70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Sportowcy i śmiertelnicy

Joanna po wejściu na bieżnię stadionu była zdezorientowana, bo nie przywykła do obecności kibiców na zawodach w kraju. Wojciech przed finałem pływackim potrafił wyłączyć się, nie odbierać bodźców. Janusz nie wiedział, czy zerwany mięsień pozwoli pchać kulą. Jakub tuż przed kajakarskim finałem usłyszał od trenerki: „Masz być jak byk!”. Igrzyska paraolimpijskie w Rio de Janeiro to już czysty sport. Na pokonanie swojej niepełnosprawności był czas wcześniej.

„Tu już nie ma odwrotu” – pomyślał Jakub Tokarz. Pięć lat ciężkich treningów, a za niecałą minutę okaże się, ile był wart ten wysiłek. Start. Wiało z boku, ale nie zważał na to. Nie rozglądał się, pracował wiosłem najmocniej, jak umiał. Wpadł na metę niemal równocześnie z dwoma rywalami. Chwila niepewności i okrzyk zwycięstwa. Polak z czasem 51,084 s zdobył złoty medal. Od drugiego na mecie Węgra Roberta Suby był lepszy o… kilkanaście centymetrów.

– To była straszna minuta. Dla mnie to była godzina – wspomina jego trenerka.

To jej Jakub Tokarz zadedykował zwycięstwo na igrzyskach paraolimpijskich w Rio.

 

We właściwym momencie

Był kwiecień 2011 r. Jakub tokarz wyczytał w Internecie, że za trzy dni na poznańskiej Malcie odbędą się testy dla osób z niepełnosprawnością, chętnych do uprawiania kajakarstwa. Pojechał z Wrocławia, spróbował, a ponieważ Izabela Dylewska, legenda polskich kajaków, stwierdziła, że się nadaje, to nie wypadało zaprzeczyć.

Zawsze był wysportowany, kiedyś trenował judo. Dobrze zapowiadającą się karierę przerwało nieszczęście we wrocławskiej dyskotece. Wywiązała się bójka, Jakub ruszył na pomoc koledze i otrzymał cios nożem w kręgosłup. Od tamtej pory nie ma władzy w nogach. Dziś jednak nie wraca do przeszłości. Zaczął trenować ciężary, a dokładniej: wyciskanie sztangi, leżąc. Pojawiły się medale, ale to nie było to. Kajakarstwo przyszło we właściwym momencie. Wraz z nim trenerka Renata Klekotko. Poznali się w maju 2012 r. podczas odbywających się w Poznaniu mistrzostw świata w parakajakarstwie. Wkrótce stali się nierozłączni, także w życiu.

 

Wiosło w przeręblu

Rozpoczęli wspólne treningi, a właściwie należałoby powiedzieć: katorżniczą pracę.

– Trzeba ćwiczyć tak, żeby mieć siłę – tłumaczy Jakub Tokarz.

– To będzie moja przewaga nad przeciwnikami w dniu zawodów. Oni już oddychają rękawami, a ja jeszcze mam trochę pary. Codziennie rano trening w kajaku, potem siłownia, odpoczynek i znowu na wodę.

– To odróżnia sportowców od śmiertelników – podkreśla trenerka. – Nie każdy musi być sportowcem, to nie jest nakaz, to nie są kajdany, które się zakłada na siłę. Kuby nikt nie zmuszał, mnie też nie.

Szybko przyszły sukcesy na mistrzostwach Europy i świata. Nie było ważne, że baza treningowa pozostawia wiele do życzenia. By znaleźć się na pomoście, Jakub musiał, siedząc na wózku, opuszczać się na linie obok schodków. Gdy przyszły mrozy, by zanurzyć wiosło, musiał wykuć sobie najpierw przerębel.

Dopiero ostatniej zimy pojawiły się pieniądze na zgrupowanie we Włoszech. Ćwiczyli tak intensywnie, że dziwili nawet trenerów pełnosprawnych kajakarzy.

– Ludzie uważają, że osoba niepełnosprawna powinna się oszczędzać, rehabilitować, odpoczywać – mówi Renata Klekotko.

– Ale czas rehabilitacji mamy już dawno za sobą. Teraz walczymy o cele sportowe. To jest zawodowstwo, gladiatorstwo. Cały świat chce mieć medal.

 

Kajak jak but

Parakajakarstwo to dość młoda dyscyplina, w programie igrzysk paraolimpijskich jest właśnie od Rio. Zawodniczki i zawodnicy rywalizowali o medale na dystansie 200 m w trzech kategoriach, zależnie od poziomu sprawności.

Wyrównać szanse startujących z różnymi niepełnosprawnościami – ta idea przyświeca całemu sportowi paraolimpijskiemu.

Parakajakarstwo podzielono ze względu na dysfunkcję nóg i tułowia.

– Oglądając wyścig kajakowy, można pomyśleć, że najważniejsze są ręce, a to nie jest prawda – tłumaczy Jakub Tokarz.

– Największy napęd dają nogi. Lekko ugięte w kolanach, cały czas pompują, naciskając na podnóżek. Stąd idzie cała energia: nogi, biodra, pośladki, dół pleców, a ręka jest tylko elementem wykonawczym, końcowym.

Najsprawniejszą grupą w parakajakarstwie są więc ci, którzy mają amputowaną lub słabszą jedną nogę. W kolejnej startują osoby z lekkimi porażeniami lub podwójną amputacją kończyn dolnych. Jakub Tokarz startuje w kategorii zawodników, którzy nie poruszają nogami. Żeby mieć kontrolę nad kajakiem, być z nim jednością, siedzi w czymś w rodzaju kubełka, jak w gokarcie. To siedzisko jest profilowane dla każdego indywidualnie, do tego dochodzą pasy, bo kajak, który nie jest „zespolony” z zawodnikiem, to jak za duże buty. Można w nich biec, ale wynik nie będzie rewelacyjny. Z drugiej strony kajakarz w razie wywrotki musi mieć możliwość szybkiego oswobodzenia się i wypłynięcia. Taki profesjonalny sprzęt kosztuje. Sam kajak to 12 tys. zł. 770 medali podobnie wygląda to w niemal każdej dyscyplinie paraolimpijskiej, bo osoby z różnymi rodzajami niepełnosprawności uprawiają dziś niemal każdy sport. Sekret polega na jego adaptacji do konkretnej dysfunkcji – o ile jest taka potrzeba.

Zaczęło się od dwóch kobiet i 14 mężczyzn na wózkach – weteranów II wojny światowej. W 1948 r., w dniu otwarcia igrzysk olimpijskich w Londynie, doktor Ludwig Guttmann, uciekinier z hitlerowskich Niemiec, zorganizował dla nich turniej łuczniczy w szpitalu w podlondyńskim Stoke Mandeville.

Wierzył, że rywalizacja sportowa jest korzystna dla kondycji fizycznej i psychicznej. Miał rację, a z czasem rosła liczba dostępnych dyscyplin. W 1960 r. w Rzymie, podczas pierwszych igrzysk paraolimpijskich, rywalizowało już 400 zawodników z 21 krajów, wszyscy po urazie rdzenia kręgowego. W kolejnych latach dołączano m.in. osoby niewidome i niedowidzące, po amputacjach, z mózgowym porażeniem dziecięcym, z lekką niepełnosprawnością intelektualną.

Igrzyska paraolimpijskie organizowane są co cztery lata, od 1976 r. także w odmianie zimowej. Od Seulu (1988) odbywają się na tych samych obiektach co igrzyska olimpijskie. W Rio były już 23 dyscypliny, w tym piłka nożna osób niewidomych (z futbolówką z dzwoneczkiem w środku), siatkówka na siedząco, szermierka na wózkach, judo dla osób z dysfunkcją wzroku, pływanie i lekkoatletyka dla osób z niemal każdego rodzaju niepełnosprawnością. Polacy dołączyli do rywalizacji w 1972 r. w Heidelbergu. Do dziś latem i zimą zdobyli łącznie ponad 770 medali. W Rio nasi paraolimpijczycy wywalczyli 39 krążków, w tym dziewięć złotych, 18 srebrnych i 12 brązowych.

 

Trener celuje w głowę

Jednym z medalistów z Rio jest Wojciech Makowski. Zdobył srebro na 100 m stylem grzbietowym. Jego drugą pasją jest muzyka hiphopowa. „Płynąc w basenie, czuję się pewniej, niż chodząc po podłodze” – rapuje jako W.A.M. w kawałku Igrzysk czas.

– Płynąc, nie mam takich oporów i takiej niepewności jak wówczas, gdy chodzę z białą laską po terenie, którego nie znam – mówi. – Bo wtedy trzeba ostrożnie, powoli, natomiast tor na basenie jest mi znany, wszędzie wygląda tak samo, mogę rozpędzać się, zwalniać i robić, co chcę.

Do uzyskania takiej wolności potrzebne są jedynie małe adaptacje. Niewidomy pływak musi przecież wiedzieć, że zbliża się do ścian basenu. Na zawodach za informowanie o konieczności zrobienia nawrotu odpowiedzialni są tzw. tapperzy, czyli zaufani członkowie ekipy, najczęściej trenerzy. Stoją na krańcach basenu, trzymając długie tyczki, zakończone miękkim przedmiotem, którymi w odpowiednim momencie dotykają zawodnika.

– Mój trener klubowy Waldemar Madej przy kraulu celuje w głowę, trener koordynator Wojtek Seidel na zawodach międzynarodowych „puka” mnie w plecy, nawet mi takiego pięknego siniaka nabił na mistrzostwach Europy – śmieje się Wojciech Makowski.

Od urodzenia bardzo słabo widział. Gdy miał 8 lat, ostatecznie utracił wzrok. Pochodzi ze sportowej rodziny, zawsze był aktywny fizycznie. Ojciec i brat też pływali, mówi więc, że ma „krew chlorowaną”.

W rodzinnych Kielcach chodził do szkół integracyjnych i ten kontakt z pełnosprawnymi rówieśnikami wspomina bardzo dobrze, jednak jako osoba niewidoma nie miał tam możliwości trenowania na basenie. Zmieniło się to po przyjeździe na studia do Warszawy, trochę przypadkiem.

Musiał odrobić WF, trafił na odpowiednich ludzi i zaczął trenować pływanie. Tak go pochłonęło, że był bliski rezygnacji ze studiów, bo nie mógł pogodzić treningu od 6 rano z zajęciami, które – godzinę drogi od basenu – zaczynały się o 8. Uniwersytet Warszawski poszedł mu na rękę – skończyło się indywidualnym tokiem studiów i urlopem dziekańskim przed Rio.

Chociaż w rękach często kule, nie kuleje charakter” – to inny cytat autorstwa W.A.M. Jego zdaniem charakter jest kluczem.

– Pozwala najpierw oswoić się z niepełnosprawnością, potem zaakceptować ją, a następnie całkiem normalnie z nią żyć – podkreśla Wojciech Makowski. – Wiadomo, że niepełnosprawność generuje pewne trudności, ale nie dyskwalifikuje ze szczęśliwego, zadowalającego życia. Osoba niepełnosprawna nie musi być przy tym niepełnosprawna życiowo. Jego zdaniem niepełnosprawność jest dla wielu wymówką. Bardzo ważna jest rola rodziców.

– Najpierw sami muszą się z tym oswoić, żeby później potrafić dziecku wytłumaczyć, że „nie będziesz widział czy chodził, ale to nic nie znaczy, bo możesz być szczęśliwym człowiekiem, musisz próbować, bo to jest twoje życie i jeżeli ty się poddasz, to nikt za ciebie nic nie zrobi” – mówi. Rodzice zawsze motywowali go do działania, próbowania, walki. Wspiera go także dziewczyna.

 

Proteza, czyli doping

Motywuje nie tylko rodzina. mogą to być inni trenujący.

– W wiosce olimpijskiej była taka bardzo duża siłownia – wspomina Jakub Tokarz. – Pełen przekrój ćwiczących: karłowaty, bez nogi, na wózku, niewidomy, bez dwóch nóg, bez rąk, a każdy coś robi na tej siłowni, trenerzy z boku, pot się leje, ręczniki. Tam nie ma tragedii, tam są wysiłek, upór, sport.

Szczególne wrażenie zrobił czarnoskóry Amerykanin, który jedną nogą i protezą drugiej wypychał… 450 kg. Sześciokrotnie.

Trzeba jednak przyznać, że wyniki paraolimpijczyków często zadziwiają.

W Rio sensację sprawili niedowidzący biegacze. Czterech z nich miało na dystansie 1500 m lepsze czasy niż zwycięzca odbywających się tuż wcześniej igrzysk olimpijskich.

To oczywiście dwa różne biegi, dwie różne ich taktyki, ale wiele mówi o możliwościach paraolimpijczyków. Jeszcze niedawno wielkie kontrowersje budził Oscar Pistorius. Nie do końca wyjaśniono, czy używane przez biegacza z RPA sprężyste protezy z włókna węglowego dawały mu przewagę nad pełnosprawnymi biegaczami. Ostatecznie wystąpił na igrzyskach olimpijskich w Londynie w 2012 r. Wkrótce temat protez stał się nieistotny w obliczu sprawy kryminalnej Pistoriusa.

Dyskusja odżyła jednak za sprawą Markusa Rehma, który w odróżnieniu od Pistoriusa ma potencjał, by w skoku w dal pokonać pełnosprawnych rywali. Jednonogi Niemiec, odbijając się z protezy, skoczył już na odległość 8,40 m. To o dwa cm dalej niż pełnosprawny zwycięzca z Rio. Tylko zabiegi regulaminowe uniemożliwiły Rehmowi start na igrzyskach olimpijskich w Brazylii, ponieważ nawet środowisko paraolimpijczyków jest podzielone co do tego, czy wspólne starty z olimpijczykami to dobry pomysł. Okazało się bowiem, że sprzęt ortopedyczny, który miał wyrównywać szanse, w niektórych przypadkach daje przewagę, co nazywane jest przez krytyków dopingiem technologicznym.

Nie byłby on możliwy, gdyby w sporcie paraolimpijskim nie pojawiły się duże pieniądze. Także w formie nagród i stypendiów. W ślad za nimi przypełzł doping farmakologiczny. Paraolimpijczycy od wielu lat poddawani są kontrolom antydopingowym. O skali problemu świadczyć może fakt niewpuszczenia do Rio reprezentacji Rosji, gdzie nielegalne wspomaganie miało przybrać postać systemową.

 

Bar, pociąg, żal

Wszystko to powoduje, że dziś wspominanie o tym, że sport paraolimpijski to rehabilitacja, wywołuje co najmniej uśmiech. – Jak się ktoś uczy pływać, to te początki mogą być rehabilitacją, ale jeżeli zawodnik zaczyna na mistrzostwach Polski zdobywać medale, to już musi regularnie trenować – mówi kulomiot Janusz Rokicki. Sam przeszedł taką drogę. W wakacje 1992 r. jako 18-latek dorabiał na budowie w rodzinnej Wiśle. Do dziś żałuje, że pod koniec miesiąca nie poszedł z wypłatą prosto do domu, ale zahaczył o bar. Ktoś musiał tam zauważyć, że młody człowiek ma większą gotówkę. Napadli go, gdy szedł wzdłuż linii kolejowej. Okradli i nieprzytomnego zostawili na torach. Pociąg obciął mu obie nogi.

O tym, że dzięki protezom znów będzie mógł chodzić, opowiedziała mu jego siostra, pielęgniarka. Złapał się tej myśli. Swoje przepłakał, ale w nocy, gdy nikt nie widział. Słowa siostry tak go uspokoiły, że przysłano do niego… psychiatrę.

– Mówię mu: „Z tego, co się orientuję, to mam problem z nogami” – wspomina. – On na to: „Pan się nietypowo zachowuje”. Odpowiedziałem, że po prostu jestem szczęśliwy, że żyję, że mam ręce i podobno możliwość chodzenia. Dość szybko wrócił do aktywności.

– Nie chciałem siąść na wózku i czekać na starość – mówi.

Przez osiem kolejnych lat nie miał kontaktu ze sportem.  Nie wiedział, że tacy jak on mogą cokolwiek uprawiać. W ramach rehabilitacji poszedł jednak na basen. Po dłuższych namowach.

– Nie chciałem iść za skarby świata, bo przed wypadkiem nie umiałem pływać – opowiada. – Jaki to ma sens? Pociąg przeżyłem, a na koniec się utopię.

Ostatecznie tak mu się pływanie spodobało, że rozpoczął regularne treningi, potem były starty w zawodach, medale. Jako mistrza zaproszono go na spartakiadę, pchnął dla zabawy kulą i… pokonał wszystkich. Znalazł swoją drogę.

Dziś w pchnięciu kulą ma m.in. trzy srebrne medale igrzysk paraolimpijskich (Ateny 2004, Londyn 2012, Rio 2016). Ten ostatni zdobył mimo poważnej kontuzji, jakiej nabawił się w łazience w wiosce olimpijskiej. Było mokro i ślisko, spadł z wózka, zerwał jeden mięsień łopatki i naderwał drugi. Walczył więc nie tylko z rywalami.

– Bolało bardzo przy tym pchaniu – mówi – ale kiedy jest się osobą niepełnosprawną… można się przyzwyczaić do bólu.

Janusz Rokicki przyznaje, że uzależnił się od treningów, adrenaliny na zawodach. Ma swoje lata, ale chce skończyć karierę dopiero po zdobyciu złota. Nie boi się ciężkiej pracy. Imał się różnych zajęć, by utrzymać rodzinę (ma trzech synów) i móc trenować. Wiele lat pracował fizycznie, teraz pracuje zdalnie dla jednej z firm bukmacherskich. Było też tak, że choć na zawodach walczył o medale z cennych kruszców, w tym samym czasie musiał też zdobywać mniej szlachetne metale.

Nie chciano wierzyć, gdy media nagłośniły, że Janusz Rokicki, wicemistrz z Aten, zbiera złom.

– Kraść nie dam rady, charakterystyczny jestem, przez dziurę nie przejdę, uciekać nie zdołam – śmieje się dziś.

– Musiałem sobie jakoś radzić.

Próbował też szukać sponsorów, kursował od drzwi do drzwi.

– Chodzenie z tą prośbą było dla mnie bardziej upokarzające niż zbieranie złomu – wspomina.

Zarabiał tak przez ponad rok. Dzięki medialnej burzy pojawił się sponsor, przed Rio kolejny.

 

Londyńska zmiana

Niestety, pieniądze w sporcie paraolimpijskim to trudny temat. Na przygotowania olimpijczyków do Rio wydano ok. 380 mln zł. W przeliczeniu na jednego zawodnika to średnio 1,6 mln zł. W przypadku paraolimpijczyków z pieniędzy ministerialnych jest 300-400 tys. zł na… jedną dyscyplinę. Owszem, w ostatnich latach Polski Komitet Paraolimpijski zaczął zdobywać sponsorów, własnych mają najbardziej medialni zawodnicy, a na rok przed Rio Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych dorzucił do przygotowań niebagatelną kwotę 10 mln zł.

Sponsorzy pojawiają się, gdy sport jest obecny w mediach, tymczasem zawodników z niepełnosprawnością jest w nich jak na lekarstwo. Sytuacja i tak zmieniła się na korzyść od igrzysk paraolimpijskich w Londynie. Wielka Brytania żyła tymi zawodami, sprzedano ponad 2,5 mln biletów. 2012 r. zmienił coś także w Polsce. Okazało się, że nie ma już zgody znacznej części społeczeństwa na lekceważenie przez media sukcesów naszych paraolimpijczyków. To doświadczenie oraz walka wielu osób doprowadziły przy paraolimpiadzie w Rio do pierwszych w historii Telewizji Polskiej transmisji na żywo igrzysk paraolimpijskich.

Poprawiła się też sytuacja najlepszych. Medalistom igrzysk przysługują nagrody w kwocie takiej samej jak zawodnikom pełnosprawnym. W przypadku Rio było to: 64,4 tys. zł za złoto, 46 tys. zł za srebro i 36,8 tys. zł za brąz. Medaliści mają też zabezpieczoną przyszłość. Po ukończeniu 40 lat, o ile nie uprawiają już sportu, przysługuje im tzw. emerytura olimpijska. W 2016 r. jej kwota to ponad 2,6 tys. zł netto.

Ministerstwo Sportu i Turystyki wypłaca też comiesięczne stypendia zawodnikom, którzy w igrzyskach paraolimpijskich, mistrzostwach świata lub Europy zajmą miejsca od pierwszego do ósmego.

Od zajętego miejsca i rodzaju zawodów zależy stawka. W rywalizacji musi jednak brać udział odpowiednia liczba zawodników, tymczasem… w niektórych kategoriach niepełnosprawności nie przyjeżdża ich tylu na międzynarodowe zawody.

 

Połączeni opaską

Bez pieniędzy są w tej chwili sprinterka Joanna Mazur oraz jej przewodnik Michał Stawicki. Trenują od początku 2016 r. By solidnie się przygotowywać, zrezygnowali z pracy. Udało im się zdobyć mistrzostwo Europy, jednak na medale w Rio było jeszcze za wcześnie. Startują na 100, 200 i 400 m w kategorii osób niewidomych.

Podczas biegu są połączeni opaską, którą ona ma na nadgarstku, a on trzyma w dłoni. On jest szybszy, jednak nie wolno mu ciągnąć jej za sobą, napędzać. Zresztą to może tylko zaszkodzić płynności biegu. Przepisy nakazują też, by to ona pierwsza wystartowała z bloków i przed nim wbiegła na metę. Przewodnik ma prawo jedynie mówić, co się dzieje – że wchodzą w łuk, wybiegają na prostą.

Do takiego biegania niezbędna jest znakomita synchronizacja, m.in. długości kroku, ruchu ramion. To można wypracować tylko w czasie wspólnych treningów z tym samym przewodnikiem. W Polsce nie ma w zasadzie tradycji biegania osób niewidomych z przewodnikami. Michał Stawicki, były sprinter, a obecnie trener, przyznaje, że uczył się… z internetowych filmików.

Podkreśla zaciętość i zaangażowanie Joanny.

– Każdemu trenerowi życzę, żeby trafiali na taki typ zawodników, jakim jest Asia – zaznacza. – Pojechać na igrzyska to jest szczyt szczytów. To dla mnie wielkie wyróżnienie, że mogę pomóc komuś spełniać te marzenia.

Michał Stawicki przyznaje, że był zaskoczony tym, jak szybko Joanna mu zaufała.

– To nie przyszło od samego początku, musieliśmy to zaufanie wypracować – podkreśla sprinterka. – Nie boję się biec z maksymalną prędkością, bo wiem, że on czuwa nad bezpieczeństwem. Jest moimi oczami, więc wiem, że nic się nie stanie.

Najpierw Joanna musiała przełamać się sama, gdy traciła wzrok.

– Widziałam źle, a potem już tylko gorzej – wspomina.

– Miałam ogromny lęk przestrzenny, bałam się wychodzić z domu.

Długo nie chciała dopuścić myśli, że nie widzi, wstydziła się tego. Trenowała w grupie osób widzących, pomagały jej, podczas biegu liczyła kroki, kiedy jednak parę razy zatrzymała się na ścianie, zrozumiała, że biegać może tylko z przewodnikiem. I że musi zaakceptować sytuację taką, jaka jest.

 

Wykorzystać to, co się ma

Joanna zawsze była ruchliwa. wbrew okulistom, którzy na wszelki wypadek zabraniali jej aktywności fizycznej. Nie miała lekko. Szkoła integracyjna to było pasmo przykrości ze strony uczniów i nauczycieli.

– Nie miałam książek, śmiano się, kiedy używałam ukradkiem lupy, żeby cokolwiek zobaczyć – wspomina.

Przeniosła się do szkoły dla dzieci niewidomych i słabowidzących w Krakowie. Tam nabrała pewności siebie, zaczęła przygodę ze sportem.

– To, że jestem osobą, która ma szczątkowe widzenie, w żaden sposób nie umniejsza mojego człowieczeństwa, nie znaczy, że mam się czuć w jakikolwiek sposób gorszym lub mniej wartościowym człowiekiem – mówi dziś. – Trzeba chyba nauczyć się wykorzystywać to, co się ma. Nawet jeśli ktoś nie potrafi zaakceptować tej sytuacji, to musi po prostu nauczyć się z nią żyć i wykorzystywać jako pewnego rodzaju atut. Może ktoś zobaczy mnie, niepełnosprawnego sportowca, i pomyśli sobie: ja siedzę w domu i nic nie robię, ona nie widzi i daje sobie radę? Może to będzie bodźcem dla kogoś, żeby zacząć robić coś wartościowego w swoim życiu?

 

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter