„Misiek Maciek, Mario Bear, Mały Miś Pas, Misio Tomek, Mateusz Dietla Miś”. Nie, to nie kryptonimy agenta wywiadu. W taki właśnie sposób wielu wolnych i prowadzących aktywne życie erotyczne homoseksualnych mężczyzn dla łatwiejszej identyfikacji zapisuje sobie w telefonie numery kochanków, z którymi chcieliby się ponownie spotkać (choć zwykle i tak niewiele z tego wychodzi). Na mojej liście nadreprezentacja misiów wszelkiego autoramentu rzuca się natychmiast w oczy, podobnie jak zupełny brak twinków (chuderlawych młodzieniaszków) i jocków (czyli posiadaczy muskulatury). Miśki występują w najróżniejszych podgatunkach, zarówno homo-, jak i heteroseksualnych (vide Ryszard Ochódzki, bohater komedii Stanisława Barei), i zwykle charakteryzują się masywną męską posturą, obfitością sierści, naddatkiem kilogramów oraz pewną poczciwością.

Ich popularność raczej łatwo wytłumaczyć – za sprawą krągłej i futrzanej fizyczności dają one swym partnerkom i partnerom poczucie bezpieczeństwa, podobnie jak robią to pluszowe zabawki. To jednak pozór – niejednokrotnie pod przyjazną powierzchownością kryje się bowiem niedźwiedź, jeden z najbardziej niebezpiecznych drapieżników w świecie zwierząt. W skierowanej do odwiedzających parki narodowe kampanii społecznej Nie mów do mnie misiu! wykorzystywano kiedyś rysunek, na którym rozjuszony niedźwiedź brunatny trzymał w łapie słodkiego pluszaka i przestrzegał turystów, że lepiej się do niego nie zbliżać, o czym warto pamiętać nie tylko na górskim szlaku, ale i w życiu. Gdy jednak popełniliśmy już ten błąd i znaleźliśmy się zbyt blisko miśka, możemy tylko uciec się do jedynej broni, którą mamy, czyli do przejęcia o nim narracji.

Z puszczy do przedszkola

Zabawki mające zaspokajać dziecięce potrzeby ufności i bliskości to wynalazek stosunkowo nowy – pojawiły się one dopiero pod koniec XIX w. Wcześniej przedmioty służące do zabawy realizowały ściśle określone cele. Rozwijały sprawność manualną i fizyczną, tak jak np. grzechotki, bączki, klocki, obręcze do toczenia, piłki i skakanki (tu ciekawostka: w dawnej Holandii używane wyłącznie przez chłopców), lub przygotowywały do odgrywania dorosłych ról społecznych, na dodatek silnie nacechowanych genderowo. Dziewczynki wdrażały się do obowiązków przyszłej żony i matki, robiąc zakupy w malutkich sklepach, gotując wyimaginowane potrawy w miedzianych rondelkach, niańcząc i strojąc lalki albo urządzając ich domki. Z kolei chłopcy ustawiali ołowianych żołnierzyków na polach bitewnych, walili w blaszane bębenki, bili się drewnianymi pałaszami, ujeżdżali koniki na patykach, kółkach i biegunach, puszczali na wodzie łódki i stateczki bądź wprawiali w ruch drewniane wozy i dyliżanse.

Synom przeznaczonym do stanu duchownego już od średniowiecza dawano zestawy „mały ksiądz” z miniaturowymi ołtarzykami i paramentami liturgicznymi – monstrancjami, kielichami i patenami.

Ba, były nawet kościoły dla lalek, z zakonnicami, księżmi i wiernymi. Pociechy z najbogatszych rodzin dostawały kosztowne zabawki mechaniczne, które często mogły tylko podziwiać w oszklonych szafach, tak jak Klara (Marie) i Fred (Fritz), bohaterowie Dziadka do orzechów E.T.A. Hoffmanna. Dzieci chłopskie, o ile pozwolono im się oderwać od pracy, bawiły się zaś czymkolwiek, jak moja babka, która lalkę z patyków i gałganków musiała sobie zrobić sama. Od starożytności wytwarzano też gliniane i drewniane figurki przedstawiające zwierzęta, najczęściej ptaszki i koniki. Pod koniec XIX stulecia na rynku pojawiły się zestawy realistycznie oddanych zwierzątek egzotycznych i rodzimych, którymi można było zapełniać malutkie gospodarstwa, arki Noego lub cyrkowe wozy. W zeszłym roku natrafiłem na taki w amsterdamskim antykwariacie i widok był dosyć smutny: za metalowymi kratami zabawki stał zakurzony czarny niedźwiedź z papier-mâché.

Il. 2.  Holenderski chłopiec z niedźwiedziem firmy Steiff, 1908  fot. W.J. van Zanen. Spelgoedmuseum, Deventer

Il. 2. Holenderski chłopiec z niedźwiedziem firmy Steiff, 1908 fot. W.J. van Zanen. Spelgoedmuseum, Deventer

Już sam wybór drapieżnika gatunku Ursus arctos na pierwowzór przytulanki jest zadziwiający, co dobitnie pokazuje książka Michela Pastoureau L’ours. Histoire d’un roi déchu (Niedźwiedź. Historia upadłego króla, 2007). Francuski mediewista kreśli w niej kulturowe dzieje niedźwiedzia, w paleolicie czczonego jako boga, potem długo uznawanego za króla zwierząt (zdetronizowanego jednak przez lwa), wreszcie zaś za symbol szatana i znak monarszej władzy. Praindoeuropejczycy nazywali go prawdopodobnie *rtkos, co mogło się wziąć od onomatopeicznego rdzenia *rkt, wskazującego na chrząkanie, lub *orks sugerującego światło (widywano go w poświacie księżyca). Stąd biorą się sanskryckie słowo rksah, łacińskie ursus, greckie arktos czy francuskie ours, a także imiona Artur i Urszula. Gdzie indziej jednak zadziałało tabu językowe: zwierzę budziło tak wielkie przerażenie, że aby nie używać jego imienia i nie wywołać czasem wilka (tfu, niedźwiedzia!) z lasu, stosowano bezpieczniejsze omówienia. Anglicy nazywali go więc bear (bury, brązowy, ciemny, ale również silny i gwałtowny), podobnie robili Niemcy (Bär) i Szwedzi (björn). Litwini mówili lokys (kudłaty lub liżący), zaś Słowianie odwoływali się do jego preferencji żywieniowych. Polskie słowo „niedźwiedź” brzmiało kiedyś miedźwiedź i oznaczało tego, który je miód (choć to nie do końca prawda, gdyż w ulach i barciach szuka on głównie wysokobiałkowych pszczelich larw). Były też inne określenia, takie jak: mieszko, bartnik, kosmacz i kudłacz oraz pochodzący z języka łowieckiego miś. Górale podhalańscy szeptali zaś uón – złowrogi On był tylko jeden. Prawdziwa nazwa potwora nie zachowała się. W czasach nowożytnych lęk przed drapieżnikiem zaczął jednak zanikać – przyczyniły się do tego choćby wędrowne gromady niedźwiedników i skomorochów pokazujących za opłatą wytresowane zwierzęta wykonujące pocieszne sztuczki.

Skąd jednak wziął się pluszowy miś? Otóż wymyślono go niezależnie w dwóch różnych lokalizacjach niemal w tym samym czasie.

Pierwsze narodziny miały miejsce w Badenii-Wirtembergii w słynącym z wyrobu filcu miasteczku Giengen an der Brenz. Mieszkała tam przedsiębiorcza krawcowa Margarete Steiff (1847–1909). Choć w dzieciństwie przykuła ją do wózka choroba Heinego-Medina, radziła sobie dzielnie, sama podróżowała, jako pierwsza w swej miejscowości kupiła maszynę do szycia i otworzyła pracownię oraz sklepik, w których zatrudniła pomocnice. Najprawdopodobniej z nudów w 1879 r. 32-letnia Margarete uszyła z filcu słonika, którego wypchała wełną. Wykrój znalazła w żurnalu „Modenwelt” – był to przedruk ze znanego amerykańskiego pisma kobiecego „The Delineator”. Ponieważ słonik wyszedł jej świetnie, postanowiła robić takie zabawki dla dzieci krewnych i znajomych, a z czasem zaczęła je także sprzedawać. Niebawem do słonia dołączyli wielbłąd, królik i myszki. Cieszyły się one taką popularnością, że wkrótce trzeba było zająć się wyłącznie nimi, założyć profesjonalną firmę, nająć kolejnych pracowników, a potem otworzyć fabrykę (Margarete Steiff Filz-Spielwaren-Fabrik), opatentować wyroby i publikować katalogi. Zaledwie 10 lat po uszyciu pierwszego słonika produkcję przeniesiono do dużego budynku ze sklepem firmowym na parterze. Asortyment pluszaków znacznie się zwiększył, eksperymentowano z nowymi materiałami i wprowadzano udoskonalenia, np. druty usztywniające konstrukcję. W ofercie były też wiernie oddane niedźwiedzie. Jedne stały wyprostowane i trzymały kije lub obręcze, podobnie jak ich nieszczęsne pierwowzory zmuszane przez stulecia do tańczenia na jarmarkach ku uciesze gawiedzi. Inne miały spore rozmiary (ok. 80 cm wysokości), przytwierdzone do metalowych wózków łapy, a na szyjach obręcze z łańcuchem, tak by można było posadzić na nich dzieci i ciągnąć je za sobą na spacerze (il. 2). Z misiami w dzisiejszym rozumieniu nie miały one jednak nic wspólnego.

Niedźwiedź nr 55

W 1897 r. w działalność przedsiębiorstwa zaangażował się Richard, bratanek Margarete, student Szkoły Sztuk i Rzemiosła w Stuttgarcie. To on wymyślił znak firmowy – wpinany w uszka zabawek metalowy guzik z wygrawerowanym nazwiskiem Steiff. Było to konieczne, gdyż konkurenci dopuszczali się bezczelnych plagiatów. Podczas odwiedzin w stuttgarckim zoo Richard naszkicował niedźwiedzia brunatnego we wdzięcznej pozie i posłał rysunek ciotce, sugerując, że można by coś z nim zrobić. W 1902 r. sam zaprojektował model „Plüschbär 55 PB”, czyli Pluszowy Niedźwiedź, wysokości 55 cm (il. 3), który misiem już z pewnością był, z tą jednak różnicą, że wciąż starał się naśladować anatomię prawdziwego zwierzęcia. Miał masywny, sztywny tułów z garbatym grzbietem, długie i nieproporcjonalne kończyny, wydłużony, wąski pysk, wyraźnie zarysowane nozdrza, nos i pazury wyszyte czarną nicią, ciasno osadzone szklane oczy oraz duże, półokrągłe uszy. Brązowy moherowy plusz imitował sierść; po raz pierwszy zastosowano też ważną innowację – wszystkie łapy były ruchome, co pozwalało na stanie, siadanie i leżenie w różnych pozycjach.

Misie sprzedawały się jednak tak sobie – przełom nastąpił dopiero, gdy pokazano je w następnym roku na targach w Lipsku, gdzie amerykański hurtownik Hermann Berg kupił i wyekspediował do Stanów 3 tys. sztuk.

Zrobiły tam furorę, co sprawiło, że dostrzeżono je również w Europie. W 1904 r. zabawkę nagrodzono złotym medalem na światowej wystawie w Saint Louis, a trzy lata później fabryka Steiffów zaczęła wypuszczać prawie milion misiów rocznie.

Il. 3.  Miś, replika modelu 55 PB, Steifffot. Krisztian Bocsi/Bloomberg/Getty

Il. 3. Miś, replika modelu 55 PB, Steiff fot. Krisztian Bocsi/Bloomberg/Getty

Il. 4. Teddy Bear, Ideal Toy Company, ok. 1903.  fot. Smithsonian Institute, National Museum of American History, Waszyngton

Il. 4. Teddy Bear, Ideal Toy Company, ok. 1903. fot. Smithsonian Institute, National Museum of American History, Waszyngton

Niestety, nie zachował się ani jeden egzemplarz modelu 55 PB, a Steiff-Museum w Giengen pokazuje replikę stworzoną na podstawie dokładnych opisów i modeli z późniejszych serii (jest ona też w ofercie firmy, pośród 12 innych historycznych typów). Cóż, prawdopodobnie wszystkie misie zostały wykochane i wyprzytulane do reszty przez kilka pokoleń swych opiekunów. To zresztą częsty los dawnych dziecięcych ubranek, ukochanych zabawek i książeczek, których wydań próżno dziś szukać w bibliotekach. Dobrze zachowane obiekty to unikaty poszukiwane przez kolekcjonerów i osiągające na rynku antykwarycznym ogromne ceny. Dość wspomnieć, że miś z fabryki Steiffów z 1906 r. trzy lata temu poszedł na aukcji za ponad 10 tys. euro.

Niedźwiadek Teddy’ego

Niemieckie misie, które w 1903 r. trafiły z Lipska za ocean, musiały spotkać tam swoich amerykańskich pobratymców. Tym razem historia zaczęła się w najwyższych państwowych kręgach, na polowaniu, na które prezydent Theodore Roosevelt wybrał się w 1902 r. w lasach Missisipi. Marzył o ustrzeleniu tam baribala, jednak szczęście mu nie sprzyjało. Wtedy członkowie jego świty, chcąc zapobiec rozczarowaniu szefa, wpadli na wyjątkowo głupi pomysł: przywiązali rannego niedźwiedzia do wierzby i podprowadzili do niego prezydenta. Roosevelt oburzył się i kazał uwolnić zwierzę, bynajmniej nie z dobrego serca, ale dlatego, że „niesportowe” zachowanie nie licowało z jego honorem. O wydarzeniu tym napisały niemal wszystkie amerykańskie periodyki, a rysownik Clifford Berryman poświęcił mu kilka prac wydrukowanych 16 listopada w gazecie „The Washington Post”.

Miały one charakter satyryczny i odnosiły się do opieszałości prezydenta w sprawach administracyjnych.

Na jednej z nich, podpisanej Wyznaczanie granic w Missisipi, niedoszła ofiara była małym, słodkim, wystraszonym niedźwiadkiem (il. 5). Autor nazwał go Bruin i wiele razy potem jeszcze wykorzystywał.

Il. 5. Clifford Berryman, Wyznaczanie granic w Missisipi, „The Washington Post”, 16 XI 1902. Library of Congress, Waszyngton

Il. 5. Clifford Berryman, Wyznaczanie granic w Missisipi, „The Washington Post”, 16 XI 1902. Library of Congress, Waszyngton

Rysunek ten zobaczył Morris Michtom, aszkenazyjski emigrant z Rosji prowadzący na Brooklynie sklep ze słodyczami. Poprosił on żonę Rose, by uszyła mu zabawkę przypominającą zwierzątko, i wystawił ją na sprzedaż w witrynie jako Teddy’s Bear, czyli Misia Teodorka lub Teosia. Miała ona takie wzięcie, że Rose nie mogła nastarczyć z robotą i zaledwie rok później para założyła firmę Ideal Novelty and Toy Company oraz fabrykę produkującą teddy bears, tak bowiem w angielszczyźnie (i nie tylko) zaczęto nazywać pluszowe misie. Roosevelt wyraził zgodę na wykorzystanie imienia w celach marketingowych, choć wkrótce tego pożałował. Zdrobniała, ośmieszająca forma, którą uważał za „skandaliczną bezczelność”, przylgnęła bowiem do niego na amen, co nie przeszkodziło mu jednak w wykorzystaniu pluszaka w następnej kampanii prezydenckiej. Pierwszych egzemplarzy jankeskich misiów zachowało się niewiele – jednego z nich syn Michtomów podarował w 1963 r. wnukowi prezydenta, Kermitowi. Ten chciał go przekazać do National Museum of American History, co z kolei nie spodobało się jego dzieciom, które ukryły zabawkę i za nic nie chciały jej zwrócić. Dopiero po rocznych negocjacjach trafiła ona do szacownej instytucji (il. 4).

Misie wytwarzane przez Morrisa i Rose, podobnie jak zabawki Steiffów, naśladowały niedźwiedzią anatomię. Jednocześnie jednak przypominały niedźwiadka z rysunku Berrymana, miały bowiem szeroko osadzone oczy i budzącą instynkty opiekuńcze okrągłą dziecięcą głowę z wielkimi uszami. Mimo to uznano je za zagrożenie dla tradycyjnego porządku świata. W 1907 r. wielebny Michael G. Esper z Michigan przestrzegał wiernych przed „modą na zastępowanie starych dobrych lalek z naszego dzieciństwa potworem zwanym pluszowym misiem”, który tłumić miał w dziewczynkach pragnienia macierzyńskie, a zatem przyczyniać się do spadku urodzeń. Podobnych mu paranoików było więcej, nic jednak nie wskórali. Misie natychmiast podbiły serca, a rzesze producentów poszły w ślady Steiffów i Michtomów. Zabawka przełamała również dotychczasowe genderowe konwencje, gdyż była przeznaczona zarówno dla dziewczynek, jak i dla chłopców.

Od tego czasu wyprodukowano miliardy takich przytulanek. Szybko pojawiły się misie nakręcane kluczykiem i poruszające łapkami, a nawet piszczące i mruczące. To jednak nic – niedawno weszły na rynek niedźwiadki-cyborgi mające wbudowane termometry, mikrofony i kamerki umożliwiające kontrolę rodzicielską w dziecinnym pokoju lub w przedszkolu. Z biegiem lat zmieniały się materiały, plusz i filc zastąpiły tkaniny syntetyczne, a do środka zamiast wełny, słomy lub trocin zaczęto wkładać gąbkę. Dziś można kupić misie w każdym możliwym kolorze, od naturalnego brązu po wściekły róż, ponadto ubrane w sukienki, porteczki, sweterki, wojskowe mundury, mikołajowe czapki i żydowskie kipy (chętnie dawane na Chanukę). Pewien wystrojony elegant, wspólne dzieło Steiffa i Louisa Vuittona, został w 2000 r. wylicytowany za… 182 tys. 550 dolarów (proszę sprawdzić w Internecie, jak się prezentował). Z biegiem lat misie zmniejszały się – egzemplarze z początku XX w. miały nawet 70 cm wzrostu i nierzadko przewyższały swych dziecięcych opiekunów. Zabawka stopniowo poddawała się też antropomorfizacji i infantylizacji. Zwiększyła się główka, a zwierzęcy pysk przekształcił się w okrągłą twarz o niemowlęcej fizjonomii z dużymi oczkami i małym noskiem, co sprawia, że misie wydają się godne zaufania i przyjazne – aż chce się je przytulić. Koją również smutek i ułatwiają dzieciom przetrwanie trudnych chwil, o czym wiedzą doskonale policjanci, strażacy i ratownicy medyczni, w niektórych krajach obowiązkowo wyposażeni w pluszowych pomocników. Przydają się i dorosłym – w czasie II wojny światowej misie trafiały do żołnierskich chlebaków, a jeden z nich został nawet członkiem załogi myśliwca RAF-u (il. 6). Na świecie działa kilkanaście misiowych muzeów tematycznych, by nie wspomnieć o zbieraczach czytających specjalistyczne poradniki i udzielających się na forach. W 2002 r., w stulecie powstania zabawki, 25 listopada ustanowiono Międzynarodowym Dniem Pluszowego Misia. Nie bez przyczyny więc Michel Pastoureau w posłowiu do swej monografii żartobliwie obwieszcza „odwet niedźwiedzia”, zdetronizowanego monarchy, który w nowej postaci poniekąd odzyskuje władzę na ludźmi.

Il. 6. Załoga pilotów RAF-u z misiem maskotką, 1939–1945   fot. Alamy/BE&W

Il. 6. Załoga pilotów RAF-u z misiem maskotką, 1939–1945 fot. Alamy/BE&W

Moją dziecięcą miłością nie był jednak miś, ale lisek zwany Florkiem (takie imię widniało podobno na etykietce). Pamiętam go jak przez mgłę i w poszukiwaniu drogiego pyszczka bezskutecznie zaglądam na internetowe strony poświęcone peerelowskim i enerdowskim zabawkom (w NRD bowiem miał przyjść na świat). Nie rozstawałem się z nim nigdy; w czasie jednej ze wspólnych wędrówek zgubił ogon, później stracił jedno oko i nabawił się dziur, przez które wychodziły gałgany. Gdy miałem siedem lat, Florek przedstawiał zaiste opłakany wygląd. Kiedy Mama racjonalnie zasugerowała, że wypadałoby go chyba wyrzucić, odważnie powiedziałem „tak”, choć w środku wszystko we mnie płakało. Sam nie wiem, czemu nie broniłem go, gdy znikał w pomarańczowym kuble na śmieci. Scena ta wryła mi się w pamięć tak silnie, że rozstanie musiało być sporą traumą. Dostałem później nowego misia, ale to już nie było to. Wspomnienie Florka odżyło, gdy kilka lat temu odwiedziłem moich warszawskich przyjaciół, Bartka i Michała. W ich pięknym, urządzonym ze smakiem antykami mieszkaniu na fotelu siedział lisek o bardzo ekspresyjnej mordce. „Można by mu robić ciekawe zdjęcia!” – wykrzyknąłem. Kilka tygodni później Michał założył na Instagramie konto, na którym Lisek Kreseczka zaczął relacjonować swoje spacery i wyjazdy, wyjścia do teatru, lektury, uczty w restauracjach i swawole. Ku mojemu zdziwieniu ma całkiem sporo obserwujących, a nawet bywa rozpoznawany przez przechodniów, ponieważ jego fotograf taszczy go ze sobą niemal wszędzie i ubiera stosownie do okoliczności.

Fredzia Phi-Phi

Popularność zabawki niemal natychmiast odzwierciedliła sięw kulturze, nie tylko zresztą dziecięcej. W powieści Evelyna Waugha Znowu w Brideshead (1945) młody ekscentryczny lord Sebastian Flyte zawsze nosi ze sobą misia Alojzego, a nawet zastanawia się, czy powinien zabrać go ze sobą do Wenecji – jego przyjaciel mógłby tam przecież spotkać swoich koszmarnych włoskich pobratymców i co gorsza, przejąć ich brzydkie nawyki. Najsłynniejszy pluszowy bohater to z całą pewnością Winnie-the-Pooh stworzony w 1925 r. przez Alana Alexandra Milne’a, a potem narysowany przez Ernesta Howarda Sheparda. Na Kubusia Puchatka wdzięcznie spolszczyła go Irena Tuwim, przy tym tak przekonująco i skutecznie, że kiedy w 1986 r. ukazał się wierny przekład Moniki Adamczyk-Garbowskiej pt. Fredzia Phi-Phi, lamentom oburzonych czytelników nie było końca. Nie wiedzieli oni zapewne, że wcześniej, w 1943 r., na Węgrzech ukazał się Miś Puh-Niedźwiedzki pióra Marii Grażyny Ławrukianiec, niestety, z niewielkiego nakładu nie przetrwał żaden egzemplarz. Jeszcze 20 lat temu nie spałbym przez to po nocach, bo zbierałem wówczas tłumaczenia Winnie-the-Pooh na różne języki. W czasach przedinternetowych było to hobby wymagające wielkiego trudu i wyrzeczeń. Przekład łaciński pt. Winnie ille Pu miała w Krakowie tylko jedna osoba, latynistka z Instytutu Filologii Klasycznej UJ, która po wielu błaganiach zgodziła się na odsprzedanie go za jakąś horrendalną kwotę.

Pierwowzorem Puchatka był miś syna autora, Christophera Robina, zakupiony w 1921 r. w wytwornym domu towarowym Harrod’s, a wyprodukowany przez firmę Farnell. Chłopiec nazwał go wpierw Edwardem, potem Pooh (od dźwięków, które wydawał jego ulubiony łabędź), a wreszcie Winnie, po Winnipeg, czarnej niedźwiedzicy amerykańskiej mieszkającej w londyńskim zoo. Przygody Kubusia w Stumilowym Lesie znają wszyscy, jednak mało kto zdaje sobie sprawę, że ich popularność miała zgubny wpływ na więzi rodzinne pisarza. Kiedy Christopher Robin został oddany do szkoły z internatem, został w niej od razu „tym od misia”, a zaraz potem ofiarą drwin i przemocy ze strony nastoletnich rówieśników. Przez całe życie musiał mierzyć się z legendą swojego literackiego wcielenia, nie mógł wybaczyć ojcu, że dorobił się jego kosztem, a nawet wypomniał mu rozgoryczony: „Miałeś napisać tę historię dla mnie, a nie o mnie”. Misia Christophera możemy dziś zobaczyć w New York Public Library, gdzie eksponowany jest w towarzystwie Tygrysa, Kangurzycy, Kłapouchego i Prosiaczka. Wygląda on jednak inaczej niż znany nam Kubuś – ilustrując książkę, Shepard posłużył się bowiem zabawką, która należała do jego syna i miała na imię Growler.

Paddington i inni

Inny sławny angielski miś to Paddington, bohater kilkunastu książeczek Michaela Bonda (pierwsza wyszła w 1958 r.). Z urodzenia jest Peruwiańczykiem, imię nosi zaś po dworcu kolejowym w Londynie, gdzie znajduje go i bierze pod opiekę rodzina państwa Brownów. Jest grzeczny, przyjazny i uczynny, ale mimo to (a może właśnie przez to) raz po raz wpada w tarapaty. To także uchodźca – tworząc postać misia, Bond miał w pamięci żydowskie dzieci ewakuowane do Anglii w czasie II wojny. Co ciekawe, i tutaj inspiracją była prawdziwa zabawka oraz związana z nią wzruszająca historia. W 1956 r. w wigilię Bożego Narodzenia autor zobaczył na sklepowej półce pluszaka, który wydał mu się samotny i zagubiony, wziął go więc w prezencie dla żony. Zapewne znajdę się w mniejszości, lecz zdecydowanie wolę Paddingtona od Puchatka. Bardzo lubię też amerykańskiego Corduroya, czyli Sztruksika, noszącego uszyte z tegoż materiału spodnie na szelkach, bohatera dwóch książek Dona Freemana (1968, 1978). Mieszka on w domu towarowym i jest obiektem marzeń małej Lisy, której rodziny nie stać na zakup przyjaciela. Na szczęście wszystko kończy się dobrze.

Miś w tekstach kultury to zresztą temat na sporą, interdyscyplinarną monografię. Muzyka? Przywołam tylko hit Elvisa Presleya Let Me Be Your Teddy Bear (Pozwól mi być twoim misiem) z 1957 r. oraz polski weselny szlagier Biały miś, o którego autorstwo (i niebotyczne tantiemy) przez siedem lat toczył się proces sądowy. Malarstwo? Mamy choćby akwarelę Juliana Fałata z 1906 r. pod mylącym tytułem Dziewczynka z lalką (w oczy rzuca się bowiem przede wszystkim miś, którego łapkę ściska mała śpiąca modelka) oraz olej Olgi Boznańskiej Dziewczynka z misiem z 1917 r. (oba dzieła w zbiorach prywatnych). Kilka lat temu w amsterdamskim Rijksmuseum na wystawie pokazującej rozmaite artystyczne nawiązania do Wymarszu strzelców Rembrandta widziałem nawet obraz, na którym członków kompanii Fransa Banninga Cocqa i Willema van Ruytenburgha zastąpiły pluszaki. Są też filmy, np. komedia Ted (2012), w której dawny celebryta John i jego ożywiony zaklęciem miś dzielą razem zamiłowania do picia, jointów i dziewczyn. W samej dziedzinie animacji dla dzieci wymieniać można by bardzo długo, od Misia Yogiego poczynając, na Gumisiach kończąc.

W Polsce w latach 1957–2010 ukazywało się czasopismo dla przedszkolaków „Miś”. Patronował mu nie kto inny, jak Miś Uszatek z klapniętym uszkiem, którego przygody opisywał Czesław Janczarski, a ilustrował Zbigniew Rychlicki. Stały się one inspiracją dla znanego chyba wszystkim serialu lalkowego wyprodukowanego w łódzkim studiu Se-Ma-For i liczącego aż 104 odcinki. Z wytwórni tej wyszły też filmy o innym niedźwiadku, fajtłapowatym Colargolu, który (o czym mało kto wie) miał rodowód zagraniczny – stworzyła go w latach 50. XX w. francuska pisarka Olga Pouchine. Pamiętam tylko, że irytował mnie strasznie; zresztą nie spotkałem jeszcze nikogo, kto by go lubił.

Randka, której nie było

Esencją miśkowatości był, jest i będzie dla mnie pewien mężczyzna (nazwijmy go tu Marcinem), którego poznałem w pandemicznym lutym 2021 r. Wyrwał mnie wówczas na Grindrze i zupełnie nieświadomy roli, jaką przyjdzie mu odegrać, zaraz po tym, jak przekroczyłem próg  jego mieszkania, po dziesięciu latach celibatu i siedmiu latach ciężkiej depresji, nieoczekiwanie pchnął mnie na powrót ku życiu. To, że pójdą za tym emocje, było chyba oczywiste. Misiek zresztą natychmiast zasugerował kolejne spotkanie, tyle tylko że otwarcie zapowiedział, iż nie będę ani jeden, ani jedyny. Zareagowałem wówczas świętym oburzeniem i posłałem go do diabła – nie wiedziałem jeszcze, że gdy przez dekadę siedziałem w domu, przetaczała się właśnie kolejna, napędzana PrEPem rewolucja seksualna. Ostatecznie jednak zgodziłem się. Zależało mi na nim, a i propozycja padła na żyzny libertyński grunt. A może się zakochałem? Nie wiem. Zauroczony byłem na pewno, tym bardziej że należał on do grona bodajże czterech amantów, którzy kiedykolwiek byli w stanie naprawdę mi zaimponować. Z małego miasteczka Marcin bez żadnego wsparcia wspiął się na szczyty międzynarodowego mega-turbo-robo-korpo i z prowincjonalnego chłopca stał się obytym w świecie rekinem finansów. Innymi słowy, był współczesną wersją dawnego samca alfa przynoszącego do ogniska największy udziec mamuta. Pieniądze nie miały tu żadnego znaczenia – fascynowały mnie jego ambicje, determinacja i zdrowy egoizm. No i miał rozbrajające chabrowe spojrzenie, które z pewnością pomogło mu zdać niejeden egzamin na studiach.

Owszem, prowokacyjnie mówiłem o nim „Misiek, mon amour”, ale czy chciałbym z nim być? Przecież nie potrafiliśmy się nawet zaprzyjaźnić! Żyliśmy w zupełnie innych „bańkach”, a tematy do pogawędek kończyły się po kilku minutach. Paląc na balkonie, odbyliśmy raptem dwie dłuższe rozmowy – były dla mnie bardzo ważne, choć wątpię, że on je pamięta. Znaliśmy inne kulturowe kody – nie zauważył choćby, że gdy wspominałem jego niebieską czapkę z pomponem, celowo użyłem czułych słów, którymi w Casablance Rick opisywał błękitną sukienkę Ilse. Niemniej gdy często brano nas za parę i trzeba było tłumaczyć, że to pomyłka, czułem lekkie ukłucie w sercu. Po trzech latach daremnych starań zaproszenia go na kolację, upokarzającego sprawdzania co weekend na apce, kto u niego bawi, oraz zadręczania się pytaniami, dlaczego akurat tym razem nie ma tam mnie, zdałem sobie sprawę, że stoję na granicy, za którą będą już tylko zazdrość i ból. Przestałem o nim myśleć.

Kilka przecznic ode mnie w zaprzyjaźnionym antykwariacie „Stary Kufer” od jakiegoś czasu mieszkał sobie wypchany trocinami niewielki miś z protezą noska (il. 1). „Wpadnę jutro i zobaczę, czy jest grzeczny. Jeśli tak, pomyślę o adopcji” – napisałem na stronie sklepu. – „Grzecznego to by każdy chciał, a liczy się wszak »czelendż«” – zauważyła słusznie pani Beata. – „Ja już kilku niegrzecznych misiów w życiu przerabiałem i zbyt dobrze wiem, czym taki »czelendż« pachnie” – skwitowałem ironicznie, następnego dnia zjawiłem się na ul. Limanowskiego, wziąłem go na ręce, przytuliłem i powiedziałem: „Chodź, idziemy do domu”. Po latach tułania się po strychach i piwnicach miś był straumatyzowany i nieufny – początkowo zaszył się w rogu fotela i udawał, że go nie ma. Potem zaczął wyprawiać się na wycieczki po mieszkaniu, grzebać w koszu na śmieci, wyjadać słodycze z kredensu i wyciągać książki z półek, a nawet wdrapywać się po meblach i zasłonach. Kilka razy zdarzyło mu się też położyć łebek na mojej poduszce i pochrapać. I wtedy właśnie mały drań przyznał się, że ma na imię Marcinek.

Korzystałem m. in. z: M. Pastoreau, The Bear. History of a Fallen King, transl. G. Holoch, Cambridge – London 2011; D. Żołądź-Strzelczyk, I. Gomułka, K. Kabacińska-Łuczak, M. Nawrot-Borowska, Dzieje zabawek dziecięcych na ziemiach polskich do początku XX wieku, Wrocław 2016; A. Fraser, A History of Toys, London 1996; S. Völker-Kramer, Wie ich zur Teddymutter wurde. Das Leben der Margarette Steiff nach ihren eigenen Aufzeichnungen, Stuttgart 1996; L. Mullins, American Teddy Bear Encyclopedia, Grantsville 1995.