Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zapoznaj się z Polityką prywatności.
Dziadek otwiera drzwi z ciemnego drewna, chwyta mnie za rękę i wprowadza do zakrystii. Mam cztery lata. Pomieszczenie jest długie, ciemnawe, ma kilka rozgałęzień. Wybieramy pierwszy skręt w prawo. On otwiera kościelną szafę, wielką na całą ścianę, i wyszukuje najmniejszą z komż. Z rękawów wystają mi tylko czubki palców. Prosi, żebym całą mszę trzymał się blisko. Kiwam głową. Nie mogę wydobyć z siebie głosu. Wielki zegar z wahadłem wybija pełną godzinę, modlimy się i wychodzimy przed ołtarz. Idę obok dziadka, jednak nie trzymamy się za ręce. Nie wypada.
Siedzę sztywno na ministranckiej ławie w prezbiterium, moje nogi nie sięgają ziemi. Staram się trzymać je nieruchomo. Jestem dumny, że się udaje. Szczęśliwy. Wiem, że wydarza się coś wielkiego. Kiedy wracamy do domu, wyplątuję się na chwilę z uścisku jego ręki i zrywam kilka płatków dzikiej róży, długim szpalerem odgradzającej chodnik od osiedla. Chowam je do kieszeni na pamiątkę. Będę ministrantem prawie 20 lat.
Od zawsze chcę zostać księdzem. Bawię się w mszę, odkąd pamiętam. Kończę w dzień pierwszej komunii, kiedy mama nagłym ruchem odsłania przed gośćmi ukrytą na rurze od kaloryfera kolekcję stuł – podkradanych z szafy zimowych szalików. Chce się mną pochwalić, a ja czuję wstyd. Myślałem, że nikt nic o tym nie wie, to było moje prywatne marzenie. Zniechęcam się, ale nie całkowicie. Zachowuję to pragnienie już tylko wewnątrz. Nie mówię o nim nikomu. W końcu żegnam je razem z dzieciństwem.
W gimnazjum i liceum wymyślam dla siebie wiele alternatywnych dróg. Znajduję miasto do studiowania i wymarzony kierunek. Stary plan powraca nagle. Po jednej z klasowych osiemnastek zatrzymuję się na noc u dziadka. Obiecuję, że pójdziemy razem na poranną mszę. Ten sam kościół, te same ławy, tylko nogi mi urosły. Trzymam stopy pewnie na ziemi. Jednym uchem słucham kazania i dryfuję wśród własnych myśli. Płyną swobodnie, luźnym ciągiem skojarzeń. Jedna z nich jest nie moja. „Może byś poszedł do zakonu”. Wyraźnie słyszę tę sugestię: zachętę, nie nakaz. To nie głos, lecz raczej obraz, przekonanie, kierunek działania. Nie myślałem o niczym podobnym od kilku lat, a już na pewno nigdy nie myślałem o byciu zakonnikiem.
Idę za tą myślą. Postanawiam dać jej szansę. Wśród zmieniających się pomysłów na siebie, kolejnych zauroczeń i zakochań, nowych ludzi, pasji i książek jedno się nie zmieniło: poczucie, że opiekuje się mną bóg (wtedy: Bóg). Pamiętam radość odczuwaną za każdym razem, kiedy przychodziłem do kościoła – czasem nawet na godzinę przed mszą – i mogłem po prostu pobyć z nim sam na sam.
Gram w powołanie trzy lata. Rekolekcje, prenowicjat, orbitowanie wokół zakonu. Przez trzy lata nie decyduję się na włożenie habitu. Czuję, że to jeszcze nie ten moment, daję sobie czas. Kierownik duchowy mówi, żeby się nie spieszyć. Trzy lata tymczasowego życia, studiów robionych dla pretekstu, a ja wciąż nie mogę podjąć decyzji. Mam do siebie pretensje.
I wtedy trach, przesilenie. Nagle więcej rozumiem. Nie mieszczę się w heteronormie. Dociera do mnie, że uciekam w zakon przed sobą.
Spotykam się z przełożonym, mówię, że może kiedyś w przyszłości. Powiedzenie ostatecznego „nie” jest za trudne, nie przechodzi mi przez gardło. Odpis mojego maturalnego świadectwa wciąż leży w jakiejś zakonnej teczce, nie odebrałem go tamtego dnia, a nigdy potem nie znalazłem w sobie dość siły, żeby to zrobić.
Kryzys się przeciąga. Wymyślenie siebie na nowo idzie jak po grudzie. Nie wiem, czy zgubiłem drogę, czy przechodzę czas próby, czy jestem zwyczajnie wadliwy. Kiedy czuję, że tracę oddech, że bólu jest za dużo, jak ostatniej deski ratunku łapię się przekonania, że opatrzność (wtedy przez wielkie O) właśnie taki ma na mnie plan. Niepowodzenie jest częścią mojej drogi. W listach do osób przyjacielskich nadużywam w tamtym okresie fraz: „dobry Bóg sprawił…”, „dziękuję Bogu, że…”, „myślę, że Bóg…”. Gorąco w nie wierzę. Staram się apostołować wszystkim, którzy mogli tego potrzebować. Jestem wówczas przekonany, że właśnie tak „powinno” się postępować.
*
Minęło 10 lat. Tuż po trzydziestce napisałem wymagane uzasadnienie, pojechałem do rodzinnego miasta, do parafii dziadka i pobrałem odpis aktu chrztu. „Do czego?” – spytała siostra pracująca w kancelarii. „Do apostazji”. W tamtej chwili spuściła głowę i nie spojrzała mi już w oczy. Wróciłem do siebie, po pewnym czasie poszedłem do „własnej” parafii i formalnie wypisałem się z kościoła rzymskiego.
Moje życie uległo przebiegunowaniu i wciąż próbuję to zrozumieć. Od trzech lat szukam w tej historii jednego decydującego momentu albo logicznego ciągu kroków. Sumuję ze sobą powody i sprawdzam, przy którym naprawdę czuję, że mam dość. Szukam nie tylko w tych 10 latach, kiedy nastąpiła zmiana. Sięgam głębiej. Dłubię w dzieciństwie.
Dlaczego zostałem apostatą?
*
Odszedłem, bo miałem dość krzywych spojrzeń i wstrzymywanych w powietrzu hostii, kiedy przyjmowałem komunię na rękę. Odszedłem z kościoła, bo kompromitował się jako instytucja. Odszedłem, bo zmęczyły mnie komentarze, że za rzadko się spowiadam. Odszedłem, bo napisałem doktorat o fragmencie historii kościoła i doszedłem do wniosku, że rzymski katolicyzm z zasady sprzeciwia się nowoczesności. Odszedłem, bo moja nieheteronormatywność była niechciana i kazano mi o niej wciąż tylko zapominać, zamiast ją przyjąć. Odszedłem, bo zrozumiałem, że starsi mężczyźni decydujący o losach wspólnoty bardzo się boją i dlatego przedkładają autorytet nad rozmowę. Odszedłem, bo przyjaźniłem się z księżmi i często bywałem na plebaniach – miałem poczucie, iż moi znajomi i przyjaciele musieli stale chronić swoje etosy przed zmiażdżeniem i zbyt często asekurowali się argumentem, że zmiana wymaga czasu i że we wszystkim trzeba najpierw dostrzec dobro. Odszedłem, bo „życie wieczne w przyszłym świecie” to dla mnie żadna obietnica, tylko przerażająca groźba.
Wszystko tak, wszystko prawda, ale. Nieustannie czuję w tym „ale”.
No więc: dlaczego?
Pytanie „dlaczego?” wydaje mi się kluczowe. Zdradza sekrety, objawia powody, pozwala zrozumieć. A przecież tak bardzo chciałbym zrozumieć. Zrozumienie pomogłoby mi teraz, kiedy już nic nie mogę zrobić. Wyjaśnienie daje ułudę panowania, pozwala pogodzić się z bezsilnością i brakiem kontroli. Rozciągnąć wokół siebie kruchutkie władztwo intelektu.
Może powinienem powiedzieć po prostu: odszedłem, bo nie wierzę w boga. Ale kiedy odchodziłem, tak nie było. To przyszło później.
Nie wierzę w boga. Owszem, lecz to wydarzyło się po fakcie i jeżeli wpłynęło na decyzję, to w sposób radykalnie wymykający się mojemu zrozumieniu. Jeżeli w momencie odejścia nie wierzyłem w boga, to o tym nie wiedziałem.
Jeżeli nie wierzyłem, nie przyznawałem się sobie do tego. Nie byłem świadomy. Jak wiele moich działań posiada podziemne strumienie motywacji? Ile z tego, co robię, wynika z czegoś, co we mnie jest, ale czego nie rozumiem? Kiedy postawiłem sobie te pytania po raz pierwszy, poczułem przerażenie. Byłem dotąd przekonany, że panuję nad swoim życiem.
*
Półtora roku po apostazji poszedłem na terapię. Nie przez apostazję, nie tylko. Była jednym z powodów, jedną ze spraw, które wymagały opieki. Nie stała w centrum. Zacząłem proces, żeby uczciwie dopuścić się do własnego wnętrza, jednak przede wszystkim żeby uporać się z bezbrzeżnym smutkiem, który przelewał się przez większość poranków, a dnie zamieniał w mechaniczną walkę o skreślanie kolejnych punktów programu. Chciałem czuć się ze sobą lepiej, być wobec siebie wyrozumialszym i dojrzalej układać relacje z osobami, które są mi bliskie. Wszystko to zaczynało się wydarzać. Moje życie znacząco się zmieniało. I wtedy po 5 miesiącach pracy, 18 spotkaniach (liczę je i opatruję notatkami) tąpnęło.
###banner###
Jeszcze przed 19. sesją myślałem sobie, że jest już naprawdę znośnie, że wychodzę na prostą, więcej o sobie wiem. Wystarczył jeden wątek, opowieść o trudnej rozmowie z kimś najbliższym, żebym niespodziewanie odkrył w sobie nowe ciemne pokłady. Nie wiem, który klawisz na klawiaturze percepcji wywołał rezonans (w notatkach ze spotkania znajduję bezużyteczną frazę: „nie wiem do końca jak”). W środku wypowiadanego zdania poczułem, że w moim wnętrzu wydarza się coś ważniejszego. Zobaczyłem, jak schodzę po długich krętych schodach w mojej głowie. Zamkową lub kościelną wieżą podążałem w dół. Bałem się.
Na samym dnie, w prywatnym inferno wypatrzyłem niezbyt solidne drzwi z plastikową klamką i wielką szybą z mlecznego szkła. Wejście do mojego dawnego pokoju. Otworzyłem. Kartony piętrzyły się po sufit, jedyną wolną przestrzenią było wąziutkie przejście prowadzące do zupełnie ciemnego okna. Ruszyłem zakurzoną wykładziną z planem miasta, po którym latami podróżowałem resorakami. W głębi pomieszczenia siedziałem ja, malutki ja, ja-chłopiec i patrzyłem na siebie dorosłego nieufnie.
I wtedy ja-duży, siedzący przed ekranem komputera na 19. psychoterapeutycznej sesji online, zacząłem gwałtownie płakać. Łzy wylewały się uparcie, jakby próbowały zatopić świeżo odkryte podziemie. Albo przeciwnie, jakby właśnie stamtąd wybijały ku górze jak cola, do której nieopatrznie wrzuci się mentosa. Czułem się dziwnie. Osoba terapeutyzująca siedziała w milczeniu, z empatycznym uśmiechem. Widziała, co się dzieje, i nie próbowała nic z tym zrobić, nie rwała się do pocieszeń, ja zaś ryczałem i było mi głupio, a zarazem niegłupio, bo miałem do tego prawo. I było mi lepiej, a zarazem gorzej, bo na co mi cały ten smutek, który się właśnie ujawnił?
Mały chłopiec długo nie dawał się oswoić. Za każdym razem kiedy wywoływałem go z pamięci i wyprowadzałem z ciemnego pokoju na świat, siadał w kącie milczący i spięty, obserwował. Nie chciał mi zaufać i nie chciał się odezwać. Zacząłem zbierać drobne przedmioty, które mogłyby się mu spodobać. Z myślą o nim podnosiłem z plaży kamyki i piórka oraz sosnowe gałązki w lesie. Układałem je na stołku w kącie pokoju, zbudowałem tam ołtarzyk. Odkąd wrócił, mówiłem do niego, że nie ma się czego bać, że jest kochany, że jest wolny, że może się bawić, że może mówić, co chce, a ja zawsze będę przy nim.
Zaczął przychodzić sam z siebie. Pojawiał się niespodziewanie na skraju pola widzenia, w prześwicie drzwi lub na leśnej ścieżce i szedł gdzieś w swoich sprawach. Ustawiłem mu w mieszkaniu bujany fotel. Kilkanaście lat wcześniej zabrałem go z piwnicy dziadka, który jeszcze żył, ale już koniecznie chciał rozdawać przedmioty, zostawić nam je po sobie na pamiątkę. Mały-ja polubił ten fotel, znał go. Osoba terapeutyzująca zaproponowała, żebym napisał do niego list i umieścił w nim to, czego chłopiec nie usłyszał, a powinien. Potrzebowałem kolejnych czterech miesięcy, żeby przeczytać go na głos.
Któregoś dnia mały-ja (nie zanotowałem którego, żałuję) zaczął się uśmiechać – i tak już zostało. Przychodzi, kiedy chce. Pokazuje mi, że umie szybko biegać, że znika w oddali, zanim zdążę go zawołać. Czasem przyłapuję go, jak bawi się którymś z przyniesionych mu na ołtarzyk przedmiotów. Kiedy indziej widzę tylko puste miejsce po nim, czuję ukłucie w sercu i sam przyklękam przy stołku, żeby chwilę poprzekładać kamyki.
Historia tego chłopca nie ma centralnej traumy, bolesnego skrzywdzenia, które w sekundę wydziera dawne życie. Historia tego chłopca, moja historia, to historia o powolnym rozrastaniu się nieufności, o konieczności chowania przed światem emocji, bo są nie na miejscu, bo są grzeszne, bo nie powinno ich być tam, gdzie są.
Nikt nie ponosi za to winy, ale rzymski katolicyzm odegrał tu kluczową rolę. I winię go za to, choć nie jestem pewien, co zrobić z pretensją wobec całego światopoglądu. Jak go ze swoją wersją historii skonfrontować i jak sprawić, żeby usłyszał.
Postawiłem ścianę między sobą a światem. Murowałem ją cierpliwie, godzinami, z książeczką do nabożeństwa otwartą na rachunku sumienia. Ja-chłopiec w regularnych odstępach (miesięcznych, dwutygodniowych, dojrzewając: częściej) stawiałem sobie spisywane dla kolejnych pokoleń pytania i sprawdzałem, czy niczego nie przekroczyłem, czy zachowałem wszystkie reguły. Chciałem być bezbłędny, taki stawiano mi wzór. Chciałem naśladować Jezusa bez potknięć, nie chciałem być dla nikogo ciężarem, chciałem być tylko dobry, zawsze bardziej, niż tego ode mnie oczekiwano. Kiedy nie dawałem rady, nie było na to innej nazwy niż grzech i innego pocieszenia niż kolejna spowiedź. Szedłem tą ścieżką niestrudzenie popychany przez zachwyty plebanijnych gospodyń, podziw księży, zazdrość ministrantów, zadowolenie rodziców, komplementy nauczycielek, dumę babć i dziadków.
Wiem, to tylko kolejny dobry powód. Mój własny i nieobiektywny. Więcej: to tylko historia, którą tak, a nie inaczej opowiadam, w której mógłbym w inny sposób rozłożyć akcenty. Historia o tym, jak ja, grzeczny ministrant i wzorowy kandydat na kleryka, nie pozwalałem sobie na smutek, zazdrość i gniew. Upchnąłem ich w sobie tak wiele, że przestałem pałać do siebie sympatią, że nie byłem w stanie już dłużej ze sobą wytrzymać ani być sobą, i odszedłem.
Odszedłem, bo miałem i drugi dobry własny powód: miałem dość seksualnego tabu i opresji, którą katolicyzm nakładał na moją seksualność. Miałem dość tego, że grubo po dwudziestce, podnieciwszy się pod prysznicem, nie myślałem o samym podnieceniu, o jego źródle, ale natychmiast słyszałem w głowie głos: „Nie powinieneś tego czuć”. I jeszcze ten ucisk w żołądku i pędzące przed oczami wspomnienia 15 lat kolejnych regularnych spowiedzi. W niemal każdej ciążyło mi to samo. Miałem tylko jeden problem, który pozbawiał mnie snu i apetytu – jak skrzętnie ukryć pomiędzy innymi grzechami wyznanie: „Dotykałem się w nieprzyzwoity sposób”? Tylko tak umiałem nazwać prawdziwy nastoletni dylemat: ile razy mogę się za niego (nie wypowiadałem jego imienia) złapać, żeby to jeszcze nie był grzech?
Kolejny dobry powód.
I znów to poczucie, że mam siebie dość. Zauroczenia dziewczynami nigdy nie były religijnym problemem. Utrapieniem sumienia („nieuporządkowaniem”) było, że zakochuję się również w chłopcach. I dorastając, tej części mojego doświadczenia nie mogłem przeżyć, opowiedzieć, zrozumieć. Aż po dwudziestce wróciło do mnie z całą stłumioną siłą i rozwaliło moje życie na kawałki. Uczyniło bezradnym. W kościele wciąż proponowano mi jedynie milczenie albo leczenie: konwersję na heteroseksualność. Pamiętam długie godziny spędzane wstydliwie i w samotności na studiowaniu strony internetowej ośrodka, który twierdził, że „uzdrawia” tożsamość seksualną. Pamiętam intuicję, fizyczne ukłucie, żeby nigdy się w to nie wpakować, ale także upartą myśl w kontrze: czy to aby nie moja słabość, czy nie powinienem jednak tego zrobić dla Jezusa? Nie zrobiłem.
Ale. Zrozumiałem i zaakceptowałem swoją tożsamość dopiero po trzydziestce. Młyny boże mielą powoli.
*
Kiedy do osobistych doświadczeń dodaję argumenty teologiczne, filozoficzne i społeczne, zdaję sobie sprawę, że miałem wiele dobrych powodów. Można by mieć pewnie jeszcze lepsze. Można i gorsze. Żaden z nich w oczywisty sposób nie musi prowadzić do odejścia – tym bardziej do apostazji. Między powodem a decyzją jest coś, co wymyka się interpretacji.
Pytanie „dlaczego?” zamyka w pułapce uzasadnienia. Nie jest najistotniejsze. Dla mnie już nie jest. Bo było na pewno dla Immanuela Kanta przekonanego, że spójne, wyczerpujące uzasadnienie to wystarczający argument, że coś istnieje – nawet jeśli tego czegoś nie możemy nijak doświadczyć. W Krytyce praktycznego rozumu spójność i realność prawa moralnego, które każda osoba ma odczuwać w sobie, dowodzi, że istnieje bóg.
Od dawna uwielbiam Kanta. Jego sprytna droga do sięgania po rzeczy inaczej niedostępne (boga, wieczność, duszę) długo wydawała mi się zniewalająca. Może z miłości do Kanta mimo wszystko szukam odpowiedzi dlaczego?
*
Kiedy jednak otwieram w głowie pudełko z napisem „apostazja”, w pierwszej chwili nie przychodzą do mnie pytania, powody i uzasadnienia, lecz tamten lipcowy dzień, którego kolejne rocznice świętuję. I jedno intensywne wspomnienie. Popołudnie, umiarkowanie ciepło, właśnie odszedłem. Wracam do mieszkania, nie mogę sobie znaleźć miejsca, zaglądam do lodówki, jest za pusta. Postanawiam coś z tym zrobić.
Emocje dopadają mnie na rondzie. Kiedy wrzucam kierunkowskaz i przyhamowuję przed wjazdem na skrzyżowanie, czuję, jak siła bezwładności oprócz krwi przelewa we mnie smutek. Smutek gromadzi się z tyłu, a potem pod działaniem siły odśrodkowej przepływa na prawo. Naciska mi na skórę. Boli. I nagle znika. Brakuje mi tchu. Czuję się pusty. Czuję, jakby ktoś właśnie mi umarł. Niebo nade mną jest puste. Nie stoi w płomieniach, jest tylko puste. 30 lat mojego życia jest puste. Podstawowy cel, który miał mi przyświecać – dobrym życiem przygotować się do dobrej śmierci i do odebrania wiecznej nagrody – znika. Niebo jest puste i ciężkie. Za moment stłucze się i posypią się na mnie odłamki. Czuję tę groźbę.
Zjeżdżam z ronda, jednak wydaje mi się, że wciąż skręcam. Jakbym upadał, siedząc. Na moje ciało oprócz grawitacji działają inne siły, szarpią mnie w różnych kierunkach. Próbują najpierw rozerwać, a potem zmiażdżyć. To raptem kilka sekund, ale wyjątkowo gęstych. Biorę głęboki wdech, jadę wolno, ocieram łzy wierzchem dłoni i równie niespodziewanie czuję, że wszelki napór odpuścił. W pustce, która pozostała, pojawiło się nowe uczucie. Radość. Jestem wolny. Nikt mnie za nic nie ukarze, przed nikim nie odpowiadam, nikt mi nie powie, co mam robić. Mogę wziąć za siebie odpowiedzialność i żyć własnym życiem. Jest tu miejsce na mnie.
Ta opowieść nie jest dobrym powodem ani odpowiedzią na pytanie „dlaczego?”. Kiedy teraz, po kilku latach, przeglądam moje czterostronicowe uzasadnienie apostazji – dokument, który pracowicie spisałem i który leży gdzieś w kościelnych archiwach dołączony do stosownych akt – nie ma tam nic o poczuciu wolności ani o moim własnym życiu. Nie mogłem wtedy poczuć, że właśnie dlatego odchodzę, bo to się jeszcze nie wydarzyło. Ale właśnie to jest dla mnie najgłębsze uzasadnienie całej sprawy. Ja jestem moim powodem. Nie rozumiałem tego od razu. Moje „dlaczego?” przyszło po wszystkim.
*
Żeby od razu apostazja? Po co? Nie mogłeś jakoś delikatniej?” – zapytali rodzice, kiedy im w końcu powiedziałem, dwa lata po fakcie. Nie każda osoba zrywająca z katolicyzmem potrzebuje takiego gestu. Kiedy rozmawiam o apostazji ze znajomymi i przyjaciółmi, niektórzy dzielą się własnymi opowieściami. Część czuje potrzebę, żeby powiedzieć, dlaczego one / oni się nie apostazjowali. „Nie chciałam grać według ich zasad”. „Oddryfowałem”. „Wciąż walczę”. „Po prostu przestałem chodzić”. „Próbowałam, ksiądz na mnie nakrzyczał i powiedział, że mi tego nie da, drugi raz nie próbowałam”.
Czułem, że bez apostazji to nie będzie odejście. Byłem to sobie winien. Katolicyzm potrafi być pułapką. Dla mnie był. Pamiętam wiele momentów niezgody na własną religijność, przypływy złości wobec samego siebie, długotrwałą apatię na skutek odmawiania brewiarza. Zaczęło się od strachu 11-letniego dziecka przed wiecznością – strachu, na który nikt nie był mu w stanie odpowiedzieć – a pogłębiło się to tylko, kiedy chwilę później odkryłem, że zakochuję się w ludziach niezależnie od ich płci.
Problem był zawsze po mojej stronie. Każdy spowiednik, każdy przewodnik duchowy przepisywał mi jeden i ten sam środek na wszelkie wątpliwości: więcej religii. Więcej modlitwy, częstsza spowiedź, codzienna eucharystia, rekolekcje, więcej Jezusa. Chcieli dobrze, w to nie wątpiłem i nie wątpię. Jak więc się buntować? Gdzie znaleźć dla tego punkt archimedesowy? Jak ma to zrobić kilku-, kilkunastoletni chłopiec żyjący wyłącznie wśród katoliczek i katolików? Nie miałem podobnej przestrzeni, upustu dla smutku i złości – tylko cichy płacz wieczorem w łóżku i czekanie, aż źródła niepokoju wyschną.
Od duchowych przewodników dostałem jedynie nazwę. „Noc ciemna”. Czytałem o czyichś nocach ciemnych, o okresach kiedy bóg milczy. Myślałem, że właśnie to mnie spotyka, i czekałem. Aż minie napad lęku i zawrót głowy, aż osłabnie pożądanie, aż wygaśnie złość, ucichnie gniew, minie smutek. I mijały. Naprawdę mijały. Albo znikały pod powierzchnią.
Kiedy ustępowały, przychodziły momenty, w których byłem naprawdę szczęśliwy. Przez kilka chwil, kilka dni, czasem nawet tygodni czułem szczęście, do którego nie mam już dostępu. Towarzyszyło mu przekonanie, że świat ma w sobie ład, że moja splątana ścieżka dokądś prowadzi, że ktoś się mną opiekuje i jest nieskończenie wyrozumiały (a przecież tyle trzeba było mi wybaczać, tę nieufność, złość i pożądliwość trzeba było mi wciąż wybaczać).
*
Kochałem się w wielu dziełach sztuki, ale w jednym zupełnie bezwarunkowo. Zobaczyłem je najpierw w Teatrze Telewizji, sam w ciemnym salonie, dużo później na żywo. Słomkowy kapelusz wyreżyserowany przez Piotra Cieplaka. Oniemiałem już na paradzie otwierającej spektakl. Aktorki i aktorzy Teatru Powszechnego w kolejnych zmianach kostiumów w rytm hipnotycznej muzyki kłaniają się widowni i bezceremonialnie zrzucają kostiumy na roboczy wózek. I wracają znowu, w kolejnej masce. Więcej ukłonów. Koniec na samym początku. Miłość przyszła jednak scenę później. Adam Woronowicz wychodzi sam w ciemną, cichą przestrzeń i mówi łagodnie do czułego mikrofonu:
„O ciemno, ciemno, ciemno. Wszyscy odchodzą w ciemność,
W próżnię przestrzeni międzygwiezdnych, próżnia w próżnię:
Kapitanowie, bankierzy, znakomici pisarze,
Hojni patroni sztuki, mężowie stanu i władcy,
Wysocy urzędnicy, prezesi rad nadzorczych,
Wędrowni handlarze i królowie nafty – wszyscy idą w ciemność;
I gaśnie Słońce i Księżyc, i Almanach Gotajski.
Gazeta Giełdowa i Skorowidz Dyrektorów,
Zimne są zmysły i utracona przyczyna działania;
Idziemy z nimi wszyscy na milczący pogrzeb,
Na niczyj pogrzeb, bo grzebać nie ma kogo.
Powiedziałem duszy mej, bądź spokojna i pozwól, by
ciemność zstąpiła na ciebie,
A będzie to ciemność Boga.
(…)”
(tłum. Krzysztof Boczkowski).
Eliot w farsie. Wracałem do niego wiele razy, zamykałem oczy i odtwarzałem z pamięci głos, sam powtarzałem sobie te wersy po cichu. Czułem, że jestem blisko tajemnicy.
*
Nie umiem odnaleźć jednego momentu zwrotnego, więc go teraz zmyślę. Zlepię ze sobą przeżycia i myśli, które rodziły się stopniowo. Upakuję to w jednym wieczorze, który naprawdę przeżyłem, choć wtedy tego wszystkiego nie pomyślałem. W wigilię zesłania ducha świętego poszedłem na czuwanie do krakowskiego kościoła. Miałem 20 lat, nie czułem się dobrze. Wiedziałem już, że nie zostanę zakonnikiem, że to byłaby tylko ucieczka od siebie w kościół, i nie mogłem wymyślić dobrego nowego planu. Zapętlone inkantacje śpiewane przez scholę dawały mi poczucie ulgi, chwilę oddechu od siebie. Po długiej adoracji zakonnik z monstrancją ruszył główną nawą przez kościół, a towarzyszący mu współbracia wykładali ręce na podchodzących ludzi. Widziałem, jak inni osuwają się delikatnie na podłogę asekurowani przez stojących w pobliżu zakonników – jak spoczywają w duchu świętym. Wydawało mi się, że patrzę na to z góry wyjęty z siebie. Nie czułem nic. I naraz cała ta sytuacja wydała mi się śmieszna. Otaczające mnie osoby wydały mi się naiwne. Skarciłem się szybko za tę myśl, jednak lawina już ruszyła.
„Co to jest? Dlaczego ja tu w ogóle jestem? Siedź! Po co? To nie jestem ja. Siedź, jeszcze trochę cierpliwości. Duszę się tutaj. Brakuje mi powietrza. Stop”.
Odtąd (choć nie było jednego odtąd, była mgławica, przez którą dryfowałem) postanowiłem spróbować nowej strategii. Małe kroczki w tył. Większa przestrzeń dla własnego „sumienia” (dziś myślę: zmysł moralny). Rzadsze spowiedzi. Mniej modlitewnych formuł. Więcej krytycznego myślenia. Mówienie głośno o wątpliwościach. Koniec z „powinienem” być w kościele, raczej: „czy chcę”. Strategia małych kroczków, 10 lat mojego życia, okres kiedy jeszcze byłem katolikiem.
Tamtego majowego wieczoru wśród osób utulonych w duchu świętym urodził się we mnie jeszcze jeden lęk – lęk przed odstępstwem, który dołączył do lęku przed błędem, lęku przed wiecznością i lęku przed sobą. „W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości” (1 J 4, 18). Wiele razy wracałem do cytatu z 1. Listu Jana. Przeklęczałem swoje z biblią otwartą na tej stronie. Szukałem w sobie stanu, myśli lub uczucia, które pozwoliłyby mi ten tekst zrozumieć. Udawało się tylko wtedy, kiedy zupełnie zapominałem o sobie, kiedy w umyśle robiło się cicho i zanurzałem się w świecie, myśląc, że zanurzam się w bogu. Nigdy nie bałem się kary, bałem się siebie. Pozbycie się siebie usuwało lęk. Kiedy wracałem, on wracał.
*
Obawa odstępstwa pewnego dnia ustąpiła. Znam datę, nie muszę niczego kompilować, zmyślać. Pamiętam to wyraźnie. Przechodziłem przez przejście dla pieszych w centrum Szczecina, przyjechałem na jeden dzień. Oświeciło mnie.
Mogę odejść!
Pamiętam to „wow” w głowie. Powiedziałem na głos, że dokonam apostazji, i poczułem ulgę. Ogromną ulgę.
*
Apostazja niczego nie kończy. Nie przynosi poczucia tryumfu. Wciąż żyję w orbicie katolicyzmu, wciąż jestem w Polsce. Osoby mi bliskie są rzymskimi katoliczkami, osoby mi bliskie wierzą w Boga. Rozmawiamy czasem o kimś, kogo już nie ma, i słyszę: „Opowiem mu to, jak się spotkamy” lub „Muszę jej za to podziękować po tamtej stronie”. Uśmiecham się. Jestem rozdarty. Cenię te wyznania, jednak nie mogę o nich myśleć bez przekąsu. Uśmiecham się, bo takie wyznania są czułe, przy czym myślę: „Czyżby? A jak nie?”. Opowiadasz teraz, dziękujesz teraz. Nie eksportuj swoich emocji w zaświaty. Mówisz o nich mi, i to nie jest bez znaczenia. Pamięć nie jest bez znaczenia. Jest nietrwała i krucha jak wszystko w nas.
Osoby zmarłe wciąż we mnie żyją, żyją czasem gwałtowniej i boleśniej niż ludzie żywi.
Są jak kręgi rozchodzące się na wodzie. Kamień raz zmącił taflę jeziora i zniknął w głębinach, a teraz zostały już tylko te fale. Rozchodzą się coraz szerzej, ale i słabiej, aż w końcu nikną, wygładzają się, umykają oczom. Aż w końcu nie ma już nikogo, kto przywołałby ich obraz pod powiekami. Dla mnie nie ma żadnego potem. Nie ma nic po drugiej stronie. Jest śmierć. To nie jest teza metafizyczna. To nie jest naukowy pewnik. To jest moje rzeczywiste życie. Mój kruchy, własny, bolesny światopogląd. Konsekwencja tego, że odzyskałem wolność. Nie czekają mnie żadne odroczone spotkania.
„(…) wszyscy odchodzą w ciemność,
W próżnię przestrzeni międzygwiezdnych, próżnia w próżnię”
Nie przewidziałem, że skutkiem apostazji będzie potrzeba pożegnania dziadka. Wewnętrzna konieczność. Nie, nie pożegnania – żegnania. Bo żegnanie nie ustaje, bo wciąż żegnam, bo żegnanie rozchodzi się kręgiem po wodzie, tak długo jak ją mącę. Tak długo jak żegnam, on żyje, oni żyją. I wciąż mijając krzew dzikiej róży, zrywam z niej płatki, choć to nie to miasto i nie ten zielony szpaler, a ja nie sięgam już po pudełko z różańcem, w którym od komunii chowałem zasuszone kwiaty.
*
Nie tylko dziadek mi umarł, nie tylko inni mi umarli. Sam też sobie umarłem. Łapię się na tym, że przyjmuję swoje wspomnienia ze zdziwieniem, czytam swoje dawne listy z zażenowaniem. Bywają momenty, że tamtego siebie nie lubię, ale trudne jest przede wszystkim rozumienie. Patrzę na tamtego chłopca, nastolatka, młodego dorosłego z pewnym oporem. Wiem, że robili, co mogli; lecz to zbyt wiele nie ułatwia. Staję sam sobie okoniem. To tak irytujące. Nie umiem w pełni do siebie wrócić, wciąż szukam drogi do moich poprzednich wersji. Ścieżki, która nas ze sobą połączy. Być może takiej ścieżki nie ma.
Nie znajduję spójnej opowieści, konsekwentnego życiorysu, ale przecież zostają mi momenty. Rozsypane dobre wspomnienia. Splatanie pojedynczych oczek. Bywają dni, kiedy przychodzi do mnie mały-ja i mości się w fotelu na biegunach. Pamiętam wyraźnie jeden z takich dni. Ciepłe letnie popołudnie na balkonie, który dopiero pozamiatałem. Słońce przedziera się przez sosnowe gałęzie. Ja na leżaku, mały na fotelu naprzeciwko. Stopą pomagam mu się rozbujać. Widzę, że się uśmiecha. Nie potrzebuję żadnego wyjaśnienia. Po prostu razem sobie jesteśmy. Żyjemy.