70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Konkurs na wspólną przeszłość

W weekend niepodległości prawdziwym przebojem wdarły się na rynek w Mitrowicy flagi łączone: z jednej strony Albania, z drugiej Ameryka. Są też najdroższe, bo trzeba je szyć z grubszego materiału. Czarny, dwugłowy orzeł albański przebija niestety na amerykańskie pasy.

Albańskojęzyczny dziennik „Express” z Prisztiny od razu zwraca na siebie uwagę. Pierwsza strona wyszła dziś w formie nekrologu. Na trzech fotografiach: Nikola Paszić, Josip Broz Tito, Slobodan Miloszewić. Trzy Jugosławie: królewska, socjalistyczna i nacjonalistyczna. Pod spodem, na czarnym tle, napis „Fuck YU (1913–2008)”. Lecz w dniach, kiedy Kosowo ogłasza z dawna wyczekiwaną niepodległość, w żałobnych barwach drukuje się też serbski „Blic”. „17 lutego 2008 – nowa data w historii Serbii” – krzyczą tytuły – „Zagarnięte Kosowo”. Na zdjęciach pierwsze, spontaniczne zamieszki, które wybuchły w Belgradzie na wieść o tym, co stało się na południu.

Deklaracja niepodległości, uroczyście odczytana przed chwilą w parlamencie, którą kosowscy Albańczycy interpretują jako symbol ostatniego etapu rozpadu Jugosławii, dla wielu Serbów oznacza początek nowych turbulencji na Bałkanach. Podczas pierwszej demonstracji, która jutro, w poniedziałek, szesnaście minut przed pierwszą po południu (1244 to numer rezolucji Rady Bezpieczeństwa w sprawie Kosowa) zacznie się w północnej Mitrowicy, niektórzy z nich znów będą wykrzykiwać nazwisko Miloszewicia. „Miloszewić umarł – mogłoby im wtedy odpowiedzieć wołanie z albańskiego brzegu Ibaru – to wy skolonizowaliście Kosowo w tysiąc dziewięćset dwunastym”. Potem któryś z Serbów wspomniałby może o historii, zaczęłaby się licytacja, kto tu był pierwszy. Wymiany zdań w rodzaju: „To Metohija – kraina naszych klasztorów” – „Nieprawda. Przed waszymi mnichami żyli tu Ilirowie”. Albo: „Na tej ziemi mieszkali nasi przodkowie” – „Świetnie, zasiedlcie Kosowo ich duchami”. I tak dalej.

Do takich dyskusji na pewno nie dojdzie. Ciemnoskórzy żołnierze we francuskich mundurach, niczym przybysze z innej planety, w milczeniu i bez emocji, rozsuną jutro bele z drutem kolczastym na całą szerokość mostu w Mitrowicy.

I słusznie. Przecież tamci mieli wystarczająco dużo czasu, aby porozmawiać.

*

W lipcu 2007 roku, kiedy decydowały się losy popieranego przez Zachód planu byłego prezydenta Finlandii Marttiego Ahtisaariego, który zaproponował przyznanie Kosowu ograniczonej niepodległości, z wizytą do sąsiedniej Albanii przyjechał George W. Bush. Powiedział, że sprawy „muszą ruszyć do przodu”. „Czy chcemy kontynuować niekończący się dialog w sprawie, o której mamy już wyrobione zdanie?” – spytał albańskiego premiera. Zamiast niego kilka godzin później odpowiedział szef rządu Kosowa, Agim Çeku: „Prezydent Bush nie tylko po raz kolejny dał do zrozumienia, że popiera naszą niepodległość, ale poniekąd, sam ją właśnie ogłosił”. Amerykanie wysłali latem do Albańczyków po obu stronach górskiej granicy jasny sygnał: doprowadzimy do niepodległości Kosowa nawet wbrew woli Rosji. I tak, kiedy wkrótce po tym Kreml zapowiedział, że zawetuje w Nowym Jorku pomysły Ahtisaariego, postanowiono w ogóle nie poddawać ich pod głosowanie.

Szykujący się do przejęcia rządów przyszły premier Kosowa Haszim Taczi dobrze zatem wiedział co robi, obierając za motto kampanii wyborczej przed listopadowymi wyborami do parlamentu w Prisztinie piosenkę grupy Europe – The Final Countdown („Końcowe odliczanie”).

Do późnej jesieni odbyło się jeszcze kilka serii rozmów między Serbami i Albańczykami. Trzech międzynarodowych negocjatorów – Amerykanin Wisner, Niemiec Ischinger i Rosjanin Botsan-Charczenko – wypełniło co prawda swoje zadanie doprowadzenia do spotkań „twarzą w twarz” przedstawicieli skłóconych stron konfliktu, ale poza tym sprawa nie ruszyła się do przodu ani na krok. Nie pomogło nawet zaproszenie obu delegacji na trzy dni do położonego urokliwie wśród winnic uzdrowiska Baden w Dolnej Austrii. Tam też nic nie wskórano. „Nie chcemy niczego oprócz niepodległości” – powtarzali ci z Prisztiny. „Zgodzimy się na wszystko oprócz niej” – odpowiadali tamci z Belgradu. Nikogo więc specjalnie nie zdziwiło, kiedy 13 grudnia „International Herald Tribune” doniósł, że obejmująca właśnie przewodnictwo w Unii Europejskiej Słowenia szykuje własny plan ogłoszenia niepodległości Kosowa w ciągu pierwszych dwóch miesięcy nowego roku. Lublana szybko zaprzeczyła. Ale już dzień później, Unia oficjalnie zapowiedziała, że Serbia może liczyć na przystąpienie do tej organizacji tylko wtedy, jeśli spełni dwa warunki: zacznie lepiej współpracować z trybunałem w Hadze oraz uzna niezależne Kosowo. Politycy nad Sawą ofertę „członkostwa w zamian za Kosowo” uznali za szantaż.

Teraz pozostało już tylko wybrać odpowiedni moment na ogłoszenie niepodległości – i przewidzieć reakcję Serbii. Nieprzyjemny dla zachodnich dyplomatów był wieczór 20 stycznia. Pierwszą turę wyborów prezydenckich w Serbii wygrał wtedy Tomislav Nikolić, wiceprzewodniczący Serbskiej Partii Radykalnej. Ponieważ przewodniczący tej samej partii był już wtedy od dwóch miesięcy sądzony w Hadze za zbrodnie przeciw ludzkości, a niecały miesiąc wcześniej dokooptowali się do jej szeregów politycy założonej przez niesławnego „Arkana” Partii Serbskiej Jedności, istniało uzasadnione podejrzenie, że jako prezydent Nikolić nie ograniczy się w proteście przeciw niepodległości Kosowa jedynie do odwołania kilku ambasadorów. Prawdopodobieństwo wojny było prawie zerowe – nikt w Belgradzie nie miał ochoty drugi raz w ciągu dekady bić się z NATO – bardziej od czołgów bano się jednak słów. Bowiem wszystko, co mówi się z trybun politycznych w Belgradzie, słychać w tym samym czasie i w serbskich regionach Bośni, i w albańskiej części Macedonii; w muzułmańskim Sandżaku i wśród Albańczyków na południu Serbii. Emocji nie trzeba tam rozbudzać – wystarcza przestać je tłumić.

Dlatego tuż przed drugą turą wyborów Unia Europejska jeszcze raz obiecała Serbii członkostwo. Dlatego do urn poszło więcej ludzi niż zwykle i Nikolić przegrał wybory.

3 lutego, w dniu, w którym prezydentem został po raz drugi psycholog z Sarajewa, prozachodni Boris Tadić, wydarzenia w Kosowie nabrały tempa. Dokładnie po tygodniu Slobodan Samardżić, minister ds. Kosowa i Metochii jako pierwszy podał do publicznej wiadomości, że prowincja ogłosi niepodległość w następną niedzielę, 17 lutego. Tak się złożyło, że na piątek zaplanowano w parlamencie inaugurację powtórnej kadencji Tadicia. Prezydent uroczyście przysięgał, że „uczyni wszystko co w swojej mocy, by chronić suwerenność i jedność terytorium Republiki Serbii, z Kosowem i Metochią jako integralną częścią”. W rzeczy samej, od początku wiedział, że nie może zrobić nic. Już w czasie jego przemówienia po ulicach Kosowa jeździły tysiące samochodów z włączonymi klaksonami i rozradowaną młodzieżą, która powiewała flagami Albanii i Stanów Zjednoczonych. Tak zresztą miało być przez najbliższe trzy noce.

*

Nadające z Kraljeva w środkowej Serbii Radio Flesz nie transmituje inauguracji Tadicia. Jak co dzień, tak i w piątkowy wieczór gra muzykę narodową. Podobne stacje są w Serbii niezwykle popularne, a gros ich słuchaczy nie stanowią, wbrew pozorom, wyłącznie ludzie starsi, ani nawet mieszkańcy bardziej przywiązanej do tradycji wsi. Muzyki z bałkańskich aerofonów słucha się w czasie pracy. Cygańskie zespoły weselne, kiedy w niedziele wędrują między kościołami, nie przestają wcale dąć w instrumenty. Zdarza się, że za tylną szybą samochodu, miast kiwających łbami psów-zabawek made in China, leżą luźno trąbki i puzony… Muzyka jest wszędzie. Ale audycja, której słuchamy przez radio samochodowe w czasie jazdy autostradą z Belgradu na południe, różni się trochę od poprzednich. Dziś wszystkie pieśni są poświęcone Kosowu, o czym spokojnym, nieco sennym głosem, przypomina co kilka minut prowadzący.

W Niszu nie ma drogowskazów na Prisztinę. Odległość od Kosowa mierzą niezdjęte bilbordy z Tomislavem Nikoliciem. Im jest ich więcej, tym bliżej Mitrowicy. Ostatni – 200 metrów od mostu na Ibarze. Nikolić uśmiecha się zgorzkniale, wypomniałby mu to każdy spec od dobrego wizerunku. Na kilku starych plakatach sąsiaduje z mimem o wiele lepszym – Władimirem Putinem. Obaj wiszą na ścianie nieczynnej kawiarni „Most”. Živela kraljevina Velika Srbija – Niech żyje królestwo Wielka Serbia – ktoś napisał na murze obok. W okolicy mostu kręcą się ekipy telewizji z Węgier, Hiszpanii i Bułgarii. Zaczepia nas młoda Serbka, tłumaczka czekająca na „swoich” dziennikarzy. Znajomość języków przynosi w ten weekend spory zarobek.

Inny pomysł na dobry biznes: sklep z flagami. Oczywiście, już w albańskiej części miasta. Serbowie nie zyskaliby dużo na takiej sprzedaży. Oni powiewają tylko serbskimi i rosyjskimi, a to to samo – wystarczy odwrócić. U Albańczyków wybór jest znacznie większy. Najwięcej, rzecz jasna, jest flag albańskich. W ofercie są również amerykańskie – tu zadziwia wielość rodzajów (flagi dla dorosłych i dla dzieci, małe papierowe i porządne, do zawieszenia na dachach domu; flagi na szalikach i przedmiotach użytku codziennego). Prawdziwym przebojem wdarły się jednak  na rynek w Mitrowicy flagi łączone: z jednej strony Albania, z drugiej Ameryka. Są też najdroższe, bo trzeba je szyć z grubszego materiału. Czarny, dwugłowy orzeł albański przebija niestety na amerykańskie pasy. Popularny jest też błękit: ten na fladze Unii Europejskiej i sztandarze NATO, kupców znajdują: „Union Jack”, Niemcy, Francja i Hiszpania. Stosunkowo słabo natomiast schodzą flagi Organizacji Narodów Zjednoczonych. Na banerze wiszącym w poprzek ulicy, pośród innych, łopoce flaga biało-czerwona.

Parada obcych flag to nie tylko symbol wdzięczności za uzyskaną wolność (bo czy można być przez 9 lat z rzędu wdzięcznym za to, że nie ma pracy, a większość mieszkańców Kosowa jest w praktyce uwięziona we własnym kraju?) – to też znak niewykształconej jeszcze własnej tożsamości, zastępcza forma identyfikacji. Tutaj wiele ludzi to osoby bez korzeni, przyjezdni, niezwiązani z miejscem zamieszkania czymś więcej niż samą tylko teraźniejszością i parą krewnych. Ciekawe, jaki wynik przyniosłoby referendum, w którym zapytano by ich, jakie państwo ma tu nastać: niepodległe Kosowo, czy, na przykład, 51. stan USA? Niewielu przecież kupuje w Mitrowicy oficjalną flagę Kosowa, na projekt której konkurs ogłosił jeszcze Martti Ahtisaari – nikt nie zdążył się tu do niej jeszcze przyzwyczaić. Jest inna od albańskiej. Brakuje politycznie drażliwej czerwieni, bieli i niebieskiego. Nie ma odniesień do wspólnej przeszłości – słusznie uznano, że tej lepiej nie odmalowywać na fladze (swoją drogą, czy na projekt wspólnej, serbsko-albańskiej przeszłości również będzie trzeba rozpisać konkurs? Kiedy powstaną wspólne podręczniki historii?). Na błękitnym, europejskim tle umieszczono złoty, neutralny kontur kraju. Nad nim sześć białych gwiazdek. Miało być dwanaście żółtych, lecz nie zgodzili się na to urzędnicy unijni – przed Kosowem jeszcze daleka droga do członkostwa.

Oficjalnie, gwiazdy mają symbolizować sześć narodów i grup etnicznych zamieszkujących Kosowo: Albańczyków, Serbów, Turków, Goran i Romów. Na miejscu szybko znaleźli się jednak tacy, którzy przedstawili inną interpretację: zdaniem przeciwników niepodległości Kosowa gwiazdki oznaczają sześć regionów, które w przyszłości miałyby stworzyć „Wielką Albanię”: Kosowo, Albanię, zachodnią Macedonię, dolinę Preszewa w południowej Serbii oraz fragment północnej Grecji. Pomysł, by gwiazdę symbolizującą Albańczyków uczynić większą od pozostałych, w ostatniej chwili odrzucono w parlamencie w Prisztinie. Niebawem ma jeszcze zostać rozpisany konkurs na nowy hymn Kosowa. Wygrana dla zwycięzcy: dziesięć tysięcy euro. Wymagania: utwór „oryginalny i wyjątkowy”, nie dłuższy niż minuta i nie krótszy niż trzydzieści sekund. Na nagrodę dla najlepszego kompozytora złożą się wszystkie państwa Unii Europejskiej.

Na głównej ulicy południowej części Mitrowicy niezwykły ruch, pomieszanie parady i zwykłej jazdy młodych „w te i we wte” (co robić, kiedy nie ma się pracy, a kluby są jeszcze zamknięte?). Tym bardziej, że dziś z klaksonów można korzystać bez ograniczeń, a albańscy policjanci sami z radości włączają syreny patrolowych jeepów. Tu migną dwa patrolowe „robaki” francuskiego KFOR-u, tam – transporter z czerwonym krzyżem na boku i dwiema Dunkami, które pozdrawiają przez otwarty właz. Albańczycy, Ukraińcy, Hiszpanie i Francuzi… Święto narodów w Dzień Niepodległości. Chodnikiem przebiega grupa kilkunastu dzieci krzyczących głośno: „Wolność, niepodległość!”. W ciasnej kawiarni na peronie dworca autobusowego nasz polski – tak podobny do serbskiego – powoduje przez chwilę dużą konsternację: skąd Serbowie po południowej stronie mostu?

W całym Kosowie mieszka niewiele więcej ludzi niż w Warszawie. Prawie każdy w swojej rodzinie ma ofiarę wojny z Miloszewiciem. Jest to kraj o tak niewielkiej powierzchni, że jeśli tę samą osobę w krótkim odstępie czasu spotka się dwóch w różnych miejscach to nikt się temu nie zdziwi, nie powie, że „przypadki się zdarzają”, albo: „jaki ten świat mały”. Tak jest właśnie z Albanem, 25-latkiem z Mitrowicy, razem z którym przyjechaliśmy do Peciu. Opowiada, jak Serbowie z zimną krwią zastrzelili w 1998 roku jego sześcioletnią siostrzyczkę. Nagle gasną wszystkie światła. Przez godzinę lub dwie nie będzie w mieście prądu, energię oszczędza się tu dekretem rządowym. Po niecałej minucie, w całym mieście słychać, podobny do cykad, dźwięk agregatów prądotwórczych – mężczyźni w kawiarniach dokończą wspólne oglądanie Ligii Mistrzów. Liverpool właśnie strzela Interowi drugą bramkę.

– Kim są – pytamy siebie – mieszkańcy Kosowa? Politycznie poprawnie (choć niezgodnie z zasadami polszczyzny) powinno być: Kosowarzy. Mieszkańcy Kosowa wszystkich narodowości, nieważne: Serbowie, Albańczycy czy Romowie. Ale nieważne jest to tylko dla Albańczyków. Serbowie nie chcą się zgodzić na tę ani żadną inną nazwę pod którą będą występować razem z innymi. Z kolei Albańczycy nie mają powodu, aby określać się inaczej niż właśnie Albańczykami. Nic na to nie poradzimy. Podobnie jak na to, że mieszkańcy Bośni ciągle uważają siebie za Serbów, Chorwatów, Muzułmanów – choć uparcie chcemy ich nazywać inaczej. Termin „Kosowarzy” Word jeszcze długo będzie podkreślał jako nieznany. Dodać do słownika? Zignorować?

– Kim są – pytamy Albana – mieszkańcy twojego kraju?

– Są bezrobotnymi.

Jest niedziela, 17 lutego. Po południu Kosowo ogłosi niepodległość.

Telewizja publiczna RTK w porannym paśmie nadaje na żywo z największych miast kraju: czas między połączeniami z Mitrowicą, Peciem, Prizrenem, Djakovicą i Gnjilane wypełnia albańska muzyka narodowa. Teledysk do jednej z piosenek przedstawia matkę z kilkuletnim synem podczas wizyty w siedzibie Ligii Prizreńskiej. Ta albańska organizacja patriotyczna z końca XIX wieku domagała się jedności wszystkich ziem zamieszkanych przez naród. Kobieta, w pięknej, złotoczerwonej sukni pokazuje małemu mapę, na której Kosowo i Albania tworzą jedną całość. Dokładnie za tydzień w polskiej prasie ukaże się wywiad z Visarem Imerim, przywódcą znanego ruchu studenckiego Vetëvendosje! („Samostanowienie!”). „Albańczycy – powie Imeri – chcą zjednoczyć ziemie na których żyją”. Na Bałkanach powinny być trzy równie silne narody: Albańczycy, Serbowie i Grecy. „Wówczas każdy z krajów, rozpoczynając wojnę, wiedziałby, że będzie go ona bardzo dużo kosztowała” – dodaje jakby na pocieszenie.

Korespondent prywatnej TV Pink z Serbii podczas łączenia na żywo z Prisztiny pokazuje nekrolog Paszicia, Tito i Miloszewicia na pierwszej stronie dzisiejszego „Express”. Każdy taki żart oddala chwilę, w której oba narody podadzą sobie ręce. Ilu Serbów, widząc to, utwierdzi się tylko w przekonaniu, że Albańczycy w Serbii – a wcześniej i w Jugosławii, i podczas wojny z nazistami – zawsze byli nielojalni? Ilu z nich będzie chciało poznać nowych sąsiadów? Kiedy znikną wzajemne uprzedzenia (odp.: gdy Albańczycy przestaną kojarzyć Serbów z Miloszewiciem) i powstanie język, w którym zrozumieją się nawzajem (odp.: gdy Serbowie zaczną nazywać linię administracyjną granicą, a prowincję – państwem)?

Na ulicach Peciu kończą się równocześnie przygotowania do wielkiej zabawy zorganizowanej przez gminę miejską. Niewielka scena ozdobiona flagami z dwugłowym orłem i banerem „Thank you NATO” od wczoraj stoi na placu u zbiegu ulic w centrum. Piętnastometrowe flagi Ameryki i Albanii zakrywają trzy górne piętra nowooddanego apartamentowca. Jest słonecznie i mroźnie. Wspaniała widoczność: na północy długie pasmo Mokrej Góry, na południu i zachodzie, tuż za miastem zaczynają się wysokie jak Tatry Góry Przeklęte, Prokletije, od dziś nazywane po albańsku: Bjeshkët e Nemuna. Wkrótce powstanie tu największy w Kosowie (50 tys. hektarów) park narodowy. Otoczony z trzech stron szczytami Peć, z kościołami trzech wyznań, w tym dawną siedzibą patriarchatu Serbii i pobliskim klasztorem w Deczanach, blisko granicy z Czarnogórą, niedługo stanie się jednym z najciekawszych miejsc nowego państwa.

Zaraz po drugiej kosowscy policjanci w sześciokątnych, amerykańskich czapkach zdejmują z komisariatu naprzeciw dworca flagę ONZ. Strzelają na parkingu petardami, ciesząc się jak dzieci. Coraz trudniej chodzić po ulicach bez odskakiwania na bok – fajerwerki wybuchają wszędzie. To popołudnie ma w sobie coś z ostatnich kilku minut przed Nowym Rokiem: nie wszyscy wytrzymują i raz po raz ktoś wystrzela w niebo sztuczne ognie. Inni, tak jak sylwestrem, nie przejmują się fetą: albańskie siostry ze zgromadzenia Matki Teresy zamykają się na kilka godzin w swoim ośrodku przy kościele.

W ten weekend całą kosowską ciszę schowano zresztą za murami świątyń. Prawosławnych klasztorów, otoczonych zamaskowanymi posterunkami kontrolnymi, zaporami drogowymi i zasiekami z drutu kolczastego, dzień i noc strzegą żołnierze KFOR-u. Jest tak od ośmiu lat. Ale do środka wpuszczają sami mnisi – aby zwiedzić wnętrze trzeba uzyskać przez radiotelefon ich zgodę. Dziennikarzom – wstęp surowo zabroniony. Dla turystów zgadzają się chętnie, bo ci z Zachodu niemieją prawie zawsze oglądając średniowieczne freski o wysokości kilkunastu metrów. Jest więc szansa by pokazać im w pećkim patriarchacie pomieszczenie, w których przechowuje się stare ikony i przedmioty liturgiczne uratowane z podpalanych przed kilkoma laty przez Albańczyków świątyń prawosławnych w całym kraju. By tam, gdzie nie odbiera CNN, przekonać ich trochę do swoich racji.

Kilka tysięcy mieszkańców Pecia obserwuje jak młody raper klęka na scenie przed flagą Albanii. Między ludźmi zatrzymuje się samochód z dwoma bębniarzami na dachu – przy hałasie koncertu prawie nikt ich nie słyszy, ale oni i tak bawią się dla siebie. Premier Haszim Taczi ogłasza w parlamencie w Prisztinie, że Kosowo od teraz jest niepodległe.

We wszystkich kawiarniach – kolejka za darmo.

Następnego dnia Boris Tadić poleci do Nowego Jorku, aby na specjalnym posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa protestować przeciw, jak stwierdzi, naruszeniu integralności kraju. (Transmisję obrad będziemy już oglądać w Nowym Pazarze, w kawiarni przy starym, tureckim gościńcu – takim jak ten, który Andrić opisuje w Moście na Drinie. Na jego ścianach wiszą jeszcze zgodnie: portret Tito i logo coca-coli.) KFOR na kilka godzin zamknie granicę Kosowa po tym, jak grupa tysiąca Serbów podpali posterunki kontrolne w Leposoviciu i miejscowości Zubin Potok. W Belgradzie będą już wisiały plakaty wzywające do udziału w demonstracji, która na chwilę przerodzi się w niekontrolowane zamieszki i skończy podpaleniem ambasady Stanów Zjednoczonych i śmiercią jednego z uczestników. Przez trzy dni wszystko będzie wyglądało dramatycznie i posępnie. Ale, jak zwykle na Bałkanach, odpowiednie proporcje życia przywrócą zwykli ludzie: konduktor nocnego pociągu do Budapesztu (opowie po polsku o swoich przyjaciołach z Tychów) i zaspany pogranicznik z pustego przejścia kolejowego w Suboticy, na granicy z Węgrami, któremu to, do kogo należy Kosowo, nie robi żadnej różnicy. Wojwodina, inny świat.

W poniedziałek, 18 lutego, kiedy było już po wszystkim, na Bałkanach obudziły się i stanęły naprzeciw siebie dwa państwa z solidnym bólem głowy.

Z jednej strony, nowa, odchudzona Serbia, w której znów zrobił karierę dowcip, że jest jak nokia: każdy następny model coraz mniejszy. W końcu, od rozpadu Jugosławii jej granice zmieniły się pięć, a nazwa oficjalna – trzy razy. Przez kraj, który teoretycznie nie stoczył żadnej wojny poza swoim terytorium, przewędrował milion uchodźców. Byłego prezydenta sądził międzynarodowy trybunał, a premier, który doprowadził do jego wydania został zastrzelony przed siedzibą rządu. Ponadto, przez dwa i pół miesiąca 1999 roku kraj bombardowały myśliwce i rakiety najpotężniejszego sojuszu wojskowego na świecie.

Z drugiej strony – nowonarodzone Kosowo. Niechciane przez wiele krajów na świecie, zamieszkane przez naród sam jeszcze do końca niepewny tego, czy w ogóle istnieje. Z wrogo nastawionym sąsiadem od północy, którego na razie trzeba będzie omijać w trakcie podróży, sprowadzając towary i energię, przesyłając listy do rodaków-gastarbeiterów. Bezrobotna wspólnota ludzi, do tej pory połączonych, na przemian, to frustracją, to nadzieją. Prześladowanych, wypędzanych z domów, a nawet zabijanych podczas niedawnych przecież walk. Małe, górzyste państwo, którego nigdy wcześniej nie było.

Pierwszy dzień w jego dziejach był bezchmurny i ciepły. W południe na główny deptak Prisztiny wyszły tłumy mieszkańców. Niektórzy przystawali przed płotem oklejonym zdjęciami nieżyjących od dziesięciu lat chłopców i mężczyzn, ofiar wojny z Miloszewiciem. Inni fotografowali się na tle trzymetrowych liter, które na placu w centrum utworzyły słowo NEWBORN. Na każdej widniały podpisy uczestników wczorajszej fety. Ekipy telewizyjne zwijały kable od kamer, w jednym z meczetów starego miasta właśnie skończył się pogrzeb – na chodnik wyszli mężczyźni w tradycyjnych, białych czapkach. Kosowo zdążyły już uznać Afganistan i Stany Zjednoczone. Był pierwszy dzień tygodnia, lecz wszyscy mieli wolne. Ustawowo, urządzanie życia w nowym państwie miało się zacząć dopiero od wtorku.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata