Rytm dnia mademoiselle de Lespinasse był ściśle ustalony. Poranek to czas toalety, lektur, odpowiedzi na korespondencje. Później spotkania z najbliższymi przyjaciółmi, którzy chcieli z nią porozmawiać w cztery oczy. Obiad u madame Geoffrin dwa razy w tygodniu, w inne dni: hrabiowie, ministrowie, damy z towarzystwa. Wczesne popołudnie to czas wizyt. Wreszcie: od piątej po południu do dziewiątej wieczorem – codziennie przez 12 lat! – przyjmowanie gości w domowym salonie. To godziny najwyższej koncentracji, gdy jako gospodyni nie wolno jej było okazać roztargnienia. Korespondowała wszak z Wolterem i carycą Katarzyną II, stale bywali u niej Condillac i Turgot; z tą samą lekkością należało mówić o filozofii i polityce, sztuce i literaturze. Oczarowywała gości, ale przede wszystkim prowadziła rozmowę tak, żeby ukazać ich najmocniejsze strony, aby ci mogli błyszczeć i cieszyć się sobą nawzajem. Dzień nie kończył się jednak wraz z wyjściem ostatnich zaproszonych. Często wybierała się jeszcze do opery bądź znajomi i przyjaciele wysyłali po nią karetę, by spędziła z nimi także resztę wieczoru.

Czytając o tej tytance życia towarzyskiego, która dzień w dzień, przez lata, niezależnie od samopoczucia, odprawiała swoją „wielkoświatową pańszczyznę”, widziałem w niej rodzaj świętej, osoby opętanej pewnym ideałem życia, któremu oddaje się z absolutnym poświęceniem. I jakkolwiek tak wiele nas od mademoiselle de Lespinasse dzieli – w końcu należała do próżniaczej klasy doby ancien régime’u, która miała przywilej spędzenia życia na gadaniu – to nie mogłem uwolnić się od myśli, że ten ideał towarzyskości wciąż w pewnym stopniu może rezonować. A przynajmniej w wielu z nas tli się tęsknota za rozmową ciekawą i fascynującą, za obcowaniem z ludźmi, w którym są lekkość, swoboda, błyskotliwość.

Towarzyska utopia

Benedetta Craveri w książce Złoty wiek konwersacji poświęconej XVII- i XVIII-wiecznym salonom francuskim, z której pochodzi historia mademoiselle de Lespinasse, była całkowicie świadoma, że stawia przed oczami czytelników pewien – potencjalnie aktualny – wzorzec dobrego życia. Jak Michel Foucault piszący o antycznej „trosce o siebie”, Pierre Hadot widzący w filozofii „ćwiczenie duchowe”, Leszek Kołakowski prezentujący XVII-wiecznych nonkonformistów religijnych, tak też Craveri uprawia historię idei, która nie kryje się z tym, że może wpływać na naszą postawę tu i teraz. Jak pisze we wstępie: „Książka opowiada historię pewnego ideału (…). Ideału towarzyskiego spod znaku elegancji i uprzejmości, który przeciwstawiał logice siły i okrucieństwa instynktów sztukę przebywania razem, opartą na intelektualnym uroku i wzajemnej satysfakcji (…). Istnieje (…) być może głębsza i sekretna racja, która sprawiła, że podjęłam się badań nad odległą historią mającą posmak legendy: jest nią świadomość faktu, że mimo nieskończonego dystansu dzielącego nas od tamtego nieistniejącego już świata nigdy nie przestał on nas fascynować. (…) Tym, co dzisiaj podziwiamy i czego żałujemy (…), jest najbardziej reprezentatywna rozrywka tamtego towarzystwa: sztuka konwersacji” (tłum. J. Ugniewska, K. Żaboklicki).

Craveri opisuje więc kobiety i mężczyzn, którzy gdzieś od połowy XVII w. spotykali się regularnie w salonach towarzyskich, tworząc przestrzeń spotkań arystokracji, zamożnego mieszczaństwa, artystów, wysoko postawionych duchownych i les philosophes. Wiodącą rolę odgrywały w nich kobiety, które były często gospodyniami salonów i określały reguły towarzyskiej gry. Włoska historyczka dostrzega w tych miejscach poszukiwanie utopii, przestrzeni delikatności wobec brutalności życia, względnej równości w świecie hierarchii, kultywowania przyjemności bycia z innymi.

O czym rozmawiano? Początkowo salony były programowo wolne od dyskusji o drażliwych kwestiach polityki i religii, z czasem stały się też – ze względu na nieobecność parlamentu w monarchii absolutnej – miejscem rozmów o sprawach państwowych, urabiania opinii, a zarazem rozpowszechnienia idei Oświecenia (jak w salonie barona d’Holbacha). Lecz dobrą rozmowę miała cechować swoboda przechodzenia od spraw codziennych do istotnych: od zabawnych historii, anegdot, improwizowanych wierszy po literaturę, sztukę, psychologię, moralność. W odpowiedzi np. na pytanie, czy możliwa jest przyjaźń między mężczyzną a kobietą, można było popisać się swoją psychologiczną wnikliwością i znajomością stosunków światowych.

W gruncie rzeczy nie liczyły się jednak tematy, lecz pewien sposób bycia. Doczekał się on własnego słownika. Dobry towarzysz rozmowy to ten, który odznaczał się odpowiednio: l’honnêteté (pojęcie etyczno-estetyczne plasujące się gdzieś między uczciwością a galanterią), esprit (duchowość, błyskotliwość, inteligencja), politesse (grzeczność) i bienséances (dobre maniery) oraz l’enjouement (wesołość i ożywienie). Jeśli miał się pojawić wykład o sprawach nauki i filozofii, to opowiedziany żywo i ciekawie, bez nauczycielskiej ględźby.

Zresztą – jak zauważył jeden z uczestników salonów – poddanie swoich pomysłów pod dyskusję to swoista inwestycja.

Zwykle bowiem wyrażamy myśl niekompletną, sformułowaną intuicyjnie, a w konwersacji, dzięki wielości głosów, nabiera ona jasności i precyzji. Dyskusja, mówiąc po sokratejsku, ma funkcję majeutyczną: ale to my sami się z niej uczymy. Dobry rozmówca swoimi pytaniami pozwoli nam lepiej zrozumieć, co sami mamy na myśli.

Rozmowa w salonie miała stanowić pewną grę, niosła w sobie posmak erotyczny, chodziło o wzajemne uwodzenie się słowem. A ten, kto ją prowadził, miał być zarazem dyrygentem pozwalającym wybrzmieć różnym głosom. Madame Geoffrin potrafiła uczynić interesującym nawet abbé de Saint­-Pierre’a, który – jak przyznają zgodnie współcześni – bywał nudziarzem. Gdy na odchodne powiedziała mu: „Wielebny znakomicie dziś konwersował”, odpowiedział jej zgodnie z prawdą: „Pani – byłem po prostu instrumentem, na którym umiała pani zagrać”.

Stulecie rozmowy

Wiek XVIII to czas wielkiego odkrycia konwersacji. Pisała o tym nie tylko Craveri, lecz także Jürgen Habermas. W Strukturalnych przeobrażeniach sfery publicznej zwraca on uwagę na nową infrastrukturę towarzyską – chodzi nie tylko o francuskie salony, ale także o angielskie kawiarnie, które mnożą się wraz z rozpowszechnieniem się w Europie kawy, herbaty i czekolady. Na początku XVIII stulecia w samym Londynie jest blisko 3 tys. coffee houses, gdzie po zapłacie jednego pensa za wejście, można było kupić gorący napój i również przeczytać – kolejna nowość – gazetę oraz przysłuchać się gentlemanom dyskutującym o sprawach publicznych. Kawiarnie określano mianem The Penny Universities, uniwersytetów za jednego pensa. Do tego dochodzą niemieckie Tischgesellschaften, regularne spotkania dyskusyjne czy kluby i tajne stowarzyszenia (choćby wolnomularze). Dla Habermasa ta sieć dyskusyjna wytwarza coś, co nazywa „obywatelską sferą publiczną” – z nowym zjawiskiem, jakim jest głos opinii publicznej, coraz bardziej muszą się liczyć monarchowie i ich ministrowie.

Oczywiście sama rozmowa to nie wynalazek Oświecenia. Jak zauważa amerykański eseista Stephen Miller w książce Conversation. A History of Declining Art, do dziś przetrwały spisane dialogi z kultury babilońskiej, w Biblii Hiob musi wysłuchiwać przemów swoich przyjaciół, nie wspominając już nawet o najbardziej znanych dialogach Platońskich. O ile forma rozmowy, często nauczyciela i ucznia, to przyjęty od wieków sposób przekazywania wiedzy, o tyle nacisk na konwersację jako element sztuki życia, jedna z życiowych przyjemności, wymagająca finezji i błyskotliwości, której zarazem przypisuje się istotne społeczno-polityczne znaczenie, to rzeczywiście zjawisko, które osiąga swoją pełnię w dojrzałej nowożytności.

Rozkwit towarzyskich dyskusji wpisać można bowiem w opisywany przez Norberta Eliasa „proces cywilizacji”.

Nowożytność przynosi „przemianę wojowników w dworzan” – rycerstwa w nadworną szlachtę, której atrybutem ma być często już nie siła oręża, ale siła wymowności.

Jeśli szlachcic nie wyróżnia się zdolnościami bojowymi, to dla zachowania swojej pozycji musiał znaleźć nową dystynkcję, źródło prestiżu: były nią dobre maniery. Elias opisuje szczegółowo, jak subtelnieją formy obyczajowości: w zakresie zachowania się przy posiłku i posługiwania się sztućcami, wycierania nosa, realizowania potrzeb fizjologicznych etc. W traktacie na temat dobrych manier z początku XVI w. autorstwa Erazma z Rotterdamu zakłada się np., że biesiadnicy przy stole mogą jeść zupę wspólną łyżką i pić z jednego dzbanka; doradza się im, by gdy plują, starli plwocinę z podłogi butem, by nie zaciskali pośladków i swobodnie puszczali wiatry, bo to dobre dla zdrowia. Trzeba przypominać odbiorcom, że: „Dobrą jest rzeczą, jeśli od czasu do czasu przerywa posiłek rozmowa. Niektórzy jedzą i piją bez ustanku (…). Muszą drapać się po głowie albo dłubać w zębach, albo gestykulować rękami, albo bawić się nożem, albo też kasłać, wycierać nos i spluwać. Wszystko to w gruncie rzeczy bierze się z zakłopotania właściwego prostakowi” (tłum. T. Zabłudowski). Dwa stulecia później rekomendacje z zakresu savoir-vivre’u są bardziej złożone – trzeba posługiwać się sztućcami i serwetką, a sprawy wielu funkcji fizjologicznych – jako oczywiste – wzmiankuje się jedynie mimochodem.

Odpowiednie wymagania stawia się także samej sztuce rozmowy – tak poruszanym tematom, jak i wytwornemu językowi. Elias ukazuje na wielu przykładach, jak francuskie warstwy wyższe rozpoznają się po sposobie wypowiedzi, w którym unika się trywialnych wyrażeń gminnych, ale też np. słów trącących łaciną i greką sugerujących uczoną pedanterię. Elita przypisuje sobie „subtelne wyczucie” języka i stara się nadawać ton temu, jak mówić się powinno. Również wymowa poszczególnych słów pełni funkcję szyboletu, po którym poznaje się, kto należy do „naszego kręgu”. Gdy arystokracja podupada finansowo, stara się kultywować poczucie własnej wyjątkowości przynajmniej na gruncie kultury i sposobu bycia, eksponując językowy snobizm. Dodatkowo mowa staje się narzędziem polityki – dwór to w końcu przestrzeń, gdzie liczą się refleks w dyskusji, subtelna ironia, zakulisowa plotka.

„Proces cywilizacji” widać tak­­że w opisywanych przez Craveri salonach. Pierwszy salon madame de Rambouillet zapoczątkowany w 1618 r. nie przypominał jeszcze późniejszych oświeceniowych dysput godnych zebrań Akademii Francuskiej. Zebranych bawić miały nie tylko rozmowy, lecz także szczególne niespodzianki. Wprowadzano więc na salę tresowanego niedźwiedzia jako honorowego gościa albo ukradkiem zwężano ubranie jednego z biesiadników, aby przekonać go, że… podczas posiłku monstrualnie opuchł.

Rytuał kontra język serca

XVIII-wieczna konwersacja krążyła więc gdzieś między dwoma biegunami: stylizowanej rozmowy snobów, dla których bardziej niż dobry argument liczy się udany bon mot, a dyskusją, w której rozumowanie i nowe filozoficzne idee wychodzą na plan pierwszy. Między zamkniętą przestrzenią dla arystokracji i jej ulubieńców a publiczną i dość demokratyczną kawiarnią. Za doskonałego rozmówcę, który potrafił się odnaleźć w każdej konstelacji towarzyskiej, uchodził David Hume. Szkocki filozof uważał, że poszerzanie „świata konwersacji” sprzyja porozumieniu między zwaśnionymi stronnictwami i krajami, leczy z zapalczywości, fanatyzmu i skłonności do przemocy, podobnie jak handel między państwami długodystansowo sprzyja budowaniu pokoju.

Zarazem oświecenie zrodziło też najbardziej zażartego wroga salonowej konwersacji. Był nim Jean-Jacques Rousseau, prywatnie człowiek niezręczny, nieśmiały i traktujący oficjalne towarzyskie wizyty jako straszne męczarnie. W Nowej Heloizie zarzuca im powierzchowność i fałsz. W salonie nikt specjalnie nie broni swoich przekonań ani nie zwalcza cudzych; wymienia się opinie, przy czym nie ma potrzeby ich uzasadnienia. To grozi intelektualną mizerią. Co ważniejsze – nie ma tu prawdziwych uczuć, wszystko jest wystudiowane, obietnice serdeczności, życzliwości, przyjaźni są pełną hipokryzji czczą formą. Każdy jest jedynie aktorem na scenie, który odgrywa przypisaną mu rolę. Prawdziwa rozmowa toczy się zaś językiem serca – które może mówić w sposób spontaniczny, żywiołowy, przesadny, nieliczący się z zasadami esprit. Jak zauważa Agata Sikora w książce Szczerość. O wyłanianiu się nowoczesnego porządku komunikacyjnego, obserwujemy tu in statu nascendi narodziny nowego ideału moralnego. „Teatralnej” czy rytualnej koncepcji komunikacji zostaje przeciwstawiony model oparty na szczerości. „Proces ten ma fundamentalne znaczenie dla nowoczesnej koncepcji tożsamości. Nie sposób bowiem wyobrazić sobie nowoczesnej podmiotowości, opartej na założeniu, że każda osoba posiada wewnętrzne, nieredukowalne do jej roli społecznej ja, które powinna wyrażać, bez koncepcji komunikacji, wedle której słowa i zachowania mają być ekspresją »wnętrza« osoby” – zauważa Sikora.

To przeciwstawienie wymownego Hume’a, który chwali dobroczynne skutki uprzejmej konwersacji, oraz Rousseau, który domaga się od nas przede wszystkim autentyczności, organizuje też treść książki Stephena Millera o historii konwersacji. Próbuje on nieco na siłę wpisać ją w znany model pisania o różnych zjawiskach przez ich wzlot i upadek. Miller, tak jak inni, wzlot tej sztuki widzi w wieku XVIII. Oczywiście przez dwa kolejne stulecia nie brakowało ludzi ceniących uroki konwersacji – Virginia Woolf, organizując spotkania grupy Bloomsbury, zafascynowana była zresztą wzorem francuskiej salonnière. Ducha Rousseau dostrzega jednak Miller wszędzie tam, gdzie nad uładzoną formę wybiera się autentyczność: zarówno w epoce kontrkultury, jak i w świecie nowych mediów, ceniących bezpośredniość i mówienie prosto z mostu. Choć sam Rousseau w swoich tekstach odznaczał się znakomitym stylem pisarskim, to w tej perspektywie staje się on patronem wszystkich, którzy stylizują się na „autentycznych”, nawet jeśli to autentyczność – gadającego prostackimi zdaniami – Donalda Trumpa.

Maksymy i porady

Niektóre motywy rozważań nad prowadzeniem rozmów pozostają zaskakująco trwałe. Na przykład podejrzenie, że za pędem do rozmowy w gruncie rzeczy stoją egoizm i miłość własna. Giovanni Della Casa zauważa: „Większość ludzi jest tak zauroczona sobą, że zapominają o przyjemności innych. Żeby pokazać, iż są subtelni, przenikliwi i mądrzy, gotowi są żywiołowo radzić, poprawiać, przekonywać i sprzeciwiać się, nie zgadzając się z niczym prócz własnych opinii” (Il Galateo, 1558, tłum. MJ za S. Millerem). La Rochefoucauld: „Jedna z przyczyn, dla których tak mało jest ludzi rozumnych i miłych w rozmowie, to to, że prawie nie ma człowieka, który by nie myślał raczej o tym, co chce sam rzec, niż starał się odpowiedzieć ściśle na to, co ktoś doń mówi. Najsprytniejsi i najuprzejmiejsi poprzestają na przybraniu uważnej miny, gdy w oczach ich i duchu czyta się obojętność na to, co ktoś mówi, i pośpiech w nawracaniu do tego, co sami chcą powiedzieć” (Maksymy i rozważania moralne, 1665, tłum. T. Boy-Żeleński). Nietzsche: „W dialogu towarzyskim zadaje się trzy czwarte wszystkich pytań, udziela trzy czwarte wszystkich odpowiedzi, żeby partnerowi choć cokolwiek bólu sprawić; oto dlaczego wielu ludzi tak pożąda towarzystwa: ono im udziela poczucia siły” (Ludzkie, arcyludzkie, 1878, tłum. K. Drzewiecki).

No dobrze, ale czy z rozmaitych rozważań o konwersacji wyłaniają się pożyteczne wskazówki dotyczące prowadzenia rozmów? Cóż, pojawia się zachęta do wzajemnego słuchania się i dawania innym przestrzeni do mówienia, a zwłaszcza do wypowiedzi na bliskie im tematy. W towarzystwie każdy rozsądny człowiek (a zatem należący do kulturowego kręgu „swoich”) powinien czuć się dobrze i swobodnie. Zarazem – jak zauważa już Della Casa, autor słynnego przewodnika dobrych manier – nie można być milczkiem: „Pozostawanie cicho, gdy inni zaangażowani są w konwersację, oznacza, że nie chce się zapłacić swojej części rachunku”. Lista tematów, które należy poruszyć, zmienia się z czasem. Kwestie polityki i religii długo uchodzą za zbyt ryzykowne. Rozwlekanie się na temat stosunków domowych za wyraz prostactwa (lord Chesterfield pouczał swojego syna: „Rozmowa człowieka wulgarnego […] dotyczy spraw domowych, jego służby, doskonałego porządku, jaki utrzymuje w swojej rodzinie, i paru anegdot z sąsiedztwa. Do tego wszystkiego człowiek ten odnosi się z dużą emfazą, jak do istotnych spraw. Jest człowiekiem plotkującym”, tłum. A. Sikora). Na salonach cenione są psychologiczna przenikliwość, znajomość nauk i sztuk pięknych. Jeśli pojawiają się sprawy osobiste, to powinny być zaserwowane w formie uniwersalnej anegdoty, z której wyłania się pewna mądrość. Anegdota taka – jeśli podana z odpowiednią kokieterią – może dać towarzystwu powód do śmiechu, a zarazem pokazać jakąś rzekomą, choć ostatecznie budzącą sympatię, słabość mówcy.

A czy warto przygotowywać wcześniej tematy, o których chce się rozmawiać? To dobry pomysł, jednak nie powinien on wyjść na jaw. Madame Necker, aspirująca salonnière z grubym portfelem męża, ale bez odpowiedniego kapitału kulturowego, ośmieszyła się, gdy odnaleziono przypadkiem jej notatnik, w którym zapisywała przed wieczornym spotkaniem, z kim i o czym będzie rozmawiała. Podobnie śmieszność budzili ci, którzy występowali z przygotowanymi wcześniej bon motami. Cała sztuka polegała na pozornej sprzeczności, to jest nauczeniu się, jak sprawiać wrażenie spontanicznego w swoim zachowaniu. Należało się doskonalić w towarzyskiej swobodzie tak, by nie było widać w niej żadnego ciężaru treningu. Już Baltazar Castiglione, autor traktatu Książka o dworzaninie (1528), określał tę cechę mianem sprezzatura, którą polski przekład oddaje jako „niefrasobliwość”, „niewymuszoną swobodę”, „nonszalancję” bądź „niedbałość”. Podobnie jak w przypadku wybitnych instrumentalistów, najpierw należało włożyć dużo wysiłku w kształtowanie swoich umiejętności, by następnie, improwizując, stwarzać wrażenie absolutnej naturalności.

Jonathan Swift sugeruje z kolei, że dowodem inteligencji w konwersacji są lekka zaczepność i przyjazna kpina. Zauważa zarazem, że w jego czasach takie przekomarzanie się bywa często obracane w drwinę, która może ośmieszyć rozmówcę. Jak widać, „roast” czy pragnienie „zaorania” rozmówcy mogło pojawić się też w dobrym towarzystwie.

Wydaje się ostatecznie, że trudno ułożyć zestaw prostych wskazówek dotyczących tworzenia ducha dobrej rozmowy. Często w tekstach oświeceniowych pojawiają się zachwyty nad czyimś sposobem konwersacji, przy czym zaskakująco niewiele w nich szczegółów. Ktoś pozostawia za sobą wspomnienie wspaniałego wieczoru, ale nazwanie, na czym polegał jego urok, okazuje się wymagającym zadaniem. Ten czar dobrego spotkania świetnie oddaje madame de Staël, ostatnia salonnière opisywana w książce Craveri: „Wywołany ożywioną konwersacją błogostan – napisała w De l’Allemagne – nie tłumaczy się w całości omawianym tematem. Nie stanowią o nim w pierwszym rzędzie rozwijane w rozmowie myśli i podawane wiadomości, lecz pewien sposób oddziaływania na siebie rozmówców, sprawiania sobie przyjemności wzajemnie i szybko, mówienia i jednoczesnego rozumowania, cieszenia się sobą i chwilą, łatwego powodowania oklasków, manifestowania swojego esprit we wszystkich odcieniach, poprzez akcenty, gesty i spojrzenia, dowolnego wytwarzania – dodam wreszcie – czegoś w rodzaju elektryczności, która tryska iskrami i przynosi ulgę jednym, dzięki okazywanemu przez nich nadmiarowi żywości, innych budząc z przykrej apatii”.

Upadająca sztuka?

A jak dzisiaj ma się sprawa konwersacji? Stephen Miller ubolewający nad tym, że to upadająca sztuka, wskazuje dwóch winnych. Pierwszy to wspomniana już kultura autentyczności, która – przy wszystkich swoich zaletach – miałaby nie sprzyjać tradycyjnej konwersacji, bo z jednej strony może zachęcać do gniewnych autoekspresji, a z drugiej do bycia „nieosądzającym”, do bezwarunkowego udzielania wsparcia aniżeli wchodzenia w dyskusję. Z pewnością kultura autentyczności wpłynęła na zanik pewnej towarzyskiej ceremonialności, która była istotna w kulturze salonowej. Drugi winny to oczywiście rozwój mediów: od telewizji po internet, które negatywnie wpływają na liczbę kontaktów twarzą w twarz i zmieniają też komunikację na bardziej skrótową, bezpośrednią, posługującą się akronimami etc. Co ciekawe jednak, chętnie przysłuchujemy się rozmowom innych: od telewizyjnych talk-shows po długie rozmowy podcastowe.

Gdy zajrzymy na półki księgarniane, zobaczymy więcej książek o dobrym seksie niż o dobrych rozmowach.

Pozycje dotyczące konwersacji skupiają się dziś zwykle na dwóch obszarach. Z jednej strony to bestsellerowe poradniki pokroju Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi Dale’a Carnegiego (ponad 15 mln sprzedanych egzemplarzy). Tytuł tej książki jest mylący – jak zauważa Miller – nie ma tam mowy o zdobywaniu przyjaciół, ale o skutecznym networkingu, pozyskiwaniu możnych sojuszników w biznesie i motywowaniu pracowników. Stąd porady typu: zapamiętuj imiona rozmówców, pozwalaj innym mówić więcej, unikaj bezpośredniego krytycyzmu. O ile dla ludzi Oświecenia rozmowa często była głównie przyjemnością i celem samym w sobie, o tyle tutaj jest traktowana jako wehikuł kariery. Z drugiej strony mamy książki takie jak Porozumienie bez przemocy Marshalla Rosenberga, które koncentrują się na świadomym komunikowaniu emocji i radzeniu sobie w sytuacjach konfliktowych. Przedmiotem zainteresowania jest tu jednak głównie życie rodzinne: bycie w związku, porozumienie z dziećmi, a nie to, co możemy określić jako obszar życia towarzyskiego. Zwykle specjaliści od rynku wydawniczego pierwszy typ książek sugerują mężczyznom, a drugi kobietom.

Jednak nawet defetystyczny Miller dostrzega, że istnieją – i powstają nowe – enklawy konwersacji. Także w Polsce widać przecież że świetnie rozwijają się dyskusyjne kluby książki organizowane np. przy przy bibliotekach, rozmaite warsztaty psychologiczne czy grupy dyskusyjne przy duszpasterstwach akademickich. Mam też w pamięci z czasów studiów seminaria domowe (tzw. privatissima) organizowane przez niektórych wykładowców w ich własnych mieszkaniach, gdzie punktem wyjścia do dyskusji był jakiś tekst czy idea filozoficzna, nie zaś potoczność codziennych spraw, a zarazem rozmawiało się bardziej swobodnie niż na uczelni.

O śmierci przy kolacji

Ośmioro w większości nieznajomych osób spotyka się pewnego wieczoru u jednej z nich. Z kuchni dobywają się przyjemne zapachy, a wszyscy zostają włączeni do rozłożenia talerzy, sztućców i kieliszków (nie od kompletu), co dość szybko pozwala przełamać lody. Pokój jest delikatnie oświetlony. Za chwilę rozpocznie się kolacja, w której tematem rozmowy będzie śmierć. Najpierw wszyscy zostają poproszeni o wzniesienie toastu za bliską im osobę zmarłą, która wniosła pozytywny wkład w ich życie. Po chwili milczenia Cynthia, najmłodsza z grupy, wykrzykuje: „Pragnę wznieść toast za Willibel Sutton, moją babcię. Najtwardszą sukę, jaka chodziła po tej ziemi”. Wszyscy się śmieją i stukają kieliszkami. Cynthia opowiada z pasją o babci, a następnie kolejni uczestnicy kolacji mówią o swoich bliskich. W ich słowach mieszają się żal i humor, ból i przywiązanie. Wzruszeni, połączeni ze sobą tymi toastami nieznajomi, zasiadając do wspólnego posiłku, stają się jakby trochę mniej nieznajomi. I rozmawiają dalej – o zmarłych bliskich, ale i o tym, jak radzą sobie z myślą o własnej śmierci.

Tak Michael Hebb opowiada w książce Porozmawiajmy o śmierci przy kolacji o swoim pomyśle na rozmowy, które oswajają śmiertelność, a zarazem budują poczucie porozumienia i łączności między ludźmi w nich uczestniczącymi. Ponoć takich rozmów odbyło się na świecie już ponad 100 tys. Jak pisze we wstępie do książki ich uczestniczka i moderatorka w Polsce Krystyna Romanowska: „To, co najciekawsze, dzieje się (…) następnego dnia po kolacji. W nocy ciężko jest usnąć od nadmiaru emocji. Ranek przynosi coś w rodzaju zadziwionego oczyszczenia. Człowiek zdaje sobie sprawę, że wziął udział w czymś ważnym, co miało na niego wpływ”.

Z fascynacją czytając (a także słuchając poruszającej relacji jednej z uczestniczek) o takiej formie spotkań, myślałem też o tym, że jeśli choćby takie „rozmowy o śmierci przy kolacji” się toczą, to może z naszą sztuką konwersacji nie jest jednak tak źle. Jest w nich w końcu coś z dawnego salonu: spotkanie niekoniecznie znających się osób, potrzeba zmierzenia się ze sprawami nietrywialnymi, być może także chęć zrobienia wrażenia na innych. Ale zarazem byłoby to wydarzenie, na którym czułby się dobrze też Rousseau, pragnący mówić sercem i nie dbać zawsze o zachowanie właściwej formy.

Może zatem nie wystudiowana konwersacja, ale dobra rozmowa ma jeszcze przed sobą niezłą przyszłość? Potrzeba tylko trochę czasu i odwagi, by zbudować dla niej sprzyjające warunki.