Tłumaczył Michał Rogalski

Zwykle kiedy opowiadam o zagadkowej i gorzkiej historii judaizmu, uciekam się do zwrotu „bliskość z Bogiem”. Jakie znaczenie może przypisywać tym słowom dorosła i racjonalna osoba u schyłku tysiąclecia? Czy mogą mieć inny sens niż ten metaforyczny, narracyjny lub konwencjonalnie wspomnieniowy (historyczny) i czy, co gorsza, da się je poddać poważnej analizie? Postawa ateistyczna ma za sobą solidne argumenty. Stoicka trzeźwość i przytomne żądanie dowodów, które się z nią wiążą, zasługują na szacunek.

Wobec cierpienia

Jak zawsze sednem problemu jest teodycea. Jeśli Bóg istnieje, to dlaczego godzi się na rażącą niesprawiedliwość i okropieństwa ludzkiego losu? Może jest złośliwym tyranem torturującym, poniżającym, głodzącym i zabijającym mężczyzn, kobiety i dzieci „jako chłopce muchy” (tłum. W. Dzieduszycki). A może raczej bóstwem o ograniczonej lub wyczerpanej potędze. Choć idea ułomnego lub bezsilnego Boga przenika moje dzieła literackie, to sama w sobie graniczy z absurdem. Od wieków próby „wyłożenia ludziom spraw bożych” sięgały po okrutny paradoks wolności. Mężczyznom i kobietom dano wolność wyboru i działania, a to pozwala także wyrządzać innym i sobie samym zło. Bo i jak inaczej miałyby istnieć zasługi czy odpowiedzialność? Powstały legendy o zadośćuczynieniu: za niesprawiedliwe cierpienia przyznaje się w nich wieczne nagrody. Jednak żadna z trzech powyższych narracji – ani diaboliczna, ani bezsilna, ani zadośćuczyniająca – nie odwołuje się do rozumu. Każda na swój sposób obraża inteligencję i poczucie moralności. Pytanie i odpowiedź zadane podczas tortur i powieszenia głodującego dziecka w Auschwitz („Gdzie jest teraz Bóg?”, „Bóg jest tym dzieckiem”) jest z kolei mniej lub bardziej mdlącą dawką antropomorficznego patosu. Argument z krzyża, doktryna o odkupieniu przez ofiarę i zamianie kozła ofiarnego z człowieka – Abraham i Izaak – na chrześcijańskiego Boga Ojca i jego jednorodzonego Syna może przekonać tylko przekonanych. Dziwne jest i to, że ta argumentacja – poza wybranym Zachodem – była niedostępna dla większej części upadłej ludzkości. Żaden przypadek nadprzyrodzonego objawienia czy interwencji, żadna wiadomość ze świata przekraczającego śmiertelność nie okazały się nigdy, w żadnym opartym na dowodach badaniu empirycznym lub logicznym, niczym więcej jak tylko wytworem ludzkiej wyobraźni lub dyskursu. Sprawa jest równie stara co presokratyk Ksenofanes: gdyby bydło przyjmowało istnienie boga (może i przyjmuje), ów bóg miałby rogi i kopyta. Ten sam pogląd z zimnym okrucieństwem rozumu powtarza Hobbes w Lewiatanie (I, 12): „Za bogów uważano mężczyzn, kobiety, ptaka, krokodyla, cielę, psa, węża, cebulę, pory” (tłum. Cz. Znamierowski).

Powody takich rozrzutnych fantazji nie są bynajmniej tajemnicze. W ludzkiej psychice nie brak miejsca na infantylizm, irracjonalizm, napady lęku i wstrząsy poczucia winy.

Miliony mieszkańców naukowo-technologicznego Zachodu kierują się w codziennym życiu wskazówkami astrologii.

Trzynastego dnia miesiąca nie wstawaj z łóżka bez drobnego egzorcyzmu. Traktuj czarne koty jak coś nieco demonicznego i zadrżyj, słysząc burzę. Póki co wciąż jesteśmy w żłobku możliwej ewolucji. Tęsknimy za nianią, równocześnie się jej bojąc. Przeświadczenie o kosmicznej samotności, podobno nieintuicyjna hipoteza doskonale przypadkowego, „bezsensownego” porządku naturalnego („bezsensownego” dla garstki hominidów w przypadkowym zakątku jednej z wielu galaktyk) jest dla znakomitej większości z nas nie do zniesienia. Pragniemy świadka naszego byle brudu – niech się i nawet rwie do jego sądzenia. W chorobie, psychicznej lub materialnej niedoli, kiedy nasze dzieci umierają na naszych oczach, zanosimy wołania. To, że nasz krzyk trafia w pustkę, że jest zupełnie naturalnym, może nawet terapeutycznym, odruchem, ale niczym więcej, jest niemal nie do wytrzymania. Niewątpliwie wiara w zmartwychwstanie Elvisa Presleya i modlitwy zanoszone przy jego neonowym grobie dają ukojenie i nadzieję jego wyznawcom.

Z punktu widzenia tego świata religie instytucjonalne znacząco przyczyniły się do wielu okrucieństw historii. Niezliczone pokolenia, wspólnoty etniczne i grupy społeczne były prześladowane, zniewalane, masakrowane i siłą nawracane w imię wskazań doktryny. Kręta, ale wyraźna droga wiedzie od średniowiecznych pogromów do nazistowskich obozów śmierci. Islam zabijał od swych początków. Banalne jest spostrzeżenie, że wojny religijne i tępienie herezji krucjatami należą do najbrutalniejszych i najbardziej kosztownych przedsięwzięć w dziejach. Także dzisiaj, czy to w Irlandii Północnej, czy w Bośni, czy na Bliskim Wschodzie, czy w Indonezji, szaleją konflikty religijno-ideologiczne. Ateizm nie zna ani herezji, ani „świętych wojen” (wulgarny idiom). Nic w jego prywatnej, pozbawionej instytucjonalizacji strukturze nie nawołuje do nienawiści. Z samej swojej natury nie wymaga nawracania. Rzadkie przypadki „wymuszanego ateizmu”, np. tego stalinowskiego, są prostą imitacją i głupią parodią kościołów państwowych. Nie sposób także wykazać, że postępowanie wierzących pod presją sankcji i obietnic religii jest lepsze niż zachowania ateisty lub humanisty agnostyka. Chciwość i hipokryzja kwitną w społeczeństwach żyjących w cieniu synagog, kościołów i meczetów, z kolei przyzwoitość i wynikająca z własnych decyzji oraz zobowiązań moralność to także sekularne wartości. Z tego powodu Iwan Karamazow, będąc świadkiem braku reakcji Boga na zachłostanie niewinnego dziecka na śmierć (rzecz powtarzająca się codziennie, tysiącami), dokonuje słynnego zwrócenia mu „biletu wejścia”. Żeby było jasne, nie ma cienia dowodu, że człowiek w ogóle kiedykolwiek taki bilet dostał.

Wobec nauki

Wszystko to klasyczne ustalenia. Kompleksowość, weryfikowalność i siła przewidywań darwinizmu dodały im ciężaru (choć nie zniknęły uparte znaki zapytania). Zbliża się koniec milenium, a kosmologia i astrofizyka dostarczają coraz spójniejszych, potwierdzonych eksperymentalnie modeli stworzenia. Pojęcie „początku” zyskuje własną matematykę. Pytanie, „co było przed” nanosekundami Wielkiego Wybuchu, nie ma sensu. Uderzając w niepokojąco augustyński ton, kosmologowie postulują, że czas zaczyna istnieć razem z właściwym mu kosmosem – a kosmosów całkiem prawdopodobnie jest niezliczona mnogość, każdy z własną charakterystyką czasoprzestrzenną, „strunami” kolejnych wymiarów materii i antymaterii, zaś żaden z nich nie stanowi wyróżnionego dzieła stworzenia. Kwestia tego, co „przed”, dręczy nas uparcie tylko dlatego, że ludzkie rozumowanie jest uwięzione w atawistycznej grze językowej. Długo po Koperniku trzymamy się „zachodu” i „wschodu” słońca (lądowanie na Księżycu prowokuje do mówienia o wschodzie i zachodzie Ziemi).

Tworzenie w laboratoriach samoreplikujących się cząsteczek, manipulowanie DNA w imię socjogenetycznych założeń – wyeliminowanie chorób dziedzicznych, klonowanie armii – są w zasięgu ręki. Tego rodzaju zmiany będą wymagały od nas rewizji pojęciowego alfabetu. Wszystko, co przez tysiąclecia stanowiło budulec teologicznych i teleologicznych narracji, utraci na znaczeniu lub zostanie gruntownie przeformułowane, niezależnie czy to deistyczny postulat stworzenia wszystkiego przez boskiego architekta, czy myślenie w kategoriach osobistego, jednostkowego przeznaczenia.

Jak zmieni się status ontologiczny ludzkiego życia i osobowości, jeśli zaczną być multiplikowane, ulepszane i kontrolowane w laboratorium, w zinformatyzowanym banku nasienia?

Świadomość na razie jeszcze jest nieuchwytnym zagadnieniem. Sięgając po podstarzałe wyrażenia – niewykluczone, że ironicznie – biochemicy, neurofizjologowie, genetycy i psychologowie kliniczni określają kwestię świadomości mianem „Świętego Graala”. Dziś to kluczowy cel ich poszukiwań. Znalezienie odpowiedzi będzie wymagało czasu i geniuszu, ale, jak twierdzi Francis Crick, nie ma powodu, aby sądzić, że problem jest nierozwiązywalny. Sięgając po frazę, której buńczuczna dwuznaczność i arogancja rozgościły się w języku, nauki przyrodnicze, owe „teorie wszystkiego”, zdołają wkrótce poznać „umysł Boga” (Hawking). Co oznacza tyle, że w niedługim czasie zdobędą teoretyczne i eksperymentalne poznanie neurochemii organizmów, które z prymitywnego i tymczasowego braku lepszych słów wymyśliły sobie „Boga”. Przywołam Hobbesa, raz jeszcze: „Cześć boską oddawali też swemu własnemu rozumowi pod nazwą muz; swej własnej niewiedzy pod nazwą Fortuny; swej własnej chuci pod nazwą Kupidyna; swemu własnemu gniewowi pod nazwą Furii; swoim własnym członkom pod nazwą Priapa…”.

Pragnąłbym zgodzić się na te przenikliwości. Nie jestem w stanie oprzeć się ich spokojnej sile. Pociągają za sobą egzystencjalne konsekwencje, które uważam za wyzwalające – zwłaszcza w kwestii śmierci. Przy naszym terapeutyzującym podejściu śmiertelnie chorzy, starzy ludzie pożerają coraz więcej zasobów, czasu i energii młodych. Na horyzoncie rysuje się żałosna gerontokracja. Wystarczy raz poczuć zapach strachu i moczu na oddziale geriatrycznym albo usłyszeć bezradny krzyk osoby chorej na alzheimera, żeby zrozumieć okropne – pochłaniające nie tylko pacjentów – marnotrawstwo sztucznie podtrzymywanego życia. Dryfowanie przez ból w kierunku bycia rośliną oznacza zbezczeszczenie w sobie i w innych wartości, jaką jest tożsamość. Ateizm przyznaje każdemu prawo wyboru. Żaden zaświat się w to nie włącza i nie dostaje prerogatyw. Żadne mistyczne, z góry wyznaczone powołanie – „Bóg dał mi życie i tylko On może zdecydować, kiedy przyjdzie zwrócić ten dar” – nie odgrywa w tym roli. Czy istnieje fanatyzm bardziej złowieszczy niż utrzymywanie przy życiu tych, którzy chcieliby odejść? Kiedy przyjdzie czas, pragnę wyjść po swojemu.

Mówiąc krótko, chciałbym móc pozbyć się archaicznych gier językowych czy wręcz „patologii mowy” przynależnych światopoglądowi religijnemu. Chciałbym móc wyrosnąć z tej „dziecięcej choroby” (sformułowanie Lenina, ale mogłoby wziąć się też od Freuda) i dojrzeć do czysto racjonalnego, naturalistycznego porządku, który odpowiada jedynie wobec rozumu i samotności.

W dobrym towarzystwie

Listy są nudne i niczego nie dowodzą. Ale jak inaczej miałbym wytłumaczyć się z moich „wahań” (elegancki termin zaproponowany „błądzącym” przez Majmonidesa)? Przecież każde wyliczenie wybitnych umysłów, analitycznych i myślowych zdolności przekraczających normę musi uwzględniać – ograniczmy się do zachodniej tradycji – Sokratesa, Platona, Arystotelesa, Augustyna, Pascala (który pod wieloma względami posiada pierwszorzędną wrażliwość naukową), Newtona i Immanuela Kanta. Z kolei tam, gdzie rozumne diagnozy próbują liczyć się z dokonaniami potężnej siły wyobraźni czy też „dowodzenia” przez przykład, skorowidz odwołań obejmuje Dantego, Tołstoja i Dostojewskiego. „Bożą obecność” wykazano w pracach Kartezjuszy, Einsteinów i Wittgensteinów. Chyba nie trzeba kontynuować? Teza jest oczywista: to, co w naszym dziedzictwie „najlepszego pomyślano i stworzono” [best that has been thought and formed], z pewnymi charakterystycznymi wyjątkami (Szekspir?) jest w ten czy inny sposób nadpisane na boskiej obecności, na nieempirycznym wymiarze rzeczywistości, z którego czerpie. Nie ma Bacha ani Beethovena, ani Michała Anioła bez tej dodatkowej gwarancji. Polemika jest nie mniej trywialna: owe wielkie autorytety coraz wyraźniej należą do przeszłości. Stanowią świadectwo pewnego etapu w postępującej biochemicznej ewolucji homo (wciąż nie całkiem) sapiens sapiens. Trocki obiecywał przecież, że wyrośniemy nawet z Goethego czy Arystotelesa.

Dostrzegam dumną logikę tej kontrargumentacji, uważam ją jednak za wadliwą. W naukach ścisłych i stosowanych postęp podlega weryfikacji. Z kolei założenie, że ja albo ktokolwiek inny nabywamy – na mocy samego tylko kontekstu społeczno-intelektualnego lub upływu bardzo krótkiego czasu – zdolności do analitycznej refleksji i wglądu w naturę człowieka, które okazują się rozleglejsze i wnikliwsze (bo nie powiem „zupełnie inne”) niż bystrość Platona, Dantego lub Pascala, wydaje mi się skrajnie wątpliwe. Podobnie jak zbliżone stwierdzenie, że tego rodzaju mężczyźni i / lub kobiety byli ofiarami zbiorowej iluzji, zgodnie przyjętych przesądów, które logika nazywa „błędami kategorialnymi” (pomyleniem jednej gry językowej z inną). Nie przekonuje mnie mniemanie, że wyrośliśmy ze Spinozy lub Kanta i teraz inaczej opowiadamy nasze historie. Tak, wiem, wszelkie argumenty z autorytetu są podejrzane (choć plenią się i w naukach ścisłych). Niemniej jeśli mielibyśmy sobie swobodnie dobierać myślowe towarzystwo, to wśród tego, co do wyboru, przeważają wierzący. Odrzucenie tego stanu rzeczy i przypisywanie spostrzeżeniom takich osób wyłącznie retorycznego lub antykwarycznego znaczenia oznacza uznanie większej części naszej cywilizacji za niebyłą.

Tylko czy nie taki skutek miały właśnie „nieobecność Boga” w Auschwitz i śmierć dziecka na oddziale onkologicznym?

Przywoływanie wspomnianego porządku – ogromnie intuicyjnego, ale pustego logicznie – wypełnia metafizykę, sztukę, literaturę i muzykę, którymi żyłem. Zakłada się w nich, że nieustannie dochodzi do niewytłumaczalnego cudu bardzo osobistych spotkań i relacji określonego rodzaju. W końcu nie tylko na Zachodzie większość ludzkich wytworów – duchowych, materialnych, intelektualnych – powstaje „ku większej chwale Bożej”. Ad maiorem Dei gloriam. Oresteja Ajschylosa i Timajos Platona; księgi Hioba i Psalmów; świątynie w Paestum i nasze katedry; Augustyńskie Wyznania i Dantejska Komedia; kaplica Sykstyńska oraz Missa solemnis. Wyobraźmy sobie krajobrazy wokół nas bez miejsc kultu; wyobraźmy sobie sztuki plastyczne i muzykę bez odniesień do wiary; wyobraźmy sobie filozofię i metafizykę, od presokratyków po Heideggera, którym brakuje nakierowania na…, badań nad… i debaty o doświadczeniu religijnym, pierwszych zasadach i pierwszym poruszycielu. Przywoływałem już Szekspira jako możliwy i rażący wyjątek. W jego sztukach brak jakiegokolwiek identyfikowalnego stanowiska religijnego, a jednak „pytanie o Boga” – czasami – pojawia się tam z całą grozą: w Królu Learze, w niejasnych przypowieściach o zbawieniu przez trwające do końca uczucie. Nie da się z tego jednak ulepić żadnego credo.

Świętość muzyki

Wszędzie indziej różnorakie estetyki i dyskursy filozoficzne naszej tradycji proklamują, alegoryzują, zgłębiają i narratywizują „czekanie na Godota”. Zwłaszcza muzyka jest czule uwikłana w takie sugerowanie. Znaczna jej część jest w powszechnym mniemaniu „święta”. Dotyczy to zarówno kantat Bacha i Mozartowskiego Requiem, jak symfonii Mahlera i kantyków Brittena, tyle że ten związek równocześnie mocniej je przenika i jest trudniejszy do uchwycenia. Jak próbowałem pokazać, u większości z nas muzyka, którą cenimy i która zamieszkuje nas w sposób niezastępowalny, prowadzi do pogłębienia wrażliwości na emocje nazywane przez psychologów „uczuciami oceanicznymi”. Czujemy się „porwani”, „uniesieni” równie onieśmielająco i ekstatycznie jak Mikołaj Podszewka. Tylko jak i dokąd? Narzuca się tu analogia – która mogłaby być czymś o wiele więcej – z psychosomatycznym doświadczaniem transcendencji, tego, co uparcie niewytłumaczalne. Mówi się, że muzyka jest niczym modlitwa niewierzących lub niepraktykujących. Ale do kogo mieliby się modlić?

Sądzę, że da się doprecyzować całe porównanie. Muzyka jest w najwyższym stopniu znacząca; oznacza coś absolutnie. Tyle że jej sensy i znaczenia nie dają się zwerbalizować, adekwatnie sparafrazować ani pojęciowo przetłumaczyć na żaden inny język poza kolejnymi wykonaniami. Logika nie ma nic do powiedzenia o sensie muzyki. Wydaje mi się wysoce wątpliwe, żeby neuropsychologiczne hipotezy na temat świadomości zdołały kiedykolwiek wyjaśnić genezę muzyki lub jej wpływ na człowieka. Oba te fakty egzystencjalne, bez których – jak stwierdził Nietzsche – życie byłoby błędem, są empirycznie ewidentne i ontycznie przemieniające w sposób nieznany ludzkiemu doświadczeniu nigdzie indziej. Równocześnie zdają się przekraczać możliwości analityczno-eksperymentalnego rozumienia.

Podobnie zawiła samooczywistość cechuje znaczące „bezsensy” teologii i nabożeństwa. Może jest tak, że w ich postulatach ucieleśnia się frustrująca próba zapisania radykalnie „muzycznych” powinności uczucia i intuicji za pomocą sztywnego kodu prostych, gramatycznych twierdzeń. Pewny jestem jednego: jeśli pytanie o istnienie lub nieistnienie Boga osunie się w banał, jeśli zostanie odpompowane ze społecznej i jednostkowej świadomości niczym mętna woda, wówczas zmieni się całe nasze dziedzictwo myśli i sztuki. Być może po burzliwym i pozbawionym klarowności okresie przejściowym złoży się to w zupełnie nowe bezprecedensowe historie i stworzy świato-obrazy, których dziś przewidzieć nie umiemy. Już dziś są tacy, którzy jak Foucault głoszą koniec autorstwa, indywidualnego wytwarzania, a w istocie odrębnej osobowości. Skromniej i wiarygodniej można by przewidywać, że w przypadku braku pytania o Boga i powiązanych z nim metafor nie powróci określona skala wytworów metafizycznych i estetycznych, zarówno jeśli chodzi o ich formę, jak i wykonanie. Być może przechodzą właśnie do przeszłości spajające wszystko w całość konstrukcje uprzedniego porządku, które znajdujemy u Dantego, w Pasji Bacha, krytykach Kanta i freskach Giotta, a nawet w lakonicznych przypowieściach Kafki, których najzwięźlejsze sylaby przesyca „choroba na Boga”.

Kościół agnostyków

Jednak ani dobre towarzystwo, które ma osoba wierząca, ani prymat religijności w naszej tradycji niczego nie dowodzą. Uważam sam projekt racjonalnego dowodzenia, że Bóg istnieje, za argumentacyjnie niefortunny. Nawet najsubtelniejsze z tzw. dowodów ontologicznych – ten anzelmiański, który Bertrand Russell uznawał za nienaganny logicznie, te autorstwa Kartezjusza czy Schellinga – są jedynie ruchami w gramatologicznej grze umysłów. Kant miał absolutną rację, określając wszystkie rozumowe dowody odnoszące się do Boga jako ślepą uliczkę. W rzeczy samej, cóż by to był za Bóg, gdyby dało się go zdefiniować, ba, wykazać za pomocą ludzkiej dialektyki i wnioskowania? Wiara nie ma charakteru dowodowego, chyba że w swym najbardziej naiwnym, na wskroś sentymentalnym aspekcie, kiedy, dla przykładu, odwołuje się do „bogactwa i wspaniałości” stworzonego świata albo jednostkowych potrzeb i dobrostanu. Dowody dostępne ludzkiemu rozumowi i wynikające z empirii pozwalają na jedną tylko uczciwą odpowiedź: agnostyczne „nie wiem”; „nie wiem ani że jest, ani że nie ma”. Taki agnostycyzm, spękany momentami udręczonej modlitwy i bezmyślnego wołania do „Boga” w chwilach cierpienia i grozy, jest wszechobecny na postdarwinowskim, postnietzscheańskim i postfreudowskim Zachodzie. Świadomie czy nie, agnostycyzm jest uznanym Kościołem nowoczesności. W jego cokolwiek wątłym blasku istoty wyedukowane i racjonalne wiodą swe życia wewnętrzne. Zaznaczmy: agnostycyzm nie jest ateizmem. Ateizm, przeżywany i zachowywany konsekwentnie, jest podróżą kompletną, zdyscyplinowanym powrotem do nicości (satre’owskim l’être et le néant). Pewien specyficzny agnostycyzm odnośnie do rozumu oraz „dowodu” funduje również moje własne fragmentaryczne i przetrzebione przekonania. Nie wątpię, że jeśli „Bóg” istnieje, to nie ma absolutnie nic wspólnego z konceptami ludzkich umysłów na Jego / Jej – jak wymaga od nas dzisiaj grzeczność – temat, choćby były nie wiem jak trafne. Takie konstrukcje – nawet te abstrakcyjne – mogą być metafizycznie sprytne, ale wywody, gramatyki tworzących je mężczyzn i kobiet pozostaną nieuchronnie antropomorficzne. Będą tragicznie wplecione w nasze mózgowe synapsy, w metaforyczne i analogiczne narzędzia, którymi dysponuje ludzka psychika, a one przecież z mniejszym lub większym wyrafinowaniem ulegają aurze majestatycznego, brodatego pater familias – wyobrażonego władcy ludzkości ze sklepienia kaplicy Sykstyńskiej (z jego dziwnym podobieństwem do Karola Marksa). Bliższy związek łączy umysł dziecka z, powiedzmy, ogólną teorią względności niż najprzenikliwszy intelekt z „naturą” „Boga”, cokolwiek te pojęcia mogą znaczyć. Dystans [the remove] jest jeszcze najbliższy pojmowalnej definicji nieskończoności. Totem, bożek z drewna lub kamienia, jest całkowicie szczery w swoich figuratywnych ograniczeniach. Podobnie jak zupełna pustka Świętego Świętych w jerozolimskiej świątyni, choć w ramach surowszej pedagogiki. Jednak nawet taka pustka jest niczym więcej niż obrazem „czarnym na czarnym tle”. Nie mówi nic o „Bogu”. Stąd moje próby trzymania się wskazówek dawanych przez „teologie negatywne” i niektóre metafizyki. Czuję, że do „Boga” można zwrócić się tylko z wnętrza jako do całkowicie Innego; że brak tu jest jakichkolwiek sposobów definiowania i przekładania na „nasze”. „No to w takim wypadku – prowokuje agnostyk lub ateista – co za różnica? Skoro ten całkowicie Inny wymyka się ludzkiemu rozumowi i wyobraźni, jeśli myślenie o Jego trosce o nasze żałosne, smutne życia jest nonsensownym infantylizmem, po co zawracać sobie głowę?”

Pytanie jest całkowicie słuszne. W odpowiedzi mogę sięgnąć wyłącznie po siłę nierozumu, odwołać się do intuicji będących warunkami brzegowymi, ograniczeniami racjonalności i empiryczności. Moim zdaniem niedostatecznie zbadana arogancja rozumu, zwłaszcza w naukach ścisłych, wycina wyłącznie pojmowalne doświadczenie z masy tego, co może być istotne. Chce wiedzieć wszystko, by nie wiedzieć nic ponadto. W nauce i dyskursie logicznym nie ma nic, co pozwoliłoby rozstrzygnąć lub przegnać Leibnizowskie pytanie wszystkich pytań: „Dlaczego istnieje raczej coś niż nic?”. Pozytywistyczne zarządzenie nakazujące dojrzałym świadomościom pytać o świat i istnienie wyłącznie pytaniem „jak?”, a nigdy „dlaczego?” jest skrajnie obskurancką formą cenzury. Dławi głos przemawiający w nas spod innych głosów. A przecież nawet przy pytaniu „jak?” nie ma żadnej pewności, że majestat nauk obdarzy nas niezaprzeczalnymi odpowiedziami. We wspomnianym już stwierdzeniu, że badanie czasu przed nastaniem czasu i pytanie o nanosekundę przed Wielkim Wybuchem są czymś niedopuszczalnym i dziecinnym, kryje się żenujący unik i sofistyka. Jak dla mnie istnieje tu niezaprzeczalna presja obecności, której wyjaśnienie nie daje się zamknąć żadną dziedziną (a muzyka jest codzienną, niezgłębioną analogią tego rodzaju obecności).

Niemniej trudność nie znika. Jak ów „całkowicie Inny” może na nas wpływać, nie mówiąc już o sygnalizowaniu własnej całkowicie niedostępnej egzystencji?

Istnieje zapewne mnogość najdrobniejszych „cząstek” łączących w całość ludzką świadomość, między ich orbitami dochodzi do kwantowego skoku w wiarę. Ich natury nie potrafią jednoznacznie objaśnić nawet mistrzowie introspekcji i samorozgryzania, tacy jak Pascal czy Kierkegaard. Cząstki owe zapuszczają korzenie u krańców nieświadomości. Doświadczenia z dzieciństwa (miejsce, w którym zdaniem Freuda należy zakończyć dyskusję) mają brzemienne skutki. Jakkolwiek by patrzeć, każdy atom czasu w historiach naszych żyć może pociągać za sobą konsekwencje. Wiara z niewiarą głęboko rezonują – choć na sposoby tak zawiłe, że opierają się analizie – z naszym zanurzeniem w języku lub rozczarowaniem nim. Jeśli Bóg mówi jak byt do bytu, to my z kolei odpowiadamy lub przeczymy Bogu słowami (jak modli się głuchoniemy?). Tradycja, ta nieprzypadkowo irracjonalna i sformalizowana rutyna dziennych rytuałów, choćby tradycja ortodoksyjnego judaizmu, może równać się zgodzie na Boga. Niesprawiedliwość, katastrofa bez uzasadnień – jak lizbońskie trzęsienie ziemi, które przyprawiło o traumę deistów oświecenia – może wykorzenić wiarę. Niektórzy mężczyźni i kobiety dają się formować – jak dłoni garncarza – apostołom czy nauczycielom, inni tę rękę kąsają. Geneza osobistego poczucia sensu Boga lub nonsensowności jest równie rozmaita, złożona i opierająca się klarownym podsumowaniom jak sama indywiduacja. Asumpt do czegoś lub przeciw czemuś, skok w lub wyskok to zagadnienie z chemii nieznanego. Mogę zdać sprawę tylko z symptomów – medyczna fraza cudownie trafna u tych, co są krank an Gott.

Koszmar śpiącego Boga

Kiedy za sprawą doniesień, zdjęć czy osobistych notatek staję się świadkiem zadawania bezsensownego cierpienia dzieciom lub zwierzętom, zalewa mnie rozpaczliwy gniew. Są tacy, którzy wyłupują dzieciom oczy czy w nie strzelają albo biją po oczach zwierzęta. Podobne fakty napawają mnie ponurą odrazą. Nienawiść i zwątpienie, które we mnie budzą, dalece przekraczają moje zasoby psychiczne i nerwowe. Czarna kipiel, w którą się pogrążam, pozbawia mnie woli. Spętuje mnie jej ogrom. Jednak taka beznadziejna nienawiść i smutek, owe mdłości duszy, mają osobliwe kontrecho. Nie umiem tego ująć inaczej. Jądrem przyprawiającej o szaleństwo rozpaczy jest uparte poczucie – znów nie mam na to innych słów – że doszło do zerwania umowy. Poczucie odstręczająco konkretnego kataklizmu. W daremnym krzyku dziecka i w cichej agonii torturowanego zwierzęcia pobrzmiewa też „dźwięk tła” – odgłos grozy stworzenia, bycia wyrwanym z logiki i błogostanu nicości. Coś – jakże bezradny może być język – poszło straszliwie nie tak. Rzeczywistość powinna, mogłaby wyglądać inaczej (być „Inna”). Sadyzm, bezustanna krzywda naszych czynów nie powinny być – mogłyby nie być – dopuszczalnym fenomenem organicznego, świadomego istnienia. Bezradna wściekłość, poczucie winy rządzące moją tożsamością i zagarniające ją wiążą się z roboczą hipotezą, lub „metaforą roboczą” jeśli wolicie, „grzechu pierworodnego”.

Nie jestem jednak w stanie połączyć z tym wyrażeniem żadnej racjonalnej, a co dopiero historycznie ugruntowanej, treści. Z pragmatyczno-narratologicznej perspektywy opowieści o pierwotnym występku i dziedziczonej winie są uniwersalnymi baśniami – czymś niepokojąco głębokim i trwałym. Ale niczym więcej. A jednak w obliczu zbitego, zgwałconego dziecka lub konia czy muła uderzonego biczem po oczach z mroczną klarownością dopada mnie intuicja Upadku. Jedynie tego rodzaju zdarzenie, niedestylowalne rozumem, zapewnia jakąś pojmowalność – choć zawsze lokującą się na skraju nieznośności – realnościom naszej historii na tej jałowej ziemi. Zostaliśmy skazani na bycie okrutnymi, chciwymi, egoistycznymi, kłamliwymi. A przecież miało być, powinno było być, inaczej. Przecież prawda i współczujące samopoświęcenie niezwykłych mężczyzn i kobiet dobitnie pokazują, jak mogło być. Przyłapałem się na myśleniu, dziecinnym fantazjowaniu, że może ludzka historia jest ustępującym koszmarem śpiącego boga. Że może się z niego obudzi i raz na zawsze uczyni zbytecznym krzyk dziecka i jęk bitego zwierzęcia.

Miłość jest dialektyką nienawiści, jej lustrzanym przeciwieństwem. Miłość jest, w różnych natężeniach, cudownym imperatywem irracjonalnego. Jest równie nienegocjowalna co (wyklęte) poszukiwania Boga przez osoby nim zakażone. Drżeć w głębi duszy, do nerwu, do kości na widok, głos, dotyk najlżejszy ukochanej osoby; zabiegać, pracować, kłamać bezgranicznie, byleby tylko dotrzeć, znaleźć się bliżej kochanego mężczyzny, kochanej kobiety; przekształcić swój sposób bycia – osobisty, publiczny, wewnętrzny, materialny – nagle i bez przygotowania, gdy przyjdzie miłość i pod jej wpływem; doświadczać niewypowiadalnego bólu i pustki, gdy nie ma ukochanej osoby, gdy obumiera sama miłość; utożsamiać boskość z emanacją miłości, jak czyni platonizm, czyli cały zachodni model transcendencji – wszystko to znaczy uczestniczyć w najpowszechniejszym i niewytłumaczalnym sakramencie ludzkiego życia. Znaczy to na miarę osobistych możliwości doświadczyć dojrzałości ducha. Zrównanie tego wszechświata doświadczeń z tym, co libidalne, jak czyni Freud, zdawanie z niego sprawy w języku prokreacyjnych, biogenetycznych korzyści stanowi redukcję niemal godną pogardy. Miłość może być więzią nie z wyboru między osobami rażąco do siebie niepasującymi, czymś prowadzącym aż do autodestrukcji. Seks może być w niej przypadkowy, przejściowy albo zupełnie nieobecny. Ludzie brzydcy, nędzni, najwięksi złoczyńcy mogą być przedmiotami bezinteresownego, żarliwego erosa. Pragnienie, by umrzeć za osobę ukochaną lub za przyjaciela – l’amie, jak precyzyjnie i świetliście mówią Francuzi – i wyrachowane szaleństwa zazdrości są kontrproduktywne w każdym możliwym biologicznym (darwinistycznym) i społecznym ujęciu. Słynna maksyma Pascala, że serce ma swoje racje, których rozum nie zna, ostrożnie pogrywa z racjonalnością. Jednak to nie „racje” zaludniają serce, lecz konieczności o zupełnie innej proweniencji. Poza rozumem, poza dobrem i złem, poza seksem, który nawet na granicy ekstazy jest aktem wielce drobnym i efemerycznym. Przestałem kiedyś na ulewnym deszczu cały wieczór, aby wypatrzeć, jak moja ukochana skręca za róg ulicy. Może to nie była nawet ona. Miej litość, Boże, nad tymi, co nigdy nie poznali miraży światła wypełniających ciemność stojącym na warcie.

Z bezrozumnej, niepoddającej się analizie, często niszczącej wszechmocy miłości wypływa jedna myśl – czy to znów tylko dziecinada? – że „Bóg” to jeszcze nie teraz. Że On dopiero zaistnieje czy też dokładniej: zamanifestuje się w sposób uchwytny dla ludzkiej percepcji wówczas, kiedy miłość miażdżąco przeważy nad nienawiścią. Każde jedno okrucieństwo, każda jedna niegodziwość wyrządzana ludziom i zwierzętom usprawiedliwia ateistyczne ustalenia, ponieważ powstrzymuje Boga przed czymś, co byłoby w istocie jego pierwszym przyjściem. Jednak nawet w najgorszych chwilach nie potrafię porzucić wiary, że dwa cuda uzasadniające istnienie śmiertelnych to miłość i wynalezienie czasu przyszłego. Ich połączeniem, jeśli kiedykolwiek do niego dojdzie, będzie Mesjańskość.

„Kto sięga po wielkie myśli, popełnia wielkie błędy” – powiedział Martin Heidegger, teolog parodysta naszych czasów (słowu „parodysta” przypisuję jego najdonioślejsze znaczenie). Również ci, co sięgają po „małe myśli”, mogą wielce błądzić. Taka już demokracja łaski lub potępienia.

Fragment książki Errata. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji
© George Steiner 1997