70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. E+/Getty

Smartfon i terytorium

Świat map – tych podróżniczych, które wciąż jeszcze zabieramy do plecaka, i tych szkolnych, które pamiętamy z sal lekcyjnych – powoli umiera. Zamiast nich będziemy mieć aplikacje, które pełnią funkcję mapy tylko przez chwilę, by zaraz zmienić się w jakąś usługę, zestaw zdjęć lub encyklopedyczne hasło.

W antropologii mówi się często o „wyobraźni turystycznej”, czyli o nawyku patrzenia w określony sposób i kojarzenia pewnych widoków z tymi, a nie innymi znaczeniami. To spojrzenie – wspólne i uśrednione dla całej globalnej klasy średniej – wiąże np. obraz palmy na plaży z wyobrażeniami wakacji i obietnicą cudownego wypoczynku. Integralną częścią tejże wyobraźni są „oczekiwania” – być może najważniejsze słowo rynku turystycznego. Od zasobności naszego portfela zależy, które z nich będziemy mogli spełnić. Pytania istotne dla ludzi z turystycznej branży, ale i dla świadomych podróżników czy badaczy, brzmią więc: jak skonstruowane są nasze oczekiwania? Jakim zmianom podlegają? A przede wszystkim: kim są narratorzy naszej turystycznej wyobraźni?

Żyjemy w ciekawym czasie – niejako między dwoma rewolucjami.

Pierwsza z nich to rewolucja internetowa, która rozpoczęła się w latach 90. i nabrała tempa w kolejnych dekadach wraz z coraz większym dostępem do sieci na całym świecie. Doprowadziła ona do demokratyzacji w wytwarzaniu treści podróżniczych. Druga jest jeszcze przed nami – spekuluje się, że za dekadę lub dwie nasze podróżowanie będzie dokonywać się w tzw. rzeczywistości rozszerzonej, w której dojdzie do połączenia świata rzeczywistego z wirtualnym.

Przed rewolucją internetową głównymi narratorami turystycznej wyobraźni byli eksperci – twórcy map, autorzy książek, magazynów podróżniczych czy programów telewizyjnych. Wystarczy spojrzeć na Lonely Planet, które w latach 70. stworzyło znaną markę przewodników. Obejmowały one cały świat, ale szczególne oddziaływały na opowieści o globalnym Południu – bo niewiele innych wydawnictw tworzyło własne książki np. o Laosie czy Lesotho. Pomysł na biznes zrodził się wraz z wyjazdami pierwszych backpackerów, podróżnych zaopatrzonych tylko w plecak i skromny budżet, którzy chcieli poznać coś więcej niż wybrane dzielnice dla turystów. Lonely Planet zyskało niesłychaną popularność, ich przewodniki były tłumaczone na wiele języków (choć w Polsce stały się powszechniej dostępne dopiero pod koniec lat 90.) i oblicza się, że co najmniej 500–600 mln ludzi miało je chociaż raz w rękach. Internet doprowadził jednak do przełamania monopolu takich standardowych narratorów. Informacje zaczęły być przekazywane między „zwykłymi ludźmi” poprzez fora, blogi i portale społecznościowe. Lonely Planet jest przykładem wydawnictwa, które nie do końca sobie z tą zmianą poradziło – próbuje dziś też tworzyć przewodniki kształtowane przez zwyczajnych podróżnych, ale są to działania spóźnione przynajmniej o dekadę.

Trudno jednoznacznie ocenić zjawisko  owej sieciowej demokratyzacji. Zwróciłbym uwagę na fakt, że Internet zdaje się w jakimś stopniu petryfikować kolonialny język XIX-wiecznych odkrywców i pisarzy, którzy stworzyli kanon mówienia o dalekich podróżach. Wciąż chcemy przeżywać przygody typowe dla człowieka Zachodu wśród „obcych”. Miliony drobnych narratorów dalej z pewnym poczuciem wyższości piszą o „plemionach”, „tubylcach” i „egzotycznych kulturach”. Ta demokratyzacja wiedzy spowalnia przemianę języka na taki, który w większym stopniu uwzględniałby perspektywę opisywanych społeczności. Ułatwia raczej dalsze reprodukowanie stereotypów.

Symbolem internetowej rewolucji, podróży ze smartfonem w ręce, jest m.in. portal Trip Advisor, który pozwala na dzielenie się wrażeniami z pobytu w hotelach, restauracjach i opiniami o atrakcjach na wszystkich kontynentach. Zawierając ponad 600 mln recenzji użytkowników na temat ok. 7 mln punktów na świecie, jest dziś prawdziwym globalnym potentatem. Niewątpliwie ułatwia on planowanie podróży – przygotowania, które wcześniej zabierały godziny, dzisiaj można sprowadzić do kilkunastu kliknięć. Jednocześnie trzeba pamiętać, że Trip Advisor to nie tylko neutralna platforma dla wymiany opinii. Podobnie jak Facebook jest to biznesowe przedsięwzięcie, które zbiera o nas dane, aby lepiej pozycjonować reklamy i skuteczniej orientować się w tym, co jeszcze można nam sprzedać. Przez swoją pozycję monopolisty Trip Advisor staje się jednym z najważniejszych doradców w wytyczaniu naszej podróżniczej marszruty. Pytanie więc: czy powinien np. pozwalać na reklamowanie atrakcji moralnie wątpliwych, takich, w których dochodzi choćby do znęcania się nad zwierzętami? Przykładem pierwszym z brzegu jest tzw. świątynia tygrysów (Tiger Temple) w Tajlandii, w której turyści robili sobie zdjęcia z tygrysami przykutymi do ziemi łańcuchami. W wyniku skutecznej presji dziennikarzy i aktywistów Trip Advisor zaprzestał pośrednictwa w sprzedaży biletów do tej „atrakcji”. Istnieje więc możliwość jakiejś formy społecznej kontroli zamieszczanych tam treści.

Myślę, że czas poważniejszego oddziaływania podróżniczych aplikacji jest jeszcze przed nami – nadejdzie wraz ze wspomnianą rewolucją rozszerzonej rzeczywistości (Augmented Reality). Ma ona umożliwić łączenie otaczających nas wrażeń z wirtualną rzeczywistością – na ekranie smartfona albo dzięki specjalnym okularom czy soczewkom.

Wyobraźmy sobie, że w czasie podróży wszystkie szyldy będą automatycznie tłumaczone na nasz język, będziemy mogli błyskawicznie odnaleźć istotne informacje o otaczających nas miejscach, dokonywać transakcji etc.

Już dziś istnieją aplikacje, które pokazują, jakie budynki stały w danym miejscu w przeszłości. Okulary do rozszerzonej rzeczywistości być może będą mogły oferować nam więc również swoistą podróż w czasie.

A co z mapami? Zawsze mi się podobały – jako obiekt estetyczny i jako ciekawa forma przekazu informacji. Świat map – tych podróżniczych, które wciąż jeszcze zabieramy do plecaka, i tych szkolnych, które pamiętamy z sal lekcyjnych do geografii i historii – powoli umiera. Zamiast nich będziemy mieć aplikacje, które pełnią funkcję mapy tylko przez chwilę, by zaraz zmienić się w jakąś usługę, zestaw zdjęć lub encyklopedyczne hasło.

Bardziej zastanawia mnie jednak coś innego. Czy rozszerzona rzeczywistość na powrót zmonopolizuje wyobraźnię turystyczną, ponieważ o jej kształcie zdecyduje kilka bądź kilkanaście globalnych korporacji? Internet rozwijał się w sposób oddolny, „płaski”, demokratyczny. Może jednak był to eksces kilku dekad nieskrępowanej twórczości, a kolejna rewolucja zostanie odgórnie zaplanowana? Wówczas najważniejszymi narratorami naszej wyobraźni będą nie rozdrobnieni recenzenci podróżniczych atrakcji, ale ci, którzy te recenzje zbierają, organizują i przedstawiają innym.

Wysłuchał MJ


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter