, czy kapłani nadal zbierają się na stopniach Kapitolu?

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata