70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Ewa Łowżył

Życie po końcu świata

Właśnie kończę kręcić film o skutkach wydarzeń w Rwandzie w 1994 r., który jeszcze bardziej uświadomił mi, że ludobójstwo w historii cywilizacji nigdy nie było aktem spontanicznym.

Artur Zaborski: Od lat żyje Pani pomiędzy Polską i Afryką. Gdzie jest Pani ojczyzna?

Joanna Kos-Krauze: Ojczyzną jest Polska, ale ojczyzny mogą być różne: rzeczywiste i duchowe. W Afryce czuję się dobrze, ale żeby tak się czuć, trzeba się jej nie bać. A to nie jest łatwe, bo to nie miejsce dla wszystkich. Trzeba mieć pewną konstrukcję psychiczną, żeby emigracja czy wyjazd, nawet okresowy, mogły dojść do skutku i żebyśmy czuli się z nimi właściwie.

 

Jak wyglądało u Pani przełamywanie strachu przed Afryką?

Kilka lat mieszkaliśmy z Krzysztofem w RPA, w której warunki do życia są trudne. Trzeba wiedzieć, jak się po niej poruszać. Na pewnym poziomie wciąż istnieje tam segregacja. Zwłaszcza pod kątem ekonomicznym jest ona szalenie przejmująca. Choć w Polsce teraz też zaczyna być tak samo. Inaczej dzieje się np. w Rwandzie, która jest bezpieczna, bo to kraj policyjny. Może z wyjątkiem miejsc przy granicy z Kongo. Żeby dobrze się czuć i przełamać swój strach, trzeba zrozumieć innych ludzi.

My, Polacy, mamy problem z historią i geografią. Mówię to zupełnie poważnie. Jesteśmy narodem niedouczonym i mało interesujemy się światem. Dlatego niewiele rozumiemy z procesów historycznych.

Sądząc po języku, który aktualnie rządzi w mediach, można wywnioskować, że jesteśmy ludźmi zagubionymi w rzeczywistości. Zagubiliśmy się w niej na własne życzenie. Nie można wykrzykiwać haseł podsuniętych przez księży czy media, jeśli są one efektem haniebnej refleksji nad światem i życiem. Żeby było inaczej, trzeba odrobić pewne lekcje, czytać książki, być otwartym i rozmawiać. Może się tego nauczymy, ale mam podstawy do obaw, że wszystko zmierza w kierunku tego, by nasz kraj był faszystowski i rasistowski.

 

Dlaczego?

Właśnie kończę film o skutkach wydarzeń w Rwandzie w 1994 r., który jeszcze bardziej uświadomił mi, że ludobójstwo w historii cywilizacji nigdy nie było aktem spontanicznym. Do tego trzeba przygotować społeczeństwo. Poprosiłam niedawno asystentkę, żeby zrobiła mi wyciąg z leadów z gazet z lat 30. w Niemczech. Przeanalizowałam je i odniosłam wrażenie, że czytam współczesną polską prasę. Te same śródtytuły, ten sam język. Dlatego myślę, że to, co się aktualnie dzieje u nas, to już nie jest kabaret, tylko poważna sprawa.

 

Jak wyglądało to przygotowanie w Rwandzie?

To był długoterminowy proces, który swój początek miał w czasach kolonialnych. Wielką rolę w tej historii odegrali Belgowie i Kościół, bo to oni wskazali tych, których trzeba było poniżyć i naznaczyć. Nie widzimy związku między wydarzeniami, które rozgrywają się co kilkadziesiąt, a czasami co kilkaset lat. Jednak one teraz obradzają w Europie, która zmienia swój kolor i kształt. Jestem pesymistką, jeśli chodzi o utrzymanie struktury Unii Europejskiej. Nie uważam, że to źle, tylko szalenie ciekawie. Kiedyś przecież Neron nie wyobrażał sobie, że upadnie Rzym. Upadł, a w dziejach świata nic się nie stało. My, a zwłaszcza nasze dzieci i wnuki, stoimy przed ogromnym wyzwaniem zmierzenia się ze skutkami procesu, który trwa od dekad i którego nikt już dziś nie zatrzyma. Mam na myśli powracający do Europy kolonializm.

 

Możemy przewidzieć, co nas czeka?

Nie dramatyzowałabym – na pewno wszystko się ułoży. Straszenie przemianami przez polityków jest bzdurą – nic nieznaczącą w historii świata i cywilizacji, to jest mgnienie oka. Ludzie czują dziś niepokój, bo dookoła szaleją obłąkane: konsumpcja, indywidualizm i egoizm, a także niezdolność myślenia w kategoriach społeczności. Najchętniej dzisiaj ometkowalibyśmy wodę i powietrze. Nierówna dystrybucja środków jest paranoją. Tak samo jak fakt, że 300 mężczyzn ma w posiadaniu 90% mienia światowego. To szaleństwo! Zawsze jest jednak rewers takiego procesu – część ludzi zwolni, zacznie wracać do myślenia i zadawania sobie pytania, dokąd i po co należy tak gnać i utrzymywać stały wzrost gospodarczy, zjadając siebie.

 

Przeraża mnie stwierdzenie, że Polsce grozi faszyzacja.

Bardzo staram się nie dopuszczać do siebie złej energii. Nie mówić tym językiem, jakim mówi część polityków i ludzi. To język przede wszystkim nas kaleczy. Próbuję patrzeć na to wszystko z nadzieją, bo przecież zagubiliśmy się w tych wszystkich procesach. Żyjemy w społeczeństwie rywalizacji. Ludzie przestali się przyjaźnić. W tej chwili widzę jednak, że na nowo jednoczymy się w naszym środowisku filmowym. Założyliśmy związek zawodowy, ludzie spotykają się poza pracą, chodzą na kolacje, rozmawiają. Pojawia się potrzeba solidarności w tym wszystkim, i to jest wspaniałe. Na marsze KOD-u czy na protesty przeciwko zaostrzeniu ustawy aborcyjnej przychodzą ludzie z różnych środowisk, żeby się zjednoczyć, co daje olbrzymią siłę. Byłam wzruszona apelem trzech prezydentowych – to wspaniały gest. Oznacza, że nie pomyliliśmy się jako społeczeństwo ani w 1989 r., ani później. Te kobiety pochodzą z różnych ugrupowań politycznych, ich mężowie reprezentują różne partie i stanowiska, a one zachowały się jak pierwsze damy. Proszę zwrócić uwagę, że część z nich ma dzieci. Znają cenę macierzyństwa. Fantastyczne jest, że w pewnych momentach ludzie jednoczą się ponad politycznymi podziałami.

 

Ale to wciąż prezydentowe, a nie prezydentki. Świat polskiej polityki jest tak samo zmaskulinizowany jak środowisko filmowe.

Środowisko filmowe jest zdominowane przez Stowarzyszenie Filmowców Polskich, które niedługo mocno się zmieni, bo składa się ono w dużej mierze ze starszych ludzi, z fantastycznym doświadczeniem. Proszę zauważyć, że teraz zaczęto tworzyć „inne” kino. Jeszcze dziesięć lat temu to było szaleństwo – filmy były niemal w całości robione przez mężczyzn. Nic dziwnego, że powstawały prawie wyłącznie produkcje o gangsterach. Myślę, że gdyby jakakolwiek kobieta w Polsce chciała robić filmy albo np. być dyrektorem festiwalu w Gdyni, ma taką szansę. Musi tylko odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jest gotowa poświęcić swoją niezależność i podporządkować się pewnemu komitetowi.

 

Ostatnio dużo mówi się o zakusach władzy na ingerowanie w filmy i w festiwale filmowe. Władza zapowiada zmiany w Gdyni, Transatlantyk Jana A.P. Kaczmarka nazywa się lewicowym i krytykuje. Obawia się Pani, że i na Ptaki śpiewają w Kigali ktoś się zamachnie?

Jeżeli opinia jakichś rządzących mnie interesuje, to tych w Rwandzie, z którymi musiałam podpisać umowy i uzyskać zezwolenia na kręcenie. Oni są faktycznym koproducentem tej produkcji i muszę i im ją pokazać do akceptacji. Jestem o ich opinię spokojna, bo nie robię filmu politycznego, tylko poetycki.

Jeśli zaś chodzi o festiwale, to nie wiem, jak skomercjalizowany festiwal Jana A.P. Kaczmarka można nazywać lewicowym. W niego włożone są ogromne pieniądze i dotacje. A Gdynia? Co tam się może zmienić? Komitet organizacyjny tego festiwalu jest w miarę stały. Zmienią się może przedstawiciele telewizji i miejscowej władzy. Nie sądzę, żeby tu zaszła rewolucja. Może jakaś awantura będzie przy Smoleńsku. Emocje tej imprezie towarzyszą od zawsze, zwłaszcza przy okazji werdyktów – majstrowały i majstrują przy nich osoby ze środowiska. Od dawna były różne naciski, ale nie polityczne, tylko środowiskowe. Nie przypisywałabym wszystkich naszych demonów próżności i żądzy władzy wyłącznie politykom. Akurat w środowisku filmowym mają się one od lat znakomicie. Ale jak widać, część tego środowiska ma dosyć. Ludzie powiedzieli „nie”. Proszę zauważyć, jak wygląda rozdział pieniędzy na projekty. W ostatniej sesji nikt z tuzów ani osób, które wcześniej monopolizowały rynek – czasami bardzo zasłużenie, bo odpowiadają za znaczną część polskiego kina – nie dostał dotacji. I to na pewno nie jest wynik politycznych decyzji, tylko merytorycznych. Pieniądze dostały po prostu lepsze projekty.

 

 

Powinniśmy więc zachować spokój?

To, co należy zrobić w aktualnej sytuacji, to na pewno ochronić Instytut, wartość wypracowaną przez środowisko, którego mechanizm się sprawdził. Nie jest doskonały, ale działa. To, że powstanie parę filmów zideologizowanych, nie przeraża mnie jakoś szczególnie. Najwyraźniej tak być musi. Trudno. Trzeba zapłacić tę cenę. Przecież do tej pory powstało tyle niedobrych filmów, które były dotowane przez PISF. To jest po prostu matematyka. Świat o tym zapomni. Trzeba pamiętać, że takie filmy też wzruszają część społeczeństwa. Mam tylko nadzieję, że one nie pójdą w stronę mowy nienawiści. Skoro są ludzie chcący mierzyć się z tematami, które ich dotykają, to też mają prawo je dostać. Zawsze robiliśmy z Krzysztofem kino artystyczne, trudne, dla inteligentów. Dla innych ludzi też ktoś musi filmy kręcić. Trzeba tworzyć kino, które jest traktatem filozoficznym, i takie, które pozostanie na poziomie telewizji rozrywkowej. Jeśli ktoś chce oglądać film – niech będzie nawet o gołębiach pocztowych w czasie II wojny światowej, to ma prawo go dostać. Wszyscy jesteśmy częścią społeczeństwa.

 

Marcel Łoziński mówił, że widzi ogromne zagrożenie w zideologizowaniu dokumentu, który wciąż rości sobie prawo do prawdy, odbijania rzeczywistości jeden do jeden.

Fabuła zakłada pewną umowność. Dokument staje się bardzo szybko faktem. Dla wielu osób ma wartość realnego historycznego zapisu. Coś powiedziane sto razy utrwala się. Szczególnie kiedy jest zapisane na nośnikach cyfrowych. Po latach zaczyna funkcjonować jako prawda historyczna. To jest ogromny problem. Dokumentaliści są w dużo bardziej dramatycznej sytuacji, bo jest ich wielu, a praktycznie nie istnieją źródła finansowania poza PISF-em. Dokument ma taką naturę, że jest interwencyjny, czasami nawet reportażowy. Oczywiście nie dla takich twórców jak Marcel Łoziński czy Maria Zmarz-Koczanowicz. W telewizjach, a zwłaszcza w telewizji publicznej, zaniedbano właśnie reportaże, które siłą rzeczy przerzuciły się do kategorii dokumentu. Skutkiem jest większa kolejka do małych pieniędzy. Ten rodzaj twórczości pozwala wprost artykułować poglądy. Tu jest to dużo bardziej widoczne i skondensowane, bo proces powstawania trwa krócej. Uważam jednak, że liderzy komisji rozpoznają dobry dokument niezależnie od poglądów swoich czy twórcy.

 

A jeśli nie?

Zastanawiam się, czy my się w tym nie nakręcamy. Że to nie ma sensu, pokazała Historia Roja Jerzego Zalewskiego, który to film był zapowiadany jako przywrócenie prawdy, oddanie głosu żołnierzom wyklętym. Tyle się o nim mówiło, a nikt tego nie obejrzał. Trzeba było do kina wysłać uczniów. Budowanie strachu i opresji niczego nie przyniesie, bo ludzie tylko utwierdzą się we własnych lękach. Myśmy nie reagowali, jak przez dziesięć lat panowie w mundurach maszerowali ulicami Budapesztu. Nie chcemy widzieć i nie chcemy słyszeć niektórych procesów. Dlatego w pewne nastroje może trafić film Wołyń Wojciecha Smarzowskiego. Twórcy biorą na siebie ogromne ryzyko odpowiedzialności emocjonalnej. Czekam na niego bardzo i wierzę w mądrość dystrybutora i reżysera, który stara się o tym filmie mówić w sposób mocno humanistyczny i uniwersalny. Uważam, że ten film powstaje w bardzo trudnym momencie dla Ukrainy, po Majdanie. Ale my, Polacy, tak bardzo lubimy sobie współczuć i budować wspólnotowość na poczuciu krzywdy, zawsze jako ofiary i odrzuceni, że Wołyń stanie się takim mitem założycielskim aktualnej formacji politycznej. Dostanie fantastycznie zrealizowany, epicki obraz, zrobiony przez wybitnego człowieka. Potrzeba wielkiej delikatności i mądrości w uruchomieniu narracji i rozmów wokół niego.

 

Wołyń może być zapalnikiem antagonizującym Polaków i Ukraińców?

Mam nadzieję, że po premierze nie będziemy bić Ukraińców na ulicach. Oby tak się nie stało.

 

Nie liczy Pani na to, że on stanie się przyczynkiem do dialogu?

Rozmawianie ze sobą to problem współczesnego świata. Jesteśmy po części socjopatami, zatraciliśmy umiejętność funkcjonowania w grupie, w społeczności.

Mówić jeszcze umiemy, ale kompletnie nie potrafimy słyszeć. Słuchać a słyszeć, patrzeć a widzieć to są ogromne różnice.

Nawet jak spotykamy się w grupie, każdy monologuje. Wiąże się to z brakiem ciekawości świata i drugiego człowieka. Muszę się przyznać, że teraz czytam wyłącznie gazety, których nie czytałam przez lata, czyli „Uważam Rze” czy „wSieci”. Bo co ja sądzę, to ja wiem. A tam znajduję mnóstwo ciekawych rzeczy. Trudno odmówić racji wielu osobom tam publikującym. Ich teksty mają pewien poziom emocjonalności, dlatego tak trudne jest zdiagnozowanie granicy, której nie można przekraczać. Nawet jeśli ktoś nawołuje do nieprzyjmowania uchodźców, bierze się to z czegoś, najczęściej z jakichś lęków. Ludzie boją się w rzeczywisty sposób: o swoją rodzinę, pracę czy tożsamość. Uprzedzenia zawsze biorą się z „czegoś”. To zbyt łatwa diagnoza, że jakieś panie chodzą w moherowych beretach. One są najczęściej samotnymi kobietami, które pół życia musiały sobie radzić bez alimentów, z mężami alkoholikami, padły ofiarą przemocy ekonomicznej i psychicznej. To są dzielne kobiety, które odchowały dzieci, czasami się wykształciły, czasami nie. Dzisiaj te dzieci się porozjeżdżały po świecie, a one zostały same. I nagle pojawia się o. Rydzyk, geniusz w zarządzaniu ludzkimi emocjami. Słucham go i w telewizji, i w radiu. Jego wypowiedzi są kapitalnie pomyślane. I nie mówię tego cynicznie. Rozmowy prowadzone są w taki sposób, że dla ludzi starszych są przyjemne. Mówi się wolno, emocjonalnie, z prostą składnią. I starsi ludzie je przyjmują, bo każdy przecież chce być we wspólnocie. Zawsze wszystkim powtarzam: krytykujemy go, co jest niezwykle łatwe, ale jaką my mamy alternatywę dla jego słuchaczy? Skoro tak aspirujemy, żeby być elitą, to trzeba mieć propozycję także dla tych ludzi. Ktoś musi robić dla nich filmy i programy telewizyjne. Wiele razy postulowałam stworzenie kanału dla seniora. Mamy przecież fantastyczne archiwa programów i seriali. Nie każdy z tych ludzi ma dostęp do Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Oglądają więc telewizje Trwam i Republika, w których część komunikatów jest dla mnie nie do przyjęcia ani na poziomie języka, ani emocjonalnym. Gdy ogląda się te kanały, widać, ile my popełniliśmy błędów.

 

Które z nich są największe?

Te wynikające z arogancji. Uznaliśmy, że części osób w ogóle nie ma. To jest tak jak z mitem smoleńskim. Zamęt, który został stworzony przy całej tej historii, zwłaszcza na poziomie komunikacyjnym, czego rząd nie skorygował, spowodował, że część ludzi nadal jest ogłupiała. Część społeczeństwa wciąż nie wie, czy komisja smoleńska była uznana czy nie, czy chcemy wrak tupolewa, czy go nie chcemy. I czy w ogóle możemy go odzyskać? Premier powinien wziąć tę sprawę na siebie i jasno ją wyjaśnić. W takich sytuacjach trzeba się zachować jak mąż stanu. Oglądałam teraz po raz kolejny „Wiadomości” z 10 kwietnia 2010 r. Wielkie wrażenie zawsze robi na mnie moment, kiedy trumna wyprowadzana jest z samolotu prezydenckiego. Dla mnie to szok, że pierwszy do tej trumny podchodzi kler, a dopiero gdzieś z tyłu stoi premier Donald Tusk. W jakim cywilizowanym kraju taka sytuacja mogłaby się zdarzyć? Przecież to jest mąż stanu, który miejsca mógłby ustąpić co najwyżej rodzinie! Pierwszy powinien podejść marszałek Bronisław Komorowski pełniący już wtedy funkcję prezydenta. To wtedy oddaliśmy odpowiedzialność za to państwo. Widać tam moment przejęcia narracji.

 

Podobna sytuacja miała miejsce w czasie tegorocznych obchodów rocznicy katastrofy, kiedy to prezydent Andrzej Duda podszedł do prezesa Jarosława Kaczyńskiego, a nie na odwrót.

Bardzo to nieładne, ale prezydent sobie na to zapracował. Jest traktowany tak, jak na to zasługuje. Dla mnie to przykre, bo niezależnie od tego, co myślę na jego temat, to także mój prezydent. Fasadowość jego urzędu jest bolesna. Kabaret już się skończył, zaczęła się poważna sprawa. Myślę, że ani prezydent, ani pani prezydentowa nie zdają sobie sprawy, że życie ich wywoła do tablicy. Nie życzę mu, żeby przeszedł do historii jako marionetka. Wierzę, że ma jeszcze wystarczająco dużo czasu, żeby tak się nie stało.

 

Skąd w Pani tyle spokoju?

Kręcę film o ludobójstwie. Mieszkam w miejscu, gdzie to ludobójstwo się wydarzyło, i to nie tak dawno. W zasadzie wszyscy, z którymi się znam i przyjaźnię, wciąż odczuwają jego skutki. W tym miejscu każdy ma swoją historię. Albo jest ofiarą ludobójstwa, albo jest mordercą bądź dzieckiem morderców. To bardzo skomplikowane. Tam jeszcze emocje nie ostygły. To wciąż doświadczenie zbiorowej traumy, której przepracowanie jest zadaniem na pokolenia. Jeżdżę często na ekshumację i do miejsc pamięci. Takie wyjazdy naprawdę pozwalają przewartościować wszystko. Pamiętam, kiedy pierwszy raz byłam w Rwandzie, w 2006 r. W Polsce wtedy odbywała się debata na temat aborcji. Po powrocie z Rwandy nie byłam w stanie się w nią zaangażować. Jestem wewnętrznie przeciwniczką aborcji. Uważam, że tak powinniśmy kierować swoim życiem, żeby nie musieć podejmować takiego wyboru. On zawsze jest dla kobiety dramatem. Kontakt z ludobójstwem na taką skalę w Rwandzie spowodował, że poznałam wiele kobiet, które mają dzieci z gwałtów. Dla nich to jest ogromna trauma i cierpienie na całe życie, bo one nie są w stanie pokochać tych dzieci. Uważam, że nam relatywnie, być może przez ciężar gatunkowy Afryki, bo tam ludzie mają naprawdę realne problemy, towarzyszą zupełnie inne napięcia, wynikające najczęściej z naszych emocji na własny temat. Trochę na własne życzenie dotykają nas choroby cywilizacyjne i nieprawdopodobny stres. W Polsce mamy to wszystko z opóźnieniem. Amerykanie to zachłyśnięcie się przechodzili już w latach 60., co Woody Allen pięknie diagnozował w swoich filmach. Nie przesadzałabym z tą naszą dramatyczną sytuacją – połowa tych zagrożeń siedzi jedynie w głowie.

_

Joanna Kos-Krauze – reżyserka, scenarzystka i producentka, współautorka m.in. Papuszy, Placu Zbawiciela i Mojego Nikifora. Przewodnicząca Związku Zawodowego Reżyserów Polskich, w latach 2006–2013 Przewodnicząca Sekcji Scenarzystów Polskich, członkini Rady Artystycznej Studia Filmowego im. Andrzeja Munka oraz Europejskiej i Polskiej Akademii Filmowej. Ekspert Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, Silesia Film Fund, Gdynia Film Fund i Euroimage w Strasburgu. Obecnie kończy prace nad filmem fabularnym Ptaki śpiewają w Kigali dotyczącym
ludobójstwa w Rwandzie.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata