Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zapoznaj się z Polityką prywatności.
Abp Marek Jędraszewski w liście do wiernych ubolewał niedawno nad zapaścią demograficzną w Polsce, która wynika według niego przede wszystkim z „ośmieszania” rodzin wielodzietnych w mediach. Czy 100 lat temu można by w Polsce usłyszeć podobne kazanie?
Szczegóły pewnie byłyby inne, ale taki przekaz się pojawiał. Już wtedy ważnym elementem katolickiej biopolityki było promowanie wysokiej dzietności. W służbie narodowi i Kościołowi.
Można się zastanawiać, co te rozważania demograficzne mają wspólnego z Ewangelią.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, a już zwłaszcza po II wojnie światowej, Kościół występował jako rzecznik narodu – wysoka dzietność była potrzebna, aby „zrekompensować” straty wojenne. Katolickie poradniki dla rodzin z reguły zachęcały do posiadania czworga, pięciorga dzieci. Klasy „niższe” często miały tyle potomstwa, ale krytykowano rozpowszechniony w miejskich rodzinach inteligenckich model 2 + 2. Większa liczba dzieci miała pozwolić na rozkwit narodu.
Kieruje Pani projektem naukowym poświęconym badaniom nad katolicką polityką reprodukcyjną od 1930 r. Dlaczego lata 30. są w tym kontekście tak istotne?
Ze względu na dwa wydarzenia. Pierwsze to opublikowanie w 1930 r. encykliki Casti connubii Piusa XI. Dokument ten wyraźnie określa powszechne nauczanie Kościoła w zakresie spraw reprodukcyjnych – potępia aborcję oraz stosowanie metod antykoncepcyjnych, które w tym samym roku dopuścił Kościół anglikański. Wstrzemięźliwość w dni płodne, czyli tzw. kalendarzyk małżeński, jest milcząco akceptowana, jednak w komentarzach duszpasterskich z tego okresu pisze się, że można ją stosować tylko z ważnych powodów, np. zdrowotnych. Część teologów przeciwstawia się nawet tej formie kontroli urodzeń. Podkreślano, że seks ma przede wszystkim służyć prokreacji, choć niektórzy progresywni autorzy pisali też o więzi w małżeństwie.
Drugie wydarzenie to polska dyskusja wokół prawa do aborcji, która toczy się na przełomie lat 20. i 30.
W 1932 r. przyjęto prawo do przerywania ciąży w sytuacji, gdy pochodzi ona z przestępstwa (gwałtu, kazirodztwa) albo stanowi zagrożenie dla życia bądź zdrowia matki. Stan prawny właściwie podobny do dzisiejszego.
Poprzedzała ją gorąca, brutalna debata, także zbliżona do współczesnej. Po jednej stronie były środowiska liberalne, związane np. z „Wiadomościami Literackimi” oraz z rzecznikami „świadomego macierzyństwa”, takimi jak Tadeusz Boy-Żeleński i Irena Krzywicka. Zwolennicy prawa do aborcji ze względów społecznych argumentowali, że w ten sposób zmniejszy się zagrożenie dla życia kobiet pojawiające się w wyniku zabiegów wykonywanych w podziemiu, przez niewykwalifikowane osoby. Boy ukuł wtedy słynną frazę „piekło kobiet” (taki tytuł nosił wybór jego felietonów). Z drugiej strony były środowiska kościelne i prawicowe, które postulowały całkowity zakaz aborcji. Ks. Stanisław Podoleński w książce O życie nienarodzonych pisał np., że lekarz nie może uśmiercić płodu nawet dla ratowania życia matki. Dopuszczał jedynie, że poronienie czy obumarcie płodu może być efektem ubocznym walki o życie kobiety.
Ostatecznie spór zakończył się zwycięstwem sił konserwatywnych, ponieważ liczba wyjątków dopuszczających aborcję była niewielka, a za zabieg karano zarówno osobę, która go przeprowadzała, jak i kobietę.
Choć można też powiedzieć, że doszło do pewnej liberalizacji. W zaborze rosyjskim art. 934 Kodeksu kar głównych i poprawczych z poł. XIX w. za pomoc w przerwaniu ciąży karał zsyłką w „odleglejsze miejsca Syberii”. Tego typu kar polskie prawo już nie przewidywało.
W tej ostrej dyskusji wokół aborcji pojawiały się też wątki antysemickie.
Tak, to zresztą nie tylko polska specyfika. Środowiska nacjonalistyczne oskarżały żydowskich lekarzy i intelektualistów (choćby wspomnianą Krzywicką) o to, że promują metody kontroli urodzeń, aby ograniczyć dzietność Polek, zmniejszyć siłę i potencjał polskiego narodu.
Lata 30. to w końcu także czas eugeniki, różnych prób „udoskonalania substancji” narodu, np. przez sterylizację osób z zaburzeniami psychicznymi.
Warto powiedzieć, że Kościół katolicki przeciwstawiał się eugenice. Pokazuje to m.in. Magdalena Gawin w swojej książce Rasa i nowoczesność. Historia polskiego ruchu eugenicznego. Być może katolicyzm wpłynął na to, że w Polsce ruch eugeniczny nie rozwinął się tak mocno jak np. w krajach skandynawskich.
Jednocześnie Kościół wspierał tzw. eugenikę pozytywną, zachęcając grupy uważane za lepsze do rozmnażania, a niektóre środowiska prawicowe, flirtujące z Kościołem, głosiły hasła „czystości rasy”, polonizacji miast, poprawiania „materiału rasowego” w przekonaniu, że dzięki temu Polacy będą bardziej przypominali cywilizacyjnie zaawansowanych Niemców, a nie ubogich Żydów czy Ukraińców.
Po II wojnie światowej Polska staje się paradoksalnym krajem, zarazem katolickim i komunistycznym. Kiedy Kościół i partia mówiły w sprawach reprodukcji jednym głosem, a kiedy wchodziły ze sobą w spór?
Wspólnym celem było z pewnością promowanie dzietności. Zwłaszcza od lat 70., gdy liczba dzieci nieco spadła, choć pamiętajmy, że było ich wciąż znacznie więcej niż dzisiaj (w 1960 r. na kobietę w Polsce przypada 3,00 urodzeń, w 1970 r. – 2,2, a w 2020 r. – 1,38). Na tym podglebiu niepokoju demograficznego pojawiła się wówczas jakaś milcząca współpraca Kościoła i państwa.
Jednocześnie istniały rozmaite konflikty, a najważniejszym z nich była ustawa o przerywaniu ciąży. Po II wojnie światowej Kościół miał nadzieję na zaostrzenie dotychczasowego prawa aborcyjnego. To jednak w 1956 r. zostało złagodzone, dopuszczono przerywanie ciąży z powodów społecznych, co po kilku latach zaowocowało praktyką, w wyniku której aborcja była dostępna właściwie na żądanie – i tak pozostało przez cały okres PRL-u.
Jak Kościół i wierni zareagowali na liberalizację prawa aborcyjnego?
Uchwaleniu nowego prawa – podobnie jak w 1932 r. – towarzyszyła ożywiona dyskusja. Ludzie Kościoła – na tyle, na ile mogli w warunkach komunistycznej cenzury – wypowiadali się przeciwko ustawie.
A zwykli wierni? No cóż, szacuje się, że w latach 60. dokonywano w Polsce ok. 300–500 tys. aborcji rocznie, traktowano je jak łatwo dostępną formę kontroli urodzeń; dopiero pod koniec lat 80. ta liczba spadła do ok. 100 tys., choć należy pamiętać, że ciąże usuwano też w tzw. spółdzielniach lekarskich i tych zabiegów nie rejestrowano. Biorąc pod uwagę, że większość społeczeństwa należała do Kościoła, duża część tych zabiegów musiała być dokonywana przez katoliczki.
Jak postrzegano aborcję w PRL-u? Jako zabieg medyczny? Czy jako moralny dylemat?
Wydaje się, że od lat 70., a zwłaszcza od lat 80., jest traktowana coraz bardziej krytycznie. Z jednej strony to wpływ Kościoła, który zyskuje szersze oddziaływanie na życie społeczne i może wyraźniej zabierać głos w tej sprawie. Jeden z uczestników naszych badań powiedział, że dopiero gdzieś pod koniec PRL-u po raz pierwszy usłyszał w kościele, że aborcja to grzech, że wcześniej nie traktował jej w ogóle w kategoriach religijnych, była to dla niego kwestia medyczna. Z drugiej strony w prasie coraz częściej zaczęli się wtedy wypowiadać lekarze – często katolicy – którzy podkreślali, że aborcja jest zabiegiem niebezpiecznym dla zdrowia kobiety. Na przykład mająca duży wpływ na Jana Pawła II lekarka Wanda Półtawska opublikowała w 1974 r. w „Tygodniku Powszechnym” tekst pokazujący szkodliwość aborcji z punktu widzenia genetyki, embriologii, endokrynologii i psychiatrii. Był on też reprodukowany jako samodzielna broszura, a także wykorzystywany w czasie kursów przedmałżeńskich. Znany seksuolog Zbigniew Lew-Starowicz – wówczas mocno związany z Kościołem – bardzo często pisał o problemach zdrowotnych związanych z antykoncepcją, rzadziej o aborcji, ale np. w felietonie w studenckim tygodniku „itd” z 1979 r. pokazywał, że dokonanie aborcji przez kobietę może prowadzić do zaburzeń, np. spowodować, że jej mąż będzie w stosunku do niej odczuwać „wstręt seksualny”. Nie mogąc używać wprost języka religijnego czy moralnego, często akcentowano inne zagrożenia, głównie zdrowotne właśnie. Oczywiście było to autentyczne ryzyko przy PRL-owskich standardach szpitali, do których szło się na wycięcie wyrostka robaczkowego, a wracało z gronkowcem. Pytanie, czy nie można było więcej uwagi poświęcać zwalczaniu tych zagrożeń.
W prasie PRL-owskiej pojawiały się też listy czytelniczek zastanawiających się, czy miały prawo usunąć ciążę. W takich debatach raczej nie uczestniczyli katolicy, a oficjalna konkluzja była zawsze taka sama: prawo do aborcji jest socjalistycznym prawem kobiet.
Kościół osiągnął chyba pewien sukces, jeśli chodzi o powszechne przyjęcie jego nauczania dotyczącego aborcji
Istnieje rzeczywiście taka korelacja, że lata 70. i 80. to okres wzrostu religijności Polek i Polaków – m.in. w wyniku pontyfikatu Jana Pawła II i różnych masowych akcji Kościoła – a zarazem czas spadku liczby wykonywanych zabiegów przerwania ciąży, przynajmniej zgodnie z oficjalnymi statystykami.
W jaki sposób Kościół reagował na postulaty wprowadzenia edukacji seksualnej w szkołach, tzw. uświadamiania płciowego?
Lekcje przysposobienia do życia w rodzinie odbywały się w polskich szkołach od lat 60., ale często miały charakter przypadkowy, prowadzili je nauczyciele innych przedmiotów, czasem pojawiał się na jedną godzinę jakiś lekarz.
Sądzę, że w II poł. XX w. istniała zgoda między konserwatystami a postępowcami co do konieczności samego istnienia lekcji na ten temat. Wcześniej Kościół przestrzegał przed nimi, zakładając, że ostrożne wprowadzanie w tę tematykę powinno dokonywać się w rodzinie. Jeszcze w encyklice Divini illius magistri z 1929 r. Pius XI przestrzegał: „Jest ważnym, żeby dobry ojciec, kiedy mówi z synem o rzeczy tak śliskiej [seksualności i grzechu – przyp. A.K], uważał i nie schodził do szczegółów i do opisywania różnych form, jakimi ta piekielna hydra zatruwa tak wielką część świata, żeby się nie przytrafiło, iż zamiast ugasić ten ogień, nieroztropnie rozdmuchałby go i rozpalił w prostym i wrażliwym sercu dziecka”.
W tym samym dokumencie papież przestrzegał nawet przed koedukacją – wspólną nauką chłopców i dziewcząt – opartą na „opłakania godnym pomieszaniu pojęć, które uczciwe współżycie ludzkie utożsamia z pomieszaniem i wszystko niwelującą równością”.
Po wojnie przedmiotem kontrowersji było już nie samo istnienie lekcji przysposobienia w rodzinie, lecz ich treść – w jakim stopniu mają się tam pojawiać zagadnienia „moralne”, a w jakim „praktyczne”. Konserwatyści postulowali, żeby na takich lekcjach przekazywać, że właściwą przestrzenią dla seksu jest małżeństwo. Postępowcy zauważali, że młodzież zaczyna życie seksualne poza nim i często ma szereg praktycznych pytań w tym zakresie.
W 1987 r. wyszedł znakomity świecki podręcznik do przysposobienia do życia w rodzinie. Jego główny autor, seksuolog Wiesław Sokoluk, pisał bezpośrednim językiem, bez moralizowania, zwracał uwagę np. na to, żeby decyzje o inicjacji seksualnej podejmować odpowiedzialnie, pamiętając o antykoncepcji, nie robić tego pod wpływem alkoholu, ale nie wpisywał jej w ramy małżeństwa. Z ostrożną życzliwością mówił o homoseksualności i odnosił się krytycznie do nietolerancji, homofobii (nie używając tego terminu). Podawał też szereg praktycznych informacji na temat „pierwszego razu”. Książka została ostro zaatakowana, na łamach PAX-owskiego „Słowa Powszechnego” pojawiła się recenzja pt. Podręcznik defloracji i masturbacji. Pod wpływem nacisków episkopatu – wówczas już mającego duże wpływy – publikację wycofano ze szkół. W III RP nie było już właściwie tak udanych podręczników.
Ważnym wydarzeniem w świecie katolickim była encyklika Humanae vitae ogłoszona w 1968 r. Potwierdzała zakaz używania antykoncepcji, dopuszczając jedynie tzw. naturalne metody planowania rodziny.
Lata 60. stanowią w Kościele powszechnym czas wielu dyskusji na ten temat i prób redefinicji założeń encykliki Casti connubii, która dopuszczała „uczciwą wstrzemięźliwość” jedynie z ważnych powodów. Pojawiają się na ten temat teksty w prasie katolickiej. Pisała o tym Anna Morawska, katolicka publicystka, której czytelnicy „Znaku” zawdzięczają wnikliwe relacje z II Soboru Watykańskiego.
W jej tekstach na łamach „Więzi” widać potrzebę znalezienia nowego katolickiego języka, pogodzenia chrześcijaństwa i nowoczesności, świadomego planowania rodziny. Morawska zauważa np., że mówienie o naturalnych metodach planowania rodziny – ten termin zaczyna wówczas robić karierę – jest nietrafione. Przecież zakładając jakąkolwiek regulację w zakresie płodności, i tak „oszukujemy naturę”. Sugerowała, że nie ma właściwie różnicy między różnymi metodami antykoncepcji.
Jan XXIII powołał wówczas kościelną komisję, która opowiedziała się za dopuszczeniem do korzystania w małżeństwie także z pigułki antykoncepcyjnej; decyzja Pawła VI w encyklice jest jednak inna – spekuluje się, że duży wpływ miał na niego abp Karol Wojtyła.
Autor książki Miłość i odpowiedzialność, który przywiązywał – dla wielu trudno zrozumiałą – wagę do tego tematu.
Miłość i odpowiedzialność jak na swoje czasy była w wielu kwestiach postępowa. Podkreślała np. znaczenie seksu dla relacji międzyludzkiej, a nie jego prokreacyjny charakter.
Abp Wojtyła – po publikacji Humanae vitae – przyczynił się jednak do wyciszenia dyskusji o antykoncepcji w polskim Kościele. W komentarzu do encykliki przygotowanym z grupą krakowskich teologów moralistów Wojtyła pisał, że jej krytycy formułują jakieś pseudoargumenty, są rzecznikami hedonizmu.
Ciekawy jest przy tym los – opublikowanej w wydawnictwie Znak w 1972 r. – książki katolickiego intelektualisty, wieloletniego szefa warszawskiego KIK-u, Andrzeja Wielowieyskiego Przed nami małżeństwo…
Nazwała ją Pani kiedyś publikacją być może bardziej rewolucyjną, a na pewno pod wieloma względami bardziej feministyczną od słynnej Sztuki kochania Michaliny Wisłockiej.
Cóż, o ile Wisłocka podkreśla np. znaczenie kobiecej dyplomacji, flirtu i niemówienia przez kobiety otwarcie o swoich potrzebach, o tyle Wielowieyski wskazywał wyraźnie na znaczenie szczerości i partnerstwa w związku.
Gdy Wisłocka twierdziła, że kobieta nie powinna inicjować współżycia, bo to może zabić związek, to Wielowieyski przytomnie zauważał, że „nie będzie niczym zdrożnym, jeśli więc inicjatywę w ogóle, a także w życiu seksualnym będzie mieć kobieta”.
W kontekście antykoncepcji, akceptując stosowanie metod naturalnych, zauważał, że w małżeństwie istnieją o wiele ważniejsze problemy niż „prezerwatywy, globulki i pigułki”, które jednak nie są surowo potępiane przez pasterzy Kościoła. Choćby takie jak nadużywanie alkoholu czy „żądza władzy” – co, jak rozumiem, jest określeniem różnych form przemocy. Podważał też argumenty przeciw antykoncepcji – jak np. ten, że rzekomo sprzyja ona egoizmowi w małżeństwie albo przedmiotowemu traktowaniu partnerki przez partnera.
Książka Wielowieyskiego wywołała burzę, a do autora napisał list abp Wojtyła, prosząc o zmiany w drugim wydaniu, na które autor ostatecznie przystał, rezygnując np. z omówienia w książce działań komisji w Watykanie, rekomendującej akceptację sztucznej antykoncepcji.
Rygoryzm Karola Wojtyły w tym zakresie budzi dziś wrażenie jakiejś nieadekwatności, gdy weźmie się pod uwagę brak jasnej i zdecydowanej reakcji na przypadki pedofilii wśród księży. Czy Państwa badania mogą rzucić jakieś światło na stosunek do przestępstw seksualnych w Kościele w PRL-u?
Nie badaliśmy tego, ale oczywiście historia seksualności w PRL-u faktycznie może coś wnieść do dyskusji. Seks z osobą, która nie ukończyła 15 lat, podlegał – tak jak dziś – karze. Temat wykorzystywania nieletnich pojawiał się w prasie i w poradnikach dla młodzieży, szczególnie w kontekście homoseksualnym. Na przykład Andrzej Jaczewski w popularnej Książce dla chłopców ostrzegał młodych czytelników przed pedofilami. Stwierdzenia te miały często podtekst homofobiczny. Co więcej, milicja interesowała się środowiskami homoseksualnymi w imię ochrony nieletnich. Z kolei w kontekście heteroseksualnym rozmywano odpowiedzialność, oskarżano dziewczęta o prowokowanie. Na przykład w podręczniku dla biegłych sądowych z późnych lat 70. zwracano uwagę, że „złe prowadzenie się” dziewcząt przyczynia się do tego, iż są gwałcone: „14-letnia ofiara gwałtu zbiorowego na długo przed zdarzeniem rozpoczęła życie płciowe z przyjacielem matki”. Utrudniało to napiętnowanie wykorzystywania seksualnego nieletnich.
Jednocześnie trzeba pamiętać, że Karol Wojtyła w wielu kwestiach szedł pod prąd. Zarówno w Polsce, jak i na świecie aktywnie – i skutecznie – działał na rzecz zmiany podejścia do aborcji i antykoncepcji. Abp Wojtyła nie tylko uciął dyskusje o Humanae vitae, lecz także – już jako papież – przyczynił się do upowszechnienia myślenia o kontroli urodzeń jako o elemencie cywilizacji śmierci. Sądzę więc, że nie jest tak – jak twierdzą niektórzy – że nic nie dało się robić, bo były inne czasy. Gdy chciał i uważał coś za ważne, potrafił działać zdecydowanie.
Wracając do antykoncepcji. Jak na kościelne nauczanie reagowali zwykli wierni?
Wielowieyski w swojej książce zwracał uwagę, że ludzie nie zrozumieją tego nauczania, że nie będą go akceptowali. I rzeczywiście w naszych wywiadach widać duży dystans do nauki Kościoła w tej kwestii i różne sposoby „manewrowania”.
To znaczy?
Pierwsza strategia to wykluczanie kwestii planowania rodziny z zakresu religijnego. Badani mówili nam np., że wierzą w Boga, uczęszczają do kościoła, jednak gdy chodzi o antykoncepcję, stwierdzali: „Księżom nic do tego, to moja sprawa”. Inna strategia to szukanie tzw. mądrego księdza, który ze zrozumieniem podszedłby do związanych z tym rozterek. Katoliczki mówiły nam, że znajdowały spowiedników rozgrzeszających nawet z korzystania z trwałych metod antykoncepcyjnych – gdzie trudno mówić o mocnym i rychłym postanowieniu poprawy – jak np. w przypadku noszenia spirali. Pojawia się też nieoficjalny obieg, gdzie kobiety wymieniały się informacjami, z którym księdzem można dojść do porozumienia w konfesjonale.
Część katolików zaakceptowała jednak te naturalne metody planowania rodziny.
Tak, choć trudno oszacować skalę. Badania Zbigniewa Izdebskiego z 2012 r. mówią, że stosowanie tzw. naturalnych metod deklarowało ok. 15% ankietowanych. W naszych wywiadach widać, że część osób deklaruje, iż np. antykoncepcja jest grzechem, ale w praktyce jakoś na ten grzech się godzi.
W Polsce nie wytworzył się otwarty sprzeciw – księży i świeckich – wobec Humanae vitae, który wśród katolików na zachodzie Europy był silny. To pokazuje naszą lokalną specyfikę. Kluczową rolę w zablokowaniu tej dyskusji odegrał autorytet abp. Wojtyły / Jana Pawła II.
Wśród wiernych kościelne nauczanie o antykoncepcji zostało dość powszechnie odrzucone, przy czym nie sięgano w tym celu po wyrafinowane argumenty teologiczne czy moralne, rzadko odwoływano się do prymatu indywidualnego sumienia nad kościelną normą.
Nasi rozmówcy twierdzili raczej, że to nauczanie jest „nieżyciowe”, że planowanie rodziny to jest ich sprawa. Ten argument z „nieżyciowości” pojawiał się zresztą częściej – jedna z naszych interlokutorek zwracała na to uwagę w kontekście katolickiego podejścia do seksualności. Że najpierw mówi się nastolatkom, aby czekali z seksem do ślubu, a po ślubie młodzi małżonkowie mają już wiedzieć „co i jak”, że ma być cudownie, wspaniale, powinny też niedługo pojawić się dzieci. A taka postawa i owe wyśrubowane oczekiwania prowadzą niekiedy do dużych napięć po ślubie.
Otwarci katoliccy intelektualiści, którzy podejmowali temat antykoncepcji w latach 60. i 70., po wyraźnych rozstrzygnięciach Kościoła i papieża w kolejnych dekadach stopniowo milkli.
Do głosu dochodzi wtedy zaś coraz silniejszy ruch pro-life (nazywany przez krytyków ruchem anti-choice).
Tak, w latach 70. pojawia się globalny ruch antyaborcyjny – najpierw wśród katolików, a potem coraz szerzej także wśród amerykańskich fundamentalistów protestanckich. Polscy lekarze i działacze katoliccy jeżdżą wtedy na pierwsze międzynarodowe kongresy i stamtąd przywożą inspiracje, pewien sposób mówienia i pokazywania tych zagadnień. Dzisiejsze plansze ze zdjęciami zakrwawionych płodów, które możemy zobaczyć czasem na ulicach polskich miast, przyszły do nas zza oceanu.
Wiodącą postacią tego ruchu był ginekolog prof. Włodzimierz Fijałkowski.
To dla mnie szalenie interesująca postać, która wspaniale pokazuje, jak skomplikowane są te sprawy i jak trudno je wpisać w czarno-białe schematy.
Z jednej strony Fijałkowski był pierwszym polskim propagatorem porodów rodzinnych. Organizował szkoły rodzenia i promował udział ojców przy porodzie i w ogóle zaangażowanie mężczyzn w opiekę nad dziećmi. Można powiedzieć, że rozpowszechniał pewien nowy model męskości – rodzinnej, opiekuńczej. Na łamach periodyków medycznych pisał o podmiotowości pacjentek i dobrej atmosferze, którą trzeba stworzyć na oddziale położniczym. Pomyślmy o szpitalach w PRL-u – tam w ogóle nie było mowy o sprawczości kobiet, funkcjonowała raczej wielka maszyna, gdzie rodzące były jednym z trybików, i to mniej ważnych. Późniejsza akcja z lat 90. Rodzić po ludzku bazowała w dużej mierze na jego osiągnięciach…
…akcja – nawiasem mówiąc – współorganizowana przez „Gazetę Wyborczą”.
Właśnie. A z drugiej strony Fijałkowski był bardzo ważną postacią ruchu antyaborcyjnego. W swoich pamiętnikach pisał, że dobrze byłoby wprowadzić całkowity zakaz aborcji. Ustawę z 1993 r. ograniczającą przerywanie ciąży do kilku przesłanek uważał za zbyt liberalne rozwiązanie. Łączył więc postulaty feministyczne i konserwatywne w sposób, który dziś trudno sobie chyba wyobrazić.
Fijałkowski był też propagatorem naturalnych metod planowania rodziny; w „Ginekologii Polskiej” publikował raporty z konferencji pro-life, tak jakby to były zwyczajne konferencje medyczne. Współtworzył więc trend medykalizacji przekazu kościelnego w kwestiach planowania rodziny.
Kościół wchodzi w swego rodzaju mariaż z medycyną.
Tak, warto też zwrócić uwagę, że od lat 60. Kościół promował do ustalania okresów płodności już nie tradycyjny kalendarzyk, lecz bardziej skuteczne metody objawowo-termiczne, polegające na mierzeniu temperatury i obserwacji śluzu. To pokazuje, że nie mamy do czynienia z prostym konfliktem Kościoła i nowoczesności, ale że katolicy też „modernizują” swoje podejście do niektórych zagadnień, korzystając z osiągnięć naukowych.
Na język antyaborcyjny wpływają także coraz lepsze obrazy USG, które pozwalają zobaczyć płód. W latach 80. rozpowszechnia się mówienie o „dziecku nienarodzonym” czy aborcji jako morderstwie. Pewną rolę odgrywa tu film Niemy krzyk ukazujący przerwanie ciąży w trzecim miesiącu i szeroko rozpowszechniany, również w Polsce.
W III RP ustawa o przerywaniu ciąży wraca do formy przedwojennej z dodaniem przesłanki o prawie do aborcji w przypadku ciężkich wad płodu.
Z perspektywy feministycznej ustawa z 1993 r. nie była kompromisem, tylko ograniczeniem praw kobiet. No ale gdy weźmiemy pod uwagę postulaty np. prof. Fijałkowskiego, to o jakimś kompromisie można mówić.
Sytuacja zmienia się po wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 2020 r., gdy wspomniana przesłanka została uznana za niekonstytucyjną.
O ile ustawa z lat 90. była jeszcze dość szeroko akceptowana, o tyle wyrok Trybunału został właściwie odrzucony przez nasze społeczeństwo. Widać tutaj zderzenie dwóch trendów: z jednej strony liberalizację postaw większości wierzących, a z drugiej – zyskanie siły polityczno-prawnej przez pewien konserwatywny krąg katolików, np. organizacji Ordo Iuris.
Wywiady do naszego projektu odbywały się w czasie protestów. Część rozmówczyń katoliczek uczestniczyła w nich, inne jakoś z nimi sympatyzowały bądź przynajmniej uważały, że to ważna sprawa.
Zaskoczyło mnie, że właściwie wszystkie osoby, z którymi rozmawialiśmy – w tym konserwatywne i sprzeciwiające się aborcji – podkreślały złożoność i wagę tej sprawy. Interlokutorki stwierdzały np., że same nigdy nie dokonałyby aborcji, ale że nikogo nie chciałyby osądzać.
Wydaje się, że w takiej spokojnej rozmowie zawsze można znaleźć jakiś punkt wspólny między różnymi stanowiskami – czego nie widać w spolaryzowanych dyskusjach medialnych na ten temat. Obawiam się jednak, że jeżeli po wyborach parlamentarnych dojdzie do referendum, to spór będzie tak gorący, iż nie będzie przestrzeni na żadną poważną dyskusję.
Wracając na koniec do diagnoz abp. Jędraszewskiego. Czy badane zgadzały się, że powodem niskiej dzietności w Polsce jest kultura wroga rodzinom wielodzietnym?
Nie, skądże, nawet o tym nie wspomniały. Wskazywały raczej na brak dobrych warunków ekonomicznych czy mieszkaniowych.
W kontekście aborcji mówiły np., że dla jej ograniczenia potrzebny jest nie prawny zakaz, lecz raczej autentyczne wsparcie dla kobiet, które stają przed dylematem, czy zdecydować się na urodzenie dziecka. Podobnie niezbędna jest większa pomoc dla rodzin z dziećmi z niepełnosprawnościami. A także konieczne są porządna edukacja seksualna, dostęp do antykoncepcji i sprawne mechanizmy adopcyjne.
Okazywało się, że także w tych kwestiach osoby mniej i bardziej konserwatywne potrafią dojść do porozumienia, które wydaje się nieosiągalne dla naszych polityków.
Agnieszka Kościańska
Dr hab., prof. Uniwersytetu Warszawskiego, antropolożka kulturowa. Autorka m.in. książek Zobaczyć łosia. Historia polskiej edukacji seksualnej od pierwszej lekcji do internetu (2017, wyd. ang. 2021), Odejdź. Rzecz o polskim rasizmie (razem z M. Petrykiem, 2022). Kierowniczka projektu NCN OPUS: Katolicyzacja reprodukcji, reprodukcja katolicyzmu. Aktywizm i intymność w Polsce od 1930 r. do dziś