70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

O zbawieniu „niewiernych” i pomyłkach Kościoła

Czy ludzie nie należący do Kościoła mogą dostąpić zbawienia?

Sądząc z badań socjologicznych, dla większości katolików i w Polsce, i na świecie odpowiedź jest oczywista: tak. Tę zdecydowaną, pozytywną odpowiedź można uzasadnić odwołując się do wielu wypowiedzi ostatniego Soboru oraz papieży epoki soborowej i posoborowej. Formułą „poza Kościołem nie ma zbawienia” posługują się już chyba tylko skrajni konserwatyści, stanowiący margines Kościoła Katolickiego. Po co zatem czytać dość grubą książkę podejmującą przebrzmiały, zdawało by się, problem?

Historia formuły „extra ecclesiam nulla salus” jest jednak nie tylko historią niezwykle ważnego problemu teologicznego – może ona także wywrócić do góry nogami nasz powszedni stosunek do Urzędu Nauczycielskiego Kościoła. Oto bowiem francuski teolog i historyk dogmatu, Bernard Sesboue SJ, jasno i precyzyjnie pokazuje, że dzisiejsza pozytywna odpowiedź na pytanie o zbawienie niechrześcijan (a nawet niekatolików) jawi się jako sprzeczna z nauczaniem wielu ojców Kościoła, orzeczeniami średniowiecznych soborów czy papieży. Augustyn, gigant myśli chrześcijańskiej, nie wzdragał się przed stwierdzeniem, że nawet ci, którzy nie znają Ewangelii bez swojej winy, idą na zatracenie. A cóż powiedzieć o uroczystych orzeczeniach papieża Bonifacego lub Soboru Florenckiego, które stwierdzają, że posłuszeństwo biskupowi rzymskiemu konieczne jest do zbawienia (Bonifacy) i że „nikt – jakichkolwiek by jałmużn nie udzielał, nawet gdyby dla imienia Chrystusa przelał swą krew – nie może być zbawiony, jeśli nie pozostaje w łonie Kościoła katolickiego i w jedności z nim” (Sobór Florencki).

A zagadnienie zbawienia poza Kościołem bynajmniej nie jest błahe – należy do samego centrum wiary chrześcijańskiej, zbiegają się w nim bowiem kluczowe tematy: natury Bożego dzieła zbawienia, relacji Chrystusa i Kościoła, istoty samego aktu wiary; każde z rozstrzygnięć w rozważanej kwestii niesie ze sobą inny obraz Boga i inne spojrzenie na fundamenty ludzkiej kondycji. Jak jest zatem możliwe, że w tak ważkiej kwestii wypowiedzi Urzędu Nauczycielskiego zdają się sobie przeczyć (lub po prostu – przeczą)? Czy – jak twierdzą niektórzy tradycjonaliści – Kościół w czasie Vaticanum II i po nim odszedł od prawdziwej wiary ojców? A może trzeba postawić pytanie: jak to możliwe, że przez wiele wieków najznamienitsi myśliciele chrześcijańscy, papieże i sobory ośmielali się tak zdecydowanie posyłać w imieniu Boga w otchłań piekła miliony dobrych ludzi tylko za to, że nie uwierzyli w przesłanie Kościoła i nie wstąpili do niego – czasami w ogóle nie wiedząc o istnieniu chrześcijaństwa, czasami spotykając je w osobach krwawych konkwistadorów, a z reguły będąc wychowani w jakiejś innej tradycji religijnej, jako najlepszej lub jedynie prawdziwej? Jak możliwe, że przez tak długi czas Kościół oficjalnie głosił tak potworny obraz Boga, jak możliwe, że dopiero w XX wieku dotarło do chrześcijan przesłanie o Bogu, który kocha wszystkie swoje dzieci?

Upraszczam oczywiście, ale ten uproszczony obraz staje przed oczami każdego, kto pobieżnie przeczyta odpowiednie, przywoływane wyżej, kościelne dokumenty. Aby uniknąć uproszczeń potrzebna jest praca dobrego historyka – jakim jest np. Bernard Sesboue – który by poddał teksty analizie, naświetlił kontekst ich powstania: mentalność epoki, ukryte założenia czy konkretne problemy, z którymi borykali się autorzy, wyjaśnił rzeczywisty sens wypowiedzi, który może odbiegać od znaczenia, które nam dziś się niemal naturalnie narzuca przy lekturze.

Trudno w tym miejscu streszczać historyczne analizy Sesbouego. Choć warto powiedzieć, że autor ten pokazuje, iż – pomimo jawnych sprzeczności występujących pomiędzy dokumentami Kościoła na poziomie językowym – da się zauważyć pewną głębsza ciągłość wiary, leżącej u podstaw tych, jakże różnych wypowiedzi. Tym niemniej problem zmiany nauczania, a nawet głębszej postawy, pozostaje – i Sesboue uczciwie to przyznaje. Choć z perspektywy czasu, w wyniku uważnych badań historycznych i teologicznej interpretacji możemy stwierdzić, że wiara ojców Soboru Florenckiego jest tą samą wiarą, co wiara ojców Vaticanum II, pewien problem pozostaje: Ci pierwsi wyrażali swoją wiarę w słowach sprzecznych ze słowami wyrażającymi wiarę tych drugich. Słowa zaś, głosi Kościół, nie są bez znaczenia, ważne jest, czasami nawet bardzo, jakimi słowami wyrażamy swoją wiarę – stąd żmudne dopracowywanie tekstów Credo, stąd liczne orzeczenia i definicje dogmatyczne. Co zatem zrobić ze zmianami nauczania, które łatwo zauważy każdy, kto zbada historię chrześcijaństwa (note bene: zmiana taka nie dotyczy tylko kwestii zbawienia niechrześcijan)? Pytanie nie jest tylko historyczne. Dotyczy żywotnych kwestii naszej dzisiejszej wiary: skoro nauczanie magiterium ecclesiae zmieniało się po wielokroć w historii, jak mamy odnosić się do jego współczesnej postaci: Mimo wszystko absolutnie akceptować? Podchodzić z dystansem i swobodą, jako do czegoś zawsze prowizorycznego? A może jeszcze inaczej?

Ostatnie rozdziały swojej książki francuski teolog poświęca właśnie na próbę już nie historycznej, lecz teologicznej odpowiedzi na powyższe pytania. Wydaje się nawet, że właśnie to zagadnienie – statusu wypowiedzi magisterium, jest zasadniczym problemem jego książki. Historia formuły „extra ecclesiam nulla salus” stanowi tylko pretekst, ilustrację problemu.

Teologiczną część swojej książki Sesboue rozpoczyna od naszkicowania własnej odpowiedzi na problem, który dzisiaj – po tym jak ostatni Sobór jasno wyraził wiarę w możliwość dostąpienia zbawienia przez niechrześcijan – zajmuje miejsce debaty nad zdaniem „extra ecclesiam nulla salus”. Jak wynika z analiz historycznych, wszystkie strony sporu o możliwość zbawienia poza Kościołem, przyjmowały jako oczywistość wiarę w jedyne pośrednictwo zbawcze Jezusa Chrystusa. Różnili się jedynie, co do tego, jak szeroki jest zasięg skutecznego oddziaływania tego pośrednictwa. Oto jednak obecnie kwestionuje się zasadność, a nawet sensowność wiary w jedyność i powszechność zbawczą tego oto konkretnego człowieka: Jezusa Chrystusa. Krytyków tradycyjnego chrześcijańskiego stanowiska określa się najczęściej mianem pluralistów religijnych, jako że bronią poglądu, iż każda z wielu religii stanowi zupełnie autonomiczną drogę zbawczą dla swoich wyznawców.

Dyskusja na temat pluralizmu religijnego toczy się dziś z wielką intensywnością. Sesboue przytacza kilka ważnych pozycji książkowych na ten temat – choć trzeba przyznać, że wiele bardzo ważnych nazwisk pomija milczeniem (ogranicza się zasadniczo do teologii „romańskiej”, podczas gdy główny nurt debaty toczy się w świecie anglojęzycznym). Własne uwagi Sesbouego, zawarte w analizowanej tu książce, na temat jedyności zbawczej Jezusa Chrystusa są miejscami bardzo ciekawe i mogą być inspirujące w dyskusji z pluralistyczną teologią religii. Trudno jednak potraktować je jako w pełni dopracowany głos w debacie. Mają one jednak duże znaczenie, jako podstawa propozycji, dotyczącej innego zagadnienia – kwestii (nie)zmienności nauczania Kościoła oraz hermeneutyki wypowiedzi magisterium ecclesiae.

Sesboue zauważa, że pluralistyczna krytyka jedyności Jezusa opiera się na negacji możliwości pełnego wcielenia się Absolutu w historię. Sam broni takiej możliwości, uznając wcielenie, kenozę Słowa Bożego za podstawę chrześcijaństwa. Wskazuje przy tym, że „kenoza obejmuje też jednak i to, że absolutne objawienie Boga przechodzi przez świat ludzkich wyobrażeń, wpisanych w kulturową przygodność czasu i miejsca” (s. 322). Fakt ten ma kapitalne znaczenie dla kwestii interpretacji zapisu objawienia – Biblii, ale także, co podkreśla Sesboue, wypowiedzi Urzędu Nauczycielskiego Kościoła.

Sesboue przypomina, że gdy chodzi o interpretację Pisma, Kościół już od dawna ma jasną świadomość ludzkich, historyczno-kulturowych uwarunkowań tekstów natchnionych, akceptuje zatem zastosowanie rozmaitych reguł hermeneutycznych, które uwzględniają owe uwarunkowania. Nasz autor przywołuje dokument Papieskiej Komisji Biblijnej o interpretacji Biblii w Kościele, który zdecydowanie i całkowicie krytykuje tylko jeden rodzaj lektury Pisma: lekturę fundamentalistyczną, która nie przyjmuje do wiadomości ograniczeń autorów natchnionych, a za właściwy sens ich dzieł uznaje znaczenie literalne. Sesboue zauważa też, że o ile hermeneutyka biblijna jest w Kościele szeroko akceptowana, to hermeneutyka wypowiedzi magisterium jest praktycznie nieobecna, w tej dziedzinie panuje raczej lektura fundamentalistyczna. Dlatego francuski historyk dogmatu/teolog proponuje, by przy analizie wypowiedzi magisterialnych wzorować się na zasadach hermeneutyki biblijnej. Jest to droga bardzo obiecująca – co pokazuje analizowana tu książka. (Warto jednak w tym miejscu nadmienić, że identyczny postulat wysunął 30 lat temu Karl Rahner. Zastanowić powinno, że dziś trzeba powtarzać postulat Rahnera…).

Szczegółowe rozważania Sesbouego, mające na celu usprawiedliwić zasadność stosowania metod stosowanych przy interpretacji Pisma w próbach zrozumienia nauczania magisterium są przekonujące. Oczywiście, Sesboue jest świadom wielu różnić pomiędzy Biblią a dyskursem magisterium – różnic, które stawiają zadanie pewnego przystosowania zasad egzegezy i hermeneutyki biblijnej do nowego pola badań. Francuski teolog podejmuje i to zadanie, wywiązując się z niego bardzo dobrze. Na końcowych kartach książki otrzymujemy zwięzłe, lecz treściwe kompendium metodyczne pozwalające na konkretne postępowanie interpretacyjne wobec wypowiedzi magisterium (dobrym przykładem takiego postępowania jest zresztą historyczna część omawianej tu książki).

Kilka ważnych problemów pozostaje jednak niezauważonych, bądź ledwie powierzchownie naszkicowanych. Chciałbym niżej zwrócić na nie uwagę.

Zasady interpretacyjne podane przez Sesbouego pozwalają odkryć właściwie zrozumieć teksty z przeszłości , że „wiara Kościoła przebywała drogę w prawdzie, nawet jeśli ta prawda przez długi czas była postrzegana w sposób niezręczny, niepełny, a nawet z pewną przygodnością danych, które późniejsza analiza historyczna uznaje za punkty błędne i postawy niedostatecznie ewangeliczne” (s. 335). Sesboue pomija jednak milczeniem, że owe dane, które wpływały na historyczne sformułowanie doktrynalne nie zawsze miały charakter pozateologiczny, często dotyczyły elementów (i to, bywało, ważnych) objawienia. Nasz autor jest przekonany, że „formuła florencka zawiera element prawdy, który trzeba starannie wydobyć spod grubej otoczki” (s.111). Ów element prawdy to jedyność zbawcza Chrystusa i istotna rola, jaką w urzeczywistnianiu się chrystusowego dzieła zbawienia w świecie, pełni Kościół. Jednak do „grubej otoczki”, która sprawiła, że ów element prawdy wyrażono za pomocą zdania, które – w swoim dosłownym brzmieniu – lepiej jest odrzucić, należą tak istotne kwestie teologiczne jak zagadnienie związku Kościoła z tymi, którzy formalnie do niego nie należą czy kwestia podmiotowych i społecznych uwarunkowań aktu wiary. Analizy historyczno-hermeneutyczne Sesbouego pokazują bowiem, że za średniowieczne sformułowania odpowiada w dużej mierze błędna eklezjologia, utożsamiająca Kościół z instytucją podległą papieżowi oraz przekonanie, że Ewangelia została już w wystarczającym stopniu ogłoszona całemu światu, tak więc ci, którzy jej nie przyjmują i pozostają poza Kościołem ponoszą za to ciężką, osobistą winę. Jak dowodzi Sesboue to drugie przekonanie zaczęło dominować w kościelnej mentalności z chwilą uznania chrześcijaństwa za religię państwową Cesarstwa. Dopiero w XVI wieku teologowie zaczęli sobie uświadamiać, że nie wystarczy, iż ktoś dowie się o istnieniu Kościoła, a nawet pozna zręby jego nauczania, by stwierdzić, że Ewangelia została mu ogłoszona. Dopiero wówczas zaczęto sobie uświadamiać, że orędzie Kościoła musi być przekazywane w sposób wiarygodny, zaś wiarygodność ta zależy od wielu czynników podmiotowych i społecznych. Można zatem powiedzieć, że przez wiele wieków przeważająca część Kościoła (w tym jego magisterium) błądziła odnośnie tego, w jakich warunkach człowiek może dokonać świadomego i wolnego aktu wiary, co pociągało za sobą błąd w kwestii, na czym polega właściwe spełnianie misyjnego nakazu Chrystusa (co ze swej strony prowadziło do wielu niewłaściwych praktyk w głoszeniu Ewangelii światu).

Zastosowanie zasad hermeneutycznych proponowanych przez Sesbouego pozwala zrozumieć intencję wiary wcześniejszych pokoleń chrześcijan, wydobyć elementy prawdy zawarte w niezręcznych, mętnych lub po prostu błędnych wyrażeniach, a więc odkrycie pewnej jedności w wierze. Dokonuje się to jednak za cenę uznania zmiany przekonań magisterium Kościoła (a więc błędu w jakimś momencie) w innej, czasami równie istotnej, kwestii teologicznej.

Sesboue jest bardzo niezdecydowany w ocenie możliwości zaistnienia błędnych orzeczeń magisterium. Czasami zdaje się mówić o takich błędach, innym jednak razem przeprowadza niezbyt jasne rozumowania, które ma dowieść istnienia pomiędzy prawdą a błędem „całej przestrzeni języka, który umie autentycznie wyrazić prawdę, ale zawsze w sposób ograniczony i niedoskonały”. Pozwoliłyby mu to nie mówić o błędach magisterium, lecz tylko o niedoskonałościach. Chce przy tym uniknąć krytykowanego przez współczesne magisterium „budzącego słuszne obawy stanowiska, zgodnie z którym formuły dogmatyczne miałyby ujmować prawdę tylko ‘w sposób nieokreślony, zmienny lub przybliżony’ czy też przekształcając ją lub deformując” (s.403).

W powyższej przywoływanych rozważaniach Sesbouego ujawnia się kolejna słabość jego propozycji. O ile autor ten przekonująco dowodzi, dlaczego należy traktować wypowiedzi magisterium podobnie jak każde inne ludzkie wypowiedzi formułowane w historii oraz co wynika z uznania takiego historycznego charakteru formuł doktrynalnych, to o wiele słabiej pokazuje na czym polega specyficzny, religijny, charakter tych wypowiedzi. Wypowiedzi religijne odnoszą się do rzeczywistości Transcendentnej wobec rzeczywistości skończonej. Jak zauważa Sesboue: „Objawienie pozostaje transcendentne w stosunku do wszystkich swoich wyrazów, nawet biblijnych” (s.322). Problem polega więc na tym, że oprócz relatywności wynikającej z uwarunkowań historycznych, istnieje drugi wymiar relatywności wypowiedzi tak Pisma, jak i magisterium, relatywności wynikającej z charakteru przedmiotu tych wypowiedzi. Metodologiczna propozycja Sesbouego mówi jednak bardzo niewiele (a właściwie nic konkretnego) o tym, jak ten drugi rodzaj relatywności wpływa na interpretację dyskursu chrześcijańskiego. Sesboue przyjmuje za dobrą monetę koncepcję analogiczności języka teologicznego, propagowaną przez Międzynarodową Komisję Teologiczną – a przecież można wysunąć wobec niej bardzo poważne zarzuty. Rozważając kwestię prawdziwości wypowiedzi magisterium Sesboue postępuje tak, jakby odpowiedź na pytanie, na czym polega prawdziwość zdań teologicznych, była oczywista. A oczywista nie jest: Większość teologów (i samo magisterium) wydaje się zakładać klasyczną koncepcję prawdy, zgodnie z którą, prawdziwość polega na adekwatności (aedequatio) myśli (wyrażonej w języku) i rzeczywistości. Na czym ma jednak polegać owa adekwatność, jeśli – jak poucza Sobór Latrański IV – za każdym razem, gdy stwierdzamy coś o Bogu, Jego niepodobieństwo do tego, co o Nim mówimy, jest większe niż podobieństwo? Pytania można mnożyć – jednak w tekście książki Sesbouego nie ma po nich śladu.

Być może brak jasnej świadomości tego problemu spowodował, iż Sesboue nie stawia jeszcze jednego ważnego pytania, które można postawić na podstawie jego analiz historycznych. Jest to pytanie o właściwy sposób samego funkcjonowania magisterium Sesboue stwierdza mianowicie, że najgorszą możliwą lekturą Pisma i, per analogiam, magisterium jest lektura fundamentalistyczna. Zauważa też, że w lekturze magisterium fundamentalizm taki dominuje. Spostrzega przy tym, że fundamentalizm ten bierze się w dużej mierze „z prawnego i formalnie normatywnego nauczania magisterium” (s.379), tj. z dominującego w dyskursie magisterialnym rodzaju literackiego. Nasuwa się tu jednak pytanie: dlaczego w Biblii ów rodzaj literacki występuje w tak szczątkowych ilościach? Może jest on niezbyt odpowiedni do wyrażania Bożego objawienia? Może język religijny nie powinien zostać zdominowany przez teksty o ambicjach prawniczych? Może zatem tendencja, by wypowiedzi najważniejsze dla wiary wspólnoty formułować właśnie w ten sposób, jest podstawowym błędem magisterium Kościoła?

Pytania powyższe – błędy czy niedoskonałości w nauczaniu magisterium? jaka jest natura prawdy w przypadku języka teologicznego? czy prawno-autorytatywny rodzaj literacki najważniejszych wypowiedzi magisterium odpowiada naturze tego języka? – pozostawiam otwarte. Omawiana tu książka Bernarda Sesbouego stanowi doskonałą punkt wyjścia w próbach odnalezienia na nie odpowiedzi.


Bernard Sesboue, Poza Kościołem nie ma zbawienia. Historia formuły i problemy interpretacyjne, tłum. A. Kuryś, W drodze, Poznań 2007

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata