70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Prometeusz chybił

Awaria w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej przyczyniła się do desakralizacji władzy radzieckiej, po której rozpad ZSRR pozostał jedynie kwestią czasu.

Choć urodziłem się w Doniecku i tam spędziłem wczesne dzieciństwo oraz młodość (okres szkolny w trudnych latach 90. przeżyłem w sąsiednim mieście – Ługańsku), to katastrofa w Czarnobylu bezpośrednio dotknęła moją rodzinę. Babcia ze strony ojca pochodziła z rodziny białoruskich Żydów z Rzeczycy w obwodzie homelskim i trafiła do Donbasu wraz ze swoimi ciotkami i siostrą w latach 50. XX w. Wtedy dwie inne siostry, w tym jej najukochańsza, pozostały w Rzeczycy, gdzie urodziły dzieci, a później wychowywały wnuki. Miałem zaledwie kilka lat, kiedy w Czarnobylu wydarzyła się katastrofa, ale dobrze pamiętam niepokój babci po każdej serii rozmów telefonicznych z Białorusią, z których dowiadywałem się, że u znanych jedynie z imienia kuzynów stwierdzono powiększenie tarczycy. Wydaje mi się, że to właśnie czynnik zdrowotny sprawił, że moi białoruscy krewni po upadku żelaznej kurtyny postanowili wyemigrować – najpierw do Izraela, później do USA. Nie jestem pewien, czy zdawali sobie sprawę, że wybuch w Czarnobylu nie tylko umożliwił im wyjazd za granicę, ale przyspieszył rozpad ZSRR.

Koniec Związku Radzieckiego ogłoszono oficjalnie w grudniu 1991 r., kiedy na mocy układu białowieskiego podpisanego przez prezydentów Rosji Borysa Jelcyna i Ukrainy Leonida Krawczuka oraz przewodniczącego Rady Najwyższej Białorusi Stanisława Szuszkiewicza powstała Wspólnota Niepodległych Państw. Dwa lata wcześniej Związek Radziecki został ogłuszony falą aksamitnej rewolucji, która miała miejsce w krajach bloku i udowodniła bezsilność wpływów Moskwy wobec Budapesztu, Warszawy i Pragi (a także Rygi, Wilna i Tallina). Jednak odliczanie do zwrotnego punktu w dziejach Związku Radzieckiego rozpoczęło się nocą 26 kwietnia 1986 r. Ideologiczne następstwa wybuchu w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej poszły znacznie dalej, niż można byłoby się tego spodziewać. Katastrofie udało się osiągnąć niemożliwe – zagrozić życiu człowieka sowieckiego, tak starannie planowanemu od II wojny światowej.

Odtąd przeciętny obywatel radziecki żył w świecie bipolarnym, opartym na kategoriach Dobra i Zła. Socjalizm uważano za sprawiedliwą formację społeczno-polityczną, w ramach której udało się ostatecznie przezwyciężyć eksploatację człowieka przez człowieka i, mówiąc szerzej, usunąć klasowe rozwarstwienie społeczne. Istotnym tematem lat 50. i 60. był proces wyzwolenia się krajów afrykańskich z zależności kolonialnej (w większości zachodnich) metropolii, który wyjątkowo celnie ukazał nieuniknioną porażkę systemów burżuazyjnych. One właśnie – z Ameryką na czele – pozostawały w świadomości homo soveticusa nie tylko jako ucieleśnienie społecznej niesprawiedliwości, ale jako centrum upadku człowieczeństwa i moralności. Klasyczna rosyjska fraza z radzieckiej nowomowy o „niszczycielskim wpływie Zachodu” miała budzić wstręt (przymiotnik „niszczycielski” kojarzył się wtedy z czynnikami powodującymi rozkład zwłok) oraz ukazać zaraźliwy charakter zachodnich wartości oraz kultury. W każdym razie – radziecki obywatel, który zdobywał radziecką edukację, wiedział, że część planety otoczona jest siłami Zła, ale to miało być tylko tymczasowe i powinno ulec zmianie. A ponad wszystko wiedział, że każdy dzień, tydzień, miesiąc i rok przybliża porażkę Ameryki, i dlatego dokładał codziennych starań w zwycięstwo ZSRR.

Jednak czasowy wymiar świata człowieka radzieckiego w ogóle nie był ograniczony wąskim horyzontem właściwej dla gospodarki radzieckiej „pięciolatki”, a nawet nie tymi dwiema dekadami, jakie rzekomo (według Nikity Chruszczowa) oddaliły kraj, w którym rozwinął się socjalizm, od kraju, w którym dokonał się komunizm. Tak, przecież, z psychologicznego punktu widzenia znacznie łatwiej wierzyć, że tą drogą zechcą podążać pokolenia. Przeświadczenie o Świetlanej Przyszłości Kraju Rad miało wyraźnie eschatologiczny (albo irracjonalny) charakter, opierało się jedynie na wyobrażeniu o rozumieniu zasad rozwoju społecznego i praw natury. W rzeczywistości ciągły postęp naukowo-techniczny pozostał w świadomości homo soveticusa siłą napędową wszystkich zmian, które składały się na tymczasową modalność zastanego świata.

Ważne, że prócz niepozostawiającego wątpliwości kultu rozumu i nauki istnieje jeszcze jeden znaczący zwrot w radzieckiej nowomowie, który zdradza mitologiczne podstawy dyskursu radzieckiego, chodzi o – „podbój sił natury”. Człowiek radziecki pragnął ją opanować – nie tyle pogłębiać wiedzę o niej na rzecz rozwoju społecznego, ile po prostu ustanowić na nowo prawa przyrody, która miałaby służyć społeczeństwu. Rzecz jasna, to nauka stała się jednym z tych pól (obok aren sportowych), na których toczyły się zmagania między ustrojami społeczno-politycznymi. W latach 70. i 80., gdy Zachód wszedł w erę postindustrialną i skoncentrował się na rozwoju elektroniki, ZSRR pozostał daleko w tyle. Niezwykle ekscytująca walka rozegrała się w latach 50. i 60. w dziedzinie kosmonautyki i energii atomowej, która dodała życiu obywateli radzieckich symbolicznego znaczenia.

Kwestia kosmosu nie potrzebuje żadnych wyjaśnień. Mówiąc metaforycznie: na Księżycu, Marsie czy każdej innej planecie powinna powiewać czerwona flaga z sierpem i młotem (w skrajnych przypadkach – flaga ONZ), a nie pasiasta flaga z 50 gwiazdami. Ciekawsza wydaje się sprawa energetyki jądrowej.

Rzecz w tym, że po ataku na Hiroszimę i Nagasaki energię atomową w ZSRR zaczęto kojarzyć z bombą i całym szeregiem innych powiązań: grzybem atomowym, skażeniem promieniotwórczym, chorobą popromienną, wojną atomową, zimą nuklearną, niebezpieczeństwem ze strony wrogiego Zachodu, z kryzysem kubańskim. By zneutralizować tę różnicę semantyczną, przeciwwagą dla „atomów destrukcji” miały się stać „atomy pokoju” (w angielszczyźnie peaceful nuclear energy) przeznaczone do niesienia światu energii pokojowej, a nie wojennej. Wizerunek człowieka rozszczepiającego palcami molekuły był jednym z najczęstszych motywów mozaik ściennych na budynkach radzieckich uczelni i instytucji naukowych w latach 60. XX w. „Atom pokoju” stał się nowym ogniem Prometeusza, świadczył o potędze przyrody – i odpowiednio o sile (radzieckiego) człowieka (władzy), którą udało się zdobyć i okiełznać. Elektrownie jądrowe, które tworzyły elektrykę praktycznie z niczego, stanowiły najlepszy przykład tej potęgi.

Ale 26 kwietnia 1986 r. Prometeusz chybił. Destrukcyjna siła energii, którą miał oswoić i trzymać przy sobie, wymknęła się spod kontroli i spowodowała pożar. Władza, która wydawała się właściwie zarządzać, była bezradna wobec żywiołu. Przerażał czas: cały miesiąc trwało fizyczne gaszenie pożaru, a czas połowicznego rozpadu izotopów ustalono na 30 lat! To dystans, który burzył cały horyzont przyszłości człowieka radzieckiego i sprawił, że stała się ona bezużyteczna.

Władza nie tylko się desakralizowała. Naruszała też zasady umowy społecznej, zgodnie z którą atom miał pokojowo rozwijać cywilizację, a nie niszczyć ją i uśmiercać. Przywrócenie sfery sakralnej okazało się niemożliwe, dlatego rozpad ZSRR pozostał tylko kwestią czasu.

_

Tłumaczyła Urszula Pieczek

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata