Nie pragnę teraz być szczęśliwy, chcę tylko być obecny.

Albert Camus, Notatniki

Zacznę górnolotnie i egzaltowanie, biorąc siebie zbyt poważnie, czyli dokładnie tak, jak pasuje osobom powierzającym swe tajemnice „Drogiemu Pamiętnikowi”. Zacznę od wyznania, że prowadzenie dziennika to mój sposób, żeby uczcić życie. A do jego pisania popycha mnie parcie egzystencjalne, o którym tak soczyście, jak o wiśni, pisała Jolanta Brach-Czaina. Chodzi o zagęszczenie obecności. Z pewnością jest to jedna z moich idée fixe. Kiedyś usłyszałam od psychoterapeuty: „Pani obsesją jest obecność”. Można więc powiedzieć, że mam to zdiagnozowane – cierpię na obsesję obecności, a dziennik pozwala mi to pragnienie nasycić.

Głód rzeczywistości można oczywiście zaspokajać na różne sposoby. Moją metodą, od ponad 30 lat, jest próba wniknięcia w rzeczywistość poprzez prowadzenie dziennika. Mam jedno zadanie: nie oddalić się od bycia w świecie. Pisanie jako próba zbliżenia się do świata, próba, która przynosi upragnioną obecność. Annie Ernaux w Dzienniku zewnętrznym pytała: „Dlaczego to opowiadam, opisuję tę scenę i inne, które pojawiają się na tych stronach? Czego ze wszystkich sił szukam w rzeczywistości? Znaczenia? Owszem, często, choć nie zawsze, z (wyuczonego) intelektualnego nawyku, by nie poddawać się po prostu wrażeniom, by wznieść je na wyższy poziom. Może notując działania, postawy i słowa ludzi, których spotykam, ulegam złudzeniu, że się do nich zbliżam?” (tłum. A. Dwulit). Może to złudne wyobrażenie o roli dziennika, ale z tych, które pomagają pilnie żyć, zanurzyć się w świecie i „nie poddawać się po prostu wrażeniom”.

Pisząc pamiętnik, wywołuję obecność, tak jak w podstawówce wywoływałam duchy w piwnicy z koleżankami – przerażona, ale i zafascynowana tym przejściem od normalności do czegoś więcej.

Choć sąsiadki ostrzegały, że jedna z mieszkanek naszego bloku przez te duchy oszalała. A ja szalałam z dzikiej obecności, wbijając długopis w 32-kartkowy zeszyt w kratkę. I tak od początku podstawówki. Bo przed prowadzeniem dziennika nikt nie zdążył mnie ostrzec, a jest przed czym ostrzegać. Prowadzenie prywatnego dziennika nie jest bowiem bezkarne. Pisząc go, można coś stracić, coś ważnego – np. dobre zdanie na własny temat. A to tylko jedno z niebezpieczeństw notowania swojego życia.

Mój stosunek do dzienniczenia był, od kiedy pamiętam, ambiwalentny. Dlatego chcę tak o nim opowiadać. O tym, jak diariusz sprawia, że obecność po prostu mi się przytrafia, przy czym jednocześnie powoduje, że bywam nieobecna wobec samej siebie. O tym, jak prowadzenie dziennika pomaga pamiętać lub przeciwnie: fałszuje wspomnienia. W końcu o tym, jak pisanie pamiętnika może być odtrutką od AI – ostatnim, intymnym, pilnie strzeżonym rejonem, do którego nie ma dostępu nawet sztuczna inteligencja. I przeciwnie, jak prowadzenie dziennika zostaje wchłonięte przez AI journaling jako wspomagana autorefleksja. Będzie to więc opowieść o szklance do połowy pełnej, a od połowy pustej. Pisanie o tym pozwoli mi zrozumieć, dlaczego odkąd skończyłam 7 lat, prowadzę to życiopisanie, pozwoli na utrzymanie tej pozornej sprzeczności.

Frekwencja w życiu

Pisanie dziennika ma pomagać w porządkowaniu myśli, samorozwoju, redukowaniu stresu, ćwiczeniu się we wdzięczności, ma poprawiać nastrój czy w końcu stanowić rodzaj autoterapii. I choć na te wszystkie pozytywne wpływy journalingu – brzmiące jak żywcem wyjęte z narracji egocentryczno-rozwojowych, z „przemysłu szczęścia” czy „ewangelii wellnessu” – można znaleźć dowody, to nie dla tych korzyści piszę dziennik. Zawsze chodziło mi o wspomnianą obecność, czasem o poczucie sensu, a mimochodem też o to, by pamiętać. Choć jeśli dziennik niektórym pomaga zapamiętać coś z tych „rozdzierająco słodkich obecności” (tłum. Z. Chądzyńska), jak pisał Pablo Neruda, to dobrze dla nich, dla mnie jest czymś, co w ogóle pozwala się do obecności dorwać.

Nim przejdę do krytyki uobecniania i trzymania się życia za pomocą dziennika, spróbuję zarysować, jak rozumiem obecność. Choć nie jest to łatwe zadanie i z chęcią pozostawiłabym je poezji. Zacznę od tego, że obecność najpierw kojarzyła mi się ze szkołą. Z ciężkim dziennikiem lekcyjnym w brązowej oprawie, o którym mało kto dziś – w czasach Librusa czy innego dziennika elektronicznego – pamięta. A przecież to dziennik nauczycielski dzieci często poznawały jako pierwszy. Podobnie jak słowo „obecność”, które pojawiło się w moim języku pewnie w pierwszej klasie szkoły podstawowej, podczas tzw. sprawdzania obecności – odnotowywanej właśnie w dzienniku. Na dźwięk swojego nazwiska należało odpowiedzieć „jestem” lub bardziej doniośle: „obecna(-ny)”. Nie wiem, czy moje skojarzenia są uzasadnione, lecz lubię to porównanie poczucia obecności, którą osiągam dzięki dziennikowi, do dni obecności w szkole. Dni zapisane w dzienniku w stosunku do niezapisanych to jakby rodzaj obliczania frekwencji w życiu. Nie chodzi o to, że kiedy nie prowadzę dziennika, to nie mam skąd brać pewności, że żyję. Raczej myślę o tych okresach w życiu, kiedy nie piszę, jak o widmowym dzienniku. Bo są rzeczy, których nie potrafimy zapisać nawet w prywatnych notatkach. Boimy się ich realności, ich nazwania. Czasem pisanie dziennika prowadzi więc do milczenia.

Nie piszę dziennika codziennie (czasem „nadrabiam” zaległe wpisy, zatem mój dziennik zmienia się w pamiętnik). Piszę, kiedy brakuje mi tego enigmatycznego poczucia obecności, tak samo jak wstaję i tańczę, kiedy brakuje mi poczucia ożywienia czy po prostu bycia w swoim ciele. Dziennik ma mnie zabezpieczyć przed oddalaniem się od rzeczywistości. Bo jeśli mimo wszystko czuję się oddzielona, znaczy, że coś w tym pisaniu robię niedobrze. Obsesją Philipa K. Dicka miało być to, czy coś jest realne. Pisanie zaś miało go chronić przed derealizacją jako doświadczeniem nierealności otaczającego świata. Podobnie jak – wracając do porównania z pląsaniem – taniec chroni przed depersonalizacją, czyli poczuciem nieprawdziwości siebie i swoich przeżyć. Tańcząc, zadaję sobie pytanie analogiczne do tytułu programu kulinarnego Czy to ciasto?, pytam: „czy to ciało?” – czy to moje ciało tu tańczy? Poprzez pisanie dziennika uczę się natomiast konfrontować z rzeczywistością i konfrontuję się z nią, żeby pisać.

Kiedy nie wiem, jak swoje widzenie świata zanotować, pomaga mi pytanie: co byś opowiedziała, gdybyś się nie bała? Dzięki temu nieraz uświadamiam sobie własną nieobecność. I to spostrzeżenie przywraca mnie realności.

Pamiętam te chwile oprzytomnienia, kiedy po camusowsku byłam nie tyle szczęśliwa, ile obecna, a to znacznie więcej niż szczęście. „Człowiek sądzi, że jest odcięty od świata, ale starczy, że drzewko oliwne wyprostuje się w złocistym pyle, starczy kilka olśniewających plaż w słońcu poranka, by poczuł, jak topnieje w nim opór” (tłum. T. Swoboda), tak o tych momentach pisze w swych notatnikach autor Dżumy. Pamiętam, jak kulki styropianu turlały się po lśniącej w słońcu podłodze pustej kawiarni w innym mieście, pamiętam drobne fale w filiżance z cafe cortado i kiedy wierzchołek zbyt wysokiej palmy wygiął się w ciepłym wietrze, a ja trzymałam w ręku długopis jak sztylet i zapisałam tamte chwile, przyszpiliłam je – byłam obecna, czyli żywa, zanurzona w świecie i autentyczna. Bo jak pytał Camus: „kiedy jestem prawdziwszy i bardziej szczery niż wówczas, gdy jestem światem?”.

Przeczytałam ostatnio u Flannery O’Connor, że pisanie fikcji to „skok w rzeczowość”. W tym sensie pisanie autobiograficzne, takie jak pisanie prywatnego dziennika, to „skok w rzeczywistość”. Można skakać na bombę lub na główkę, choć to drugie wiadomo, jak może się skończyć. Przechodząc więc do „szklanki w połowie pustej”, czyli do zagrożeń płynących z notowania siebie, chciałabym właśnie zwrócić uwagę na te sytuacje, kiedy „skok w rzeczywistość” jest skokiem na płytką wodę, kiedy zamiast zbliżać, oddalamy się od życia.

Niektórzy nie piszą dzienników z obawy przed tym, że już niczego nie będą mogli poczuć bez zdania. Niczego nie będą mogli przeżyć, zobaczyć, wyobrazić sobie bez akapitu, który by to ich bycie nazywał, a przez nazwanie oddalał od nich samych. Boją się, że od tego dzienniczenia staliby się narratorem trzecioosobowym swojego życia. A wtedy – żadnego poczucia siebie. Ciągłe poszukiwanie rzeczywistości. I tylko: słowa, zdania, paragrafy. Kiedyś jeszcze próbowali – pisali, żeby więcej czuć. To miało być pomocne w życiu hic et nunc. Ale nie było. Nie mogli już niczego dostrzec bez nazywania. Nie mogli już bez układania słów niczego zobaczyć. Brzmienie zdań było ważniejsze niż barwa głosu ich ulubionej osoby na świecie. Próbowali wszystkiego, żeby wrócić do rzeczywistości. Poczuć się tak jak kiedyś, to znaczy realnie. Medytacje, mind-fulness, ćwiczenia z oddychania. To nie tak, że stali się nieuważni. Chodzi o to, że byli uważni tylko na to, co można było zamienić we wpisy do dziennika. Było wszystko to, co przeżyli przed zapisaniem, i wszystko to, co się z tym przeżyciem działo po jego zapisaniu. Były dwa światy. Nie wiedzieli, który wybrać, który byłby dla nich lepszy. Czy w ogóle mogli jeszcze wybierać? To żałobny stan. To pułapka dziennika, którą udaje mi się jeszcze omijać.

Oprócz zdrady doświadczenia czy pomniejszania „prawdziwości” życia przez prowadzenie dziennika wadą tego typu pisania siebie może być coś, co nazwałabym problemem natężenia narcyzmu. Richard Sennett w Upadku człowieka publicznego pisze, że styl narcystyczny charakteryzuje się obsesyjnym powracaniem do pytania: „Co ta osoba lub to zdarzenie znaczy dla mnie?”. Takie narcystyczne egzaminowanie rzeczywistości, psychologizowanie świata wokół jest zasadzką, do której może prowadzić pisanie dziennika. Są tacy autorzy i autorki dzienników, którzy zamykają się w prywatności, zamykają oczy na widzenie otoczenia per se, a wtedy zawsze pojawia się rozczarowanie, że to nie to, czego chcieli, że nie czują się właśnie obecni. Czasem taki stan przybiera formę wpisów w diariuszu, że znowu nie doświadczyli czegoś „naprawdę”, że znowu nie przeżywali. Ten zarzut, powierzchownie skierowany do samego siebie, jest w istocie narcystycznym zażaleniem, że świat już ich nie ożywia. Sennett wyjaśnia, że koncentracja na tak powszechnych w (pop)kulturze terapeutycznej pytaniach, jak: „co ja czuję?” czy „co znaczy dla mnie?”, paradoksalnie, powoduje zamknięcie się na otoczenie, przez co wielu ludzi czuje, że jest mniej stymulowanych przez świat, i tym trudniej przychodzi im odczuwanie czegokolwiek, stąd wrażenie pustki, jałowości i tego, że nie czują już nic. W samym micie o Narcyzie zakochanym we własnym odbiciu nie chodzi według Sennetta o niebezpieczeństwa egocentryzmu, tylko o niebezpieczeństwa projekcji, czyli „takiego reagowania na świat, jakby można było pojąć rzeczywistość przez wyobrażenia o własnym Ja” (tłum. H. Jankowska) – jak pisze autor Upadku człowieka publicznego. Narcyz zapomniał, że tafla wody jest czymś innym niż on sam, zapomniał o tym, że świat nie jest tylko po to, żeby go odzwierciedlać, że świat jest niebezpieczny, jak woda, w której utonął.

Nie sądzę, by każdy, kto pisze dziennik, prowadził go w powyższym sensie, to znaczy narcystycznie. Ale nawet pobieżna lektura publicznych memuarów, a zatem tych przeznaczonych do publikacji, skłania do takich przypuszczeń. Ostatnio wróciłam do Dziennika z lat 1943–1948 Sándora Máraia, w którym pisze: „świat dzieje się także we mnie, nie tylko w czasie i przestrzeni. Ja też jestem przestrzenią” (tłum. T. Worowska), a przez całość przewija się myśl, że istotne jest, jak świat dzieje się w nas, a nie jak my dziejemy się w świecie. I choć Márai nie wydaje się w związku z tym rozczarowany rzeczywistością czy oddzielony od realności, to o zagrożeniu narcystyczną nieobecnością bezlitośnie sobie przypominam, ilekroć sięgam po swój dziennik. Bo o tym ryzyku płynącym ze sztambucha z pewnością lepiej pamiętać. À propos pamięci, ponoć nic nie zachowuje jej tak jak prowadzenie dziennika. Ci, którzy piszą pamiętnik, zwykle chcą dzięki niemu „pamiętać, by pamiętać”, jak mawiał Henry Miller w swojej niezwykłej książce pod tym samym tytułem. Etymologicznie „pamiętnik” odnosi się przecież właśnie do pamięci i ma służyć utrwalaniu wspomnień.

Sposób na życie wieczne?

Annie Ernaux w Latach pisała, by: „uratować coś z czasu, w którym się już nigdy nie będzie” (tłum. K. Jarosz, M. Budzińska). Sposób, w jaki dokumentujemy swoje życie, ma wpływ na to, jak je zapamiętamy. Piszę o tym bez przekonania, bo wnikanie w rzeczywistość poprzez dziennik uważam za istotniejsze niż pamiętanie o tej rzeczywistości. Ale wielu jest odmiennego zdania. Dwa lata temu w „New Yorkerze” ukazał się esej Davida Owena How To Live Forever o wiele mówiącym podtytule: „Najprostszym i najpewniejszym sposobem na wydłużenie życia jest zrobienie tego wstecz, dodając lata w odwrotnej kolejności”. Autor pisze o tym, jak poprzez prowadzenie quasipamiętnika (gromadzenie i kopiowanie w kolejności chronologicznej listów, zdjęć, notatek, wydrukowanych e-maili oraz esemesów) wydłuża swoje życie. David kilkakrotnie próbował prowadzić tradycyjny dziennik, jednak nigdy nie udało mu się wytrwać dłużej niż tydzień czy dwa, co uważa za dość częsty problem. Dokumentowanie własnego życia w niekonwencjonalnym sztambuchu traktuje jako swój największy życiowy projekt. Proponuje przy tym, by nie ufać elektronicznym nośnikom pamięci, nie pozostawiać swojego życia nieprzewidywalności „chmury” ani niebezpieczeństwom potencjalnie przestarzałego formatu cyfrowego. Chodzi o tworzenie zrozumiałej narracji życia w formie papierowej, w uporządkowanych albumach czy oprawionych, wydrukowanych i ułożonych w porządku chronologicznym notatkach z życia. Tak utrwalona pamięć może być potężnym narzędziem poszerzania czasu i metodą na długowieczność. David Owen przytacza wiele przykładów na to, jak rozciągamy swoje życie, wspominając je, i jak odzyskujemy siebie, co rusz zagłębiając się w przeszłość. Dla niego dbanie o pamięć autobiograficzną poprzez prowadzenie nibydziennika stanowi obronę przed bezsensem życia. Dlatego jego celem jest jak najwierniejsze odtworzenie dnia po dniu, z pominięciem fragmentów, które zwykle omijają czytelnicy, nawet jeśli – póki co – David jest jedynym adresatem swojej kroniki życia.

W eseju How to Live Forever mamy enumerację pożytków płynących z prowadzenia dziennika jakich mało. Nawet wiralowy trend na journaling prosto z TikToka nie zachęca tak do tej aktywności jak Owen, który twierdzi, że jesteśmy sobie winni życie wieczne, pełne wykorzystanie doświadczeń ze swojego życia, czyli po prostu jesteśmy sobie winni pisanie pamiętnika. Swój tekst autor kończy sceną szczęścia, płynącego z dzienniczenia jako swojego projektu życia:

„Wyobrażam sobie siebie w domu opieki – mam nadzieję, że nieprędko! – otoczonego albumami ze zdjęciami, listami, fragmentami e-maili i przenośnymi dyskami twardymi, zajętego dodawaniem obrazów do tekstu, czytaniem i ponownym czytaniem wszystkiego, tworzeniem kompilacji kompilacji, radosnym życiem wiecznym, w przód i w tył, aż do końca”.

Stawką pisania dziennika jest więc osobliwie rozumiane życie wieczne. Gra toczy się o coś przewyższającego pamięć. Choć i ta w nadmiarze bywa uciążliwa. Sam Owen, jakby mimochodem, przytacza postać Pamiętliwego Funesa Jorge Luis Borgesa ze zbioru Fikcje, do którego z przyjemnością wróciłam. Dziewiętnastoletni Funes w wyniku wypadku – powalenia przez konia – zachorował na coś, co współcześnie nazwać byśmy mogli hipermnezją (highly superior autobiographical memory). Chodzi o wybitną pamięć autobiograficzną, która pozwala na zapamiętanie każdego szczegółu z własnego życia. Borges zdaje się jednak nie odwoływać do neuronauk, lecz do własnej wyobraźni, tworząc fikcyjną postać, dla której „teraźniejszość stała się prawie nie do zniesienia przez swoje bogactwo i swoją wyrazistość, a także przez obecność najdawniejszych nawet i najbardziej banalnych wspomnień” (tłum. S. Zembrzuski). Jest to przestroga przed rozbuchaniem pamięci epizodycznej za pomocą dziennika, do której zachęca Owen. Jak pisze Borges, Funes „postanowił kiedyś ograniczyć każdy dzień swojej przeszłości do siedemdziesięciu tysięcy wspomnień, które chciał jednocześnie ponumerować. Dwie rzeczy odwiodły go od tego zamiaru: świadomość, że dzieło takie byłoby nieskończone; świadomość, że byłoby daremne. Pomyślał, że do chwili swojej śmierci nie zdołałby nawet sklasyfikować wszystkich wspomnień dzieciństwa”.

Zwolennicy pamięci pytają: jeśli nie pamiętasz swojego życia, czy w ogóle możesz powiedzieć, że żyjesz? To ci, co najbardziej boją się chorób demencyjnych i innych, które mogą nas pozbawić pamięci epizodycznej. Nie należę do nich. Mówię to z doświadczenia – granicznego, ale jednak doświadczenia. W zeszłym roku, kiedy zachorowałam na poważną chorobę neurologiczną, usłyszałam, że mogę stracić pamięć autobiograficzną. W tamtym czasie mogłam pisać, zapisałam więc w małym notesie, który zawsze noszę przy sobie, 12 rzeczy, które chciałabym pamiętać ze swojego życia. Zaskoczyła mnie ich marginalność i liczba. Nic wzniosłego. Żadne tam 70 tys. wspomnień, jedynie skromne 12 przebłysków z życia, wśród nich najdłuższy wpis obejmował słowa zabużańskiej piosenki, którą śpiewam dzieciom przed zaśnięciem, a którą nuciła mi babcia zza Buga, a potem mama. Pamiętam, że pomagały mi w tamtym czasie skrzydlate słowa Sørena Kierkegaarda: „życie można zrozumieć wstecz; przeżyć jednak trzeba je wprzód” (tłum. A. Szwed). W tym zapisie 12 wspomnień chodziło o teraźniejszość i ewentualnie przyszłość. Stawką więc zawsze była obecność, nie pamięć. Choć cieszę się, że jednak pamiętam.

Ostatnią pułapkę traktowania dziennika jako platformy wspomnień najlepiej opisała Sigrid Nunez w Przyjacielu: „Zapisujesz coś, bo próbujesz tu uchwycić. Opisujesz swoje doświadczenia po części dlatego, by zrozumieć, co oznaczają, i ich nie stracić. Nie zapomnieć. Zawsze jednak istnieje niebezpieczeństwo, że stanie się coś przeciwnego. Straci się wspomnienie doświadczenia na rzecz wspomnienia jego opisywania. Tak jak ludzie, których wspomnienia o odwiedzonych miejscach są tak naprawdę tylko wspomnieniami zdjęć, które tam zrobili. Ostatecznie pisanie i fotografia zapewne bardziej niszczą przeszłość, niż ją zachowują” (tłum. D. Jankowska). Ten fragment dobrze oddaje moje obawy. Nie wiem, który z moich lęków jest silniejszy: lęk przed przemijaniem czy lęk przed unieruchomieniem doświadczenia (zamiast je ożywiać, wprawiać ruch, doprowadzać do witalności). Ale wiem, że często wracam do figury, którą Günter Grass w swoim dziele Z dziennika ślimaka nazywa Melancholia turistica. I jej boję się najbardziej. Chodzi o postać, która próbuje trzymać się życia, tak bardzo być, a jednocześnie chce ocalić swe doświadczenie od zapomnienia, biega więc z aparatem i nie czuje nic. W końcu przysiada, przestaje utrwalać obrazy wokół i wreszcie, na chwilę, po prostu jest.

Pisanie z AI

Może należymy do ostatniego pokolenia, które prowadzi tradycyjny dziennik? I nie ma w tym przypuszczeniu nic strasznego. Choć jest coś smutnego. Jeśli tak, to stracilibyśmy, jako gatunek, bardzo osobistą przestrzeń, w której mamy miejsce na pamięć i obecność, na myślenie i odczuwanie bez konieczności imponowania innym czy tzw. optymalizowania swoich działań. Dziennik pracuje na zasadzie paradoksu: pomaga zmienić życie – changer la vie, jak pisali surrealiści, i powoduje, że pozostajemy wierni sobie. Bliżej mi do siebie samej, kiedy piszę pamiętnik, kiedy pisanie jest samą obecnością. To jest mój „własny pokój” i trudno mi sobie wyobrazić, bym mogła zrezygnować z jego intymności. Choć znam takich, którzy porzucili ręcznie pisany diariusz jako anachroniczny, zbyt wolny i nieefektywny na rzecz aplikacji do prowadzenia dziennika z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.

AI journaling zadaje pytania uzupełniające, żeby wspomóc autorefleksję, identyfikuje wzorce we wpisach przez czas używania aplikacji („za subskrypcję zapłacisz jedyne $9,99 miesięcznie”) i ukierunkowuje refleksję.

Może też podpowiadać czy po prostu tworzyć wpisy na podstawie krótkich wzmianek o danym dniu – jednym słowem, pozwoli oszczędzić nam wiele czasu, który trawimy na coś tak „niepraktycznego” jak pisanie w dzienniku.

Na koniec chciałam jeszcze wspomnieć o jednym wydarzeniu i jednym badaniu. Niedawno zostałam zaproszona na MIT Universal AI Summit – międzynarodowy kongres dotyczący sztucznej inteligencji, na którym opowiadałam o przyszłości AI. W ramach przygotowań drobiazgowo zapoznałam się z najnowszym raportem firmy Anthropic, która właśnie przeprowadziła największe badanie jakościowe na świecie. Poprzez pogłębione wywiady próbowano znaleźć odpowiedzieć na pytanie: czego chcą 82 tys. ludzi od AI? Bo aż tyle osób ze 159 krajów, posługujących się 70 językami, wzięło udział w badaniu. Pytano ich o nadzieje i obawy związane ze sztuczną inteligencją i o rolę, jaką chcieliby, aby AI odgrywała w ich życiu. Respondenci zwykle zaczynali od oczywistych odpowiedzi dotyczących poprawy produktywności zawodowej dzięki sztucznej inteligencji. Kiedy jednak Anthropic Interviewers dopytywali o ukryte oczekiwania, w przeważającej części wywiadów okazało się, że badanym nie chodziło o to, by lepiej wykonywać swoją pracę, ale o poprawę jakości życia poza nią. Wykorzystanie sztucznej inteligencji do automatyzacji takich czynności jak odpisywanie na służbowe e-maile ma służyć temu, by mieć więcej wolnego czasu, spędzać go z rodziną lub poświęcać na swoje pasje. I choć nie zostało to wspomniane w raporcie, tą pasją może być właśnie prowadzenie dziennika. W mojej optymistycznej wizji przyszłości – przedstawionej na konferencji o AI, wizji, której nadal się trzymam – znajdzie się miejsce na obecność, wspominanie i intymność. Wierzę tym samym, że dzięki rozwojowi sztucznej inteligencji będziemy mieli więcej czasu na pisanie pamiętnika i dobrze go wykorzystamy. Wierzę, że prowadzenie dziennika nie jest tym, co będziemy chcieli zautomatyzować, i że ciągle będziemy decydować się na obecność, którą trzeba wybierać za każdym razem, kiedy z długopisem w ręku przybliżamy się do życia.