fbpx

70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Prawo do ziemi, prawo do głosu

Kultura rdzennych mieszkańców Australii i ich duchowe wartości, które były skutecznie wyniszczane przez dwa ostatnie stulecia, dziś stają się cennym towarem. Prawo do wizerunku, podobnie jak prawo do ziemi, to zagadnienie, w sprawie którego zarówno rdzenni mieszkańcy, jak i potomkowie kolonizatorów zabierają głos. Coraz bardziej równy.

Te przedmioty spotykało się niemal wszędzie: w przestronnych mieszkaniach przy Oxford Street w Sydney, przygnębiających domach otoczonych siatkowanym płotem na przedmieściach tropikalnego Darwin czy odległym – nawet dla Australijczyków ze wschodniego wybrzeża – Perth. Raz była to niewielka figurka stojąca między książkami, przedstawiająca dziecko australijskich autochtonów: czarne putto z wielką głową i szeroko otwartymi oczyma. Innym razem był to talerz z wymalowanymi smukłymi sylwetkami myśliwych na tle zachodzącego słońca. Gdziekolwiek by się szło, do jakiegokolwiek wnętrza by się zajrzało, można się było spodziewać, że chwila wytężonej uwagi przyniesie choć jeden przykład kiczowatego wzornictwa użytkowego, wykorzystującego wizerunek rdzennych mieszkańców kontynentu nazywanych obraźliwie Abo. Pozbawione wartości, produkowane przez długie lata banalne drobiazgi potrafiły wpasować się wszędzie. Aby zrozumieć, na czym polega zamiłowanie potomków kolonizatorów do bibelotów, wystarczy ruszyć na którąś z wyprzedaży garażowych w Sydney, gdzie można natknąć się na tysiące drobiazgów pozbawionych wyraźnej funkcji i smaku. Niektóre z nich posiadają mocny kolonialny wydźwięk, inne śmieszą lub mają rozczulać, jeszcze inne, niemal zbliżone do popularnych kropkowych malowideł, próbują adaptować elementy kultury zbyt odległej, by ją rozumieć. Wszystkie niosą w sobie dużą moc: z jednej strony obłaskawiają mroczną kartę historii Australii – wieloletnią eksterminację jej prawowitych właścicieli, z drugiej – uświadamiają coś o wiele poważniejszego: głęboką, utajoną niechęć do rdzennych mieszkańców, która – budowana latami – wciąż trwa w australijskim społeczeństwie.

Aborygeński kicz – jak w jednym z tekstów pisała Liz Conor, publicystka i naukowiec z uniwersytetu La Trobe zajmująca się historią, w tym feministyczną, Aborygenów[1] – odnaleźć można również w przestrzeni publicznej. W hotelu w Fitzroy autorka widziała portret czarnoskórej kobiety – nieudany, wydaje się, że artystę bardziej interesowały realistycznie odmalowane piersi modelki aniżeli jej twarz, która wygląda na imitację stylu Francisa Bacona. W Canberrze Conor na wykafelkowanej ścianie toalety Klubu Sussex Inlet RSL dostrzegła wizerunek myśliwego uchwyconego w chwili rzutu bumerangiem. Wzburzona obecnością dekoracji utrzymanych w kolonialnej manierze, stwierdziła w swoim tekście, że Australijczycy – potomkowie pierwszych kolonizatorów zmagający się z piętnem 200-letniej rasowej przemocy wobec rdzennych mieszkańców kontynentu – wciąż otoczeni są wizerunkami niesprawiedliwie wykorzystującymi motywy kultury, którą wyniszczali. Uznała ponadto, iż przedsięwzięcie powielania wizerunku autochtonów bez ich udziału, a jak ustaliła, zaledwie kilku rdzennych artystów zaangażowanych było w proces ich powstawania, jest niczym więcej niż kolejnym przejawem kolonialnej eksploatacji – tym razem na poziomie wizerunku.

Tekst – pozornie słuszny, pisany z pozycji współczucia i niosący dużą dawkę postkolonialnej ekspiacji – spotkał się z ostrą krytyką ze strony Kerry Reed-Gilbert. Przynależąca do starszyzny poetka, pisarka, fotografka i aktywistka pochodząca z rodziny Wiradjuri, będąca autorytetem w kwestii użytkowego przedstawiania motywów i postaci Aborygenów, jest kolekcjonerką takich przedmiotów. Jej potężny zbiór, który bezpłatnie przekazała Australijskiemu Instytutowi Studiów nad Aborygenami i mieszkańcami Wysp Cieśniny Torresa (The Australian Institute of Aboriginal and Torres Strait Islander Studies – AIATSIS) – jednostce o niekwestionowanym znaczeniu w procesie zrozumienia kultury autochtonów – udostępniony został zwiedzającym. Reed-Gilbert, czując się w pełni uprawnioną do zabrania głosu, nie tylko jako kolekcjonerka, ale również jako kobieta Aborygenka, stwierdziła, że postawa dziennikarki – reprezentantki białej większości, która decyduje o tym, co powinni myśleć rdzenni mieszkańcy kontynentu – jest kolejnym przykładem odbierania prawa do samostanowienia i posiadania przez Aborygenów własnej opinii.

Wymiana zdań dotycząca kiczowatych bibelotów, pozornie nijak mająca się do problemów w skali makro, odsłania szerszy aspekt wieloletniego wykorzystywania przez Australię mocy drzemiącej w kulturze autochtonów. Aby zrozumieć istotę tego problemu, warto choćby skrótowo prześledzić proces kolonizacji australijskiego kontynentu.

Utrata łączności z Czasem Snu
W kwietniu 1770 r. do Zatoki Botanicznej, nad którą położone jest dziś Sydney, wpłynął James Cook. W dzienniku zanotował kilka zdań o napotkanych na plaży tubylcach. Wnioskował, że żyją prosto, nie mają niczego w nadmiarze, ale też niczego za bardzo nie pragną. Pisał ponadto, że „może i wyglądają na najnędzniejszy naród świata: w rzeczywistości jednak są daleko bardziej szczęśliwi niż my, Europejczycy: nie znając nie tylko zbytecznych, ale także i koniecznych wygód tak bardzo poszukiwanych w Europie, są szczęśliwi w niewiedzy, jak z nich korzystać”[2].

Pierwszy statek z osadnikami – kryminalistami często skazanymi na dożywotnie wyroki – wyruszył z Wielkiej Brytanii po 17 latach, 13 maja 1787 r. Od początku relacje z autochtonami nie układały się dobrze. W przeciwieństwie do Nowej Zelandii, gdzie w pierwszych latach po przybyciu białych osadników podpisano dokument gwarantujący Maorysom szeroki wachlarz łamanych później praw (traktat z Waitangi z 1840 r.), kolonizowana Australia stała się terenem brutalnych, pobawionych zasad walk z każdym przejawem oporu ze strony jej mieszkańców. Cel był jeden: zdobyć ziemię pod pastwiska i nowe osady. Aby to osiągnąć, nakazywano rodzinom mieszkającym na wschodzie przemieszczenie się w stronę centrum kontynentu.

Jeśli chce się zrozumieć, czym dla rodziny aborygeńskiej są własne ziemie: tereny łowieckie z archipelagiem świętych miejsc, należy poznać jedną z fundamentalnych różnic pomiędzy europejskim a aborygeńskim sposobem postrzegania istoty czasu.

Nielinearny, nieposiadający przeszłości ani przyszłości czas sięgający prapoczątków – tzw. Czas Snu – jest areną wydarzeń przeszłych i teraźniejszych.

Jak pisze Andrzej Szyjewski, „Sen był i jest »zawsze«, a więc i teraz, błędem jest uznawanie go jedynie za »Złoty Wiek«, rajskie, pierwotne czasy”[3]. Wydaje się, że taka definicja czasu i formy, w jakiej upływa, wymyka się interpretacji. Każda rodzina, podtrzymując pamięć o Czasie Snu, potrafiła wskazać na swoim terytorium święte miejsca, które – czy to w formie skał, czy malowideł naskalnych – są rzeczywistym elementem wciąż trwającej przeszłości. Jednocześnie malowidła naskalne poprawiane przez członków starszyzny ochrą, czyli naturalnym barwnikiem, nadają żywym ludziom status jednostek trwających w symbolicznym Czasie Snu. Zerwanie relacji z ziemią jest więc z jednej strony utratą łączności z własną tożsamością, ale z drugiej – również unieważnieniem relacji z Czasem Snu. Kolonizatorzy, posuwając się z bydłem w stronę centrum kontynentu, z każdą milą niszczyli pieczołowicie podtrzymywany przez rodziny ekosystem. Wyniszczali zasoby traw, co z kolei przetrzebiło zwierzęta łowne, na które polowali myśliwi. By przeżyć, zabijano bydło. Potem rozpętała się krwawa eksterminacja. Całe rodziny trute były mięsem faszerowanym przez kolonizatorów strychniną, zaś do ochrony stad delegowano grupy gotowych do polowania na Aborygenów zawodowych łowców.

Od początku XX w. krwawe metody eksterminacji zastąpiono miękką opresją, w tym przymusowym odbieraniem rodzicom ich dzieci, które przekazywano do sierocińców. Proceder, który dotknął według różnych źródeł od 50 do 200 tys. dzieci, trwał nieprzerwanie do lat 70. XX w. Zdarzało się, że przymusowa asymilacja dotykała nawet trzy albo cztery kolejne pokolenia: matkom, które wychowywały się w sierocińcach, odbierano dzieci i je również kierowano do sierocińców. Trauma zerwanej pamięci i tożsamości nie była jedynym tragicznym skutkiem: nieletnich zmuszano do przymusowej pracy, padali ofiarą przemocy i pedofilii. Dopiero opublikowany w 1997 r. Bringing them Home: The „Stolen Children” Report[4] pokazał społeczeństwu australijskiemu skutki noszącej znamiona ludobójstwa praktyki. Wstrząsające opowieści dorosłych dziś ludzi odebranych rodzicom, wywiezionych na drugi koniec kontynentu, wywołały w potomkach kolonizatorów spodziewany efekt poczucia winy. Jednak, co znamienne, na oficjalne przeprosiny ze strony australijskiego rządu trzeba było czekać ponad dekadę. Dopiero premier Kevin Rudd w 2008 r. publicznie zdobył się na ten gest. Na swój sposób dopełnił tym samym długotrwałego procesu pojednania. Słowo „reconciliation” stało się niemal wszechobecne: oznaczało jednocześnie gest przebaczenia w ujęciu religijnym, gest polityczny i akt o sporej dla podzielonego społeczeństwa doniosłości prawnej[5].

Nie sposób jednak nie wspomnieć o wcześniejszych próbach unormowania stosunków z poszkodowanymi autochtonami. W II poł. XX w. Pierwsi Ludzie,  jak czasem nazywa się Aborygenów, uzyskali australijskie obywatelstwo. Mniej więcej w tym samym czasie rozpoczął się długotrwały proces zwracania poszczególnym rodzinom ich terytoriów. Przekreślił on działanie maksymy terra nullius (ziemia niczyja), która jako prawne narzędzie pozwalała kolonizatorom gospodarować terenami kontynentu jako niezamieszkanymi. Zwracanie ziem zacieśniło współpracę rządu australijskiego z mieszkańcami wsi ukrytych w bezmiarze buszu. Helikoptery z antropologami, przedstawicielami władz z Canberry, członkami starszyzny rodzinnej latały badać i klasyfikować święte miejsca, które często były jedynym dowodem obecności konkretnej rodziny na danym terenie, a co za tym idzie: jedynym znakiem, że owe ziemie były jej przynależne. Sceptycy podnosili argument, że wiek odnawianych rokrocznie malowideł nie może być jednoznacznie określony, mogło przecież dochodzić do fałszerstw, co oznacza, że zwracanie ziemi odbywało się na mglistych warunkach. Niemniej słuszny w założeniu proces doprowadził do stabilnej sytuacji, w której Pierwsi Ludzie ukryci w swoich wioskach stali się na swój sposób niewidzialni. Co ciekawe, ich ziemie, automatycznie podnajmowane, zamienione zostały w pastwiska, kopalnie węgla, boksytu czy uranu, jak miało to miejsce w Kakadu National Park – malowniczym, unikalnym rejonie zamieszkiwanym przez ludzi z rodziny Larakia.

Systemy rent, rządowe zapomogi, w końcu pieniądze za dzierżawę, które szerokim strumieniem płyną do poszczególnych rodzin, przez samych Aborygenów oceniane są dwojako. Z jednej strony finansowe zadośćuczynienie jest żywym dowodem na troskę rządu, z drugiej jednak – w myśl zasady: daj komuś pieniądze i nieograniczoną ilość czasu, a sam się wykończy – stanowi metodę eksterminacji w białych rękawiczkach.

Powszechnie znany fakt nadużywania alkoholu i narkotyków przez Aborygenów jest pochodną zarówno posiadanych pieniędzy, jak i poczucia bezcelowości życia. Wysoka śmiertelność, samobójstwa i przemoc domowa we wsiach aborygeńskich stanowią część codzienności.

Wystarczy wspomnieć, że większość osad, które, wydawałoby się, odnalazły spokój, patrolowana jest przez okratowane policyjne furgonetki.

Dziś trudno spotkać rdzennych mieszkańców Australii. Ukryci w swoich osadach, niechętnie nawiązują relacje, w myśl czarnego szowinizmu – jak określa się ich postawę. Na tych, którzy odważą się wjechać na ich rodzinne ziemie bez pozwolenia, czekają wysokie mandaty. Na szlakach centralnej części kontynentu mówi się, że „oni” po latach cierpienia ze strony białych pokazują, co oznaczają zakaz, a także własność ziemi i prawo do samostanowienia.

 

Prawo do wizerunku
Ten z trudem wypracowany, chybotliwy balans pomiędzy rdzennymi mieszkańcami a napływową białą społecznością zajmującą głównie wschodnie i południowe wybrzeże wydaje się historycznym konfliktem, który płynnie przeszedł w fazę milczenia. Problemy z asymilacją są poważne, choć oczywiście zdarzają się wyjątki: dziś Aborygeni znajdują się wśród lekarzy, prawników, polityków, artystów czy sportowców – by wspomnieć o Cathy Freeman, lekkoatletce, pierwszej rdzennej sportsmence, która sięgnęła po złoto w Igrzyskach Wspólnoty Narodów w 1990 r.

Jednak pod względem statystycznym efekty zderzenia z kulturą łowców-zbieraczy, którzy w wypracowanym przez siebie świecie osiągnęli doskonałość (takimi właśnie zobaczył ich James Cook), są opłakane. W 1877 r. stan Victoria, do którego przybyli pierwsi osadnicy, zamieszkiwało blisko milion Aborygenów należących do różnych, posługujących się odmiennymi językami rodzin. Na całym kontynencie mówiono w ok. 260 językach oraz ok. 700 dialektach. Dziś używana jest zaledwie połowa, a liczebność społeczności aborygeńskiej szacuje się na pół miliona. Skutki, jakie pozostały po zderzeniu z kulturą napływową, są tragiczne i widać je gołym okiem. W Redfern – dzielnicy Sydney – można zobaczyć o wiele bardziej wiarygodną wizytówkę dzisiejszej kondycji Pierwszych Ludzi aniżeli wizerunek wymalowanego białą ochrą półnagiego muzyka grającego na didgeridoo, instrumencie wykonanym z wydrążonego pnia drzewa pod gmachem Opery w Sydney. Redfern to – nie przebierając w słowach – mroczne slumsy.

Etos starej kultury potrafiącej żyć w symbiozie z ziemią i gwiazdami, trwającej w czasie, którego forma nie unieważnia istnień, okazuje się natomiast fantastyczną metodą na promocję Australii poza jej granicami.

Kiedy przyleciałem do Sydney w 2004 r., zaraz po wyjściu  z samolotu zobaczyłem potężny banner, na którym stary Aborygen o pokrytej zmarszczkami twarzy, w kapeluszu i kowbojkach siedział z wnukiem na czerwonej skale. To przedstawienie zrobiło na mnie duże wrażenie. Miałem poczucie, że właśnie wkraczam do świata, w którym – pomimo szklanych wieżowców w Sydney i zadowolonych surferów na plażach Bondi – wciąż obecny jest Czas Snu. Przekaz, jaki płynął z bannera, na długo zaburzył moje rozumienie kraju targanego ukrytym konfliktem. Kiedy po roku opuszczałem kontynent, widok tej dwójki wydał mi się bolesnym nadużyciem. Wystarczyło sięgnąć pamięcią do obrazu odwiedzanych wsi. Osady prowizorycznych domów z wrakami rdzewiejących samochodów, porozrzucanymi puszkami po piwie Victoria Bitter, pozbawionymi woli życia ludźmi, w niczym nie przypominały świata z reklam.

Sięganie po wizerunek Aborygenów stało się rynkową praktyką. Tworzenie wizerunku kraju (nation branding) to działanie skomplikowane, w którym – jak podczas budowania każdej identyfikacji – ważne jest to, co chcemy opowiedzieć potencjalnym klientom, w tym przypadku klientom sektora turystycznego. Trudno dziwić się, że agencje reklamowe, poszukując klucza wizualnego dla oferty, jaką proponuje Australia, sięgają po unikalną w skali światowej identyfikację wywodzącą się ze świata jej rdzennych mieszkańców. Twarze wymalowane ochrą, malarstwo kropkowe czy dźwięk wspomnianego didgeridoo posiadają mocny, w skali całego globu, niepowtarzalny ładunek.

Prób było kilka. W kampanii reklamowej emitowanej w 2006 r., wyprodukowanej przez znaną agencję reklamową M&C Saatchi, promowany wizerunek Australii przekornie wyśmiewał najbardziej bolesne dla Australijczyków stereotypy dotyczące down underaussies – jego mieszkańców. W reklamie telewizyjnej pojawiał się mężczyzna nalewający piwo i mówiący do kamery familiarnie: „Nalaliśmy ci już piwo”, chłopiec wynurzający się z basenu zapewnia „że usunęliśmy z basenu rekina”, a „z pól golfowych przepędziliśmy kangury”. W końcu widz ujrzał grupę tancerzy złożoną z Aborygenów, która na malowniczej plaży wykonywała układ choreograficzny, a w tle wybrzmiał komunikat, że tancerze ćwiczą go od 40 tys. lat. Reklamę kończyła pokazana na plaży modelka, która dziwiąc się, że widz mimo tak atrakcyjnej oferty wciąż nie pojawił się w Australii, mówi: „So where the bloody hell are you?”. Reklama okazała się klęską. Obecność nalewanego piwa oraz przekleństwo w końcowej wypowiedzi modelki uniemożliwiły emisję w części krajów. Pozostali potencjalni klienci nie dali się przekonać żartobliwej, oscylującej na granicy dobrego smaku formie. Pytanie zrodził również komunikat towarzyszący pokazom tańca autochtonów. Czy faktycznie Aborygeni ze swoim rytualnym tańcem praktykowanym od pokoleń czekali na przybycie turystów 40 tys. lat, czyli tyle, na ile szacuje się ich obecność na kontynencie?

Kolejna kampania mająca za cel ściągnięcie do Australii zagranicznych turystów wyemitowana została w 2011 r. Nawiązywała do pełnometrażowego filmu fabularnego Australia, który na światowe ekrany wszedł trzy lata wcześniej. W reklamie inspirowanej filmem zagrał młody aktor Brandon Walters – Aborygen, który wystąpił w pełnometrażowej Australii obok Nicole Kidman oraz Hugh Jackmana. Come Walkabout – bo tak zatytułowano kampanię – przestawiała Australię jako doskonałe miejsce do tego, by korzystając z jej piękna, odnaleźć siebie i swoją wewnętrzną równowagę. Kontrowersje wzbudził jednak sposób przekazu. Film reklamowy pokazuje biznesmenkę zmęczoną, a może bardziej goniąca za wielkomiejskim trybem życia, do której jak zjawa z innego świata podchodzi aborygeński chłopiec. Wysypuje na jej dłoń złocisty piasek przynoszący, co do tego nie ma wątpliwości, obietnicę uwolnienia od stresów i zmęczenia. Piasek oczywiście zachęca do udania się w wędrówkę, czyli do tytułowego walkabout.

Aby zrozumieć kontrowersje kryjące się w tym zabiegu marketingowym, warto przyjrzeć się pojęciu „walkabout”, które dla rdzennych mieszkańców Australii było przez tysiąclecia jednym z filarów ich duchowej praktyki. Walkabout albo, by trzymać się określenia Bruce’a Chatwina, songlines (zgrabnie przetłumaczonego na polski jako „ścieżki śpiewu”) to z jednej strony szlak, po którym Aborygeni odbywają wędrówkę w cyklu rocznym, a z drugiej – wędrówka inicjacyjna, w którą udawali się młodzi ludzie. Miała ona zawsze charakter nie tylko ruchu w sensie fizycznym, ale i duchowym, była to swoista droga odnowienia relacji z przodkami, ale także metoda rozpoznania siebie, swojego „ja” w sakralnym systemie tworzącym spójny świat rodziny[6].

Fakt, że w komercyjnym klipie reklamowym, którego celem jest zwiększenie turystycznej popularności Australii, pojawia się fundamentalne dla kultury jej rdzennych mieszkańców pojęcie, a postacią inicjującą wejście w jej przestrzeń jest młody autochton, nikogo nie dziwi. Interesujące okazały się wnioski, jakie wyciągnięto z porażki wartej 40 mln dolarów, bo tyle kosztowała emisja reklamy. Jak się okazało, kampania nie przyniosła spodziewanych efektów, bowiem potencjalni klienci sektora turystycznego choćby pobieżnie znają ciemne karty australijskiej historii. „Wciąż niezakończony proces rzeczywistego pojednania, a także zgony działaczy aborygeńskich w więzieniach są zagadnieniami na tyle znanymi, że rozmywają obietnicę wspaniałych duchowych wakacji proponowaną przez reklamę”[7] – pisał Alan Pomering.

Ta konkluzja pokazuje, iż proces pojednania nie został mimo wszystko zakończony. Pojawiają się też pytania o to, jakie korzyści z tytułu wykorzystania wizerunku i pewnego rodzaju duchowych imponderabiliów płyną do wsi zamieszkanych przez Aborygenów. Kto jest beneficjentem ruchu turystycznego? Jednocześnie kwestie te otwierają dyskusję na o wiele ciekawszym poziomie, na którym kluczową sprawą jest nie tyle sam wizerunek, ile prawo do podejmowania przez poszkodowanych samodzielnych decyzji. W kontrze bowiem, jaką Reed-Gilbert dała Liz Conor, autorce tekstu o kiczowatych aboriginaliach, wybrzmiewa argument, który rdzennym mieszkańcom jest najbardziej potrzebny: to oni sami decydują, co jest dla nich złe, a co dobre. Nawet jeśli się mylą.

_

[1] L. Conor, „Aboriginalia” and the Politics of Aboriginal kitsch,  „The Conversation”, 2 marca 2017, https://theconversation.com/fridayessay-the-politics-of-aboriginal-kitsch-73683  (dostęp: 18 października 2018).

[2] M. Clark, Historia Australii, tłum. K. Bażyńska-Chojnacka, P. Chojnacki, Warszawa–Gdańsk 2004, s. 14.

[3] A. Szyjewski, Religie Australii, Kraków 2000, s. 26.

[4] Raport Bringing them Home, https://www.humanrights.gov.au/our-work/ aboriginal-and-torres-strait-islander-social-justice/publications/bringingthem-home-stolen (dostęp: 18 października 2018).

[5] E. Moran, Is reconciliation in Australia a Dead End?,  „Australian Journal of Human Rights” 2006, nr 12, s. 109–140.

[6] A. Szyjewski, Religie Australii, dz. cyt, s. 128.

[7] A. Pomering, Indigenous identity in the nation brand: tension  and inconsistency in nation’s tourism advertising campaigns,  „Corporate Reputation Review”, nr 16 (1), s. 66–79.

 

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter