70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Okiem świadka i badacza

Sięgając po prozę i eseje Primo Leviego, nie pierwszy raz mam nieodparte wrażenie ich zbieżności z opowiadaniami oświęcimskimi Tadeusza Borowskiego.

Nie wiem, niestety, czy autor Pogrążonych i ocalonych czytał Pożegnanie z Marią lub Kamienny świat. Analogie jednak narzucają się same. A dodatkowo i Levi, i Borowski podpisaliby się pod słowami Jeana Améry. Włoski eseista cytuje z Poza winą i karą taki oto fragment:Jest państwo niemieckie, które pędzi Żydów i przeciwników politycznych na śmierć, ponieważ uważa, że tylko w ten sposób może się zrealizować. I cóż z tego? Cywilizacja Grecji zbudowana została na niewolnictwie, a ateńska armia stacjonowała na wyspie Melos jak SS na Ukrainie. Niezliczone ludzkie ofiary ginęły, jak daleko sięga w otchłań wieków światło historii, a odwieczny postęp ludzkości to i tak tylko naiwna mrzonka z XIX wieku. (…) Via Appia była po obu stronach obstawiona rzędami krzyży, na których rozpięto niewolników, a w Birkenau rozchodził się smród palonych ludzkich ciał. Tutaj było się nie Krassusem, lecz Spartakusem, to wszystko.

W gruncie rzeczy jednak odpowiedź na pytanie, czy Levi znał Borowskiego – w angielskim lub niemieckim przekładzie – nie ma większego znaczenia. Podobieństwa, jakie da się uchwycić, stanowią bowiem rezultat równoległości myślowych, a nie zapożyczeń. O nich zresztą nie może być mowy także i z tego względu, że Byliśmy w Oświęcimiu, Pożegnanie z Marią, Kamienny świat wychodzą w tym samym czasie co debiut Leviego Czy to jest człowiek. Ich autorzy byli rówieśnikami (Levi o trzy lata starszy), którzy prezentowali tę samą wrażliwość i zadziwiająco pokrewne widzenie obozu. Obydwaj też, tak Borowski, jak i Levi, postawili wysokie wymagania przed literaturą. Po Borowskim i Levim nie można już było pisać o lagrze tak jak wcześniej. Doniosłość ich dzieł, odwaga myśli i bezkompromisowość sprawiły, że teksty innych autorów zestawiane z nimi nieuchronnie jawiły się jako anachroniczne.

Wartość tego typu prac jak Pogrążeni i ocaleni jest trudna do przecenienia, jeśli mieć na względzie to, iż spaja ona optykę świadka, uczestnika zdarzeń z postawą badacza, jego erudycją i oczytaniem. A jeżeli dodatkowo – jak w przypadku Leviego – łączy się z tym jeszcze pragnienie maksymalnej szczerości, nade wszystko zaś szczerości intelektualnej, mamy wówczas do czynienia ze źródłem niezwykłym, rzadkim i – nie trzeba dodawać – szczególnie cennym. I choć Levi wie, że pełen obiektywizm, spojrzenie holistyczne jest niemożliwe (zbyt wiele zmiennych, które zafałszowują obraz), nie ustaje w dążeniu do prawdy o świecie lagrów, o Shoah.

Wyjątkowe – acz obecne również u Borowskiego – są refleksje eseisty na temat tej dziwnej płaszczyzny, na której spotykają się kat i ofiara. Bezwzględność i okrucieństwo starych häftlingów było jedną z tych rzeczy, które wywoływały największe zdziwienie u nowo przybyłych. Levi całkiem słusznie nazywa je „szarą strefą”. Istnienie „szarej strefy” poniekąd koreluje z niechęcią włoskiego prozaika i myśliciela do czarno-białych rozróżnień, deklaratywnych i arbitralnych spostrzeżeń. Zgoda na „szarą strefę” nie oznacza bynajmniej przyzwolenia na relatywizm etyczny. Z tego, że rzeczywistość lagrowa była bardziej skomplikowana niż się powszechnie sądzi, nie wynika wcale labilny status podstawowych prawd moralnych. Ten jest poza dyskusją. „Szara strefa” dowodzi jedynie tego, że reguły i zasady moralne trzeba stale potwierdzać w działaniu, że nie są one niezniszczalne.

Obserwując ofiarę, jak powoli podlegała procesowi zlagrowania, by w pewnym momencie znaleźć się niebezpiecznie blisko kata i jego metod, Levi nie zapomina o sprawie zasadniczej – odpowiedzialność za to spada przede wszystkim na zbrodniczy system i jego demoralizującą strukturę. Notabene jest to podejście, które często nam umyka w dzisiejszych dyskusjach wokół lustracji księży, naukowców, artystów.

Jest jednak w Pogrążonych i ocalonych fragment, z którym można polemizować. Osobiście mam wątpliwości, czy do przypadku kolaborantów pomocników Trzeciej Rzeszy wolno tak samo zaliczyć Quislienga z Norwegii, profaszystowskie rządy republiki Vichy jak władze Judenratu w getcie warszawskim. Ich sytuacja była – mimo wszystko – odmienna, a i rezultatów tej współpracy nie da się porównać. Bardziej problematyczna i może przez to trochę bliższa kolaboracji jest postawa prezesa Chaima Rumkowskiego. Nie da się zapewne wybielić tej kontrowersyjnej postaci, ale i w tym wypadku jego obrońcy mogli twierdzić, że gdyby armia sowiecka kilka tygodni wcześniej wkroczyła do Łodzi, to strategia Rumkowskiego oparta na pracy dla reżimu i tzw. mniejszym złu okazałaby się słuszna. Oczywiście w takiej sytuacji pozostaje zawsze aktualne pytanie, czy hitlerowcy dopuściliby do uratowania się mieszkańców getta; czy wbrew ekonomii i kosztem wypełnienia oczekiwań frontowych nie zamordowaliby wcześniej wszystkich ocalałych mieszkańców. Wywód ten nie ma na celu ani łatwego usprawiedliwiania Rumkowskiego, ani równie łatwego potępiania. Odnotowuje jedynie i uwypukla złożoność sytuacji, w jakiej znalazła się ofiara. Najbardziej przewrotne i zarazem dające najlepsze (najbardziej praktyczne) rezultaty było wciągnięcie häftlingów w machinę zła. To między innymi dzięki temu stworzona przez nazistów maszyneria utrzymywała się w ruchu. Członkowie Sonderkommando też stanowili efekt tego typu planu pułapki.

Przyczyny, dla jakich decydowano się, by zostać więźniem funkcyjnym, były różne: od tchórzostwa, może najłatwiej zrozumiałego, przez chłodną kalkulację, z której jasno wynikało, że tą drogą zwiększam swoje szanse na ocalenie, po zaspokojenia instynktu władzy, poczucia ważności. Levi nie pochwala tych postaw i nie stara się bronić więźniów, którzy tak postępowali, nie pozwala jednak, aby osądzać ich z bezpiecznej pozycji, jaką zajmujemy dziś wobec tych wydarzeń, dalecy im i nieznający ich z bezpośredniego doświadczenia. Zasad rządzących lagrowym uniwersum nie da się przecież prosto odwzorować w dostępnej nam rzeczywistości. Nazbyt przekraczają one to, co wiemy o sobie – zbyt odległe są od tego, co zdołaliśmy pojąć o świecie, a przez to trudne do wyobrażenia i ocenienia.

Niczym wprost wyjęte z opowiadań Borowskiego przedstawiają się rozważania Leviego o „wstydzie”, a mówiąc dokładniej – o poczuciu winy, jakie nieuchronnie pojawiało się w ocalonym („nie uczyniło się nic albo uczyniło się zbyt mało, żeby przeciwstawić się systemowi, który nas wchłonął”). To jeszcze jeden z paradoksów, od jakich roi się w literaturze Holocaustu. Niezwykle rzadko bowiem autentyczne wyrzuty sumienia poruszały umysł i zakłócały sen hitlerowskiego oprawcy. Zagadce hitlerowskiej duszy rodzima proza poświęca zresztą sporo uwagi. Czytamy o niej w noweli Zofii Nałkowskiej Profesor Spanner, opowiadaniach Borowskiego, Dościgniętym Jana Dobraczyńskiego, Rozmowach z katem Kazimierza Moczarskiego, Pasażerce Zofii Posmysz, w Niewinnych w Norymberdze Seweryny Szmaglewskiej, Trismusie Stanisława Grochowiaka, Tapczanie gestapowca Jana Józefa Szczepańskiego, Wywiadzie z Ballmayerem Kazimierza Brandysa, w zbiorze reportaży Co u pana słychać? Krzysztofa Kąkolewskiego. Formułowane w tych tekstach wnioski nie prowadzą do jednej przyczyny, która stoi u początku zbrodniczych działań hitlerowskich oprawców. Nie ma przecież ani jedynego, ani oczywistego klucza do psychiki nazistowskiego zbrodniarza. Co do Leviego, to – jak Hannah Arendt w słynnym sprawozdaniu z procesu Adolfa Eichmanna – przestrzega on przed demonizowaniem katów. Ludzie ci nie mieli w sobie nic demonicznego. Byli zaskakująco „normalni”, jak Rudolf Höss; oddani pracy, którą zamierzali wykonać możliwe najlepiej. Tak ich wychowano, w bezwzględnym posłuszeństwie i szacunku do rozkazu. Byli służbistami, którzy nie zadawali pytań i do końca ufali swoim przełożonym, nawet gdy ich rozkazy kolidowały z nakazami moralnymi.

Jak przekonuje autor Czy to jest człowiek, znalezienie satysfakcjonującej i ostatecznej odpowiedzi na pytanie: dlaczego to robiłeś?, jest poza naszymi zdolnościami poznawczymi. Dzieje się tak z dwóch powodów. Najpierw dlatego, że sam oprawca – niekiedy podświadomie – tłumi niechciane wspomnienia, dokonuje ich wyparcia, deformuje i sprowadza do takiej postaci, z którą może się utożsamić. To poniekąd naturalny odruch samousprawiedliwiania się. Proces ten wiedzie go do stanu, w którym nie umie już oddzielić prawdy od fałszu, nie potrafi dociec, jak wyglądały pierwotnie. Po drugie, pamięć ludzka jest mechanizmem niepewnym i zdradliwym. Nasze widzenie świata nigdy nie jest identyczne. Te same zdarzenia zarejestrowane w identycznych warunkach mogą zostać nieco odmiennie zapamiętane.

Jeszcze dwa tematy przykuwają moją uwagę jako czytelnika Pogrążonych i ocalonych. Pierwszym jest zagadnienie „zbędnej przemocy”. Wpisuje się ono w mającą obszerną literaturę przedmiotu dyskusję wokół racjonalności i irracjonalności Zagłady. Moje lektury i przemyślenia w tej materii każą mi uznać za swoje stanowisko reprezentowane przez Leviego. Zgodnie z nim Holocaust był jednocześnie racjonalny i irracjonalny. W niektórych elementach (na przykład wykorzystanie w maszynerii zbrodni techniki, czerpanie korzyści finansowych ze śmierci Żydów) Zagłada wykazywała zadziwiającą konsekwencję. Jednak także i w obrębie tej logiki można natrafić na postawy nielogiczne, kłócące się z prawami korzyści ekonomicznych i militarnych (wytrwale realizowana akcja eksterminacyjna często paraliżowała działania zbrojne na froncie, odciągając transporty kolejowe i siłę ludzką potrzebną do ich prowadzenia). Do zachowań irracjonalnych zalicza Levi niewytłumaczalne okrucieństwo, sadyzm, z jakim traktowano bezbronne kobiety, dzieci. Nie służył on zastraszeniu, nie był pokazem siły i terroru, który miałby utrzymać żelazną dyscyplinę w obozie. „Przemoc zbędną” chyba jeszcze lepiej widać było poza drutami, w podejściu esesmanów (ale też i żołnierzy Wehrmachtu) do Żydów. Wyrywanie i podpalanie bród, znęcanie się psychiczne nad ofiarami, robienie zdjęć z dręczonymi starcami, zmuszanie kobiet i mężczyzn do wykonywania czynności służących tylko poniżeniu – wszystko to nie miało na celu nic innego poza upodleniem ofiary. Przykłady tych i innych zachowań przytacza Daniel Goldhagen w Gorliwych katach Hitlera.

Zdecydowanym tonem przemawia Levi, gdy dotyka nieporozumień narosłych wokół problemów bierności więźniów w obozach koncentracyjnych. Być może to właśnie w tej dziedzinie najpełniej ujawnia się nieprzystawalność naszych wyobrażeń do tego, czym w istocie były i jak funkcjonowały lagry nazistowskie. Odpowiedź na często stawiane pytanie: dlaczego nie uciekaliście?, jest prosta. Niemal wszystko działało na niekorzyść ewentualnych śmiałków. Mimo iż ucieczki zdarzały się, to jednak były one zjawiskiem nader rzadkim. Na przeszkodzie stawały: brak ubrań cywilnych, ogolone głowy (zwłaszcza w wypadku kobiet musiały budzić zdziwienie u spotykanych ludzi), wycieńczenie fizyczne i psychiczne. Nie bez znaczenia była też świadomość, że za ucieczkę häftlinga karę poniosą członkowie jego komanda, sąsiedzi z pryczy. Nie należy również zapominać o innej doniosłej kwestii. Nawet gdyby powiódł się plan opuszczenia terenu ogrodzonego drutem kolczastym, ominięcia strażników, więzień nie miał żadnej gwarancji, że uzyska pomoc ze strony otoczenia. W wyjątkowej sytuacji znajdowali się Żydzi, za ukrywanie których na terenach okupowanej Polski groziła śmierć, a na Zachodzie – szykany i prześladowania.

Czysty, krystaliczny nurt eseistyki Leviego nic nie stracił ze swych literackich walorów. Dalej hipnotyzuje czytelnika. Hipnoza to przedziwna, bo przecież wyrastająca z pokładów przerażającego cierpienia i niespotykanej klęski człowieczeństwa. A mimo to potrafiącą zawładnąć całkowicie umysłem odbiorcy, sprawić, że poddaje się on magicznemu wpływowi tej prozy. Z czego to wynika? Nie tyle z sugestywności ukazywanych zdarzeń, nieodpartej logiki rozumu, co z bezpośredniości, bezpretensjonalności stylu i wywodu autora. Ten zaś bierze się z mądrości i mądrości służy.


Primo Levi, Pogrążeni i ocaleni, przeł. Stanisław Kasprzysiak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007, ss. 252

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata