70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Christian Marquardt/Getty

Wolność Mozarta

Mozart jako muzyk i kompozytor miał stale coś do powiedzenia. Nie należy niszczyć wrażeń z odbioru jego dzieł poprzez obciążanie ich doktrynami i ideologiami rzekomo w nich odkrywanymi. U Mozarta nie ma żadnej „moralności historii” ani wyraźnej, ani subtelnej.

Wielce czcigodne zgromadzenie! Proszę pozwolić mi rozpocząć od przytoczenia paru słów kapelmistrza arcybiskupa Salzburga Leopolda Mozarta, ojca Wolfganga Amadeusza, z roku 1768. Zabrał on swoje dzieci, 12-letniego „Nannerla” i 7-letniego „Wolferla”, na trzyipółletnią trasę koncertową po całej zachodniej Europie. Tak oto aż w Wiedniu miał rozbłysnąć geniusz sztuki i techniki, którym odznaczały się gra i kompozycje chłopca. Przedsięwzięcie napotkało trudności. Pisząc o nich, ojciec zaznacza, że zależy mu na tym, aby „światu ogłosić cud, któremu Bóg pozwolił urodzić się w Salzburgu. Jestem to winien wszechmogącemu Bogu, w przeciwnym razie byłbym najbardziej niewdzięcznym ze stworzeń… Czyż nie było to wielką radością i wielkim moim zwycięstwem, że usłyszałem pewnego zwolennika Woltera mówiącego ze zdumieniem: »Oto wreszcie widziałem cud, po raz pierwszy w życiu?«”. Wspomnianym wolterianistą był encyklopedysta Friedrich Melchior Grimm, który słuchał młodego Wolfganga w roku 1763 w Paryżu i faktycznie wypowiedział następujące słowa: „Naprawdę dojdzie jeszcze do tego, że to dziecko, gdy częściej będę go słuchał, doprowadzi mnie do całkowitego zawrotu głowy – dzięki niemu zaczynam rozumieć, jak ciężko jest uchronić się przed szaleństwem, gdy widzi się cud”. Także Goethe nazwał Mozarta niewytłumaczalnym cudem. Powinno się raczej – czy to będąc wierzącym, jak ojciec Mozarta, czy to niewierzącym, jak baron Grimm, a nawet wtedy gdy nosi się nazwisko Goethe – nieco oszczędniej posługiwać się pojęciem cudu. Zobaczmy jednak, jak wielu określiło Wolfganga Amadeusza Mozarta podobnie, choć przy użyciu innych słów! Jest dla mnie czymś uderzającym, jak często zwłaszcza inni znaczący muzycy – za czasów Mozarta Joseph Haydn, później Rossini, Gounod, Busoni, w naszych czasach Arthur Honegger i Ernest Ansermet (wszystkim przynosi to chwałę) – gdy zaczynali mówić o kunszcie swojego kolegi, wpadali niemal w pełen zachwytu bełkot. Nie chcę robić tego samego. Pozostawię także otwartym pytanie, które niedawno powierzył mi półgłosem jeden ze znanych współczesnych ludzi: czy Mozart nie był aniołem? Wspominam to wszystko po to, aby uzmysłowić nam wszystkim, że w życiu i pracach człowieka, którego tu dzisiaj wspominamy, działało coś wyjątkowego i wydaje się, że działa to do dzisiaj. Czym było i czym jest to coś wyjątkowego?

Obiektywizm

Na początku naszym drogowskazem może być dostrzeżenie u Mozarta dwóch zagadek. Pierwsza zagadka jest następująca: kto słucha Mozarta, słyszy w jego muzyce cały wiek XVIII. Czy było dane jakiemuś innemu muzykowi, aby być tak jak on, na wszystkich poziomach twórczości, otwartym na próby i dokonania jego starszych i młodszych, większych i mniejszych kolegów, ale też na cały świat dźwięków swego otoczenia – od kościelnego chorału aż do ówczesnych wiedeńskich szlagierów ulicznych? Gdy komponował, absolutnie nie przeszkadzało mu, że w pokoju obok śpiewano, piętro wyżej grano na fortepianie, a niżej na klarnecie, a na zewnątrz może jeszcze na bębnie. Pod koniec swojego życia studiował Bacha i Händla tak gorliwie, jakby sam był jeszcze początkującym kompozytorem. Słuchając jego dzieł, trzeba być przygotowanym na reminiscencje i cytaty w najróżniejszych miejscach. Pomieszanie między jego pomysłami, a pomysłami innych mogło i może zdarzać się aż do naszych czasów nie tylko małym, ale i wielkim znawcom Mozarta. W kontekście niektórych, prawdopodobnie lub rzeczywiście niesłusznie przypisywanych mu fragmentach, można ciągle na nowo wyrażać wątpliwości: czy to rzeczywiście nie jego, czy może jednak tak? W końcu jednak XVIII w. nie jest po prostu Mozartem i on nie jest po prostu XVIII w. Już w dziecięcych utworach na fortepian istnieje – i można by było precyzyjnie go zdefiniować! – własny mozartowski odcień dominujący nad wszystkimi przyjętymi przez niego manierami, stylami i motywami. To, co sobie przyswajał, to było coś innego, pierwotnie mu obcego, ale co w jego uszach, w jego głowie i duszy oraz w jego rękach stawało się czymś, czym wcześniej nie było: stawało się właśnie Mozartem. Był to człowiek twórczy, także w tym, i szczególnie w tym, co naśladował. To było rzeczywiście o wiele więcej niż podążanie za innymi. Trzymając się zasad sztuki swojej epoki, od początku poruszał się swobodnie, a później coraz swobodniej. Nie buntował się jednak przeciwko tym zasadom. Nie przełamywał ich. Chciał właśnie w łączności z nimi być sobą – i w tym wyrażała się jego wielkość. Trzeba widzieć tę zależność i właśnie w tej tajemnicy należy szukać specyfiki Mozarta, aby w pełni ocenić wyższość, z jaką poruszał się on w swoim artystycznym i ludzkim otoczeniu, nad którym, gdy zgromadzi się ono w salach koncertowych, aż do naszych dni wydaje się szybować niczym orzeł. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata