70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Mój przyjaciel Goślicki

Był dzieckiem Gombrowicza. I bliskim krewnym Franza Fischera. „Zdejm twarz, pokaż maskę” – mówił. „Nie ja to wymyśliłem, ale mógłbym”.

Miał rację. Prawie zawsze miał rację, ale swoje racje wygłaszał w sposób tak arogancki i złośliwy, że najczęściej były nie do przyjęcia. W dodatku grasejował i stroił miny. Najchętniej wyrażał się za pomocą paradoksów. Pióro miał znakomite, ale pisał całkowicie niezrozumiale. Posiadał ogromną wiedzę, był oczytany we wszystkim, przeuczony. Znaliśmy się pięćdziesiąt lat; za naszej wspólnej młodości znajomi nazywali go Rudą Zarazą. Mało przystojny, miał niezwykłe powodzenie u kobiet. Był także mistrzem przyjaźni; jak to robił, nie zgłębiłam do tej pory, bo wszystkich swoich przyjaciół i znajomych permanentnie obrażał. Wyrażał się o wszystkich źle; w oczy i poza oczami. Jedyną osobą, o której niezmiennie mówił dobrze – przynajmniej w mojej obecności – była moja Matka. Jestem mu za to bardzo, coraz bardziej, wdzięczna.

Nasze rozstania trwały długo. Janusz wyjechał do Szwajcarii z początkiem lat 60., ja z końcem – do Danii. Ożenił się ze Szwajcarką, ładną i miłą Elizabeth. Doktoryzował się na uniwersytecie w Zurychu. Jako temat pracy doktorskiej wybrał twórczość Stanisława Brzozowskiego do roku 1906. Potem pracował jakiś czas w branży reklamowej, po czym wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie wykładał gościnnie na Columbia University.

Po zawaleniu się berlińskiego muru spotkaliśmy się w Krakowie. Pisaliśmy do siebie listy; jego były jedyne w swoim rodzaju; ostre, dowcipne, depresyjno-surrealistyczne. Czasem rozmawialiśmy przez telefon. Janusz rozwiódł się z Elizabeth i ponownie ożenił, również ze Szwajcarką, Anią, utalentowaną plastyczką. Listy do mnie tytułował: Nieszczęsna, Nieszczęsna Dwojro albo czule: Moje ty głupiątko. Kiedy wyszłam za mąż za nie-Polaka i nie-Żyda, zacytował mi w liście Witkacego: „Wszystkie suki zborsuczone”. Przełknęłam i to.

Znałam jego rodziców. W mieszkaniu na Żuławskiego na drzwiach wejściowych wisiał krzyż. W środku królowały święte obrazy. Ale Janusz był Żydem, bardzo świadomym swojego żydostwa, i w wieczór wigilijny uciekał z domu; przychodził do nas, do mojej Matki i do mnie, gdzie – oczywiście – również była Wigilia i choinka, jak w prawie każdym żydowskim domu w Krakowie.

Mógł być wszystkim. Czego się chwytał, szło mu łatwo. Przetłumaczył Teorię powieści György Lukácsa, pisywał kryminały dla polskiej telewizji, artykuły do „Dekady Literackiej”, napisał wspaniałą przedmowę do polskiego wydania Krwi nieba Piotra Rawicza, dokonał najlepszego ze znanych mi przekładów Fugi śmierci Paula Celana. Miał piękne ręce o długich, szczupłych palcach i absolutny słuch. Znał się świetnie na muzyce i chyba nie został pianistą tylko na złość swojej matce, która uczyła gry na fortepianie w krakowskim konserwatorium.

Był krańcowo sprawiedliwy i krańcowo niesprawiedliwy. Umysł miał analityczny, ale skłonny do pochopnych syntez; dzielił włos na czworo i składał go w pięść. W niesłychanym tempie. Gdyby urodził się sto lat wcześniej, byłby prawdopodobnie dzieckiem talmudycznym. Widziałam kiedyś takie zdjęcie: czteroletni pejsaty chłopczyk stoi na katedrze i interpretuje Talmud. Zasłuchana publiczność składa się ze starych, uczonych Żydów. Ale Janusz urodził się na krótko przed wojną w Krakowie i nazywał się nie Goślicki, lecz Amścisławski. Podczas wojny ukrywał się z rodzicami na Wąskiej na Kazimierzu.

Na tym samym Kazimierzu, dziś zamienionym w żydowski Disneyland, spotykaliśmy się, kiedy bywałam w Krakowie; siedzieliśmy w „Alefie” i jedli pieczoną gęś z kaszą. Zdumiewające, że nic nie wiedziałam o jego wojennej historii. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy; były sprawy, które rozumiało się samo przez się: dwoje Żydów urodzonych tuż przed wojną, wiadomo – każdy swoje przeszedł. Dopiero ostatniego lata, a raczej wczesną jesienią, kiedy przyjechałam na obchody związane z 50. rocznicą rozpoczęcia polonistycznych studiów, zaczął o tym mówić. Janusz studiował o rok wyżej, ale uczestniczył w naszych spotkaniach; na inauguracyjnym wykładzie prof. Henryka Markiewicza siedział koło swej koleżanki z roku, prof. Marty Wyki. Z Paryża przyjechały nasze wspólne przyjaciółki, Hania i Monika. Przez te ostatnie dni miał koło siebie niegdysiejsze dziewczyny, dziś niemal sędziwe matrony. Spotykaliśmy się codziennie, był już bardzo chory – serce i cukrzyca – popijaliśmy, jedliśmy. Janusz mówił. I mówił. I mówił. Jednego wieczoru spędziłam z nim w „Alefie” pięć godzin. Hania i Monika zapytały mnie następnego dnia, jak to wytrzymałam. Powiedziałam zgodnie z prawdą: Janusz mówił przez pierwsze trzy godziny, a potem rozmawialiśmy. Pamiętam, mówiliśmy o Racheli Verhagen, też przechrzcie, jak my. Byłam dumna z siebie, że coś niecoś o niej wiedziałam, a błysk zdumienia i aprobaty w oczach Janusza uszczęśliwił mnie. Rozmowy w „Alefie” przerywane były osobliwymi seansami: Janusz-ekshibicjonista wbijał sobie publicznie strzykawkę z insuliną w brzuch. Przez koszulę! Ale mnie już nic u niego nie dziwiło i nie szokowało.

Tego wieczoru mówił o sobie i o Kazimierzu. Po raz pierwszy, na krótko przed śmiercią, ziemia rozstępowała się pod nim w tym miejscu. „-Dlaczego nigdy wcześniej o tym nie mówiłeś?”- spytałam. Odpowiedział: „-Bo ja tego nigdy wcześniej tak nie odczuwałem”.

Nie spełnił się. Nie napisał wspaniałych książek, które mógł był napisać i na które wielu z nas czekało.

Nie wiem, czy sam nad tym bolał. Nie sadzę.

Kochałam go z całego serca, choć jak nikt potrafił doprowadzać mnie do wściekłości. Mam mu także do zawdzięczenia śmiech. Z nikim nie śmiałam się tak szczerze i tak często.

Straciłam jednego z moich ostatnich żydowskich przyjaciół. Straciłam część Krakowa.

Został pochowany na nowym cmentarzu żydowskim na Miodowej.

Do widzenia, Przyjacielu. Nigdy Cię nie zapomnę.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata