O! Co to za pies na Twoim przedramieniu?

To Dunaj, pies, który nam towarzyszy. Dokładnie odrysowany z fotografii przez moją siostrę Basię. Uchwycony jest tu w momencie włóczęgi, tak wygląda, kiedy chodzi po okolicznych beskidzkich polach. A gdybyśmy się spotkali jutro, to miałabym jeszcze jeden tatuaż, od ramienia do nadgarstka, też z Dunajem, ale rzeką. Sam widzisz, jestem Dunajocentryczna.

Skupmy się na istocie zwierzęcej.

Chętnie, bo to jest jedna, i mówię to z całą odpowiedzialnością i świadomością, z najpiękniejszych historii, jakie mi się w życiu przydarzyły. Zaczęło się od tego, że po ponad 20 latach wróciłam w swój rodzinny Beskid, ale nie do domu rodzinnego, lecz do innego, który jest w linii prostej 7 km od tamtego mojego matecznika. Tu – wraz z moim towarzyszem życia Rafałem – zamieszkaliśmy w dużym gospodarstwie należącym wcześniej do rodziny od strony mojej mamy. Pomogła w tym Wisława Szymborska!

Przypomnijmy: w 2021 r. dostałaś Nagrodę im. Wisławy Szymborskiej za tom Mer de Glace, a wraz z nią czek na 100 tys. zł.

Tak, gotówka miała tu znaczenie. Gdy kupiliśmy dom, okazało się, że ma już mieszkańców – psa i kota. A poza tym całe bogactwo nieco dzikszych okazów: popielice, myszy, borsuki, kuny. A od lasu podchodzą jelenie, sarny, lisy, dziki, zające, bażanty, kuropatwy. Obfitość rozmaitych ptaków! Jaskółki, myszołowy, kruki, głuszce, drozdy, kosy, sikorki, raniuszki… Te domowe to zwierzęta, które żyją tu od wielu lat. Według cioci, która mieszkała tu przed nami ponad 60 lat, Dunaj ma 23 lata.

Imponujący wiek!

Staraliśmy się to jakoś zweryfikować, zabraliśmy go do weterynarza, który stwierdził, że Dunaj ma ok. 18 lat. I tak jest to zacny wynik. Niesamowite w tym wszystkim jest to, że weszliśmy do już zamieszkanego domu. Poczuliśmy, że się do kogoś wprowadzamy.

Nie że bierzemy zwierzęta, opiekujemy się nimi itd., tylko że wchodzimy w coś, w pewien układ już istniejący.

I zaczynamy sobie towarzyszyć. Lubię używać tego słowa również w kontekście bycia z ludźmi. Nasze bycie z Dunajem jest właśnie takim towarzyszeniem. Podobnie, choć nieco inaczej, jest z Klakierem, rudym ogromnym kocurem. On ma jednak swoje ścieżki i jest zbirem na grani (tak nazywamy nasze miejsce życia). Natomiast Dunaj, choć też ma swoje drogi, wydaje się zupełnie otwarty na ludzi. Niestety, swoje przeszedł. Większość swojego życia przeżył na łańcuchu. W wielu miejscach nadal to obserwuję: losem psa jest bycie przy budzie. Jeśli ma szczęście, spuszcza się go na noc, jeśli nie, to cały czas jest uwięziony na łańcuchu.

Tym bardziej jego wiek budzi podziw.

Jest dzielnym i silnym psem. I to wiek na wsi rzadki. Okrutni potrafimy być my, ludzie.

Ze swojego dzieciństwa pamiętam takie sytuacje, że pies we wsi znikał z dnia na dzień.

Zabijano go. Gdzieś tam za stodołą, w lesie, z dala od domu. A na moje pytania, gdzie jest pies, pokazywano mi przegrzebaną ziemię lub kopczyk. Chwilę zajęło mi rozszyfrowanie tego, na co tak naprawdę patrzę.

Los Dunaja dzisiaj byłby podobny?

Chciałabym wierzyć, że nie. Teraz my jesteśmy jego losem, a on naszym. Trzy miesiące po naszym wprowadzeniu się dostał dziwnego ataku, jakby paraliżu. Myśleliśmy, że to padaczka – położył się na ziemi, zaczął cały drżeć, nie kontrolował ruchów swojego ciała. Od razu pojechaliśmy z nim do weterynarza. Okazało się, że to dyskopatia. Da się z tym żyć, lecz trzeba raz na pół roku dać mu steryd i jest wtedy jak młody bóg. Teraz biega po pagórkach, towarzyszy mi przy długich treningach, a i tak to on robi więcej kilometrów, bo węszy tu i tam. Jakby mu zamontować GPS, to pewnie okazałoby się, że robi ze trzy razy tyle co ja. Dunaj jest absolutnie wspaniałym psem i myślę sobie, że ze wszystkich psów, którym towarzyszyłam w życiu, ta relacja jest najdojrzalsza, oparta na szacunku, podziwie. Uczymy się tego zwierzaka. Jest osobny, ma swój świat, do którego weszliśmy, i to my się do niego dostosowujemy.

To duża sprawa.

Chcieliśmy mu nawet wynagrodzić te lata na łańcuchu i w pierwszym antropocentrycznym odruchu zaczęliśmy go zapraszać do domu. Nigdy w nim nie był, więc przekonywanie go zajęło nam trzy miesiące. Uciekaliśmy się do różnych sztuczek. Robiliśmy np. linie z karmy prowadzące do wejścia. Teraz dzielimy z nim przestrzeń domu, kanapy, łóżka. Jest takie powiedzenie: właściciele psów dzielą się na dwie grupy – tych, którzy śpią ze swoimi psami, i tych, którzy się do tego nie przyznają.

On też Wam pozwolił się zbliżyć.

Tak, jednak potrafi również podnieść nam ciśnienie. Ostatnio odwiedziliśmy mieszkających pod lasem sąsiadów. Dunaj jak zwykle nas odprowadził, a potem swoim zwyczajem miał wrócić przez las do domu, do swojej „budy” – tak określamy 50-metrową stajnię, gdzie czasem drzemie. Zasiedzieliśmy się trochę i gdy wróciliśmy do domu, okazało się, że go nie ma. Stało się to po raz pierwszy, a mieszkamy w Beskidzie już prawie dwa lata. Zaniepokojeni, ruszyliśmy, ja i Rafał, w lasy. Szukaliśmy go do trzeciej w nocy. Rano Rafał odwołał obowiązki w mieście, żeby szukać psa. Ja musiałam pojechać do Krakowa. W pociągu ryczałam. W pewnym momencie dostałam od Rafała zdjęcie, na którym jest z Dunajem. Pomyślałam wtedy: jakim trzeba być okrutnikiem, żeby mi teraz wysyłać taką fotografię. Nie przyszło mi do głowy, że to aktualna rzecz, już po odnalezieniu. Okazało się, że tak, rzeczywiście się odnalazł. Wszedł na noc do najbliższej stodoły sąsiadów, przegonił gęś i spał na gęsich jajach. Myślę, że zestarzałam się przez tę noc o 10 lat, błyskawicznie. Dotykaliśmy utraty. A kiedy dowiedziałam się, że się znalazł, kupiłam mu wypasione legowisko. Teraz myślę, że on to mógł zrobić specjalnie po to [śmiech].

Bardzo mnie zafrapowałaś, gdy powiedziałaś o tej pierwszej dojrzałej relacji.

Pierwsza dojrzała relacja z psem, tak bym to uściśliła. Z kotami miałam już takie relacje. Tu natomiast doszedł ważny element, czyli odpowiedzialność. Wcześniej, gdy mieszkałam z psami, odpowiedzialny za nie był mój tata. A tu jesteśmy stadem. I w tym stadzie jesteśmy też czujni i uważni na swoje potrzeby, a jedną z nich jest prawo do własnej przestrzeni. Tego bardzo w życiu mi brakowało. Miejsce, w którym mieszkamy, pozwoliło mi takie przestrzenie wygospodarować dla każdego z członków stada. Chłopaki – Dunaj i Klakier – bardzo sobie swoje przestrzenie cenią, Rafał podobnie. Wspaniale być odpowiedzialną za takie stado.

Czyli Dunaj pomógł Ci też uświadomić sobie, na czym polega zyskiwanie sprawczości?

Tak. Bardzo wcześnie dowiedziałam się, że dom rodzinny, w którym mieszkałam, nie będzie moim domem. Że dostanie go mój starszy brat. Tak postanowiono i to było dla mnie wstrząsające.

Zatem bardzo wcześnie, bo jako kilkulatka, straciłam dom, chociaż mieszkałam tam jeszcze kilkanaście lat.

Ale już żyłam w perspektywie, że to nie jest moje i że trzeba będzie wyjść w świat. Teraz wróciłam w Beskid i mogę gospodarzyć po swojemu. Mogę planować ogród, sad, prace polowe, posadzić ziemniaki, gdzie chcę, i ponosić tego konsekwencje.

Zmieniłaś reguły gry.

To też nauka pozyskana od mojej mamy – kobiety, która wyszła za mąż i zjawiła się w rodzinnej wsi mojego taty z niczym. Wspominam o tym w Łakomych. Miała nas, miała dzieci, ale jeśli chodzi o to, co materialne, nie miała nic. Mojemu tacie nie przyszło na myśl, żeby gospodarstwo było wspólnotą majątkową. I to chyba była najważniejsza lekcja, jaką dostałam od mojej mamy. „Małgosiu, po prostu musisz mieć swoje”.

Wiele razy opowiadałaś też o wyjeździe do Krakowa jako momencie symbolicznym. A ja zawsze wtedy się zastanawiałem, jak udało Ci się znaleźć własną drogę po tym wszystkim. Nie tylko po tym jak zostawiłaś patriarchalną strukturę, lecz też jak opuściłaś świat swoich zwierząt.

Symboliczne było też to, że ojciec sprzedał krowy, żebyśmy miały z siostrą fundusze na start w Krakowie. A więc możliwość studiowania dały nam ziemia i gospodarstwo. Przez świadomość tego poświęcenia, kiedy jechałam do Krakowa, wyobrażałam sobie, że kiedyś wrócę na swoją wieś. Bez tej myśli nie udałoby mi się skończyć studiów, zrobić doktoratu, zrealizować wielu ambitnych zadań po drodze.

Pamiętałam, że ta droga pozwoli mi wrócić na wieś.

To było dla mnie ważne w kontekście czasowego oderwania od tego, co dla mnie najważniejsze, czyli od ziemi i zwierząt. Szczególnie dotkliwa była dla mnie rozłąka z pszczołami, którymi opiekowałam się wraz z ojcem. Ale też z sadem. Znałam tam wszystko, potrafiłam powiedzieć, kiedy, gdzie i jakie owoce wydadzą nasze drzewa. Orientowałam się w architekturze tego miejsca. Choć zarazem wiedziałam, że nie wrócę dokładnie w to samo miejsce – mimo powrotu na dwa lata, kiedy opiekowałam się chorującą na nowotwór mamą. Chciałam wrócić na swoich zasadach, do domu, który pozwoliłby mi gospodarzyć według swoich intuicji.

Pszczoły z Tobą zostały, nawet po śmierci Twojej mamy i Twojego taty.

Pszczoły z pasieki taty zostały przejęte przez mojego wujka, który teraz jest naszym sąsiadem (przez las). Wspaniale jest myśleć, że te pszczoły są potomkiniami pszczół mojego ojca. Jest taki piękny wiersz Romana Honeta zatytułowany Świerszcze przychodzą w sprawie listopada, wprawdzie nie o pszczołach, tylko o świerszczach właśnie, lecz odnajduję w nim ten mój podziw dla pszczół. A idzie on tak: „Więc w głębi nocy świerszcze, moja / Boziu, te dźwięki niepodobne, oszałamiające, / bo to już córki, już wnuki tych świerszczy, / które zgrzytały tu rok i pięć lat temu”. Już szykuję w okolicy domu miejsca na ule.

Skończyłaś w tym celu kurs.

Dziedzina pszczelarstwa bardzo szybko idzie do przodu. Mój tata czerpał z doświadczeń lat 80. i 90. Wiele się od tamtego czasu zmieniło w kontekście ich hodowli, a ogólnie przecież widzimy też te zmiany, jeśli chodzi o troskę i relacje, jakie nawiązujemy z innymi zwierzętami.

A w Tobie jaka zmiana zaszła?

Noszę ze sobą bagaż namysłu ekokrytycznego. Jest to możliwe dlatego, że spojrzałam na moją rodzinną wieś z dystansu. Praktyki odbierania życia zwierzętom zaczęły mnie poruszać wcześnie, intuicyjnie, jednak słowa na to znalazłam dopiero w mieście.

Kiedy dorastałam w małej, zamkniętej społeczności, wydawało mi się, że po prostu świat jest tak skonstruowany, że wieś żyje zgodni z prawami natury oraz, co także ważne, prawami boskimi.

Wychowałam się w katolickiej rodzinie, gdzie traktowało się zwierzęta, szczególnie te hodowlane, jako nam poddane. Kiedy z Basią, moją siostrą bliźniaczką, zaczęłyśmy liceum w Nowym Sączu, nagle okazało się, że te zasady, które obowiązywały w domu, nie są zasadami uniwersalnymi. Że są one czasem okrutne, brutalne, budzące dyskusje. Czułam to, już wtedy, gdy z okazji komunii zabito świnię, z którą miałam relacje naprawdę bliskie. Zabito ją, kiedy byłyśmy u cioci. Po powrocie, jeszcze na podwórku, poczułyśmy zapach wędzonej kiełbasy. To było wstrząsające. Po raz pierwszy pomyślałam sobie: „Ej, coś tu nie gra”. Niby grało wszystko, jeśli chodzi o te reguły, w których się wychowałam. Ale ta śmierć świni mną wstrząsała. No i co za logika: dla świętowania gestu religijnego pozbawiamy kogoś życia. To się powtarzało na Boże Narodzenie, na Wielkanoc – zatem świętujemy narodziny, zmartwychwstanie i zabijamy.

Dziś już nie jesz zabitych zwierząt.

Nie jem. Decyzję o tym w rodzinnym domu odebrano jako fanaberię, skandal, ale po czasie zaakceptowano, a dla mnie był to ważny gest. To oznaczało sprawczość: oto mogę podjąć decyzję i zrobić coś w zgodzie ze sobą.

Trochę paradoks, że rodzice posyłając Cię na studia, dali narzędzia do buntu.

Wiem, że się z tym liczyli. Studiowanie w naszej wsi to była rzadkość. Z tej okazji ksiądz proboszcz na jednym z kazań powiedział, że mamy okazję do świętowania, bo oto dwie nasze parafianki dostały się na studia w Krakowie. Dla rodziców to był powód do dumy. We mnie była radość i rozpacz jednocześnie.

Być może też rodzice, podświadomie, chcieli, by Twoje życie nie wyglądało tak jak ich.

Tak. Myślę, że rodzice, wysyłając mnie i moją siostrę na studia, rozumieli, że pozostając na wsi, nie miałybyśmy dużego wyboru i wolności, szczególnie że ojcowizna nie była przeznaczona dla nas, kobiet. Ojciec nie chciał słyszeć o tym, że zostanę na gospodarce, mimo że sama o tym marzyłam. Sądzę, że rodzice wysłali nas po to, żebyśmy nie zostały z niczym. Nauka – według nich – była dla nas ratunkiem, drogą w duży świat.

Równocześnie odłączyłaś się od ziemi, od zwierząt, które Ciebie wcześniej uczyły.

Nauki pobierałam od zwierząt, i to już od wczesnego dzieciństwa, które było dość surowe, biedne, chociaż bogate w wolność. Puszczono nas samopas. Wtedy, kiedy nie było, oczywiście, roboty w polu. Mogliśmy znikać na całe dnie. Błąkaliśmy się po kamieniołomach, potokach, obiady jedliśmy w domu, w którym akurat byliśmy.

Wieś to wtedy była wielka wspólnota.

Jeszcze przed pójściem do szkoły miałam obowiązek, który bardzo kochałam – chodzenia z krowami. Od wczesnej wiosny do późnej jesieni budzono mnie świtem, dostawałam kijek do ręki i szłam z krowami – na górne pola wsi, tzw. dziołowe pola, przez las. Czułam, że te zwierzęta ze mną współpracują. One też pilnowały siebie wzajemnie. To od nich nauczyłam się czujności. Raz przeze mnie krowa straciła życie. Nie dopilnowałyśmy jej z siostrą. Przez naszą nieuwagę przeszła na pastwisko do sąsiada, gdzie był wyznaczony krąg na ognisko. Wlazła tam, wyczuła zakopane tam ziemniaki i zjadła je. Pech chciał, że w popiele były też spalone opony i ich druciana konstrukcja. Krowa się tego najadła. Myślałam, że ojciec nas za to porządnie spierze. Ale pamiętam jedynie, jak wrócił z ubojni z częścią ciała tej krowy, pamięć podpowiada mi, że to było serce, a może coś innego, w którą wbity był drut. Nie wiem, czy chciał nas nastraszyć, czy czegoś nauczyć. Powiedział: „Zobaczcie”. I to wszystko. To był dla mnie traumatyczny moment, lecz ważny, gdyż uświadomiłam sobie, że jestem odpowiedzialna za czyjeś życie, że przez nas zwierzę może umrzeć. Myślało się wtedy o takiej utracie też jak o stracie żywiciela.

Istoty zwierzęce były traktowane jak maszyny do pracy.

Moi rodzice nie mieli innego źródła utrzymania. Możliwe, że we wsi nie było drugiego takiego domu, tak bardzo zależnego od zwierząt, plonów, pasieki. Każdego roku w końcówce sierpnia nie byliśmy pewni, czy będą pieniądze na to, by kupić podręczniki do szkoły.

Obok domu była też ubojnia, oddalona zaledwie o 100 m od pokoju Twojego i Twojej siostry. Często wspominasz o światłach w nocy i dźwiękach bólu oraz płaczu stamtąd dochodzących.

Do dziś słyszę w głowie te odgłosy zwierząt – krów, świń. Rozchodziły się one w dolinie, drgało od nich powietrze. I jeszcze ten charakterystyczny zapach. Nadal go czuję, gdy przemieszczam się po rodzinnej okolicy. To specyficzny zapach krwi, która jest zbyt długo poza ciałem, dodatkowo zmieszanej z gnojem. Zresztą nasz dom był też w zapachu zwierząt, stajnię mieliśmy pod domem, a to był jeden budynek. Gdy na jedne z wakacji wyjechałam stamtąd na dłużej i wróciłam, to zdałam sobie sprawę, że wszyscy w tym domu tak pachną i ja cała też tak pachnę – moja skóra, włosy, ubrania.

Ciekawe, że mówisz „pachnę”, a nie „śmierdzę”.

To był domowy zapach, w którym wyrosłam. Nie przeszkadzał mi, potrzebowałam dopiero spojrzeć oczami innego, wyczuć to, że tak nie pachnie cały świat, by poczuć wstyd.

Kiedy mówiłaś o niedostatku, przyszło mi do głowy, że to dość zwierzęca sytuacja. Walka o żywność.

Rzeczywiście, wciąż czuję, że jestem w potężnej czujności, Jakbym od niej nie potrafiła odpocząć.

Głód rozumiem teraz bardziej jako metaforę.

Myślę, że to się wzięło z dzieciństwa, kiedy musiałam być czujna, żeby po prostu nie stracić życia. Dorastanie na wsi w latach 80. i 90. to była trochę taka rosyjska ruletka. A może wzięło się to już z tego, że moja mama do ósmego miesiąca ciąży pracowała i raz, dojąc krowę, została przez nią kopnięta. Prosto spod krowy została zabrana do szpitala, gdzie przeszła z nami cesarskie cięcie. Mogło się to więc różnie skończyć. Ta obawa, bardzo fizyczna, o życie cały czas mi towarzyszyła, ale też szukam adrenaliny, wystawiam się na ekstremalne doświadczenia. Gdy byłam w związku małżeńskim z himalaistą, to prowokowałam wręcz sytuacje graniczne, byłam tego głodna. Stale jestem.

Z wiekiem nie przychodzi uspokojenie?

Z roku na rok coraz bardziej cenię sobie momenty spokoju, gdy mogę popatrzeć na mgłę za oknem, bez pośpiechu krzątać się w ogrodzie, wychodzić na grzyby na cały dzień czy uciąć sobie drzemkę…

I poczytać Tadeusza Nowaka?

Tak, on jest w mojej opowieści ważny. Gdyby nie przydarzyła mi się ta lektura, to, jestem pewna, że nie pisałabym. W szkole podstawowej potwornie bałam się, gdy miała być lekcja, na której interpretowaliśmy wiersze. Koszmar – musiałam wiedzieć, co poeta miał na myśli, a ja miałam przecież coś innego na myśli, inaczej to czułam, inaczej to czytałam.

Po kilku takich lekcjach czułam wręcz fizyczny ból w dole brzucha, kiedy zbliżała się lekcja języka polskiego.

Bałam się wierszy. Pewnego razu odwiedziłam gminną bibliotekę we wsi i tam, na chybił trafił, wyciągnęłam książkę poetycką Tadeusza Nowaka. W domu wspięłam się na orzech włoski, wokół którego wiły się winogrona i – ukryta przed światem – zaczęłam czytać. Okazało się, że dzieje się w tej poezji to, co działo się w mojej wsi. Że to nie musi być wstydliwe, że jest się ze wsi. Szczególnie poruszyło mnie to, w jaki sposób poeta pisał o zwierzętach, o ich krzywdzie, o bólu. „Czyli można w wierszu pisać o tym, co tu i teraz” – pomyślałam. W tekstach Nowaka poczułam się jak w domu. To było dla mnie absolutnie budujące. Wyjątkowe są dla mnie jego psalmy, trochę jak pieśni kościelne, ale o tematyce wręcz obrazoburczej, bliskiej ziemi, zwierząt. Potem natrafiłam na jego powieść A jak królem, a jak katem będziesz. Byłam wtedy nastolatką i czytanie takiej sensualnej, odważnej, erotycznej książki było dla mnie w pewnym sensie doświadczeniem inicjacyjnym.

Można powiedzieć, że jesteś z Nowaka, ale także z Miłosza?

Tak. Szczególnie ważne są dla mnie te nurty ich twórczości, które są blisko natury. W takim sensie jestem też z Krystyny Miłobędzkiej. W powieści Łakome cytuję jej wiersz o agawie, on jest właśnie bardzo nieantropocentryczny, organiczny. Podobnie jestem z Wisławy Szymborskiej, Anny Świrszczyńskiej, Wiesława Myśliwskiego…

Wiele razy powtarzałaś, że bez pisania nie potrafiłabyś żyć. Czyli pisanie jest trochę dla Ciebie jak zew, dobrze to rozumiem?

Pisanie jest dla mnie naturalną aktywnością, wręcz koniecznością, podobnie jest z czytaniem. Zresztą nie ma dla mnie pisania bez czytania. Ciekawe wydaje mi się to, jak w miejscu, w którym teraz żyjemy, patrzy się na osobę piszącą. Dla naszych sąsiadów liczy się to, czy pracuję w polu, czy wyjdę do nich i im pomogę. Dla mnie jest ważne, by być pożyteczną. Jeden z moich sąsiadów, z którym ostatnio roztrzepywałam siano, mówił do mnie pięknym językiem, z ornamentami, kwieciście. Być może myślał, że tak trzeba rozmawiać z poetką? Nie wiem. Mówił naprawdę przepięknie.

Kiedy myślę o tym, że mój tata nie przeczytał nigdy żadnej książki, jest to na swój sposób przytłaczające. Trudne do wyobrażenia, że ktoś mi bliski nie doświadczył tej przyjemności, tak wiele stracił. A z drugiej strony przecież żył pełnią życia, od świtu do nocy był w życie zaangażowany. W domu nie mieliśmy biblioteki, życie działo się blisko ziemi, lasu, ogrodu, sadu, pasieki. Dwie książki, które były w domu, to Pismo Święte i Kwiatki św. Franciszka z Asyżu. Przyznasz, że bardzo to poetyckie rzeczy.

Rozmawiamy o zwierzętach, dla nich pisanie, cała ta machina wydawnicza też nie są ważne. Komunikują się w inny sposób.

Piękno dzieje się tu na inne sposoby: bliskość ciał, podsłuchiwanie bicia serca, mokry nos, łapka położona na dłoni… A Dunaj ma jeszcze takie ułożenie pyszczka, że podwijają mu się wargi na kłach i my z Rafałem mu to ręcznie odwijamy. To są momenty totalnej bliskości, zaufania. Człowiek nie dałby się tak dotknąć. Wiem też, że przyjdzie taki moment bliskości trudnej…

To jest nieuchronne, ale zatrzymajmy czas jeszcze na chwilę. Zwłaszcza że chcesz założyć sanktuarium dla dużych zwierząt.

To ma związek z moimi doświadczeniami jako małej dziewczynki, która obserwowała, co się dzieje w ubojni, i chciała krowy stamtąd zabrać, żeby żyły sobie spokojnie do starości. W miejscu, gdzie mieszkamy, są trzy stodoły, dwie stajnie, pola, z których byłoby siano. Pozostaje temat pracy, wyjazdów na spotkania autorskie, ale odkąd mówię o tym pomyśle, buduje się lista przyjaciół gotowych do pomocy. Poza tym czasem mógłby to być argument, by powiedzieć temu zabieganemu światu: „Stop, teraz nie jadę, bo głaszczę krowę”.