W majowy niedzielny wieczór życie w Helsinkach zamiera – wszyscy oglądają finał mistrzostw świata w hokeju, w którym Finowie mierzą się z faworyzowaną Kanadą na stadionie w nieodległym Tampere. Gdy już wydaje się, że gospodarze mają puchar na wyciągnięcie ręki, rywale wyrównują. O zwycięstwie ma więc zdecydować w dogrywce złoty gol. Gdy bramkę na wagę tytułu zdobywa Fin Sakari Manninen, następuje eksplozja radości. Towarzysząca nam Madle, dziennikarka z Estonii, mówi, żeby rozkoszować się tym widokiem, bo Finowie rzadko okazują emocje, nawet te pozytywne.

To stwierdzenie jakoś kłóci nam się z faktem, że Finlandia przez sześć ostatnich lat z rzędu (łącznie z obecnym rokiem) była uznawana w badaniach Organizacji Narodów Zjednoczonych za najszczęśliwszy kraj świata.

Przy czym szczęście mierzone jest na podstawie innych wskaźników niż częste uśmiechanie się. Badanie pokazuje bowiem np. PKB danego kraju, zasady wsparcia socjalnego, oczekiwaną długość życia w dobrym zdrowiu czy zaufanie do rządu i biznesu wyrażane wskaźnikiem korupcji. Subiektywne opinie na temat satysfakcji obywateli z życia mają znacznie mniejszy wpływ na miejsce w rankingu. Co oznacza, że można być szczęśliwym, nie będąc przesadnie wylewnym.

Świętującym zwycięstwo w finale Finom przyglądają się znajdujący się nieopodal mężczyźni bliskowschodniego pochodzenia. Mecz ich niespecjalnie interesuje – raczej koncentrują się na komentowaniu zachowania Finów. Nie zostają, by na rynku – zgodnie z lokalną tradycją – świętować zwycięstwo kąpielą w okolicznej fontannie. Wsiadają do swoich taksówek i ruszają szukać klientów. A gdy Finowie opuszczają restaurację, pojawia się kilku innych imigrantów, zainteresowanych wyłącznie zebraniem pozostawionych plastikowych i szklanych butelek – by odebrać za nie kaucję.

Przypomina nam się, że odwiedziny w stolicy Finlandii raptem kilka lat wcześniej były zupełnie innym doświadczeniem. Na ulicach Helsinek próżno było szukać obcokrajowców niebędących turystami. Rok 2015 r. był przełomowy w historii kraju. To wtedy przybyła do niego rekordowa liczba cudzoziemców – prawie 32,5 tys. Kryzys migracyjny spowodował, że fińsko-szwedzkie oraz fińsko-rosyjskie przejścia graniczne zaczęły przyjmować setki przyjezdnych dziennie.

Obecnie w Finlandii najwięcej jest Estończyków (51 tys.), Rosjan (30 tys.) oraz Irakijczyków (15 tys.). Nieco mniej: Chińczyków, Hindusów, Tajów, Szwedów, Afgańczyków, Syryjczyków, Somalijczyków, Turków, Serbów, Filipińczyków.

W większości przypadków wśród przyjezdnych, dominują mężczyźni. W 2021 r. w 5,5-milionowej Finlandii mieszkało blisko 470 tys. cudzoziemców. Podległa resortowi finansów Statistics Finland szacuje, że do 2050 r. przybyszy może być ponad milion. W 2022 r. pojawiło się zresztą najwięcej imigrantów w historii – ponad 48 tys. To o 11,7 tys. więcej niż w poprzedzającym roku. Przy czym ta liczba nie uwzględnia migrantów z Ukrainy – czasowe schronienie udzielono 45 tys. osób uciekających przed konfliktem z Rosją.

Zasoby nieludzkie

Przybycie dużej liczby migrantów w 2015 r. wywołało olbrzymie kontrowersje w społeczeństwie. Zwolennicy prawicowych partii politycznych organizowali demonstracje sprzeciwiające się wpuszczaniu cudzoziemców. Zdarzały się przypadki obrzucania materiałami pirotechnicznymi autobusów wiozących migrantów do ośrodków recepcyjnych. Takie sytuacje kontrowane były licznymi pokojowymi protestami.

W dyskursie politycznym niebezpieczeństwa związane z napływem przybyszy przeplatane były z narracją, że Finlandii migranci są bardzo potrzebni.

Johanna Leinonen, specjalizująca się w tematyce migracji i współpracująca z uniwersytetami w Turku oraz Oulu, opowiada nam, że Finlandia ma jedne z najszybciej starzejących się społeczeństw w Europie. W ostatniej dekadzie wskaźnik urodzeń w tym kraju był najmniejszy w historii. W 2020 r. spadł do poziomu 1,37 i był niższy zarówno od Norwegii (1,48), jak i Szwecji (1,66), do tego tendencja nadal jest spadkowa. Finowie potrzebują zatem dużej liczby ludzi w wieku pracującym. Ten cel przyświecał – i wciąż przyświeca – większości programów kierowanych do migrantów.

Zdaniem Leinonen to rodzi jednak problemy, bo przyjezdnych postrzega się głównie przez pryzmat ich przydatności na rynku pracy. Poszukiwani są – zresztą jak w wielu innych rozwiniętych krajach – opiekunowie medyczni, pielęgniarki, pracownicy sektora usług, budowlańcy, spawacze oraz sprzątacze. W 2021 r. 11% osób uzyskujących pozwolenie na pracę stanowili wysoko wykwalifikowani pracownicy sektora informatycznego.

Od Leinonen słyszymy, że fińscy politycy traktują migrantów jak zasoby ludzkie, które można przerzucać z kąta w kąt zależnie od zapotrzebowania.

– A przecież ludzie migrują do innego państwa w poszukiwaniu bezpieczeństwa i spełniania marzeń, a nie żeby wejść w rolę wyznaczoną im przez rząd. Nawet jeśli ktoś dostanie pracę, ale będzie źle się czuł w danym mieście, to z niego wyjedzie – przekonuje Leinonen.

Badaczka opowiada, że fiński rząd próbuje zresztą przypisywać migrantów do różnych miejscowości, w których może być największe zapotrzebowanie na ich pracę. Mimo to zdecydowana większość z nich i tak przeprowadza się do dużych miast. Bo można w nich znaleźć więcej ofert zatrudnienia, mieszka tam też większa liczba migrantów. Powody są również pragmatyczne, bo wolą mieszkać w lepiej skomunikowanym, tętniącym życiem miejscu niż gdzieś na odludziu, wśród starszych Finów – gorzej znających angielski oraz mających znacznie większy kłopot z akceptacją przyjezdnych.

W miastach uniwersyteckich, takich jak Helsinki, Tampere, Kuopio czy Turku, młodzi ludzie mają znacznie mniej trudności z integracją i poszanowaniem cudzej kultury.

– Migranci nie rozwiążą zatem wyzwań regionów, które borykają się z największymi problemami starzenia się społeczeństwa czy braku rąk do pracy – uważa Leinonen.

Choć Finowie są uważani za naród pogodny i empatyczny, to jednak nie każdy ma przyjemność doświadczyć tych cech z ich strony. W badaniu Being black in the EU (2018) Agencji Praw Podstawowych Unii Europejskiej Finlandia została wskazana jako najbardziej rasistowski kraj członkowski względem osób ciemnoskórych.

Aż 63% przybyszów o ciemnej karnacji doświadczyło tu negatywnych komentarzy z uwagi na swoje pochodzenie etniczne. Dla porównania – w drugim na liście Luksemburgu było to 52%

W ciągu pięciu lat przed badaniem 14% przypadków przemocy fizycznej motywowana była odmiennością karnacji (w Austrii i Irlandii 13%, w Luksemburgu 11%).

Gdy pytamy kilku Finów o problem rasizmu, najczęściej słyszymy, że wynika on z braku doświadczenia z migrantami.

– Niektórzy mogą mieć jakieś negatywne skojarzenia z cudzoziemcami. Wielu jednak nie radzi sobie po prostu z tym, jak szybko zmienia się obraz kraju, w którym przez ostatnie dziesięciolecia nie zachodziła żadna rewolucja – twierdzi Kirsi Koivuporras z Fińskiej Fundacji na rzecz Mediów i Rozwoju (Vikes).

Leinonen uczula jednak, aby nie dorabiać teorii do rasistowskich zachowań. Bo jeżeli tworzą one negatywne konsekwencje dla przyjezdnych, to niczym nie różnią się od „nieumotywowanego rasizmu”. Naukowczyni dostrzega pewne przyczyny takiego podejścia do innych ras w tym, że Finowie od dawna kultywują mit homogenicznego narodu.

– I choć historycznie przez kraj przetaczało się wiele różnych kultur, to chęć utrzymywania wspomnianego mitu prowadziła do tego, że autorzy i naukowcy nierzadko pomijali ten fakt w swoich publikacjach – wskazuje Leinonen.

Czy może być zatem tak, że najszczęśliwszy naród świata komfortowo czuje się tylko w otoczeniu podobnym sobie?

A przyjezdni o niskich kwalifikacjach mają mu wyłącznie świadczyć usługi? Mieszkając w Helsinkach, trudno nie odnieść takiego wrażenia. To właśnie migranci wykonują tu najgorzej płatne prace, sprzątając hotele i publiczne toalety albo prowadząc taksówki. To oni żebrzą pod dworcem kolejowym i kręcą się wokół skupisk ludzi, zbierając butelki do recyklingu.

Ale tak jak największe miasta w Polsce nie oddają obrazu całego kraju, tak też stolica Finlandii może dawać mylny obraz. Postanawiamy więc wsiąść do pociągu i odbyć podróż obejmującą ponad 1800 km na przełomie maja i czerwca, gdy słońce prawie w ogóle nie zachodzi (to tzw. białe noce). Chcemy sprawdzić, czy może jesteśmy w błędzie.

Nie pytaj o renifery

W pociągu mamy kilka godzin, żeby przypomnieć sobie historię Finlandii oraz poznać kilku mieszkańców. Kraj ten powstał w 1917 r., po upadku caratu w Imperium Rosyjskim. Wcześniej, od średniowiecza do 1809 r., ludność była pod panowaniem Szwedów, a następnie ponad wiek pod rządami caratu w formie Wielkiego Księstwa Finlandii. Całkowita powierzchnia państwa to ponad 338 tys. km kw., z czego blisko 10% zajmuje woda (w Finlandii jest aż 55 tys. jezior).

Co ważne, kraj ten formalnie nie leży na Półwyspie Skandynawskim (jak Szwecja i Norwegia). Fiński zalicza się zaś do rodziny języków ugrofińskich (jak węgierski i estoński). A zatem choć Finlandia niewątpliwie jest krajem nordyckim, to nie jest już krajem skandynawskim.

Tutejsi ludzie wydają się nam spokojni, rzeczowi, zdystansowani, poukładani. Od kilku z nich słyszymy, że cenią sobie grono bliskich znajomych, a brak chęci do kurtuazyjnych pogawędek nie jest uważany za faux pas. Spotkany przez nas w pociągu student z Rovaniemi imieniem Jishka mówi nam, że niegrzecznie jest zagadywać Finów o wysokość zarobków, wielkość posiadanego lasu czy… liczbę posiadanych reniferów (bo każda sztuka ma jakiegoś właściciela).

Jishka opowiada nam też o istotnej cesze narodu fińskiego – sisu: to upór, hart ducha, wytrzymałość, siła woli, duma i determinacja w dążeniu do celu pomimo przeciwności losu lub barier fizycznych.

Chłopak twierdzi, że to dzięki sisu naród był w stanie przetrwać najsroższe zimy i wojnę zimową, a teraz szybko podejmuje trudne decyzje, np. o wstąpieniu do NATO, pomimo gróźb ze strony Rosji.

Sisu bywa jednak mieczem obosiecznym. Zdaniem Jishki osoby mające problemy psychiczne lub depresję są krytykowane przez społeczeństwo – myśli się o nich jak o słabeuszach. Efekt jest taki, że do psychologów i psychiatrów czeka się w długich kolejkach, a w wielu miejscach nie ma do nich w ogóle dostępu.

Leinonen zwraca uwagę, że to poważny problem, biorąc pod uwagę, jak wielu migrantów przyjeżdżających do Finlandii z Afryki, Azji czy Bliskiego Wschodu to ludzie borykający się z różnymi, często traumatycznymi, doświadczeniami, uciekający przed wojną i krzywdą.

– Rząd proponuje uchodźcom wojennym dostęp do wsparcia psychologicznego tuż po przyjeździe, ale na razie trudno ocenić jego faktyczną osiągalność, jakość i skuteczność – powątpiewa akademiczka.

Pytamy Jishkę, czy ma migrantów wśród swoich znajomych.

– Nie, bo są dziwni – odpowiada, nie chcąc dalej drążyć tematu.

Od kilku migrantów słyszymy zaś, że charakter i dystans, jaki preferują Finowie, jest trudny do zrozumienia – zwłaszcza dla przyjezdnych z Azji czy Bliskiego Wschodu, w których społeczności są zdecydowanie bardziej dynamiczne i cenią bliskie relacje z sąsiadami.

Ten dystans jeszcze bardziej pogłębia bariera w postaci języka fińskiego. Zważywszy na olbrzymią liczbę przypadków (15) i gramatycznych niuansów, to jeden z najtrudniejszych do nauki języków na świecie. Nie pomaga też konieczność łączenia kilku słów w jedno, aby powstało zupełnie nowe (przez co nawet tutejsze billboardy są szersze, aby pomieścić niektóre hasła reklamowe). Zdarzają się też niemożliwe do przetłumaczenia słowa odnoszące się do charakterystycznych zachowań Finów, np. „kalsarikännit”, które oznacza chęć pozostania w domu i picia w samotności, siedząc w samej bieliźnie. Nie wspominając już o bardzo hermetycznych określeniach odległości, jak „poronkusema” – rozumiane jako odległość bliską 7,5 km. To dystans, jaki może przebyć renifer, zanim zachce mu się siku.

Kraina wikingów

Po kilku godzinach jazdy pociągiem docieramy do Närpiö, choć częściej używa się szwedzkiej nazwy Närpes. To niewielkie miasto położone w zachodniej części kraju nad Zatoką Botnicką. Liczy niecałe 9,5 tys. mieszkańców. Jest najbardziej znane z dużej liczby szklarni (60% pomidorów i 35% ogórków sprzedawanych w Finlandii pochodzi właśnie stąd), a także fabryk produkujących przyczepy do ciężarówek. Do 2016 r. było ostatnim niefińskojęzycznym miastem w Finlandii – dziś formalnie jest dwujęzyczne. Z ważnym zastrzeżeniem: 85,5% mieszkańców na co dzień posługuje się szwedzkim dialektem z Ostrobotni, z którego zrozumieniem nawet typowi Szwedzi mają nie lada kłopot. Ponoć to język prawdziwych wikingów. Miejscowi rozumieją jednak nowocześnie używany szwedzki, ponadto większość z nich zna też fiński oraz angielski.

Närpes było pierwszym miastem, poza tymi największymi w Finlandii, które ustanowiło zachęty do osiedlania się migrantów, jeszcze w latach 80. Lokalne władze uznały wówczas, że to małe miasteczko mogłoby być doskonałym miejscem do prowadzenia biznesu, jednak potrzebne są ręce do pracy. Rozpoczęto wówczas edukowanie przedsiębiorców i mieszkańców, w jaki sposób wspólnie pracować nad stworzeniem systemu przyjaznego imigrantom. Zachęty podziałały wówczas przede wszystkim na Wietnamczyków. Gdy zaś na początku lat 90. wybuchła wojna w Jugosławii, zaczęli zjawiać się Bośniacy, potem Serbowie oraz Chorwaci. Od 2014 r. nastąpił napływ Sudańczyków. Dziś ponad 14% mieszkańców stanowią imigranci i uchodźcy.

Z czasem rozbudowywano struktury pomocy przybyszom. Zwrócono uwagę na szczególne potrzeby dzieci imigrantów uczęszczających do okolicznych szkół i konieczność ich integracji z fińskimi dziećmi.

W 2009 r. powstała szkoła zawodowa, w której oferuje się kursy z zakresu logistyki, obróbki metali i spawania, budownictwa, biznesu i administracji, IT oraz opieki. Niektóre grupy startują nawet kilka razy w roku, dba się też o elastyczność godzin nauczania.

Z kolei w 2012 r. otwarto Welcome Office – centrum pomocy imigrantom, zapewniające porady prawne oraz organizujące naukę języka szwedzkiego. Długotrwałe, systemowe i niezwykle skuteczne działania na rzecz migrantów badacze nazywają dziś Modelem Närpes. W dużym skrócie: model zakłada, że każdy przyjezdny powinien mieć zaoferowane miejsce pracy, mieszkanie, możliwość nauki języka oraz wsparcie i zabezpieczenie socjalne.

– Närpes było przykładem miejscowości, która skutecznie przyciągnęła wielu migrantów i bardzo zyskała na ich obecności na rynku pracy. Jeszcze do niedawna była to prawdziwa historia sukcesu i model do naśladowania dla innych – mówi nam Leinonen.

Dlaczego do niedawna? Otóż raptem kilka tygodni przed naszym przyjazdem krajem wstrząsnął skandal. Wyszło na jaw, że wielu mieszkających w Närpes Wietnamczyków przybywało do Finlandii po zapłaceniu swoim pobratymcom 20 tys. euro w zamian za załatwienie zatrudnienia w tutejszych szklarniach. Przyjezdni, którzy zdecydowali się skorzystać z tej oferty, otrzymywali pomoc w ogarnięciu niezbędnych pozwoleń, a potem od razu zaczynali pracować. Z całymi rodzinami byli lokowani w ciasnych barakach. Bez znajomości języka i lokalnych przepisów nie potrafili kwestionować warunków, w jakich się znaleźli. Fińska policja zatrzymała trzech mężczyzn pod zarzutem wymuszenia. Afera ta dała do myślenia obywatelom – uświadomiła bowiem, że skoro wyzysk przybyszy odbywał się w tak modelowym miejscu jak Närpes, to zapewne może zdarzać się wszędzie.

Szokujące ustalenia sprawiły, że fiński resort pracy zlecił instytutowi zajmującemu się migrantami, by przeprowadził śledztwo ws. warunków zatrudnienia tutejszych cudzoziemców oraz barier utrudniających integrację ich rodzin z pozostałymi członkami społeczności. Ustalenia mają być częścią przygotowywanej przez rząd strategii przeciwdziałania wyzyskowi pracowników.

Gdy jesteśmy w miasteczku, nikt nawet nie zająka się na temat tego skandalu. A wizytę w Närpes zaczęliśmy od odwiedzenia niewielkiej redakcji gazety „Syd-Österbotten”. Redaktorka naczelna Anja Kuusisto, opowiadając nam o codziennej pracy, skarży się, że jej dziennikarzom niezwykle trudno jest poruszać poważne tematy związane np. z nieodpowiednimi warunkami zatrudnienia czy nieprzestrzeganiem przez niektóre firmy przepisów ochrony środowiska.

– Zaraz mielibyśmy na głowie pozwy od bogatych przedsiębiorców z okolicy lub nieprzyjemną pogadankę z samorządowcami – przyznaje Kuusisto. Efekt? W dwóch szwedzkojęzycznych gazetach oraz portalu internetowym za paywallem można zatem poczytać co najwyżej o drożyźnie w kraju i trywialnych wydarzeniach lokalnych.

Po lunchu w restauracji prowadzonej przez Wietnamczyków udajemy się na spotkanie z przedstawicielami organizacji Intercult Association, której głównym celem jest aktywizacja lokalnej społeczności oraz integracja między rodowitymi Finami i migrantami. 20 lat temu założyła ją miejscowa lekarka o imieniu Inga. To jednak bardziej koło hobbystyczne niż poważna organizacja – liczy bowiem raptem 12 stałych członków. Zajmuje się głównie organizowaniem wycieczek dla migrantów oraz imprez integracyjnych.

– Gdy w latach 80. zaczęli przyjeżdżać pierwsi migranci, jako lekarka miałam okazję poznać każdego z nich. Widziałam, jak są zagubieni i jak bardzo potrzebują inicjatywy lokalnej, pomagającej im w odnalezieniu się w nowym miejscu. Stąd też zrodził się pomysł na założenie stowarzyszenia – tłumaczy Inga.

Dziś migrantów jest już zbyt wielu, by była w stanie ich wszystkich poznać choćby z widzenia. Inga twierdzi, że przyjezdni z Wietnamu raczej nie chcą się integrować, bo nie zamierzają wiązać się z Finlandią na dłużej.

– Ten kraj jest dla nich wyłącznie miejscem do uciułania małej fortuny, z którą chcą wrócić do ojczyzny – mówi.

Pomimo szeroko zakrojonych działań na rzecz integracji migrantów żyjący tu Wietnamczycy nie mają zbyt łatwego życia. Niestety, trochę na własne życzenie. Z raportu firmy badawczej Nordregio dowiadujemy się, że przyjezdni Azjaci niechętnie uczą się języka, bo na co dzień pracują głównie z pobratymcami. Mają przez to kłopot z załatwieniem nawet najprostszych spraw np. na poczcie, w banku czy u lekarza. Za tłumaczy robią im dzieci uczęszczające do tutejszych szkół i uczące się szwedzkiego albo różnego rodzaju zawodowi „pomagacze”. W międzyczasie kontakty cudzoziemców z miejscowymi są niemal zerowe, a różnice kulturowe powodują napięcia. Spokojni Finowie nie akceptują głośnych imprez z karaoke, w których lubują się Wietnamczycy, więc nagminnie musi interweniować policja.

Uprzedzenia skutkują mniej lub bardziej trywialnymi sytuacjami. Inga opowiada nam o „olbrzymim skandalu, który wstrząsnął opinią publiczną miasteczka”. Mianowicie pewna rodzina Wietnamczyków porwała cudzego kota.

– Właściciel wezwał policję, bo obawiał się, że Azjaci go zjedzą. Nic takiego się nie stało. Rodzina po prostu chciała mieć ładnego zwierzaka – opowiada Inga z autentycznym przejęciem, gdy my słuchamy z trudno ukrywanym zakłopotaniem.

I choć trudno wskazać spektakularne sukcesy Intercult Association, to jego nieliczni członkowie wyrażają się o nim z dużym szacunkiem. Tui, młoda Wietnamka, przyjechała do Närpes w 2011 r. Z początku pracowała i uczyła się szwedzkiego.

– Gdy zaszłam w pierwszą ciążę, musiałam przerwać naukę i zostać w domu. Od tamtej pory walczę jednak o niezależność, udzielam się nie tylko w stowarzyszeniu, ale pracuję też jako opiekunka w domu dla seniorów – mówi.

Jej koleżanką po fachu i członkinią stowarzyszenia jest 27-letnia Aisha. Muzułmanka, obecnie matka czwórki dzieci, wyjechała z ogarniętego wojną Sudanu dekadę temu. Po drodze pracowała jako sprzątaczka maj w Egipcie – nie wspomina tego czasu zbyt dobrze. Spokój ducha znalazła dopiero w Finlandii. Największym wyzwaniem była dla niej konieczność nauczenia się nowego języka. Ale nie chciała siedzieć w domu, wolała poznać ludzi i czuć się jak prawdziwa uczestniczka społeczności.

– Niezwykle ważne są dla mnie przynależność do grupy i wzajemne wsparcie. Nie ma znaczenia, jakiego pochodzenia są ludzie – podkreśla. Zapewnia nas, że jest niezwykle wdzięczna fińskiemu rządowi za zapewnienie mieszkania i wsparcia socjalnego dla jej rodziny, bo na taką pomoc mogą liczyć uchodźcy wojenni. – Czujemy się bezpiecznie, a moja praca daje mi dużo satysfakcji. Nie zamieniłabym tego na nic innego – zapewnia Aisha lekko łamiącym się głosem.

Przyszłość zależy od kobiet

Wsiadamy w wynajęty samochód i po 78 km trasy trafiamy do Vaasy – miasta portowego zamieszkiwanego przez 67 tys. osób i położonego na środkowo-zachodnim wybrzeżu kraju. Udajemy się do Uniwersytetu Nauk Stosowanych, którego częścią jest Design Center MUOVA.

Wietnamka Thu Vo opowiada nam o koordynowanym przez siebie programie MentoraSTEAM. Kierowany jest on przede wszystkim do wysokospecjalizowanych przybyszek, które poszukują zatrudnienia w sektorach związanych z nauką, technologią, inżynierią, sztuką i matematyką.

Z Vo rozmawiamy o problemie dyskryminacji imigrantów na rynku pracy. Barier jest sporo – dyplomy nie zawsze są uznawane, język fiński jest trudny, a ten formalny i nieformalny bardzo się od siebie różnią. Paradoksalnie znajomość języka wymagana jest przede wszystkim od słabo wykwalifikowanych pracowników np. domów opieki czy zatrudnionych w małych miejscowościach, gdzie miejscowi kiepsko znają język angielski.

I choć w badaniach dotyczących walki z bezrobociem Finlandia wypada nad wyraz dobrze, niekoniecznie ma to przełożenie na życie migrantów.

Zgodnie z raportem związku zawodowego TEK w połowie 2021 r. 27,5% imigrantów żyjących na stałe w Finlandii nie miało pracy. Dla porównania – ogólna stopa bezrobocia w kraju wynosiła wówczas 7,1%.

– Firmy nie zawsze chcą przyjmować obcych, bo nie mają pewności, czy edukacja w innych krajach odpowiada fińskim standardom. Niektórzy pracodawcy wprost mówią, że po prostu nie do końca ufają migrantom i wolą zatrudnić kogoś urodzonego w Finlandii – przyznaje Thu Vo.

Jej słowa potwierdzają raporty europejskiej sieci organizacji i instytucji zajmujących się tematyką kształcenia migrantów (SIRIUS). Organizacja wskazuje, że wielu szukających pomocy przybyszy narzeka na dyskryminację ze strony rekruterów. W ogłoszeniach o pracę podkreśla się chociażby konieczność wzbudzania zaufania i wiarygodności kandydata. Co, zdaniem SIRIUS, jest jedynie sposobem na ukrycie może nawet nie wprost dyskryminacji, ale chęci zatrudniania tylko osób, które wpisują się w fiński etos pracy.

Tego problemu doświadczają nawet dobrze wykwalifikowani pracownicy. Thu Vo mówi nam, że od programistów wymaga się doskonałej znajomości języka fińskiego, bo jest on oficjalnie używany na spotkaniach i zebraniach.

– Brakuje chęci, by porozumiewać się po angielsku, chociaż większość społeczeństwa zna go na stosunkowo wysokim poziomie – przyznaje.

Dużym problemem w integracji migrantów jest też niskie zatrudnienie wśród kobiet. Wiele z nich z powodu macierzyństwa lub specyfiki swojej kultury zostaje w domu i zajmuje się wychowywaniem dzieci. Nie obejmują ich przez to programy np. nauki języka czy zdobywania kwalifikacji, bo te są adresowane do osób poszukujących zatrudnienia. Wysokie zasiłki socjalne też nie motywują ich do wejścia na rynek pracy.

Skutki są takie, że – jak wynika z raportu OECD Working together – Skills and labour market integration of immigrants and their children – migrantki wychowujące dzieci są o 47% mniej aktywne zawodowo niż Finki w podobnej sytuacji. Ogólnie cudzoziemki w wieku produkcyjnym pracują o 10% rzadziej niż przyjezdni mężczyźni. Choć badania pokazują, że po 15 latach od przybycia do Finlandii kobiety mają wyższy wskaźnik zatrudnienia od mężczyzn w podobnej sytuacji. Może to wynikać z faktu, że mają dużą motywację do nadrabiania integracji oraz poszukiwania zatrudnienia, kiedy już odchowają dzieci.

Pozostawanie młodych matek w domu może mieć jednak długofalowe konsekwencje, bo ich potomstwo nie trafia do żłobków i przedszkoli, przez co ma ograniczoną ekspozycję na język fiński. To ciąży na ich dalszej ścieżce edukacji.

Badacze OECD szacują, że dzieci migrantów potrafią mieć nawet dwuletnie zaległości, jeżeli chodzi o wiedzę z zakresu matematyki.

Zjawisko godzi również w skuteczność fińskiego systemu edukacji, którego założenia są chwalone na całym świecie. W dużym skrócie: tutejsze szkoły skupiają się nie tylko na przekazaniu młodzieży wiedzy teoretycznej, ale również rozbudzaniu ich kreatywności oraz nauce przydanych umiejętności. Niezależnie od płci wszyscy odbywają zajęcia m.in. z farbowania tkanin, gotowania, stolarki czy szycia. Już małe dzieci uczy się też, w jaki sposób działają karty kredytowe, czym się różnią od siebie rodzaje podatków i jak działają umowy pomiędzy przedsiębiorcami.

Nieletni przybywający do Finlandii zaczynają naukę od klasy przygotowawczej, skupiającej się na nauce języka oraz lokalnej kultury. I dopiero potem przenoszone są do zwykłej klasy, gdzie wciąż jednak mogą korzystać z pomocy nauczycieli wspierających oraz dodatkowych godzin zajęć.

Leinonen przyznaje, że ten system nie zawsze działa idealnie. Dzieci migranckiego pochodzenia są bowiem często automatycznie przypisywane do klas „S2”, przeznaczonych dla niefińskojęzycznych osób. Nie przeprowadza się weryfikacji, więc bywa, że dobrze znające fiński dziecko może trafić do takiej klasy i musi uczyć się podstaw języka, co ma długofalowe konsekwencje dla dalszej edukacji takiego ucznia.

Nie wszystkim odpowiada też obecność dzieci imigrantów w szkołach.

Przykładowo: w Helsinkach rodowici Finowie, zwłaszcza ci lepiej wyedukowani, wysyłają dzieci do szkół znajdujących się nie najbliżej ich miejsca zamieszkania, tylko do dalszych. Chodzi o to, by uniknąć integracji z dziećmi migranckimi, których jest coraz więcej w szkołach w dużych ośrodkach miejskich i placówki te mają coraz gorszą reputację, bo poziom jest dostosowywany do potrzeb migrantów.

– Władze dostrzegają ten problem, chcą mu przeciwdziałać, co spotyka się z oporem. Dyskusja na ten temat trwa – opowiada Leinonen.

Centrum świata

Z Vaasy ruszamy znów pociągiem, tym razem do Kuopio – miasta ze 120 tys. mieszkańców, co czyni je ósmym pod względem liczebności w kraju. Miejsce to znane jest z dużej liczby studentów oraz turystów chętnie odwiedzających pobliski kompleks skoczni narciarskich (wielokrotnie gościli tu na zawodach polscy skoczkowie).

Kuopio jest wyjątkowo wielokulturowym miastem – mieszkają w nim ludzie ponad 100 różnych narodowości. Nic więc dziwnego, że właśnie tu pojawił się pierwszy w Finlandii klasztor buddyjski. Spacerując po mieście, bez trudu można się też natknąć na cerkiew oraz meczet.

W centrum mieści się siedziba Kompassi. To założona w 1999 r. organizacja, której celem jest minimalizowanie wykluczenia osób ze względu na pochodzenie. Działa w niej 85 wolontariuszy, zarówno Finów, jak i imigranckiego pochodzenia. Z oferty organizacji korzysta ponad tysiąc cudzoziemców miesięcznie, np. w kursach języka fińskiego bierze udział blisko 400 osób z 55 państw. W siedzibie odbywają się też różnego rodzaju spotkania kulturalne, warsztaty i inne wydarzenia mające na celu integrację społeczeństwa lokalnego.

W Kompassi spotykamy się z Tsegą Kiflie, który prowadzi to miejsce. To świetnie wykształcony syn dyplomaty z Etiopii. Mieszka tu od dawna, jest społecznikiem pracującym głównie z młodzieżą i uczącym języka fińskiego. To człowiek otwarty, pełen energii, więc dobrze rozpoznawalny w mieście.

– Finlandia jest krajem, w którym każdy znajdzie dla siebie miejsce – przekonuje. Zwłaszcza w Kuopio, gdzie można spotkać osoby z niemal wszystkich zakątków świata. – Często przybywają tu bez znajomości choćby słowa po fińsku. Ale dają sobie radę, bo najważniejsze to spotykać się i wzajemnie się od siebie uczyć.

Gdy ktoś pyta go, czy jest Finem, odpowiada, że urodził się w Etiopii. I choć tam jest jego serce, to w Finlandii jest jego dom.

– Tu czuję się bezpiecznie, bo wiem, że milicja nie wyważy mi nagle z buta drzwi i nie przystawi pistoletu do głowy bez żadnego powodu – opowiada, obrazowo gestykulując.

Tsega brnie przez życie z niezwykłym luzem, rozwiązując wszelkie problemy pragmatycznie i z humorem.

– Gdy jakiś Fin pyta mnie na ulicy, kiedy w końcu wrócę do swojego domu, to odpowiadam, że autobusem po 17, jak tylko skończę pracę. Zwykle wtedy doceniają zarówno znajomość fińskiego, jak i moje poczucie humoru – mówi. Szef Kompassi uważa, że nie należy każdego pytania brać na poważnie, bo inaczej można by zwariować. Warto też rozumieć, że ludzie są ciekawi.

Według niego w Finlandii nie ma wielkiego problemu z rasizmem – to słowo jest nadużywane. Bo przecież to, że autochtoni nie lubią hałasu podczas ciszy nocnej i potrafią wtedy powiedzieć kilka nieprzychylnych słów, jeszcze nie znaczy, że są rasistami. Zdaniem Tsegi miejscowi akceptują migrantów, gdy ci pokazują, że im zależy, i gdy starają się dostosować do panujących zasad.

– Gdy przychodzi się do czyjegoś domu, to nie narzuca się niczego właścicielowi. Najważniejsze są wzajemny szacunek i szukanie tego, co wspólne – wyjaśnia Tsega.

To właśnie dlatego bardzo zależy mu na jak najczęstszych spotkaniach i szczerych rozmowach, które pomagają zrozumieć perspektywę oraz potrzeby drugiej osoby.

– Nie jest to oczywiście proste. Finowie są bowiem nieśmiali, barierą jest też ich trudny język. Ale uważam, że to dobre miejsce do mieszkania, bo kraj zapewnia wysokiej jakości edukację, łatwiejsze życie. Warto pracować na to, by móc się nim cieszyć – podsumowuje Tsega.

Nie ma ideałów

Szef Kompassi opowiada nam, że kwestia migracji jest często poruszana w fińskiej polityce. Koalicja Narodowa, która wygrała ostatnie wybory w kwietniu 2023 r., to prawicowa partia, proponująca istotne zmiany w polityce imigracyjnej. Jej zdaniem stosowany obecnie model się nie sprawdza. Partia proponuje, aby po rozwiązanie problemów sięgnąć do wiedzy ekspertów i organizacji pozarządowych. Lobbuje też za szerokim upowszechnianiem wspomnianego wcześniej Modelu z Närpes.

Znacznie bardziej radykalna jest Partia Finów, która w ostatnich wyborach zajęła drugie miejsce. Od dawna głosi ona antyimigranckie hasła, prowadząc np. kampanie reklamowe, w których sprzeciwia się przepisom rzekomo dającym imigrantom lepszy dostęp do mieszkań.

Już w programie partii z 2011 r. można przeczytać, że wyrzuceni z kraju powinni być ci imigranci, którzy „nie przestrzegają tutejszych norm kulturowych”.

Partia domaga się też m.in. ograniczenia skali migracji i finansowania programów pogłębiających multikulturowość, zakazu żebrania w miejscach publicznych oraz niedopuszczania do tworzenia gett migrantów żyjących z zasiłków.

– Partia Finów twierdzi, że opiekuńcze państwo dobrobytu niedługo się zawali i trzeba je naprawić. To typowe dla nacjonalistycznych ugrupowań, łączących ze sobą naród i dobrobyt, który tylko jemu się należy. Pojawiają się również hasła o wzmocnieniu bezpieczeństwa poprzez zwiększenie jakoby za małej kontroli ludzi, którzy przybywają do Finlandii z innych krajów – wyjaśnia Sanna Saksela-Bergholm, pracująca na uniwersytecie w Helsinkach socjolożka, badająca kwestie migracji.

Prawicowe partie nieraz próbowały pokazywać przybyszy jako zagrożenie. Przytaczały historie o szwedzkich strefach dla migrantów, do których nie zapuszczają się autochtoni oraz lokalna policja. Pomijali fakt, że w 2019 r. składająca się z trzech tego typu wrażliwych stref lista skurczyła się do jednej. W Finlandii nigdy tego typu obszarów nie było. Choć faktycznie tutejsze władze podejmowały działania w celu przeciwdziałania gettoizacji. Na przykład poprzez tworzenie centrów recepcyjnych poza dużymi ośrodkami miejskimi.

Azylanci mogą z początku mieszkać wyłącznie w określonym mieście. Dopiero po zatwierdzeniu pobytu wolno im swobodnie poruszać się po kraju.

Ale wówczas najczęściej wybierają duże miasta ze zdywersyfikowaną populacją – bo tam też najłatwiej znaleźć szkołę albo pracę.

– Nie mamy typowych dla Szwecji migranckich przedmieść, choć niektóre biedniejsze dzielnice miast są zamieszkane przed duży odsetek przybyszów z innych krajów, co wynika z tego, że po prostu mieszkania tam są tańsze – tłumaczy Sanna Saksela-Bergholm.

A czy obawy o niebezpieczeństwo związane z napływem przybyszy, którymi straszy prawica, mają potwierdzenie w faktach? Ogólnie trudno mówić o tym, aby drastycznie wzrosła liczba przestępstw z powodu napływu migrantów. Co bynajmniej nie znaczy, że nic się nie zmieniło. Ze zdarzeń o charakterze terrorystycznym warto wspomnieć o ataku nożownika w Turku z 2017 r. Żołnierz Państwa Islamskiego zabił wówczas dwie osoby i ranił osiem innych. Został skazany na dożywocie – był to pierwszy przypadek, gdy Finowie wydali wyrok za akt terroru.

W 2019 r. na kary więzienia skazano zaś 12 uchodźców m.in. z Afganistanu, Iraku i Tadżykistanu, za gwałty dokonane na kilkunastu nieletnich dziewczętach.

Badanie, zlecone przez administrację ówczesnej premierki Sanny Marin i przeprowadzone przez Fińską Sieć Badań nad Młodzieżą oraz Instytut Kryminologii i Polityki Prawnej Uniwersytetu Helsińskiego, wykazało, że w 2019 r. odsetek cudzoziemców wśród osób podejrzanych o wykorzystywanie seksualne dzieci wynosił 24%. Z kolei w 2020 r. 38% podejrzanych o gwałt miało zagraniczne pochodzenie. Są też dane mówiące o tym, że bycie cudzoziemcem wiąże się ze zwiększonym ryzykiem stania się ofiarą przemocy lub rabunku. Mówiąc wprost: przyjezdni okradają się wzajemnie. Przedstawiciele rządu przyznali, że statystyki są bardzo niepokojące i potrzeba pogłębionej analizy tego problemu.

Ostatnie miesiące przynoszą w Finlandii dodatkowe niepokoje związane z sytuacją na granicy z Rosją. W listopadzie 2023 r. rząd po raz pierwszy zdecydował się na jej całkowite zamknięcie, powołując się na bezpieczeństwo kraju, które może być zagrożone przez „operację hybrydową” ze strony Rosji. Miałaby ona polegać na wysyłaniu kolejnych ludzi z różnych krajów do Finlandii, by zdestabilizować państwo i instytucje odpowiedzialne za kwestie migracyjne. Szefowa fińskiego MSZ Mari Rantanen zapowiedziała przygotowanie specjalnych przepisów, które utrudniałyby i wydłużały ścieżkę legislacyjną związaną z przyznawaniem azylu migrantom. O wysokim ryzyku ataku nie tylko na Finlandię, ale i inne państwa graniczące z Rosją, w tym Polskę, mówił również premier Petteri Orpo po spotkaniu z premierem Donaldem Tuskiem w lutym tego roku.

Wspólna sprawa

Finowie cały czas starają się usprawniać system integracji przybyszy. Kirsi Koivuporras opowiada nam, że wciąż jest wiele do zrobienia.

– Duża część programów rządowych oraz pozarządowych niedostatecznie uwzględnia bowiem indywidualne potrzeby migrantów np. psychiczne czy zdrowotne, ich poziom edukacji i umiejętności – przyznaje.

W rządowym raporcie z 2021 r. przygotowanym przez rząd proponuje się stworzenie nowych wytycznych mających na celu poprawę integracji imigrantów. Mają one zwracać uwagę przede wszystkim na początkową fazę integracji – chodzi o przyspieszenie załatwiania spraw formalnych, płynne przejście do pracy, edukacji i szkoleń. Usługi mają coraz lepiej odpowiadać na indywidualne potrzeby migrantów przez nacisk na naukę języka fińskiego bądź szwedzkiego. W zakładach pracy mają być wdrażane działania promujące różnorodność.

Proponuje się też, aby główna odpowiedzialność za organizację programów integracyjnych dla osób aktywnie starających się wejść na rynek pracy spoczywała na służbach zatrudnienia. Z kolei gminy byłyby odpowiedzialne za zapewnienie doradztwa i usług w zakresie integracji dla osób nieaktywnych zawodowo. Gminy miałyby również współpracować ze sobą w zakresie zaspokajania potrzeb określonych grup migrantów.

Rząd wykazał też chęć podjęcia działań w celu promowania zatrudnienia kobiet o pochodzeniu imigracyjnym, zwłaszcza tych wychowujących dzieci w domu. Obecnie obowiązki władz w zakresie świadczenia im pomocy są niejasne. Pojawiła się propozycja, aby to zadanie przypadło gminom. Chodzi przede wszystkim o oferowanie elastycznych modeli szkoleń i wsparcie w opiece nad dziećmi.

Pytanie, czy rządząca koalicja będzie chciała te wszystkie ambitne plany wdrożyć w życie. Jeśli jednak wyrzuci ambitne projekty poprzedników do kosza, nie musi to przekreślać naturalnego procesu przyzwyczajania się Finów do przybyszy. Czasem wystarczy bowiem niewiele, aby ten proces rozpocząć: wspólne oglądanie finału mistrzostw świata w hokeju na lodzie, luźna rozmowa Finów w taksówce z prowadzącym ją cudzoziemcem albo miła klasowa wycieczka z nowo przybyłymi z zagranicy uczniami. Przecież obie strony potrzebują się nawzajem.

Materiał powstał przy wsparciu realizowanego przez Centrum Edukacji Obywatelskiej i Vikes programu Transforming Communities, który jest finansowany ze środków Unii Europejskiej oraz Fondation Nicolas Puech