Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zapoznaj się z Polityką prywatności.
Wszystko wskazuje na to, że właśnie przeżywamy koniec pewnej epoki – większości z nas zdarza się to po raz pierwszy w życiu. Wprawdzie od czasów II wojny światowej w wielu częściach świata, również na południowych i wschodnich krańcach Europy, wydarzały się wojny, przewroty, rewolucje i zmiany systemów, które wszystko wywracały do góry nogami, oddziaływały na codzienne życie, budziły niemalże mesjańskie nadzieje lub wywoływały wręcz apokaliptyczne lęki. Jednak przynajmniej w zachodnich Niemczech, na zachodzie Europy, byliśmy za każdym razem jedynie widzami. Nasze własne życie przypominało długą i historycznie rzecz biorąc, niezwykle spokojną rzekę, której bardziej niebezpieczne nurty i wodospady miały przede wszystkim charakter prywatny: choroby, osobiste kryzysy, zmiany zawodowe, wypadki, miłość, rodzicielstwo, żałoba, śmierć. Oczywiście świat, w którym żyjemy, także uległ wyraźnym zmianom od czasów, gdy byliśmy dziećmi; wystarczy pomyśleć o internecie albo o tym, że jeszcze w roku 1990, a więc w czasach moich studiów, na terenie byłej Republiki Federalnej 96 osób skazano z powodu praktyk homoseksualnych, a 10 gejów z tego powodu trafiło do więzienia. Jednak zmiana następowała tak wolno i zawsze najpierw niejako pod powierzchnią, że nie zdawaliśmy sobie w pełni sprawy z tego, co się dzieje, i dziś prawie nie pamiętamy, aby kiedykolwiek było inaczej.
Dzisiaj natomiast w zasadzie nie można przejrzeć wiadomości ani otworzyć gazety, żeby to, co uważamy za pewnik, nie ulegało wstrząsom – czy to wojna w Gazie, czy obrona Ukrainy, czy też same Niemcy, gdzie partia, którą służby wewnętrznego bezpieczeństwa państwa określają jako skrajnie prawicową, właśnie zajęła pierwsze miejsce w sondażach. Wstrząsy powodują naturalnie przede wszystkim wydarzenia w Stanach Zjednoczonych od czasu ponownego objęcia urzędu prezydenta przez Donalda Trumpa. Stany Zjednoczone, jak żadne inne państwo, ukształtowały naszą świadomość, naszą politykę, naszą kulturę popularną, a jeśli nie są już tym samym co dawniej, to i my także należymy już do przeszłości, nawet jeśli w codziennym życiu wszystko jeszcze przez pewien czas będzie przebiegało tak jak dotychczas: ze zmianami rządów, z chaosem na kolei i co wieczór z tym samym filmem sensacyjnym w telewizji.
Jest to zapewne również wasze doświadczenie: wy także przecieracie oczy ze zdumienia, gdy codziennie przeglądacie wiadomości, tweety i zdjęcia ze Stanów Zjednoczonych. Nie ma potrzeby wymieniać tutaj wszystkiego. Wystarczy wspomnieć o zdradzeniu sprawy Ukrainy i o dealu z Władimirem Putinem, o projekcie utworzenia riwiery w miejscu Strefy Gazy wraz z absolutnie nieprzyzwoitym filmikiem stworzonym przez sztuczną inteligencję a prezentującym projektowaną przyszłość tego miejsca. To również grożenie przyłączeniem Panamy, Grenlandii i Kanady, a nawet użyciem środków militarnych przeciwko sojusznikom z NATO, daleko idące zakazy wypowiadania się w instytucjach publicznych, frontalny atak na najbardziej renomowany uniwersytet na świecie, rzymski salut Elona Muska i jego demonstracja siły w Gabinecie Owalnym, który odwiedził razem z czteroletnim synem wyraźnie lekceważącym prezydenta, ignorowanie wyroków Sądu Najwyższego, aresztowanie sędzi i próba, częściowo udana, szantażowania amerykańskich kancelarii prawnych, nagłe wstrzymanie pomocy rozwojowej, co w konsekwencji doprowadzi do śmierci tysięcy ludzi w najbiedniejszych krajach świata, aranżowanie masowych deportacji, które świadomie nawiązują do symboliki faszyzmu, zaprzeczanie zmianom klimatycznym i związane z tym priorytetowe traktowanie energii kopalnych wbrew wszelkiej naukowej wiedzy, generalna wrogość wobec nauki i mające z tym związek zaprzestanie finansowania badań w dziedzinach istotnych dla życia, takich jak medycyna czy farmacja, itd., itp. – aż do 2 mld USD, które klan Trumpa już podobno zarobił podczas trwania jego prezydentury dzięki nowej kryptowalucie $Trump, transakcjom na rynkach nieruchomości, płatnym kolacjom i ekskluzywnym członkostwom. Któż z nas jeszcze niedawno uznałby za możliwą którąkolwiek z tych informacji? A przy tym większość tych działań szczegółowo opisały w scenariuszach przejęcia władzy… nie, to nie były konserwatywne think tanki, bo tak nie można nazwać kręgów blisko związanych z rządem – to raczej dokładne przeciwieństwo konserwatyzmu, a mianowicie to kręgi nie mniej wywrotowe niż ci, którzy szturmowali Kapitol 6 stycznia 2021 r., a których nowy prezydent ułaskawił w pierwszym dniu swojej drugiej kadencji, wśród nich także tych, którzy popełnili poważne przestępstwa.
Już chociażby ta zmiana znaczenia słowa „konserwatywny” pokazuje, że nasze dotychczasowe pojęcia przestają być adekwatne. Europejska prawica chciałaby ucieszyć się z nacjonalizmu, który zwyciężył wraz z Trumpem, ale jednocześnie dostrzega, że interesy poszczególnych narodów, czy to Niemiec, czy Francji, czy Włoch, diametralnie różnią się od interesów Stanów Zjednoczonych.
Całkowicie zdezorientowana jest lewica, która zawsze była krytyczna w stosunku do Ameryki. Dobra jej część – albo moim zdaniem raczej część gorsza – ostatnio sympatyzuje z nową administracją amerykańską, jeśli chodzi o sprawę Ukrainy czy globalizacji. Tymczasem zagorzały zwolennik ścisłych relacji Europy z Ameryką, jakim jest nowy kanclerz federalny, w wieczór swojego wyborczego zwycięstwa wojowniczo nawoływał do przeciwstawienia się Ameryce. Wobec dominacji wielkich koncernów technologicznych zwolennicy ordoliberalizmu nie wahają się używać słowa „wywłaszczenie”, które znane jest raczej z koncepcji socjalistycznych. Nie mówiąc już o zaskoczonych kierowcach Tesli, którzy jeszcze wczoraj uważali się za przyjaznych środowisku ekologów, a dzisiaj wyzywani są od faszystów. Aktualnie – a przez „aktualnie” nie mam na myśli ostatnich lat ani dziesięcioleci, ale te kilka tygodni, które minęło od upokorzenia ukraińskiego prezydenta Zełenskiego w Białym Domu 28 lutego 2025 r. – panuje powszechny konsensus, że Zachód, w którym większość z nas się urodziła, już nie istnieje.
Żadna rewolucja nie zaczyna się w dniu jej wybuchu. Przewroty, wojny, zmiany systemów politycznych, jakkolwiek byłyby nagłe i nieoczekiwane, zawsze mają swoją prehistorię, którą można dostrzec dopiero po nabraniu większego czasowego dystansu. Jeżeli chodzi o rzekomy lub faktyczny koniec epoki liberalnej, to jesteśmy w centrum wydarzeń i możemy tylko spekulować, czy przyszli historycy umieszczą rok 2025 w jednym rzędzie z rokiem 1914, 1933, 1989 czy 2001. Możliwe przecież, że Amerykanie w wyborach w 2026 r. doprowadzą do powstania demokratycznej większości w Kongresie i podczas następnych wyborów prezydenckich akurat w samą porę zapobiegną ustanowieniu oligarchicznego systemu władzy czy też dyktatury danych, o jakiej wydają się myśleć takie postaci jak Elon Musk i Peter Thiel. Wiele przemawia za odpornością amerykańskiej demokracji na takie zakusy i bardzo wiele za porażką Donalda Trumpa, którego indywidualne horyzonty nabyte w procesie edukacji, intelektualna dyscyplina i strategiczne umiejętności są najwyraźniej ograniczone. Tweet, który w maju 2025 r., po kolejnym dziwnym wystąpieniu Trumpa z nowo wybranym premierem Kanady, opublikował były mistrz świata w szachach i rosyjski dysydent Garij Kasparow, dobrze podsumowuje wrażenie, które jest udziałem wielu z nas: „Gdybyście mieli podeszłych w latach rodziców, którzy wygadują takie rzeczy, to odebralibyście im karty kredytowe i książeczki czekowe”. Jeśli dodać do tego sztab Trumpa, który składa się głównie z przyjaciół biznesowych i prezenterów telewizyjnych, ludzi z małym doświadczeniem politycznym, to tym bardziej należy przyjąć za absurdalne przekonanie, że nowa administracja rzeczywiście może skutecznie bronić amerykańskich interesów w starciu z przebiegłymi przywódcami Chin i Rosji. Przede wszystkim jednak wkrótce może dojść do konfliktów pomiędzy samymi zwolennikami Trumpa, którzy kierują się sprzecznymi interesami, zwłaszcza między klasycznymi nacjonalistami a myślącymi w kategoriach globalnych przemysłowcami z branży technologicznej.
Jednak nawet jeśli po Trumpie urząd ponownie obejmie prezydent lub prezydentka z liberalnej strony politycznej sceny, to wydaje się wykluczone, aby Zachód stał się znowu tym, czym był dla nas – o ile w ogóle za trzy lata będzie jeszcze można mówić o Zachodzie. Ruchy tektoniczne w polityce światowej zaczęły się bowiem na długo przed obecnym trzęsieniem ziemi, jeszcze przed wejściem Donalda Trumpa do polityki, i będą trwały nadal, nawet jeśli sytuacja w Stanach Zjednoczonych ponownie ulegnie uspokojeniu. O epokowym przełomie mówiliśmy już w 2022 r., gdy Rosja rozpoczęła swój marsz na Kijów, a, przypomnijmy sobie, już parę miesięcy wcześniej, w sierpniu 2021 r., gdy Stany Zjednoczone wraz z oszukanymi sojusznikami opuściły Afganistan, w wielu komentarzach i wystąpieniach przekonywano, że to koniec Zachodu. Wtedy Joe Biden, demokrata, ponad głowami legalnie wybranego afgańskiego rządu, zawarł haniebne porozumienie z talibami, wtrącając w niewolę zwłaszcza afgańskie kobiety. W 2004 r. przez parę dni byłem na Harvardzie, ponad rok po ataku Stanów Zjednoczonych na Irak. W pamięci pozostało mi m.in. spotkanie ze słynnym orientalistą Royem Mottahedehem, bardzo uprzejmym wtedy już starszym panem, z brodą i wąsami. Zapytałem go, jak to możliwe, by Stany Zjednoczone, z takim potencjałem naukowym i z uznawanymi za najlepszych na świecie ekspertami ds. Bliskiego Wschodu, poniosły tak przecież możliwą do przewidzenia porażkę jak ta w Iraku.
– Nie słuchano nikogo – odpowiedział Mottahedeh.
– Czy rząd nie ma doradców? – zapytałem. – Nikogo, kto zna się na Iraku?
– Nie, nie ma. My byliśmy doradcami, ja również. Bywałem regularnie w Waszyngtonie, aby doradzać rządowi, czasami mnie słuchano, a czasami nie. Administracja Busha natomiast wszystkich nas, ekspertów od Bliskiego Wschodu, wyrzuciła za drzwi.
– Czy to nie jest głupie?
– Tak, to głupie – westchnął Mottahedeh. – Najpierw jest tylko głupie, a potem staje się naprawdę szkodliwe. Z powodu tej głupoty nasz arcywróg Iran przejmuje Irak i zyskuje poczucie siły i sprawczości. Jednym słowem, nie tylko przegraliśmy Irak, ale jeszcze umocniliśmy rządy mułłów na kolejne 10 czy 20 lat. Aby mieć takie osiągnięcia, to naprawdę trzeba się postarać.
– A do tego kłamstwo w Radzie Bezpieczeństwa o broni masowego rażenia, którą rzekomo miał posiadać Saddam – przypomniałem.
– A jeszcze zdjęcia z więzienia Abu Ghraib – dodał Mottahedeh. – Utraciliśmy nie tylko naszą dominację na Bliskim Wschodzie, lecz także naszą wiarygodność.
– A do tego setki tysięcy zabitych.
– Tak, do tego setki tysięcy zabitych.
Stany Zjednoczone zawsze prowadziły zimną politykę interesów, tak jak zresztą inne światowe mocarstwa. Nigdy nie były tak altruistyczne i zaangażowane jedynie w wartości demokracji, wolności i praw człowieka, jak można to usłyszeć w uroczystych przemówieniach. Parę tygodni temu widziałem w kinie film dokumentalny o puczu w Kongo w 1961 r. Weterani CIA opowiadają w filmie otwarcie o zabójstwie młodego, charyzmatycznego i bardzo inteligentnego premiera Patrice’a Lumumby, który przeszkadzał w eksploatacji bogactw naturalnych. Pomyślałem sobie: „No proszę, w porównaniu z tamtymi wydarzeniami plany Trumpa dotyczące Grenlandii czy też umowa, którą chce narzucić Ukrainie, są wręcz czymś bardzo sprzyjającym pokojowemu współżyciu narodów”.
W kraju moich rodziców Stany Zjednoczone w roku 1953 obaliły demokratycznie wybranego premiera Mohammada Mosaddegha, który odważył się żądać, aby bogactwo z irańskiej ropy służyło samym Irańczykom. Mosaddegh był gorliwym zwolennikiem amerykańskiej demokracji, który dwa lata wcześniej, podczas wizyty państwowej, nie omieszkał odwiedzić Filadelfii, aby tam przed Dzwonem Wolności uroczyście ogłosić Stany Zjednoczone wzorem dla irańskich aspiracji wolnościowych. Kiedy już w całym Teheranie krążyły pogłoski o zbliżającej się akcji CIA, Mosaddegh uspokajał swoich doradców: „Nie, nie, nie ma co się martwić, być może Rosja, być może Wielka Brytania, ale Stany Zjednoczone nigdy nie dopuściłyby się tak haniebnego czynu”. Jeszcze wieczorem w przeddzień zamachu Mossadegh z całą prostodusznością złożył wizytę amerykańskiemu ambasadorowi, który oczywiście był wtajemniczony w spisek. Niecałe 12 godz. później pojawił się tłum opłacony przez CIA.
Albo pomyślmy o puczu przeciwko Salvadorowi Allendemu, o Wietnamie, o bojówkach Contras, które Ronald Reagan utworzył w Nikaragui, a które były prawdziwymi bandami morderców. A jeśli my, Europejczycy, chcemy sobie pogratulować, że nasza polityka zewnętrzna w porównaniu z imperialistycznymi Stanami Zjednoczonymi była w miarę przyzwoita, to powinniśmy przypomnieć sobie o wszystkich niewyobrażalnie okrutnych wojnach kolonialnych, w Algierii, w Kenii albo, jeszcze w latach 70., w Mozambiku. Dlaczego zresztą używamy tu czasu przeszłego? W Libii Włosi i Francuzi wspierali różne milicje, których militarne zmagania do dzisiaj rujnują ten kraj, a w Sudanie gen. Dagalo, który w 2002 r. brał udział w ludobójstwie w Darfurze i którego Rapid Security Force najwyraźniej popełnia w Darfurze kolejne ludobójstwo, jest starym partnerem Unii Europejskiej, która zapłaciła mu 200 mln euro za blokowanie uchodźców. Dlaczego jednak ciągle tylko inni? Jeszcze w latach 80. my, porządni Niemcy, dostarczyliśmy sprzęt do produkcji gazu bojowego, którego Saddam Husajn użył w Halabdży, a zaledwie dwa i pół roku temu nasza feministyczna polityka zagraniczna porzuciła kobiety, które w Iranie odważnie buntowały się przeciwko rządom duchownych.
Zerwanie z liberalnym porządkiem świata, którego uosobieniem jest Donald Trump, nie polega na tym, że zdradza on zachodnie wartości. Zerwanie polega na tym, że w ogóle nie ma z nimi nic wspólnego. Różnica może wydawać się niewielka, jednak przy dokładniejszym przyjrzeniu się okazuje się ogromna. Zachód nie był bowiem wielkim imperium pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych. Odznaczał się lepiej lub gorzej funkcjonującymi demokracjami, praworządnością, wolnością słowa, zakazem tortur, zrównoważeniem społecznym, respektowaniem praw mniejszości, bezprecedensowym dobrobytem, tolerancją religijną, a także coraz większą tolerancją seksualną, niezależnością badań naukowych i tym podobnymi właściwościami. Zachód zapewnił swoim obywatelom, w tym milionom imigrantów ze wszystkich stron świata, wolność, bezpieczeństwo i możliwość kształtowania własnego życia, a także stworzył kulturę fascynującą nawet dla zdeklarowanych przeciwników tego systemu – wystarczy przywołać tu przykład fantastycznych klubów jazzowych funkcjonujących niegdyś w Związku Radzieckim. Również w relacjach z krajami spoza Europy Zachód nie zawsze przecież tylko promował dyktatury i rabował bogactwa naturalne. Wspierał ruchy demokratyczne, promował prawo międzynarodowe, udzielał pomocy rozwojowej, przyjmował uchodźców, pełnił funkcję mediatora w konfliktach, domagał się przestrzegania praw człowieka, propagował ochronę środowiska i przyczyniał się do zachowywania lokalnych tradycji.
Chociażby w obszarze mojej własnej specjalizacji: najbardziej znaczące wydania wielkich dzieł o historii myśli świata islamu nie powstały w Bejrucie, Kairze czy Mekce, lecz na seminariach orientalistycznych w Tybindze, Paryżu i Londynie.
Zachód to nie tylko poszczególne rządy, ale także otwarte, kreatywne, ciekawe świata i spragnione wiedzy społeczeństwa, których samokrytykę wspiera państwo w formie dotacji, nagród, instytucji kulturalnych i uniwersytetów. Napięcie między uniwersalistycznym demokratycznym poczuciem misji a realizacją partykularnych interesów narodowych i ekonomicznych istnieje od czasu, gdy Zachód, wraz z przystąpieniem Stanów Zjednocznych do I wojny światowej, ukonstytuował się jako polityczna potęga, a właściwie napięcie to jest czymś konstytutywnym dla nowoczesnego Zachodu od czasów amerykańskiej i francuskiej rewolucji z końca XVIII w. Ten sam rząd federalny, który dłużej niż wszystkie inne zachodnie rządy milczał w sprawie protestów w Iranie, udzielał schronienia wielu artystom, opozycjonistom i aktywistkom walczącym o prawa kobiet, a więc tym, którzy z Iranu musieli uciekać.
Przez wszystkie te lata, a teraz można już mówić nawet o dziesięcioleciach, w których obserwuję politykę i sam, jako reporter, relacjonuję wydarzenia z obszarów dotkniętych wojnami czy kryzysami, jedna refleksja głęboko i coraz głębiej naznacza moje rozumienie sytuacji w świecie: realnie polityce najbardziej szkodzi realizm polityczny. Gdyby po wybuchu II wojny światowej w Waszyngtonie kierowano się zasadami realizmu politycznego, to nie doszłoby do wyzwolenia Europy od faszyzmu i ocalałych z obozów koncentracyjnych. A po zakończeniu wojny amerykański realizm polityczny nakazywałby eksploatować pokonane Niemcy, grabić skarby kultury i doprowadzić do deindustrializacji, tak jak zrobiono to w 2003 r. w Iraku. Trzeba oczywiście przyznać, że samym idealizmem nie da się zaistnieć ani na arenie międzynarodowej, ani w wyborach. Nawet jednak dla egoistów jasne jest dzisiaj, że amerykańska wspaniałomyślność wobec Niemców przyniosła więcej korzyści niż pogarda wobec Irakijczyków. Albo raz jeszcze Iran: tak, zamach stanu z 1953 r. krótkoterminowo był korzystny dla amerykańskich interesów, bo czynił Iran państwem zwasalizowanym i poddawał irańską ropę amerykańskiej kontroli. Jednak w dłuższej perspektywie uczynił Iran państwem wrogim i doprowadził do antyamerykańskiej rewolucji roku 1979. Przykład Iranu wyraźnie pokazuje skrajności, pomiędzy którymi zachodnia polityka oscylowała przez wiele dziesięcioleci, i jest dobrą ilustracją, jak zmieniało się postrzeganie Zachodu. Właśnie ci, którzy zarzucają Zachodowi zdradę jego własnych wartości, tak naprawdę tym zachodnim wartościom hołdują. Przywołajmy tu jeszcze wystąpienie Baracka Obamy w Kairze i entuzjazm, jakie to przemówienie, które niestety nie pociągnęło za sobą żadnych działań, wywołało w świecie arabskim i islamskim. Nie tak dawno spędziłem wiele miesięcy w Afryce Wschodniej i gdziekolwiek pytałem młodych ludzi, gdzie najbardziej chcieliby zamieszkać, to nie wymieniali Rosji, Chin czy Arabii Saudyjskiej, lecz Europę, Kanadę i, najczęściej, Stany Zjednoczone. Obecnie po raz pierwszy duża liczba osób może opuścić Amerykę, zwłaszcza naukowców, intelektualistów, artystów, innowatorów technologii cyfrowych i najwybitniejszych uczonych o światowej renomie; tak, Stanom Zjednoczonym grozi prawdziwy drenaż mózgów, zjawisko znane dotychczas krajom biednym i dyktaturom. Gdybym tych samych młodych ludzi w Afryce Wschodniej dzisiaj ponownie zapytał, gdzie chcieliby żyć, jestem pewny, że Stany Zjednoczone wymienialiby znacznie rzadziej. Świat obiegają nie tylko wytwory zachodniego przemysłu kulturowego, ale dzięki smartfonom w ciągu paru sekund rozchodzą się po świecie zdjęcia ludzi deportowanych ze Stanów Zjednoczonych: ogolonych, zgarbionych lub stłoczonych jak kurczaki w klatkach. Do tego dochodzą codzienne przerażające sceny z Gazy, wobec których prawie nikt na świecie nie rozumie już zachodniego poparcia dla tej wojny, a najmniej rozumieją tę wojnę rodziny zakładników.
Kiedy zatem hegemonia Zachodu zaczęła się kruszyć? Gdy George W. Bush po zamachach z 11 września zarządził wojnę w Afganistanie, a dwa lata później inwazję na Irak, mówił o wolności i demokracji. Możliwe, że niektórzy neokonserwatyści nawet w to wierzyli, a wraz z nimi wielu Afgańczyków i wielu Irakijczyków. W rzeczywistości jednak neokonserwatyści nie poszerzyli, zgodnie z oczekiwaniami, zachodniej strefy wpływów, lecz osiągnęli dokładnie odwrotny skutek. Fiasko wojny w Iraku nie tylko zdyskredytowało takie pojęcia jak demokracja i wolność. Przede wszystkim podało w wątpliwość sensowność wszelkich zagranicznych interwencji, tak militarnych, jak politycznych czy humanitarnych, i zapoczątkowało proces wycofywania się Stanów Zjednoczonych i skupiania się tylko na sobie. Konsekwencją tego była bierność Zachodu podczas Arabskiej Wiosny, a zwłaszcza podczas wybuchu rewolucji w Syrii, gdzie dyktator Baszszar al-Asad mógł bezkarnie przekraczać czerwone linie nakreślonone przez Baracka Obamę – np. używać trującego gazu przeciwko własnemu narodowi, podobnie jak mogła rosnąć popularność Państwa Islamskiego, a Iran, Rosja, Turcja i państwa Zatoki Perskiej przeprowadzać swoje zbrojne interwencje. Wycofanie się ze strategicznie ważnych regionów i trzymanie się z dala od konfliktów to nie jest po prostu bezczynność. To także jest forma działania, która polega na oddaniu pola podmiotom spoza zachodniego kręgu cywilizacji i pozwolenie im na realizowanie własnych, często wrogich, interesów. Zapowiedzią rozłamu w stosunkach transatlantyckich był również podział Rumsfelda na Europę starą, czyli krnąbrną, i Europę nową, czyli posłuszną. To właśnie te wcześniejsze fakty były warunkiem zaistnienia dzisiejszego szowinizmu Stanów Zjednoczonych.
To nie Trump uczynił z kłamstwa główne narzędzie politycznej retoryki, a w administracji zastąpił fachową wiedzę zaledwie opiniami na poszczególne tematy – uczynili to już republikanie za czasów rządów Busha Juniora.
Afryka już od dawna nie spogląda w naszym kierunku, na Północ i na Zachód. Teraz bierze kurs na Daleki Wschód. Jeśli uważamy, że stać nas na to, aby prawie w ogóle nie zajmować się tym, co dzieje się w Afryce i w reszcie niezachodniego świata, i w związku z tym np. możemy likwidować jedno po drugim stanowiska zagranicznych korespondentów, gdyż w Niemczech nikogo już nie interesują relacje z tych regionów, to w całości, jako społeczeństwo, zachowujemy się tak głupio jak administracja Busha podczas wojny w 2003 r. Wtedy rzeczywistość uderzy w nas jak 24 lutego 2022 r. wraz z napaścią Rosji na Ukrainę, jak 15 sierpnia 2021 r. wraz z upadkiem Kabulu lub jak w pierwszy weekend września 2015 r., gdy na węgierskich autostradach pojawiło się tysiące uchodźców maszerujących do Niemiec. Albo właśnie 28 lutego 2025 r. w Białym Domu, gdy w ciągu 30 min opadły nam z oczu łuski i zrozumieliśmy, że nie ma już co liczyć na ochronę ze strony Stanów Zjednoczonych.
Europa miała dwa i pół roku, by przygotować się na sytuację, że Stany Zjednoczone przestaną wspierać Ukrainę. Europa pozwoliła, żeby ten czas upłynął, i nie podjęła refleksji nad ewentualnym kształtem umowy pokojowej, która nie zakładałaby całkowitego wycofania rosyjskich wojsk np. z Krymu, ale też nie oznaczałaby kapitulacji Ukrainy. Ani nie przedstawiła żadnego planu pokojowego, ani nie zareagowała na oferty mediacji ze strony krajów globalnego Południa czy Chin. Ukraina również najwyraźniej nie zbroiła się skutecznie, bo trzy lata po wybuchu wojny nadal brakuje jej amunicji. Już nawet przed rozpoczęciem prawyborów w Ameryce jasne było, że każdy potencjalny republikański prezydent zrewiduje politykę Bidena wobec Ukrainy. Nawet sam Joe Biden po ponownym wyborze, co jeszcze przed jego wycofaniem się z kampanii było skrajnie mało prawdopodobne, podobnie jak każdy inny demokratyczny prezydent, zostałby prędzej czy później zmuszony do zmiany kursu – tak w obliczu sprzeciwu Kongresu, jak i, co jeszcze ważniejsze, wobec oporu amerykańskiej opinii publicznej. Stany Zjednoczone, czy to pod rządami republikanów, czy demokratów, od dawna już patrzą w stronę Chin, a Europa jest z tej perspektywy interesująca przede wszystkim jako rynek zbytu i rezerwuar surowców, jako klient, a nie jako partner. To, że Biden, jako tradycyjny demokrata, po napaści Rosji na Ukrainę doprowadził raz jeszcze do zwarcia szeregów na Zachodzie, mogło być dla Kremla zaskoczeniem. Niestety, był to już tylko ostatni transatlantycki instynktowny impuls. Putin musiał poczekać tylko trzy lata, by powiódł się jego plan, który jest katastrofą nie tylko dla Ukrainy, ale i dla całego naszego kontynentu.
Oczywiście Stany Zjednoczone to nadal potęga o wielkich wpływach, chociażby ze względu na swoją technologiczną dominację i na fakt, że obok prezydenta, za nim albo nawet, bez skrępowania, przed nim, stoi najbogatszy człowiek świata, który przeprowadza wrogie przejęcie aparatu państwowego – przedsiębiorca wątpliwego charakteru, ale jednocześnie niezwykle innowacyjny, błyskotliwy, a nawet genialny, bez którego idea reelekcji Trumpa pozostałaby jedynie żartem lub czymś tak niewyobrażalnym, jak wydawało się to już najpóźniej po pamiętnym szturmie na Kapitol. W żadnym wypadku nie jest więc przesądzone, że dominacja Stanów Zjednoczonych dobiega końca. Jeśli jednak chodzi o Zachód, Zachód jako cywilizację, jako wspólnotę wartości, jako sojusz polityczny i militarny, który gwarantuje Europejczykom bezpieczeństwo i jest miejscem, do jakiego tęsknią ludzie z całego świata – ten Zachód nie powróci, bez względu na to, kto będzie rządził po Trumpie. Być może będą nas jeszcze łączyły wspólne interesy, ale to, co stanowiło jądro Zachodu i przenikało całą jego historię, czyli głód wiedzy, otwartość, samokrytyka, napięcie między uniwersalistycznymi wartościami demokracji a partykularyzmem politycznego realizmu – to wszystko, najpóźniej od czasu wojny w Iraku Georga W. Busha, zaczęło powoli zanikać. Mój dziadek, który uczył się wolności u dr. Jordana w Amerykańskiej Szkole w Teheranie, irański premier Mohammad Mosaddegh, ludzie na Ukrainie – oni wierzyli w Zachód, nawet jeśli niosło to z sobą rozczarowanie.
Jednak Ameryka, która nie obiecuje wolności, nie jest już Zachodem. Stoi w jednym rzędzie z Chinami, Rosją albo staje się nawet tym, co dawniej w języku amerykańskiej dyplomacji nazywano rogue state, państwem zbójeckim.
Co należałoby zrobić? Eksperci obliczyli, że państwa Unii Europejskiej, jeżeli teraz zaczęłyby zbrojenia, posługując się wszystkimi dostępnymi środkami, to potrzebowałyby od 10 do 15 lat, aby osiągnąć tzw. autonomię strategiczną; to czas, w którym Europa byłaby ekstremalnie narażona na rosyjskie ataki i amerykańskie próby szantażu. Ja sam nie jestem ekspertem, zwłaszcza w dziedzinie ekonomii, i mogę jedynie spekulować o cenie, jaką nasze społeczeństwa, a w jeszcze większym stopniu przyszłe pokolenia, zapłacą za dodatkowe bilionowe długi. Jednak jedno wydaje mi się oczywiste: jeśli uważamy, że nasza reakcja na nową sytuację na świecie może się ograniczyć do zwiększenia budżetu obronnego do 3, 4 czy nawet 5% PKB, to powielamy błąd naszej polityki wobec Ukrainy, tylko w znacznie większej skali.
Militarne wsparcie Ukrainy było czymś słusznym, a w przyszłości będzie jeszcze ważniejsze. Jednocześnie jednak należałoby opracować polityczną, realistyczną strategię na zakończenie wojny, zanim Ameryka porzuci Ukrainę. Słuszne jest, że Europa obecnie inwestuje w swoje możliwości obronne. Jednak ważniejsze od nowej broni są polityczne struktury, dzięki którym stałaby się w ogóle zdolna do działania. To, co powiedziałem o Libii – że dwa europejskie państwa, Francja i Włochy, wspierały wrogie sobie milicje, które się nawzajem zwalczały – jest niestety symptomatyczne dla europejskiej polityki zagranicznej. Nasze interesy jako Francuzów, Włochów czy też Niemców możemy skutecznie reprezentować tylko wtedy, gdy będziemy zjednoczeni jako Europejczycy. Obraz siły, jaki w sobotę 10 maja 2025 r. w Kijowie chcieli zaprezentować Macron, Merz, Starmer i Tusk, rozpadł się z chwilą, w której przed kamerami zadzwonili do Wuja Sama. Jestem przekonany, że Putin musiał mieć niezły ubaw na widok szkolniaków, nawet niepotrafiących wybrać przewodniczącego klasy, który zabierze głos.
Pozwolę sobie jeszcze po raz ostatni wrócić do spotkania z Royem Mottahedehem. Zmarł on w 2024 r., tuż przed ponownym wyborem Donalda Trumpa na prezydenta, co z pewnością głęboko by go dotknęło. Dwaj prezydenci z obozu demokratów, którzy nastąpili po Bushu Juniorze, sprowadzili naukowców z powrotem do Waszyngtonu, a nawet Trump podczas pierwszej kadencji otaczał się ekspertami, którzy zapobiegali najgorszym posunięciom – there were adults in the room. Tendencja do celowego dążenia w kierunku głupoty wydaje mi się jednak oczywista. Istnieje specjalistyczna wiedza, prawdopodobnie jest jej więcej niż kiedykolwiek, także w naszym zasięgu. Czy jednak z niej korzystamy, czy sięgamy po nią jako społeczeństwo?
Naukowcy policzyli, że ok. 90% ludzkości zajmuje niewiele więcej niż 10% docierających do nas medialnych informacji, a w debatach kanclerskich przed dwojgiem ostatnich wyborów prawie nie poruszano kwestii polityki zagranicznej. Nie zawsze tak było. Kto jest w moim wieku, ten przypomina sobie, że dla naszych rodziców najważniejszą audycją w tygodniu był program pod tytułem Internationaler Frühschoppen.
A jeśli porówna się dziennik czy tygodnik z jego wydaniem sprzed 20, 30 lat, to widać, że nie tylko udział wiadomości z zagranicy był nieporównywalnie większy, a reportaże o wiele dłuższe; w oczy rzuca się też fakt, że redakcje mogły zakładać u swoich czytelników o wiele większą niż dzisiaj wiedzę na tematy najważniejszych światowych konfliktów i punktów zapalnych.
Szczerze mówiąc, to właśnie było głównym impulsem dla mojej podróży po Afryce Wschodniej. Jesienią 2021 r. usłyszałem bowiem, że Organizacja Narodów Zjednoczonych poinformowała o pierwszej klęsce głodu spowodowanej zmianami klimatycznymi, która wystąpiła w południowej części Madagaskaru. Klęska głodu to wydarzenie historyczne, a ONZ nie ogłasza czegoś takiego zbyt często. Aby mieć odniesienie, co oznacza klęska głodu dla ONZ, wystarczy wspomnieć, że w Strefie Gazy i nawet w Sudanie, gdzie obecnie jest 12 mln uchodźców, mówi się jedynie o grożącej klęsce głodu. Na południu Madagaskaru ta katastrofa rzeczywiście miała miejsce, a kiedy zajrzałem do internetu, znalazłem zdjęcia tego samego rodzaju co z Etiopii lat 70., z rozdętymi brzuchami dzieci i zapadłymi twarzami matek. Jednak wówczas, w latach 70. i 80., nieco starsi z nas pamiętają to doskonale, Etiopia przykuła uwagę świata. Organizowane gale charytatywne, koncerty Live Aid, Karlheinz Böhm zakładający organizację wspomagającą Etiopię i temat przebijający się na okładki magazynu „Stern” – głód należał do breaking news. Teraz, jesienią 2021 r., głód miał nawet bezpośredni związek z naszym stylem życia, który jest przecież odpowiedzialny za zmiany klimatyczne, podczas gdy sam Madagaskar do światowych emisji przyczynia się jedynie w wymiarze 0,01%. Jednak w gazetach nie znalazłem prawie nic o katastrofie, nie więcej niż jedną czy drugą suchą informację, w telewizji jedynie kilka doniesień, nie mówiąc już o jakimś specjalnym programie poświęconym tej sprawie.
Na szczęście istnieje jeszcze kilka redakcji, które umożliwiają przeprowadzenie takich kosztownych dziennikarskich kwerend, w moim przypadku to „Die Zeit” – ale jak długo jeszcze, jeśli reportaże zagraniczne są drogie, a interesuje się nimi stosunkowo niewielu czytelników? Gdy natomiast wyrażę opinię na tematy związane z gender albo z przestępczością wśród cudzoziemców, to redakcja może być pewna, że kliknięcia poszybują w górę. Ogólnie zresztą opinie to kolejne zjawisko, które rzuca się w oczy przy porównaniu dzisiejszych gazet czy programów telewizyjnych z tymi sprzed 20 czy 30 laty. Mamy do czynienia z inflacją opinii w formie komentarzy, glos, kolumn czy dyskusyjnych programów telewizyjnych, które są tak przewidywalne jak kiedyś kryminały – ktoś ciągle wyraża opinię na jakiś temat, a często jego kompetencje opierają się jedynie na tym, że jest znany. Za to nadawanie Auslandsjournal, czyli programu zawierającego analizy sytuacji za granicami Niemiec, przeniesiono na godziny nocne i jest to tylko jeden z przykładów podobnych działań. Gdy w zeszłym roku wróciłem z Sudanu, ostatniego przystanku mojej podróży, jako pierwszy lub jeden z pierwszych reporterów, którzy mogli relacjonować wydarzenia z tego kraju pogrążonego w wojnie, niemal błagałem, aby móc podzielić się swoimi wrażeniami w programach informacyjnych i w stacjach radiowych. Tak, wysłałem wiadomości do wielu znanych mi osobiście dziennikarek i dziennikarzy moderujących programy czy audycje. A rezultat? Z wielkim trudem udało się dać dwa wywiady w Deutschlandfunk na temat największej katastrofy humanitarnej współczesności. Każdy korespondent z Afryki potwierdzi moje doświadczenia, co więcej, koleżanki i koledzy ostrzegali mnie już o tym podczas podróży. Gdy jednak 10 tys. uchodźców z Sudanu znajdzie się na autostradzie wiodącej do Niemiec lub jeden z nich dokonuje zamachu, możemy być pewni, że każdego wieczoru po filmie sensacyjnym eksperci ds. bezpieczeństwa, wojownicy o kulturę i gwiazdy show-biznesu będą wyrażać swoją opinię na temat Sudanu.
Oczywiście przesadzam. Wiele redakcji w Niemczech i ogólnie na Zachodzie wykonuje wspaniałą pracę i nadal ceni zagraniczne reportaże, mimo że są one kosztowne i generują niewiele kliknięć. Jednak nie da się zaprzeczyć, a dane mediów to potwierdzają, że nasze spojrzenie staje się tym bardziej prowincjonalne, im bardziej nasza polityka, gospodarka i życie codzienne są determinowane przez wydarzenia rozgrywające się poza granicami naszego kraju. Paradoksem globalizacji jest to, że wszędzie na świecie, a zwłaszcza wśród klasy średniej, która jest najmocniej przez globalizację dotknięta, promuje się skupianie się na sobie, egoizm, lewicową, prawicową lub religijną politykę tożsamościową. Albo też, aby mówić o naszym dziennikarskim zawodzie: czy nie zwróciliście uwagi, jak często nawet trzy duże tygodniki polityczne z Hamburga: „Spiegel”, „Stern” i „Zeit”, podejmują teraz tematy z zakresu psychologii i samodoskonalenia? Uczynienie samego siebie punktem odniesienia i idący za tym narcyzm stały się cechą charakterystyczną naszych zachodnich społeczeństw, i w tym sensie narcyz w Białym Domu, który pierwotnie zasłynął jako gwiazda telewizyjna, jest odbiciem nas samych.
Wszyscy codziennie możemy przyczyniać się do tego, aby wiedzy nie zastępowały opinie, jak doświadczył tego Roy Mottahedeh w 2003 r. w Waszyngtonie, aby opisów nie zastępowały twierdzenia, wieloznaczności nie zastępowała jednoznaczność, konkretyzacji nie zastępowały uogólnienia, a prawdy nie zastępowało kłamstwo. Ciekawość świata charakteryzowała Europę, zanim zaistniał Zachód, a będzie jeszcze bardziej istotna, gdy Zachód przestanie istnieć.
Tłum. Piotr Napiwodzki
Wystąpienie podczas przyjęcia dla mediów zorganizowanego w hamburskim ratuszu przez Senat Miasta Hamburga dnia 14 maja 2025 r. Skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji
© Verlag C.H.Beck GmbH & Co. KG, München 2025. Excerpt translated from the German edition of Wenn sich unsere Herzen gleich öffnen by Navid Kermani