Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zapoznaj się z Polityką prywatności.
W cieniu wielkiej emancypacyjnej rewolucji, w której feminizm stopniowo zmienia charakter cywilizacji globalnej Północy, przebiega kryzys męskości. Coraz częściej słyszy się głosy mówiące o ogromnych problemach, z którymi męskość się boryka. Dla jednych jest to po prostu „skowyt zranionego patriarchatu”, dla innych katastrofa, dotycząca – bądź co bądź – połowy ludzkości. Dramatyczne opisy, dotyczące zagubienia, męskiej niepewności siebie, osamotnienia, niejasności co do roli w świecie, wreszcie spadku libido i coraz mniejszej średniej liczby plemników w ejakulacie, powtarzają się nie tylko w zakamarkach incelowskiego internetu skupiającego rozżalonych nową sytuacją, nieumiejących się do niej przystosować, najczęściej młodych i najczęściej słabszych ekonomicznie mężczyzn; goszczą coraz częściej na łamach czasopism, stają się tematem naukowych badań i doniesień na różnorodnych konferencjach.
W sferze obiegu informacji, mediów społecznościowych i „społeczeństwa spektaklu” mężczyzna z problemami nadal nie jest postacią pierwszoplanową. Królują postaci triumfujących władców świata: polityków rządzących większością krajów, „kapitanów” biznesu, gwiazd filmu, piłki nożnej i sceny muzycznej, influencerów, wreszcie różnych watażków i bandziorów, o których opowiadają teksty kultury; filmy, seriale i gry wideo. Imaginarium hiperkapitalizmu, w którym większość z nas żyje, podsuwa nam raczej wizerunki mężczyzn silnych i władczych. Co zresztą wielu innych przyprawia o kompleksy, w podobny sposób jak figury modelek z przełomu tysiącleci niszczyły samoakceptację milionów nastolatek.
Można by więc podejrzewać, że mamy tu do czynienia z jeszcze jednym przykładem niesprawiedliwej dystrybucji zasobów, opisywanej przez Piketty’ego; udział w triumfującej męskości lub wykluczenie z niej jest kwestią pozycji społecznej, w której ta czy inna męska osoba się znajduje.
Przykład ten pokazuje jednak przede wszystkim, że nie ma sensu mówić o męskości w oderwaniu od świata, w którym ona funkcjonuje. Problem kryzysu męskości ma charakter systemowy, dotyczy społeczeństwa. Męskość, czy w ogóle płeć, ta biologiczna i ta kulturowa, jawi się zawsze w kontekście. Może to być kontekst niesprawiedliwej dystrybucji dóbr społecznych, ale też wiele innych kontekstów. W mojej perspektywie męskość jest pewnym sposobem istnienia człowieka, który odnosi się do innych sposobów istnienia – kobiecości, dziecięcości, różnych wariacji płci poza binarnym spektrum…
Mężczyźni, przede wszystkim ci mieszkający na globalnej północy, utracili dominującą pozycję. Twierdzę, że już ją utracili, mimo że nadal zwykle zarabiają więcej niż kobiety, że szybciej robią kariery i często mają mocniejszą niż kobiety pozycję w społecznej strukturze. Utracili ją, bowiem ich dominacja nie jest już traktowana jako coś naturalnego, nie jest bezrefleksyjnie przyjmowana za prawomocną, nie ma na nią powszechnego przyzwolenia. Wręcz odwrotnie, budzi bunt wśród kobiet, dzieci, a nawet wśród samych mężczyzn. Coraz bardziej powszechnie wypowiadane żądanie równości kwestionuje dominację jakiejkolwiek grupy, ta męska traktowana jest jako szczególnie opresywna. Patriarchat stał się synonimem niesprawiedliwości. Trzeba zauważyć, jak ogromne jest to osiągnięcie rewolucji feministycznej – w obrębie globalnej Północy nierówność pomiędzy mężczyznami a kobietami jest uznawana za opresję być może najważniejszą, wymagającą najostrzejszego zwalczania. Trzeba też zauważyć ogromną zmianę, jaka tu zaszła. W XIX i I poł. XX w. za najbardziej niesprawiedliwą uważano nierówność społeczną – konflikt między pozbawionymi majątku pracującymi a właścicielami kapitału. Temu konfliktowi podporządkowane były wszystkie inne, również dotyczące sytuacji kobiet. Co oznaczało, że tak w ruchach rewolucyjnych, jak w partiach mieszczańskich pierwsze skrzypce grali mężczyźni. W II poł. XX w. oś konfliktu się zmieniła, a dominująca pozycja mężczyzn została zakwestionowana.
Podobna była sytuacja dawnej arystokracji w dobie mieszczańskich rewolucji. Utraciwszy „naturalne” prawo do dominacji, „szlachetnie urodzeni” musieli pogodzić się z tym, że przyjmą warunki emancypującej się, nowej klasy. Że to ona, niesiona dynamiką zdobywania pozycji, dyktuje warunki. Nawet jeśli części baronów i książąt udawało się zamienić swoje dawne przywileje na kapitał, grali już zgodnie z warunkami narzuconymi przez burżuazję. Wtapiali się w nią. Ci, którzy tego nie potrafili, degradowali się i w taki czy inny sposób znikali w tyglu gotującego się społeczeństwa nowoczesności.
Grupa, która traci dominującą pozycję, przeżywa niepokój. Niepokój wynika z tego, że zachowania, dotychczas uważane za zgodne z przyrodzonym porządkiem rzeczy, pozwalające celebrować wyższość i dobrotliwie spoglądać na tych i te stojących niżej, nagle okazują się opresywne, a te i ci, którzy mieli świetnie czuć się na swoich podrzędnych miejscach, nagle buntują się i głośno dają wyraz swojemu niezadowoleniu. Bez „naturalnego” usprawiedliwienia swego istnienia dotychczasowy hegemon odnajduje się w egzystencjalnej pustce i musi czepiać się choćby skrawka akceptacji swojego dotychczasowego „subalterna”, mającego teraz moralną wyższość ofiary.
O ile bowiem grupa społeczna niesiona dynamiką emancypacyjną czerpie nową pewność siebie ze swojej dotychczasowej krzywdy, o tyle ci, których pozycja została zakwestionowana, tracą oparcie w rozumianym przez siebie (i innych) porządku moralnym i pogrążają się w niepewności przesyconej poczuciem winy. W takiej właśnie sytuacji w obrębie globalnej Północy znaleźli się mężczyźni.
Oczywiście ta sytuacja niepokoju może być przeżywana na różne sposoby. Może prowadzić do stałego osłabienia pewności siebie, rodząc różnego rodzaju „spleeny” i neurozy. Może też być negowana, rodząc zachowania przesycone nadmierną asertywnością czy wręcz agresywnością. Może wreszcie skłaniać do wpisywania się w jakiś większy, tradycyjny porządek moralny, przywracający owo świeżo utracone poczucie legitymizacji.
Czasem więc mężczyźni, zwracając się ku przyszłości, dołączają do feministycznej rewolucji, stając się nawet jej heroldami. Z jednej strony odpowiadają pozytywnie na potrzebę zmiany, intuicyjnie czując, że niesie ona wizję świata bardziej sprawiedliwego, z drugiej – tropią tych, którzy ciągle nie zerwali z oczu „łusek patriarchatu”. Czasem jednak, wręcz odwrotnie, poszukują uzasadnień w przeszłości i tworzą „grupy rekonstrukcyjne” o charakterze męskich stowarzyszeń, często zresztą religijnych, w rodzaju Wojowników Maryi czy Fundacji Patriarchat. Z poczuciem wybraństwa, w upadłym świecie, który według nich zwariował, pielęgnują tam męskie cnoty, pozostawiając kobietom – kobiece.
Często, dystansując się od przemian kulturowych, zacięcie walczą o karierę, pieniądze i pozycję na mniej lub bardziej wolnym rynku, świadomie lub nieświadomie wykorzystując ciągle uprzywilejowaną pozycję mężczyzn. Nawet jeśli pojawiają się w nich wątpliwości, są przekonani, że zwycięzcom i tak wszystko się wybacza.
Potrafią zresztą głosić „emancypacyjne” poglądy, gdy uznają, że tego oczekuje od nich nowy moralny porządek, w którym się znaleźli, zazwyczaj wyrażający się w nowej kulturze korporacyjnej, szczególnie firm przychodzących z zachodniej Europy czy USA. Może jednak być tak, że traktują te równościowe wyznania wiary zupełnie instrumentalnie, jako sposób na wzmocnienie swojej indywidualnej pozycji.
Wielu natomiast, bardzo wielu, tonie w narastającym poczuciu bezradności, odnajdując się w incelowskich sieciach i razem z innymi tam napotykanymi snując mściwe fantazje na temat odrzucających ich kobiet. To w tych grupach najsilniej ujawnia się niesprawiedliwa dystrybucja dóbr. Bo żeby umówić się z kobietą, uważają, trzeba mieć na markowe ciuchy, na kolację w restauracji, na samochód… A oni tego nie mają. To upokarza, zaś odwet za upokorzenie jawi się w postaci nienawiści do kobiet właśnie.
Ci silni, często pozornie odcinając się od słabych, lecz agresywnych, wykorzystują ich jednak i zawierają z nimi ciche sojusze w klimacie „męskiej szatni”, by zwalczać kobiecą konkurencję w rynkowych przestrzeniach.
Hegemonia mężczyzn i opresja kobiet mają swoje historyczne źródła. Sięgają one głęboko i niekoniecznie wynikają ze złej woli. Ogromna część dziejów ludzkości przebiegała w świecie, w którym biologiczne uwarunkowania odgrywały istotną, wręcz kluczową, rolę. Taki był świat ludów tradycyjnych – rdzennych w dzisiejszym języku – ale też nie tak dawny świat wspólnot przednowoczesnych. Wszystkie one żyły w sporej izolacji jedne od drugich, były podatne na oddziaływanie żywiołów i klęsk, mogących zagrozić ich istnieniu. W obrębie samych społeczeństw takimi żywiołami – nie przychodzącymi z zewnątrz, lecz rodzącymi się między ludźmi – była przede wszystkim przemoc i seksualność, nierozdzielnie związana z prokreacją, a więc z problemem trwania wspólnot w czasie. Od okiełznania przemocy i regulowania wszystkiego, co związane z seksualnością, zależała krucha równowaga i długie trwanie każdej społeczności.
Wbrew malowanym na różowo wizjom pierwotnych idylli problem przemocy jako koniecznego elementu istnienia dotyczył przez wieki – i dotyczy zresztą dziś – ogromnej większości społeczeństw ludzkich. Największym bowiem zagrożeniem dla jednych ludzi byli zwykle inni ludzie. Mogący przemocą zniewolić, obrabować, zgwałcić, zabić… Każda społeczność, jeśli nie żyła w prawie całkowitej izolacji od innych społeczności, musiała więc dysponować wyspecjalizowanymi grupami, zdolnymi prowadzić walkę. Tradycyjna antropologia historyczna ujmowała to w taki sposób, że dopóki nie pojawiła się broń palna i inne podobne maszyny, ta walka prowadzona była fizycznie. A znaczy to, że predestynowani do niej byli fizycznie silniejsi. Zwykle byli to mężczyźni. Dzisiaj ten pogląd jest dyskutowany, kobietom przypisuje się bardziej aktywną rolę. Podejrzewać jednak można, że niezależnie od tego, iż różnorodność rozwiązań była o wiele większa, niż jeszcze niedawno uważaliśmy, to mężczyźni częściej prowadzili wojny. Na to wskazuje też obserwacja tego, co zdarzyło się z próbami „równościowego” wprowadzania kobiet do współczesnych oddziałów pierwszoliniowych. Tak w armii izraelskiej, jak brytyjskiej czy amerykańskiej – a więc tych, w których równościowe postulaty traktowano najpoważniej – w oddziałach komandosów, spadochroniarzy i im podobnych podjęto próbę zwiększenia udziału kobiet, ale dziś praktycznie z niej się wycofano. Ktoś mógłby to traktować jako kolejny „triumf patriarchatu”, ale nie wydaje mi się…
Tak czy inaczej, kasta wojowników, od której zależało przetrwanie wspólnoty, uzyskiwała przywileje, które pozwalały jej na dominację i opresję wobec wszystkich innych grup. Przede wszystkim jednak uzyskiwała uznanie przez innych / inne prawa do najwyższej pozycji w społeczeństwie.
Owa struktura okazała się zadziwiająco trwała – przecież jej prawie niekwestionowana klasowa postać dominowała na dawnym Zachodzie jeszcze na początku XX w. W swoim długim trwaniu pozostawiła ślad w postaci powiązania męskości z prawem do hegemonii i przemocy. Oczywiście społeczeństwa mieszczańskie wymyśliły nowe sposoby dominowania – wiedza, własność i praca zarobkowa zastąpiły przemoc bezpośrednią. Jednak wcale nie oznaczało to upadku hegemonii, zmieniła ona tylko swoją postać.
Dominacja, związana z możliwością prawomocnego dysponowania przemocą, wiązała się z przekonaniem o własnej sile, potędze, mocy. W męskiej psychice (zresztą nie tylko męskiej) wywołuje to stan emocji, który pobudza energię, a dzięki osi podwzgórzowo-przysadkowej zwiększa też wydzielanie hormonów. No i testosteron płynie. W znanej piosence Kayah trzeba by więc zmienić porządek przyczyny i skutku – to nie testosteron powoduje przemoc, to prawo do przemocy, jako wyraz siły, zwiększa poziom testosteronu, a ten dopiero, jak w błędnym kole, znowu podnosi gwałtowną energię. Również seksualną.
Nie wynika z tego, że tak być musi. Wiemy, że poczucie mocy czerpać można z innych źródeł. Twórczość w bardzo wielu obszarach, odkrywanie prawdy, ratowanie komuś życia, wpływ na los innych, a nawet zwykła rozmowa, poczucie zrozumienia, obdarowanie i bycie obdarowanym… Ale na razie dla bardzo wielu te inne możliwości są, z różnych przyczyn, niedostępne.
Dziś więc ci właśnie mężczyźni, którym odebrano prawo do przemocy, a innych sposobów utwierdzania męskości nie znają, jako mężczyźni nie do końca wiedzą, co mają ze sobą zrobić.
Na przykład nie wiedzą, jak zbliżyć się do kobiet tak, by nie narazić się na zarzut zachowań przemocowych. Często więc po prostu rezygnują ze zbliżania się do kobiet, potrzeby zaspokajając w sferze fantazji. Nie tylko zresztą potrzeby seksualne, również potrzebę bliskości.
Dla każdej wspólnoty, żyjącej na pograniczu przetrwania, kluczową sprawą było też kontrolowanie prokreacji. Oznacza to też, że zachowania seksualne kobiet, jako tych, od których zależało trwanie społeczności w czasie, poddane były szczegółowej kontroli, o wiele bardziej szczegółowej niż seksualność mężczyzn. Z czasem ta kontrola zaczęła mieć też inne funkcje, służyła podtrzymywaniu hierarchii społecznej; grupy uprzywilejowane, kontrolując niepoddający się kontroli żywioł seksualności, mogły każdą i każdego z grup podporządkowanych oskarżyć o niemoralność, zanurzyć w niesławie, często wygnać ze wspólnoty. Celowały w tym hierarchie religijne. Dopiero w poł. XX w. – w trakcie i po rewolucji kulturowej lat 60. i 70. – indywidualistyczny kapitalizm, który, jak mawiał Marks, rozpuszcza wszystkie więzy i urynkawia wszystko, co istnieje, zdołał uwolnić seksualność od prokreacji, a następnie urynkowić ją w masowej skali.
Włączone w grę rynkową i uwolnione od przymusu prokreacji męskość i kobiecość mogą teraz negocjować wszystkie aspekty swoich relacji. Jest to wielkie zwycięstwo idei równości praw. Jednak urynkowienie atrybutów seksualnych – atrakcyjności, młodości, urody – powoduje pojawienie się nowej hierarchii. Ci dysponujący dużym „kapitałem seksualnym” (jako rodzajem kapitału symbolicznego) – aktorzy i aktorki, gwiazdy filmowe, sportowcy, internetowi influencerzy i influencerki – królują w społeczeństwie spektaklu. Ci do nich podobni odcinają od tego kupony, ciesząc się wysoką pozycją w swoich lokalnych środowiskach, szkołach, miejscach pracy, kręgach zainteresowań i bańkach w „socjalach”. Ci zaś i te, którzy nie wpisują się we wzorce atrakcyjności, znikają z przestrzeni widzialności, zamykają się w sobie i pielęgnują swoje zranienie, rozwijając kompleksy.
Negocjowanie wszystkich możliwych aspektów życia przez równe sobie osoby korzystające z przywileju wolności indywidualnej, niezależnie od tego, w którym miejscu genderowego spektrum się lokują, jest być może największym osiągnięciem i największą zmianą emancypacyjnej rewolucji w późnej nowoczesności. Jest też możliwe tylko w społeczeństwie dobrobytu, dlatego dotyczy globalnej Północy. Ma jednak też ogromne konsekwencje. Między innymi powoduje, że w indywidualnie projektowanym życiu posiadanie dzieci staje się jedną z możliwych opcji, często nie najważniejszą. Wszystkie społeczeństwa globalnej Północy borykają się z problemem starzenia się i braku zastępowalności pokoleń. Nawet te, w których warunki materialne i wsparcie społeczne dla rodzicielstwa są ogromne.
Co więcej, negocjacja między kobiecością a męskością w kwestii prokreacji jest trudna, bo mimo swojej nadal społecznie uprzywilejowanej pozycji w tej akurat kwestii mężczyźni mają niewiele do powiedzenia.
Ostatecznie to kobiety nadal ponoszą największy ciężar wychowania dziecka i one też decydują o jego posiadaniu lub nieposiadaniu.
Oczywiście jednocześnie kobiety często marzą o mężczyznach, którzy gotowi by byli dzielić z nimi odpowiedzialność i ciężar rodzicielstwa. One jednak mają w tej sprawie wybór: w pewnym sensie mogą mężczyznę zaprosić do wspólnego posiadania dzieci albo nie. Mężczyzna czeka na zaproszenie. Słusznie czy nie, bardzo wielu mężczyzn czuje się w związku z tym pozbawionymi jakiegoś ważnego prawa.
Niektórych z nich ten stan popycha do głoszenia skrajnie konserwatywnych poglądów, obiecujących przywrócenie im kontroli nad prokreacją i kobietami. Inni korzystają z wolności seksualnej, uciekając od wszelkiej odpowiedzialności za losy swoich komórek rozrodczych. Niektórzy próbują przepracowywać ze swoimi partnerkami / partnerami tę nową sytuację i czasem to się nawet udaje. Na dobre i na złe, prokreacji to wszystko nie sprzyja.
Dalsze losy równościowej rewolucji wcale nie są pewne. W dużym stopniu dlatego, że dotyczy ona globalnej Północy. Globalne Południe jest w zupełnie innym miejscu. Mimo zachodzącej również tam emancypacji kobiet, związanej przede wszystkim z coraz powszechniejszym ich dostępem do edukacji, nadal społeczeństwa Afryki, Indii i Azji Wschodniej żyją w ramach dość tradycyjnego patriarchatu. W świecie islamu stało się to na dodatek sprawą tożsamości kulturowej; sposobem definiowania się wobec dawnego Zachodu. Również fundamentalistyczni chrześcijanie w Amerykach czy Afryce niechętnie patrzą na zmiany w relacjach płci.
Co więcej, okazało się, że obrona tradycyjnej męskości najmocniejsza jest tam, gdzie mężczyźni są jednocześnie często pozbawieni rzeczywistego sprawstwa, a więc w społeczeństwach biednych, eksploatowanych, zniewolonych, zdezintegrowanych.
W bardzo wielu zlokalizowanych na globalnym Południu, ale też wśród słabszych ekonomicznie grup społeczeństw bogatych. Jest to zresztą zrozumiałe, słabi w sferze rzeczywistej sprawczości kompensują to symbolicznym „prężeniem mięśni”.
Ten nierówny podział skutków zmiany kulturowej, o wiele obficiej „dystrybuowanej” w obrębie świata bogatego niż biednego, kryje w sobie istotną konsekwencję. Na Północy zastępowanie pokoleń przestało być możliwe. Społeczeństwa bogate kompensują to, sprowadzając – niechętnie – imigrantów, najczęściej z globalnego Południa. Ci przynoszą ze sobą swoje obyczaje, nawyki kulturowe i tożsamości. Również te dotyczące pozycji mężczyzn i kobiet. Można powiedzieć: bardzo dobrze! Jak o tym pisał Jacques Derrida, gość, którego zaprosimy do domu, może zmienić jego porządek… Na to jednak nie zawsze jesteśmy gotowi. Ten paradoks wyraża się np. w tym, że we Francji Marine Le Pen, przywódczyni tradycjonalistycznego, wrogiego imigracji Frontu Narodowego, głosi hasła obrony zdobyczy emancypacji kobiet! I w tej sprawie przekonuje wielu i wiele.
Nie wiemy, co będzie się działo w najbliższych dziesięcioleciach. Czy mężczyźni, co najmniej jakaś część z nich, nie będą próbować przeprowadzić jakiejś „kontrrewolucji płci”? Przecież ruchy tego rodzaju, międzynarodówka antygender, już istnieją. Czy będzie udawało się im rozszerzać sojusz konserwatywnych, męskich elit – najczęściej związanych z Kościołami – z przegranymi tej kulturowej rewolucji, wyrzuconymi przez rynek „kapitału seksualnego” na margines? Czy sojusz ten nie będzie – paradoksalnie – wspierany przez konserwatywne środowiska zadomowionych już, niedawnych imigrantów? Przecież to już się dzieje, środowiska reakcyjnych imigrantów z Kuby na Florydzie popierają najbardziej konserwatywnych republikanów. Czy więc sojusz w stylu Trumpa i jego incelowskich zwolenników zacznie wygrywać wybory albo zdobywać władzę przemocą? Sprawa ciągle jest w grze. Obrończyniom i obrońcom równości od czasu do czasu udaje się wygrywać wybory, jak w Brazylii czy niedawno w Polsce.
Ujawniając pozycję, z której piszę ten tekst, a więc pozycję (prawie) białego mężczyzny, zdającego sobie sprawę z licznych przywilejów, które z tą pozycją dziedziczy, ale też niepokojów z nią związanych, powiem, że mimo iż widzę wszystkie koszty i niebezpieczeństwa związane z rewolucją równości, gotów jestem bronić jej do upadłego. Jeśli przetrwa, mężczyźni znajdą sobie nowe sposoby istnienia, w miejsce tych utraconych. I choć wojna, której cień nad nami ciąży – zwiastunami jej są konflikty w Syrii, na Ukrainie i w Gazie – zmusi nas zapewne do ponownego przemyślenia męstwa walczących, niezależnie od ich płci, to męska egzystencja też będzie mogła brzmieć różnymi melodiami. Może zresztą nie będzie zafiksowana na jałowym obracaniu „męskości” na wszystkie sposoby, lecz bardziej będziemy istnieć jako osoby otwarte na całą różnorodność możliwości płci – i osobowości – w sobie.
Jeśli zaś nie przetrwa, sądzę, że warto było. Pozostanie wtedy w pamięci jako próbnik tego, jak trzeba się starać, by ludzkie osoby mogły żyć, próbując być wolnymi i równymi.