Od jesieni prześladowało mnie widmo roku 2016, które zimą okazało się trendem algorytmicznym. Instagram uznał, że proponowanie mi postów „2026 to nowy 2016” to strzał w dziesiątkę, biorąc pod uwagę parametry mojego cyfrowego sobowtóra, czyli mojego portretu na bazie danych, które zostawiam w sieci. Przez to tuż po sylwestrze lub w jego okolicy zaczęły napływać do mnie od kilku znanych mi osób, a później już głównie od nieznajomych i celebrytów nostalgiczne obrazy, którym towarzyszyły bardziej lub mniej ostentacyjne posty o osiągnięciach zawodowych, wyjściach
z depresji, dzieciach, przemianach duchowych, transformacjach stylu życia, nowych pasjach, przeprowadzkach. Wszystko to, co zwykle w tym czasie pojawia się jako wspomnienie minionego roku, tutaj stanowiło podsumowanie dekady życia w formie kilku zdjęć.

Cofając się wraz z obcymi ludźmi i ich postami w czasie, czułam coś w rodzaju irytacji, którą tłumiłam racjonalizacją: pewnie znowu Instagram potrzebuje więcej zdjęć, żeby lepiej pozycjonować dane i trenować AI. Pamięć bazuje przecież na podobnych schematach, więc platforma podsuwa gotowy wzór do zarabiania na naszych dobrych wspomnieniach. Tutaj małe dopowiedzenie. Sama jestem człowiekiem i nic, co ludzkie oraz afektywne w sieci, nie jest mi obce: dodałam w minionym roku zdjęcia z własnego ślubu. Można ten gest – zależnie od interpretacji i nastroju – nazwać: chwaleniem się sukcesem małżeńskim, sprzedawaniem prywatności lub dzieleniem się poruszającym momentem życiowym. Niezależnie od jego znaczenia i ja, i mój ukochany wylądujemy ostatecznie na śmietniku danych, może już AI boty na nas żerują.

Pierwszym cieniem sukcesu w 2026 r. wydaje się więc słowo „zależność”. Zależność od platform gigantów cyfrowych sprawia, że nasze osiągnięcia automatycznie łączą się z ich infrastrukturą – ona stanowi docelowe miejsce anonsów. I nie zmieniają tego – póki co – storiesy wyśmiewające to, że na LinkedInie nawet zamówienie pizzy można zakomunikować jako życiowe dokonanie. Zależność naszych chwili triumfu – obojętne, czy będzie to zdanie egzaminu na prawo jazdy, urodzenie dziecka, obrona magisterki czy otrzymanie Nagrody Nobla – od platform prowadzi do prostego rachunku: ludzka chęć opowiadania o swoich osiągnięciach przekłada się przede wszystkim na dobry wynik finansowy big techów. Karmią się one naszymi danymi i dobrze wiedzą nie tylko dlaczego to robimy, ale i co z naszym aktywnym (świadomie dodanym wpisem) lub pasywnym (mimochodem śledzonym feedem) śladem cyfrowym zrobić. Dzielimy się własnym szczęściem, nie zawsze nawet myśląc o nim w kategoriach sukcesu, tylko czując przyjemny haj, skłaniający do oznajmienia światu, że coś się nam udało. To mechanizm behawioralny, wobec którego bywamy bezbronni, widząc opcję „udostępnij”. Strzał dopaminy na platformie przedłuża trwanie przyjemności. Łatwo stracić nad tym kontrolę i ciągle chcieć więcej. Ot, pętla dopaminowa, o której istnieniu dobrze wiemy, jednak dajemy się jej wciąż uwodzić. Oczywiście ten haj ma też swój rewers – niepokój, lęk, poczucie, że nie nadążamy (gdy obserwujemy innych ludzi w podobnych sytuacjach). Niby wiemy z autopsji, że to, co widzimy w mediach społecznościowych, to tylko urywki z czyjegoś życia, lecz i tak w podświadomości zapala się czerwona lampka.

Skoro nasz jednostkowy triumf tak łatwo przechwycić, zmonetyzować i użyć przeciwko nam w środowisku platform żerujących na naszym narcyzmie i lęku, może potrzebujemy się stamtąd wyrwać, żeby na nowo zdefiniować, czym sukces właściwie jest.

Odzyskanie różnorodnych skali myślenia o nim, a także o dobru, pięknie i radości mogłoby pomóc w dostrzeżeniu, że być może szukamy ich często nie tam, gdzie tak naprawdę są.

Skale różnorodności

Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy zależności sukcesu od platform, bo pomagają one zrozumieć przemiany społeczne wywołane przez potężną skalę oddziaływania big techów. Szacuje się, że codziennie powstaje w sieci ponad 2,5 kwintyliona bajtów danych, a ich liczba stale rośnie. Informacji dookoła jest więc, mówiąc delikatnie, za dużo. Równocześnie komunikacja – zdolność zauważenia innego i wejścia z nim w pogłębioną rozmowę – rozpływa się na skutek przeciążenia informacyjnego. Słowem: dużo do nas – również podprogowo – dociera, ale na niewiele ostatecznie mamy wpływ. Z coraz większą liczbą danych odbieranych przez nas z otoczenia nie jest w stanie poradzić sobie mózg, przyzwyczajony ewolucyjnie do ograniczonej liczby bodźców i życia w mniejszych grupach. Obserwując codziennie wiele osób i śledząc liczne newsy, doświadczamy nadmiaru: informacyjnego i sensorycznego, który kończy się zwykle tym, że boli nas głowa, szczypią oczy, jest nam smutno, choć równocześnie czujemy się znudzeni, gdy za długo scrollujemy.

Dominique Wolton w książce Informacja i komunikacja wyjaśnia różnice między informacją i komunikacją, podkreślając, że jedynie ta druga jest jakościowa i dotyczy relacji. Pokazuje też, jak media systematycznie w trakcie rozwoju technologicznego przesuwały się w stronę informacyjną. Tym samym przy okazji rzuca nową perspektywę na to, jak można myśleć o sukcesie
– w kontekście zarówno przesytu informacyjnego, jak i zaniku komunikacji. Choć francuski socjolog i medioznawca napisał swoją książkę w 2009 r., gdy ekspansja platform nie była jeszcze tak powszechna, już wtedy zwracał uwagę na ten aspekt informacji i komunikacji, który obecnie silnie determinuje nasze życie i debatę publiczną. Podkreślał rolę krytycznego myślenia w kontekście narastającej dezinformacji i jej wpływu na demokrację, ale kierował też naszą uwagę na coś bardziej subtelnego. Kładł nacisk na problem „nadmiernej personalizacji życia społecznego” prowadzący do tego, że publiczna uwaga przesadnie koncentruje się dziś na skandalach i mało znaczących wydarzeniach, które mimochodem kolonizują nasze umysły.

Mówienie o nadmiernej personalizacji, gdy szacunkowo (dane z analizy Imperva za „The Independent”) już blisko połowę treści w sieci stanowią AI Slopy (czyli treści preparowane przez boty), może wydawać się trochę dziwne, ale na dobrą sprawę to właśnie AI zaczęła na potęgę generować takie nadmiernie personalizujące treści. Największe zasięgi na YouTubie mają deepfake’owe konta z aferami celebrytów, tworzone przez boty i wysoko punktowane przez algorytm. Dobrze opowiada o tym zjawisku dokument AI i śmierć internetu (reż. Mario Sixtus) dostępny na Arte.TV.

Problemem staje się sama skala informacji na temat osób, których osiągnięcia i wybory życiowe dziwnym trafem pasują do naszej hierarchii wartości. Sęk w tym, że żadnego zbiegu okoliczności tu nie ma – łatwo te aspiracje rozpoznać na podstawie naszego śladu cyfrowego (obserwowanych osób, postów, kliknięć czy nawet zawieszenia wzroku w danym miejscu na sekundę dłużej). Takie pozycjonowanie sprawia, że jeżeli chcesz schudnąć, dostaniesz tipy od osób, które to osiągnęły. Jeśli nie możesz schudnąć – znajdzie się ktoś, kto pocieszy i przekona, że warto zaopatrzyć się w tym sezonie w hantle, bo przecież liczy się rzeźba. Pytanie, które wybija się z tych wszystkich narracji o sukcesie, brzmi następująco: czy to naprawdę są nasze cele i marzenia? Czy może tylko algorytm jest dopasowany do naszego sobowtóra cyfrowego?

Choć coachów, trenerek, motywatorów i influencerów jest dziś bardzo dużo i każdy z nich mówi o czymś innym, mają wspólny mianownik algorytmiczny: przywiązując się do ich przekazu, otrzymasz więcej podobnego feedu. Kolejne persony do nich podobne wyrastają jak grzyby po deszczu. Tak zanika różnorodność.

A demokracja, jak pisze Wolton, ma to do siebie, że zbudowana jest na różnych hierarchiach wartości i kultur. Masa inspirujących czy motywujących osób, które mają to, czego my akurat pragniemy, sprawia, że zupełnie rozjeżdżają nam się dziś skale porównań i potencjalne nowe aspiracje (których nie zbudujemy w tak monotonnym środowisku). Dzieje się tak pomimo tego, że na platformach gigantów cyfrowych raz na jakiś czas trendują treści o normalizacji tzw. zwyczajnego życia, autentyczności czy wspólnotowe zjawiska cyfrowe oparte na wspieraniu się, samopomocy,
a nie konkurencji. Jak również dlatego, że platformy ze społecznościowych – gdzie dawniej widzieliśmy więcej znajomych – stały się rozrywkowymi. Obecnie algorytm zachęci nas prędzej do zakupu butów niż spotkania się z przyjaciółmi, żeby wymienić się pasjami. Aby znaleźć hobby, musimy raczej trafić do grupy nastawionej na inny typ interakcji, jak np. oddolnych klubów książkowych czy treningowych, spotykających się regularnie „na żywo” i budujących więzi na innych fundamentach niż wzajemne obserwowanie się w sieci.

Dochodzimy tutaj do istotnej różnicy w sukcesie, którego pojmowanie jeszcze silniej niż tradycyjne media czy popkultura zmienił współczesny kapitalizm platform. Pod wpływem ich skali – niezależnie od tego, do czego dążymy – mniej więcej wszyscy tracimy inne miary porównań. O ile media na początku XXI w. opierały się na co najmniej trzech różnych skalach: globalnej, narodowej i lokalnej, o tyle dziś niemal zupełnie zanikają te zakorzenione w naszym codziennym, fizycznym doświadczeniu.

Przesada? Zobacz skalę jak nastolatka!

Żeby lepiej zilustrować, o co chodzi w rozmyciu skali, zobaczmy je oczami współczesnej nastolatki, mając świadomość, że co druga 15-latka w Polsce nienawidzi swojego ciała (dane WHO z 2020 r.).

Choć na platformach znajdziemy wiele ciałopozytywnych profili, które eksponują różne wymiary piękna, przebodźcowanie pod wpływem porównań idealnie mogłaby podsumować 16-letnia Kat
z Euforii. W kapitalnej kilkunastosekundowej scenie-pasażu, która jest interpretacją pracy mózgu w chwili natłoku informacji o „ciele kobiecym”, Kat dochodzi do wniosku, że nienawidzi siebie. Nie chodzi tylko o to, co obserwuje w feedzie i rozumie na poziomie racjonalnym, ale też o to, co odczuwa na poziomie neuronalnym i emocjonalnym. W pokoju Kat nagle pojawiają się trenerki personalne i motywatorki z Instagrama i TikToka, które powtarzają: „Pokochaj siebie, to wystarczy!”, „Jesteś piękna taka, jaka jesteś”. Inna postać mówi: „To niefeministyczne, żeby martwić się
o własny wygląd”. W konsekwencji nastolatka jeszcze bardziej nie wie, co robić, i nie rozumie, dlaczego nienawidzi siebie; krzyczy, żeby influencerki dały jej po prostu spokój. Niestety: chór jest tak skupiony na sobie i swoim przekazie, że zagłusza to, co Kat chciała powiedzieć. Nie ma tu żadnej komunikacji.

Przejdźmy jednak od obserwacji Kat do skali życia codziennego. Frances Haugen – była menadżerka produktów Mety – w 2021 r. przekazała „The Wall Street Journal” dane  na temat negatywnego wpływu Instagrama na młode dziewczyny. Ujawniła, że algorytmy promowały treści związane z porównaniem społecznym, co mogło nasilać lęk, depresję czy myśli samobójcze wśród nastolatków. Meta wiedziała o tym toksycznym wpływie, jednak nie przeciwdziałała, przedkładając – jak twierdziła Haugen – „rozwój nad bezpieczeństwo”. Z ukrywanych przez Metę danych wynika, że 32% użytkowniczek ma gorsze samopoczucie i odczuwa kompleksy w wyniku obcowania z mediami społecznościowymi. Dobija je skala porównań, z którą muszą się mierzyć. I tak robią to codziennie na żywo: słuchając komentarzy na temat własnego wyglądu, przebierając się w szatni, odnotowując spojrzenia rówieśników czy stając się ofiarami deepfake’ów. Według danych zebranych przez artystkę Laię Abril w publikacji On rape (Dewi Lewis, 2022) w 2019 r. 96% deepfaków stanowiły treści pornograficzne z udziałem kobiet. Sposób użycia nowego modelu „Grok” potwierdza, że aplikacja także dziś służy głównie do generowania treści pornograficznych z udziałem dzieci i kobiet (czy innych form przemocy lub poniżania ze względu na wygląd).

Kontakt z realnym widokiem różnorodnych ciał – choćby na basenie miejskim – oswaja z tym, że każdy jest inny, pozwalając rozwinąć większą autoakceptację niż storiesy, reelsy czy posty pokazujące ciała trenerek i influencerek inwestujących cały czas i środki w pracę nad figurą. Kontakt z realnym innym pozwala odnosić się do skali porównań, która jest na miarę możliwości. Łatwiej wtedy o zdrowy stosunek do siebie.

Sukces a kultura drapieżnego wzrostu

Oczywiście nie całe środowisko cyfrowe tak działa. Internet jest duży. Można robić w nim inne rzeczy niż scrollowanie cudzego sukcesu na platformach big techów. Alternatywą dla takiego modelu porównań jest np. idea ogrodnictwa cyfrowego. W Polsce ten temat eksplorują m.in. Grupa Robocza z Krakowa i społeczność Minimum Viable Utopia.

Jak mówi Kasia Janota, projektantka, product designerka, nauczycielka akademicka: „Cyfrowe ogrodnictwo to filozofia tworzenia treści, która opiera się na wierze w siłę powolnego rośnięcia.
W cyfrowym ogrodzie to właśnie twoje notatki, refleksje i pytania mają szansę stać się żywą siecią znaczeń i zapisem zainteresowań. Wreszcie możesz odetchnąć od nieustannej tresury algorytmów. Cyfrowy ogród to dokumentacja twojego myślenia w czasie rzeczywistym. A do tego sofciarska przestrzeń, nienastawiona na produkowanie dopaminy. Wspólnota cyfrowych ogrodników tworzy alternatywne internety na platformach takich jak Are.na, Mastodon czy w inicjatywach typu IndieWeb. Do ogrodniczenia można użyć narzędzi takich jak Obsidian (poziom wejścia dla nerdów) czy Notion (dość prosto się tam wkraść). Jeśli lubisz pracę DIY, możesz eksperymentować z tzw. vibe codingiem albo pokusić się o własną stronę domową”.

Słowem: nie jest tak, że jedyną alternatywę wobec forsowanej przez big techy jednolitej wizji sukcesu stanowi całkowita ucieczka offline. Może nią być również tworzenie – jak głosił tytuł wydarzenia organizowanego przez Grupę Roboczą – „ogrodów nowego internetu”. Dobrze opowiada o tym będąca w przygotowaniu książka Makroskop. Jak patrzeć na technologię?, której powstanie zainicjowała Maja Starakiewicz. Leksykon gromadzi wiedzę, pokazuje nowe narracje i podpowiada, że możemy tworzyć lepsze strategie dla kultury cyfrowej. Upowszechnianie informacji na ten temat jest tak samo istotne jak świadomość zagrożeń płynących z platformy. Odzyskiwanie sprawczości daje szansę nie tylko na wyobrażanie sobie społecznych i przyjaznych technologii, ale też obnażenie stojących za nimi mitologii sukcesu oraz wskaźników wzrostu.

Równolegle Grupa Robocza przenosi idee ogrodnictwa na grunt realnych aktywności. Współpraca z miastem pozwala koordynować w Krakowie działania eksperymentalnego społecznego ogrodu parcelowego, gdzie mieszkańcy mogą w wolnym czasie uprawiać rośliny. W przyszłości miejska farma może skrócić łańcuch dostaw żywności i prowadzić do większej odporności miasta. Nie mówiąc już o lepszym samopoczuciu ogrodników i ogrodniczek dzięki możliwości kontaktu z przyrodą. Członkowie grupy zbudowali też m.in. niezależny serwer solarny, na którym działa ich infrastruktura cyfrowa (można o tym poczytać więcej na ich stronie).

Środowisko cyfrowe, jego mitologie i figury sukcesu zależą od celów i wartości danej platformy oraz jej projektantów. Problem w tym, że tych tworzonych na potrzeby społeczne i mierzonych na skali różnorodnych dążeń i aspiracji życiowych jest niewiele. Opowieści o bogactwie nowych oligarchów są z kolei powszechne i łatwo przenikają również do naszej lokalności i codzienności – jakby cokolwiek z założycielami big techów nas łączyło poza tym, że korzystamy z ich platform, aplikacji i serwerów. Dokłada się do tego popkultura. Z wypiekami na twarzy – jak dawniej opowieści

o królach – śledzimy Sukcesję, Biały lotos i Branżę, gdzie problemy bohaterów w żadnym stopniu nie przystają do tych, z którymi mierzy się 99% społeczeństwa. Ogromną popularnością cieszą się też bajkowe obrazki z życia prawdziwych elit (w tym wesela za miliony, loty w kosmos i liczne przywileje), choć napięcie rozładowują czasem komentarze wyśmiewające nadmierny przepych. Niemniej nawet na poczcie w Mysłowicach – mieście, gdzie nie ma już żadnej księgarni – można kupić dziś biografię Elona Muska!

Prowadzi to wprost do ubożenia tego, o czym pisał Wolton: skali wyobrażenia o różnorodnych wzorcach dobrego życia. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy prześledzimy, jak codzienność
i polityka w mniejszych skalach (lokalnych, narodowych) gładko przechwytują dziś mitologię sukcesu. Szybko wchodzą w skład miejscowych narracji i praktyk władzy, przesiąkniętych megalomanią i kulturą turbokapitalizmu.

Ciekawą ilustracją tego problemu może być informacja, która w ostatnim czasie przebiła się nawet do „National Geographic”. Na Śląsku ma powstać – dzięki połączeniu Metropolii Śląsko-Zagłębiowskiej – miasto pod względem powierzchni większe od Nowego Jorku. Brzmi to dosyć dystopijnie, biorąc pod uwagę fakt, że włodarze Katowic chwalą się „osiągnięciami” takimi jak sprzedaż kolejnego terenu deweloperowi, który publicznie podkreśla, że nabywcy apartamentów w jego wieżowcach „w 90–95% nie chodzą po kredyt hipoteczny” i że jest to dla nich inwestycja kapitałowa. Przekaz jest prosty: miasto nie jest dla ludzi, tylko dla inwestorów. Liczą się wielkość i rankingi miast nastawione na mierzenie PKB, a nie jakość życia. W śląskim Nowym Jorku – jeśli oczywiście powstanie – trzeba będzie piąć się na szczyt w duchu drapieżnego wzrostu.

Rozwiązania dewzrostowe w myśleniu o miastach, w których żyjemy – czyli te silnie osadzone w ekonomii ekologicznej i zwracające uwagę na inne wartości niż kapitał, takie jak dobre życie i relacje człowiek–przyroda–technika – stanowią, niestety, margines refleksji w dominującej narracji. Większość woli się dziś ścigać w zawodach o wzrost, który przynosi korzyść nielicznym, a prowadzi do degradacji przyrody, osłabiania więzi i nadmiernej konsumpcji.

Można szukać jeszcze innych alternatywnych modeli myślenia o sukcesie w życiu lokalnym. Na przykład w badaniach opisanych przez laureatów Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii – Esther Duflo i Abhijit V. Banerjee. Autorzy zestawili szereg przykładów z różnych części świata dotyczących tego, jak ci, którzy zostali zepchnięci przez gospodarkę rynkową na margines, mogą przyczyniać się do lepszego, różnorodnego życia społecznego całej zbiorowości. Często samo dostrzeżenie osób niewidzialnych, „bez sukcesów” dla wolnego rynku, sprawia, że zmienia się optyka. Przecież poczucie godności i możliwość rozkwitu – niezależnie od tego, z jakiego środowiska i klasy społecznej się wywodzimy – też może być miernikiem sukcesu: zarówno indywidualnego, jak i wspólnoty takiej jak miasto czy osiedle. W książce Good economics. Nowe rozwiązania globalnych wyzwań nobliści opisują różne wspólnoty i działania, które sprawiły, że sukces społeczności wiązał się
z uznaniem, iż wartość rynkowa nie jest jedynym miernikiem skuteczności.

W Polsce to też się dzieje. Gdy przyjrzymy się działaniu różnych podmiotów ekonomii społecznej, jak np. „Być Razem” w Cieszynie (spółdzielni od lat 2000. zatrudniającej osoby w kryzysie bezdomności) czy spółdzielni „Heca” w Tczewie (o której pisała na łamach „Znaku” Martyna Słowik w tekście Zarabianie na zmianie, styczeń 2025), dostrzeżemy, że sukces w codziennym życiu – gdzie nie da się udawać, że nierówności nie ma, a każdy ma takie same szanse – jest definiowany przez zupełnie inne wskaźniki. Sama nauczyłam się takiego myślenia o wzroście, obserwując nie wyniki, lecz postępy w nauce, gdy jeszcze prowadziłam bezpłatne korepetycje dla dzieci z rodzin w kryzysach. Kiedy w te wakacje spotkaliśmy się po 15 latach od założenia Świetlicy Krytyki Politycznej w Cieszynie – już z dorosłymi osobami, które pamiętam jako dzieci z udzielanych im lekcji – miałam wrażenie, że protokół działa dalej. Sukcesem w życiu jest przecież i to, że ukończyłeś szkołę średnią albo masz stabilną pracę, jeśli do tej pory żyłeś w domu pozbawionym poczucia bezpieczeństwa. „Osiąganie”, które w pewnych wypadkach oznacza tyle co „nadążanie”, może przebiegać w różnym tempie. I trzeba być naprawdę ślepym, by zakładać, że ktoś taki ma mniej, bo „mniej się starał”.

Cnota nadążania

W spektaklu Kto jest szalony: ja czy świat? w Teatrze Nowym im. Kazimierza Dejmka w Łodzieksplorującym temat diagnozy pacjentów i badającym relację między jednostką a agresywnym, nastawionym na sukces światem – coach Matthiew Richard wyjaśnia, że nie ma wyboru między sukcesem a porażką. Jak twierdzi w swoim motywacyjnym monologu-farsie: ma być „Po prostu szczęście. Po prostu osiągnięcie”. Łatwo tę zasadę przyciągania sukcesu mogą wyznawać elity pokroju tych spotykanych przez coacha Richarda podczas Forum Ekonomicznego w Davos, gdzie jak wynika z jego analizy, aż 95% osób jest szczęśliwych. Sam coach, dzięki własnej afirmacji, jest ponoć szczęśliwszy nawet od Dalajlamy.

Trudniej stan afirmacji osiągnąć, gdy jest się zwyczajnym pacjentem NFZ-u, którego dr Wanda pyta: „Czy wiesz już, kiedy się zgubiłeś? Czy umiesz wskazać ten moment, kiedy zapomniałeś o cnocie nadażąnia?”. Celne obserwacje poczynione przez dramaturga i autora scenariusza Michała Pabiana oddają rozłam, który widać jak na dłoni w bieżącej narracji o sukcesie, zapominającej również o tym, że każdy żyje w innych warunkach nadążania.

Zygmunt Bauman odnotowywał (m.in. w Płynnej rzeczywistości), że jedni żyją w czasie – dzięki możliwości szybkiego podróżowania i środkom, gdzie walutą jest czas; a drudzy w przestrzeni – to grupa skazana na materialną rzeczywistość, której nie stać na bilet do sąsiedniego miasta, a czasem i autobusu nie ma. Nietrudno zgadnąć, która grupa jest większa, ale i mniej widoczna. To, jak tę oczywistą nierówność w osiąganiu cnoty nadążania zdajemy się ignorować w dominującej dziś narracji o sukcesie, uchwyciła Olga Gitkiewicz w reportażu Nie zdążę. Autorka przygląda się w nim – nie tyle metaforycznie, ile dosłownie – jak wykluczenie transportowe wpływa na różnice w szansach rozwoju ludzi mieszkających poza wielkimi ośrodkami.

Czynników wpływających na nierówności społeczne jest oczywiście o wiele więcej – od miejsca urodzenia, przez możliwości startowe, aż po różnice w kapitale. Przekładają się one dalej na możliwość awansu, który staje się coraz trudniejszy, również dlatego, że na uwarunkowaną klasowo cnotę nadążania nakłada się jeszcze otoczenie cyfrowe neutralizujące klasowe różnice. Między innymi udając, że ich nie ma, bo przecież wszyscy mamy takie same możliwości konsumpcyjne i prawo do sięgania po to, czego chcemy.

Stymulowanie potrzeb konsumenckich – bez baczenia na to, czy na coś nas stać – łączy się z mechanizmem opisanym przez Bernarda Stieglera. Zgodnie z nim czas techniki zawsze płynie szybciej niż czas kultury. Upraszczając: nasze marzenia – pod wpływem stymulacji potrzeb i wizji sukcesu docierających do nas w środowisku cyfrowym, które stało się naturalnym punktem odniesienia – gonią jak biały królik za tym, co uchodzi za atrakcyjne. Tym sposobem sfery wyobraźni są dziś kolonizowane przez jednolitą wizję sukcesu samoreprodukującego się w naszych feedach.

Odzyskać zdolność do marzeń

Dlatego potrzebujemy dziś wzmacniania lokalnej sprawczości
i pracy z wyobraźnią, co oznacza ni mniej, ni więcej, tylko podejmowanie się różnych prób wspólnego marzenia. Marzenia, które nie dotyczy zabawy i mrzonek, ale powinno być traktowanie poważnie – jako wyzwanie zarówno publiczne, jak i polityczne. Aby przekierować się na taki sposób myślenia, warto nauczyć się na nowo dreamability poza doktryną Doliny Krzemowej. Określenie to zaproponował Nicolas Maigret z kolektywu artystycznego Disnovation podczas wspólnej pracy z Michałem Krzykawskim nad interdyscyplinarnymi badaniami o marzeniach w epoce cyfrowej. Słowo pracuje dalej, świetnie oddając potrzebę kształtowania wspólnej przyszłości na przekór kryterium wzrostu.

Dreamability stawia w samym sercu zainteresowań linie rozwoju i aspiracji, które pozwalałaby nam zachować sprawczość i wymyślać lepsze formy życia zbiorowego w czasach polaryzacji i alienacji. Dzięki zdolności do marzenia jednostkowego i zbiorowego trudniej stracić się nawzajem z oczu.

Łatwiej za to pracować nad komunikacją wzmacniającą podmiotowość, o której pisał Wolton. Chodzi o to, by nie zamykać się wyłącznie na strategie sukcesu narzucane odgórnie (i przemysłowo produkowane w otoczeniu cyfrowym), ale szukać nowych pomysłów i wartości w tym, co oddolne i nam bliskie.

Odzyskanie zdolności do marzenia pozwala również zdjąć ze słowa „sukces” jarzmo wyścigu szczurów, w którym „zwycięzca jest sam”. Łacińskie successus wywodzi się przecież z czasownika succedere i oznacza: „następować po czymś”, „udawać się”, „wychodzić pomyślnie”. W starożytnym Rzymie sukces nie oznaczał zatem wielkiego osiągnięcia, bogactwa czy prestiżu, lecz raczej pomyślny obrót spraw lub korzystny bieg wydarzeń. Społeczna pomyślność ma więcej wspólnego z dobrem wspólnym, co pozwala lokalizować sukces bliżej demokracji i relacji międzyludzkich.
A tak rozumiany, zawsze opiera się na komunikacji i ją zasila.

Ryzyko marzenia

Aby odzyskać zdolność do marzenia, a więc innego rozumienia sukcesu niż w narracji big techów, potrzebujemy ryzyka, które w czasach automatyzacji zupełnie nie jest w cenie. O pochwale ryzyka rozumianego jako wartość wyzwalająca w czasach przezorności ciekawie pisze psychoanalityczka i filozofka Anne Dufourmantelle. W Pochwale ryzyka zauważa, że znakiem naszych czasów jest „wyliczanie prawdopodobieństwa, sondaże, scenariusze krachów giełdowych, testy psychologiczne” (tłum. B. Brzezicka) – podobnie jak cała reszta czynności doprowadzających do tego, że umieramy za życia, kalkulując, aby tylko nie wychylić się w nieznane. Z ryzykiem opisywanym przez filozofkę nie ma oczywiście nic wspólnego jeszcze całkiem niedawno modne hasło „wychodzenia ze strefy komfortu”, które bardziej zaciemnia, niż rozjaśnia sprawę, gdyż niesie w pakiecie obietnicę sukcesu. Czy zwykle nie po to wychodzimy ze strefy komfortu, aby lepiej dostosować się do otoczenia, z czym wiąże się nagroda w postaci awansu?

Główny problem polega na tym, że prawdziwe ryzyko i eksperymenty stają się niemożliwe do prowadzenia w świecie logiki wzrostu i recyklingu kulturowego. To dlatego ciągle oglądamy te same filmy w nowych wariantach. To dlatego co kilka lat wraca ta sama piosenka w innej aranżacji. To dlatego trudno publikować treści ryzykowne i nowe. W pewnym sensie tak było zawsze, teraz jednak masowa skala i obecność wielkich modeli językowych (LLM-ów) mogą skutkować jeszcze większą zachowawczością, powtarzalnością i ujednoliceniem. Brak ryzyka jest więc – paradoksalnie – wpisany w kulturę sukcesu. A współczesne powodzenie oblicza się raczej na bazie algorytmu i przewidywań niż prób odwagi.

Szczególnie ważne wydaje się podejmowanie ryzyka eksperymentu tam, gdzie to jeszcze możliwe. Decydując się na miłość, a więc ryzyko straty, na zaufanie wobec sąsiadów, na gesty nieposłuszeństwa tam, gdzie to niewygodne, na prowadzenie badań mogących skończyć się fiaskiem, tworzenie dzieł, które rynek może odrzucić, i dołączanie do wspólnot niedających gwarancji odnalezienia poczucia przynależności, zapewniamy sobie tym samym świeżość, zaskoczenie, poszukiwanie – choć może wiązać się z poczuciem porażki i niedoskonałości. Gesty te pozwalają jednak osiągnąć cel poznawczy, nie w każdym przypadku sięgając przy tym po sukces rozumiany wąsko (jako prestiż czy bogactwo).

Ryzyko opłaca się w skalach lokalnych. Tam do wspólnego marzenia często nie potrzeba ogromnych nakładów finansowych. Powrót do skali możliwej do objęcia umysłem nie oznacza, rzecz jasna, jedynie zwrotu ku „małym ojczyznom” i praktykom offlinowym. Choć te ostatnie zyskują dziś szczęśliwie na sile, o czym świadczyć mogą liczne warsztaty szydełkowania, kluby spotkań, wydarzenia bez udziału ekranów itd. W zwrocie lokalnym, który zasygnalizowałam, chodzi raczej o to, że skoro żyjemy już w globalnych połączeniach, warto je dostrzec na poziomie przepływu doświadczeń, praktyk, wiedzy, których można szukać poza głównymi ośrodkami produkcji władzy.

Ciekawym przykładem jest strategia działania Universidad de las Artes (UARTES) w Guayaquil w Ekwadorze, gdzie postawiono wszystko na jedną kartę, uruchamiając 12 lat temu pierwszy publiczny uniwersytet w mieście. Jedną z jego trzech głównych misji jest współpraca z otoczeniem, co na pierwszy rzut oka brzmi znajomo. Różnica polega jednak na tym, że funkcjonowanie UARTES nie opiera się na wymianie biznesowej zasobów, organizacji wydarzeń masowych czy zabieganiu o prestiż w rankingach ośrodków naukowych, ale na codziennej, systematycznej pracy
z mieszkankami i mieszkańcami – szczególnie tymi, którzy spotykają się z dyskryminacją, jak np. Afroekwadorczycy. Działania ze społecznością miasta nie mają jedynie na celu pozyskiwania przyszłych studentów, lecz budowanie relacji, które definiowane są na nowo pomimo permanentnego kryzysu państwa spowodowanego m.in. funkcjonowaniem karteli narkotykowych werbujących do gangów osoby biedne i pozbawione szans. Miarą sukcesu w UARTES nie jest awans rozumiany np. jako zdobycie danego stopnia wykształcenia, lecz spójność społeczna i alternatywna opowieść o tym, co oznacza odzyskiwanie dla siebie przestrzeni wspólnej (również tej zagarnianej przez narcos). Być może warto ponownie zdefiniować lokalność jako – jak pisze Bernard Stiegler – nie tyle miejsca, ile zdarzenia społeczne. To pomogłoby dziś odzyskać znaczenie słowa „sukces”, które nie łączyłoby się z segregacją na lepszych i gorszych na modłę wzrostu. Sukces mógłby się stać zbiorowym dążeniem do lepszej przyszłości i wspólnymi odważnymi krokami ku temu, by pokazać, że nie liczy się tylko to, co dyktują neoliberalny porządek i kapitalizm platform.

Rozgościć się w codzienności

„Kairos, bóg szczęśliwej chwili, ma, jak powiadają, długi lok nad czołem, można go uchwycić jedynie za kosmyk. Ale gdy bóg zdąży przemknąć na swych uskrzydlonych stopach, pokazuje już tylko bezwłosy tył czaszki, błyszczy się ona i nie ma na niej nic, za co można by złapać” – pisze w nagrodzonej w 2024 r. Międzynarodowym Bookerem powieści Jenny Erpenbeck. Nasuwa się wniosek,
że skoro szczęście, poczucie spełnienia czy sukces trwają jedynie chwilę, to może nie ma co przykładać przesadnej wagi do momentów triumfu, tylko rozgościć się w codzienności?

Fundamentem, który może oswajać nas z tym, że sukces nie musi oznaczać dziś bezustannego wzrostu, jest zwrócenie się ku prozie życia. Jolanta Brach-Czaina, opisując w Szczelinach istnienia drobne gesty i powtarzalne czynności, przypomina, że kluczem do zrozumienia egzystencji jest codzienność. Z nią łączy się przeciętność, której niepotrzebnie się obawiamy. Cveta Dimitrova, psychoterapeutka i filozofka, wielokrotnie pisała o tym, że lęk przed zwykłością wynika z presji kultury sukcesu. Z kolei pogoń za wyjątkowością często maskuje strach przed byciem niekochanym. Tymczasem miłość tworzy się również – a może i przede wszystkim – w rutynie i codzienności. Nie bez powodu opieka nad dzieckiem i troska opierają się na powtarzalnych rytuałach, które dają bazowe poczucie bezpieczeństwa.

W czasie gdy rozkręcał się trend „2026 to nowy 2016”, prowadziłam warsztaty w Centrum Usług Społecznych w Czeladzi, podczas których pracowaliśmy nad zinem o ważnych dla mieszkańców
i mieszkanek wspomnieniach oraz osobach. W tekstach, które znalazły się w publikacji, nikt nie napisał ani słowa o sukcesach innych ludzi (ani własnych).

I jest w tym jakaś dojmująca prawda: nikt nie pamięta w szczegółach tego, czy sąsiad był ważnym dyrektorem, gdzie w ogóle pracował i czy coś wygrał. Jest za to w stanie w szczegółach przywołać, jak raz zabrał go na sanki.

Pamiętamy, kto zrobił nam zupę, gdy byliśmy chorzy, i jak smakowało pyszne ciasto babci, ale nie mamy pojęcia, co ubraliśmy na ważną galę i jakie w ogóle były nagrody. Doświadczenia życiowe
i selekcja pamięci dowodzą, że ostatecznie żyjemy skupieni na czymś innym niż sukces rozumiany w kategoriach, które docierają do nas na co dzień z social mediów.

Być może dopiero zastanawiając się, za co naprawdę podziwiamy innych i jakie szczegóły o nich utkwiły w naszej pamięci, byłoby nam łatwiej znaleźć własną definicję sukcesu. Zanim więc zaczniemy porównywać się z odległymi innymi, których szczególnie nie obchodzimy, warto przypomnieć sobie nie tyle chwilę własnego triumfu czy upadku, ile to, kto patrzył na nas z miłością przez większość naszego życia. Oczywiście nie tracąc przy tym nadziei, że wciąż mamy prawo wymarzyć sobie najlepszą przyszłość.