70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Giles Clarke/Getty

Meksyk jeszcze nie zginął

W lipcu 2018 r. Meksyk wybrał pierwszego lewicowego prezydenta w historii. Oddano na niego więcej głosów niż na jakiegokolwiek innego kandydata wcześniej. Do urn poszła rekordowo duża liczba Meksykanów. Społeczeństwo domaga się zmian w przeżartym przemocą i korupcją kraju.

To pierwsze takie wybory w historii. Z wielu powodów. Po pierwsze, były po prostu największe – jednego dnia Meksykanie wybrali nie tylko prezydenta, ale i dziewięciu gubernatorów, wszystkich członków kongresu oraz ok. 3 tys. burmistrzów. W związku z tym okazały się one też najbardziej kosztowne.

Miały również najbardziej krwawy charakter w historii kraju – ponad 130 polityków (w tym niemal 50 kandydatów) zostało zabitych podczas kampanii wyborczej. Ostatni rok był zaś najkrwawszy – w sumie zamordowano prawie 30 tys. osób. Meksyk stał się polem brutalnej wojny narkotykowej, zmaga się też z korupcją na najwyższych szczeblach, kobietobójstwem, a także tzw. wymuszonymi zaginięciami obywateli, w które zamieszana jest władza. Społeczeństwo pragnie zmian i głośno się ich domaga.

Obecnie rządzący prezydent Enrique Peña Nieto cieszył się w drugiej połowie kadencji bardzo niskim poparciem, a na nową głowę państwa wybrano pierwszego kandydata identyfikującego się z lewicą – Andrésa Manuela Lópeza Obradora. Poparł go rekordowo duży odsetek społeczeństwa. W wyborach, które w Meksyku opierają się na tylko jednej turze głosowania, uzyskał ponad 53% głosów.

 

Wyścig o fotel

Andrés Manuel López Obrador (nazywany w skrócie AMLO) pokonał swojego największego rywala, Ricarda Anayę z Partii Akcji Narodowej (Partido Acción Nacional – PAN) ponad 30 punktami procentowymi, zaś trzeci w stawce José Antonio Meade z Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej (Partido Revolucionario Institucional – PRI) rządzącej w kraju z niewielkimi przerwami przez blisko 90 lat zdobył zaledwie 16% głosów. López Obrador kandydował już na urząd prezydenta dwukrotnie, w 2006 i 2012 r. Za pierwszym razem był bardzo blisko wygranej, Felipe Calderón z PAN wyprzedził go zaledwie o pół procent głosów i podejrzewa się, że wygrał za sprawą fałszerstw wyborczych. Tę teorię propagował sam AMLO, który samozwańczo – przy aplauzie zwolenników – ogłosił się prezydentem kraju na głównym placu stolicy – Zócalo. Wcześniej, w latach 2000–2005, pełnił funkcję prezydenta miasta Meksyku, a jego rządy są uznawane za sukces. Opuścił urząd z 84-procentowym poparciem, a według gazety „Reforma” spełnił 80% obietnic wyborczych.

López Obrador urodził się w 1953 r. w małej miejscowości Tepetitán w stanie Tabasco, lubi chwalić się swoim pochodzeniem, podkreślając, że wywodzi się z ludu, a nie z tzw. elit politycznych. W 1976 r. dołączył do Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej, jednakże podczas sfałszowanych wyborów prezydenckich z 1988 r. rozczarował się nią i wraz z innymi politykami PRI utworzył centrolewicowy odłam partii, który potem przekształcił się w Partię Rewolucyjno-Demokratyczną (Partido de la Revolución Democrática – PRD). W 2014 r. stworzył swoją własną partię MORENA (Movimiento Regeneración Nacional – Partię Odrodzenia Narodowego).

AMLO chce skończyć walkę z kartelami narkotykowymi rozpoczętą przez Felipe Calderóna, który wysłał na nią meksykańskie wojsko, co w rezultacie doprowadziło do jeszcze większej eskalacji przemocy. Nie zamierza kontynuować działań zbrojnych, lecz w inny sposób poradzić sobie z tym problemem. Jednym z haseł jego kampanii jest „becarios no sicarios” – chce zapewnić młodym ludziom stypendia i szansę na rozwój, by nie wstępowali do gangów i karteli. Do jego bardziej kontrowersyjnych pomysłów należy też amnestia dla narkotykowych bossów. Według niego w pierwszej kolejności trzeba rozprawić się ze skorumpowanymi politykami. Chce np. odebrać im immunitet, a także zmniejszyć pensję i pozbyć się rządowych helikopterów. On sam jeździ po mieście tylko w towarzystwie szofera, bez żadnej ochrony, co budzi niepokój o życie przyszłego prezydenta wśród jego zwolenników. Na razie jednak sytuację wykorzystują jedynie jego fani – gdy ten zatrzymuje się na światłach, ściskają mu dłonie, gratulują, a nawet darują mu w podzięce żywe kurczaki.

López Obrador, który zostanie zaprzysiężony na urząd prezydenta 1 grudnia 2018 r., uznawany jest przez wielu za populistę. Wydaje się mieć krótkie i z pozoru proste recepty na różnego rodzaju problemy społeczne. Głośno krytykuje poprzednie ekipy rządzące i obiecuje wycofanie się z kontrowersyjnych oraz wywołujących liczne protesty neoliberalnych reform wprowadzonych przez obecnego prezydenta. Przez niektórych porównywany jest do Hugo Cháveza (niesłusznie, poza lewicowymi sympatiami poglądy polityków niewiele łączy), przez innych do amerykańskiego kandydata na prezydenta Berniego Sandersa. W gruncie rzeczy jednak nie do końca wiadomo, co może przynieść prezydentura Lópeza Obradora, a Meksykanie obawiają się, że nowa głowa państwa może wystraszyć biznesmenów i inwestorów, ponieważ – jak wiadomo – pieniądze nie lubią ryzyka ani eksperymentów. Spodziewano się, że po wyborach za dolara będzie się płacić nie 20 (co i tak oznacza niekorzystny kurs), lecz nawet 27 peso. Nic takiego się jednak nie stało, a meksykańska waluta od czasu wyborów nieznacznie się nawet umocniła.

Tegoroczne wybory były przełomowe także z innych powodów. Wybrany podczas nich prezydent ma mieć prawo do reelekcji – do tej pory dany polityk był mianowany tylko na jedną, sześcioletnią kadencję i nie mógł już do końca życia pełnić funkcji głowy państwa. Kolejną zmianą jest dopuszczenie do startu w wyborach kandydatów niezależnych. Mimo że swoją chęć kandydowania na najwyższy urząd w kraju deklarowało wiele osób, a zasady dopuszczenia ich do tego wydawały się proste (wystarczyło zebrać jedynie odpowiednią liczbę podpisów), w rezultacie zdecydowało się na to tylko dwóch z trzech dopuszczonych polityków niezależnych.

Obok trzech kandydatów partyjnych wystartowali Margarita Zavala, żona byłego prezydenta Meksyku Felipe Calderóna (2006–2012), a także charyzmatyczny Jaime Rodríguez Calderón, zwany „El Bronco” (słowo oznaczające dzikiego, nieokiełznanego konia), który wsławił się kontrowersyjnymi pomysłami na porządek w państwie, jak np. ideą obcinania rąk złodziejom. Najpopularniejszą osobą, która deklarowała swoje uczestnictwo w wyborach, jednak nie zebrała wystarczającej ilości podpisów, była María de Jesús Patricio Martínez „Marichuy”, Indianka, ludowa medyczka z grupy etnicznej Nahua z centralnego Meksyku. Reprezentowała ona Congreso Nacional Indígena (Narodowy Kongres Indiański – CNI), na którego przedstawicielkę wybrało ją 840 delegatów z 60 grup etnicznych.

 

Ci z dołu
Działania kongresu rozpoczęły się w roku 1996 na fali indiańskiego powstania zapatystów. Domagano się przestrzegania konstytucyjnego prawa równości w traktowaniu wszystkich obywateli. Mimo że ustawa zasadnicza obowiązywała od roku 1917, pozostawała w wielu przypadkach martwą literą, a dyskryminacja rasowa w Meksyku była i nadal jest ogromna.

Prawie wszyscy meksykańscy Indianie należą do niższej klasy społecznej, a dniówka wielu z nich wciąż wynosi nawet mniej niż najniższa krajowa.

Przeprowadzono również badania, które wskazywały na związek koloru skóry z wykonywanym zawodem – okazało się, że im osoba ma jaśniejszą karnację, tym bardziej prestiżową i lepiej opłacaną profesję posiada. Mimo że Meksyk może pochwalić się pierwszym indiańskim prezydentem na świecie, i to jeszcze wybranym w XIX w. (był nim Benito Juárez, sprawujący urząd w latach 1857–1872, jedynie z krótką przerwą), a meksykańscy Indianie są najliczniejszą grupą ludności rdzennej w obu Amerykach i stanowią ok. 20% całego społeczeństwa, wciąż nie są odpowiednio reprezentowani politycznie na poszczególnych szczeblach władzy. Często nie respektuje się prawa do posługiwania się językami rdzennymi, np. w sądach, urzędach czy szpitalach (ponad 60 z nich jest uznanych za oficjalne).

Konstytucja z 1917 r. określa Meksyk jako kraj wieloetniczny, jednakże Indianie na dobre pojawili się w dyskusji politycznej dopiero po powstaniu zapatystów w roku 1994. Swoją nazwą – Zapatystowska Armia Wyzwolenia Narodowego (EZLN) – starali się nawiązać do nazwiska Emiliana Zapaty, jednego z przywódców rewolucji meksykańskiej 1910 r., na fali której przyjęto obowiązującą dziś w kraju konstytucję. Jej założenia według zapatystów do dzisiaj nie zostały zrealizowane. W dzień wejścia w życie Północnoamerykańskiego Układu Wolnego Handlu (NAFTA) indiańscy rebelianci rozpoczęli zbrojne powstanie w stanie Chiapas, by zwrócić uwagę kraju i świata na swoją sytuację oraz nierówne traktowanie Indian w Meksyku. Rząd wysłał przeciwko nim jedną trzecią wojska, więc widząc brak swoich szans w starciu, zapatyści – jak sami to określili – wymienili broń na słowa, dodając, że „musieli wybrać, więc wybrali życie”.

Meksykański pisarz Carlos Fuentes nazwał powstanie zapatystów „pierwszą postkomunistyczną rebelią w Ameryce Łacińskiej”. Niewątpliwie wyróżniło się ono na tle innych, jakże licznych powstań i rewolucji w tej części świata. Witold Gombrowicz żartował swego czasu, że w Ameryce Łacińskiej można przeczekać rewolucję, siedząc w kawiarni. Powstanie zapatystów przegapić było dość trudno, głos Indian z meksykańskiego stanu Chiapas usłyszał cały świat. Zapatyści mieli bowiem świetny PR, szybko zdobyli międzynarodową sympatię, a ich sprawę poparło wiele sławnych osób (odwiedzili ich m.in. filozof Noam Chomsky, pierwsza dama Francji Danielle Mitterrand, reżyser Oliver Stone czy piosenkarz Manu Chao). Meksykańscy politycy wiedzieli, że cały świat patrzy im na ręce, więc by zadowolić opinię publiczną, przystali na postulaty zapatystów i podpisali z nimi tzw. porozumienia z San Andres. Dawały one Indianom prawo do decydowania o swoich sprawach, w tym do zarządzania ziemią. Nigdy jednak nie weszły one w życie.

Po latach nieudanych negocjacji, rosnącej liczby ofiar, niespełnionych obietnic rządu oraz starć z siłami rządowymi i paramilitarnymi zapatyści stwierdzili, że wchodzą w trzecią fazę swojej walki, i postanowili „zbudować lepszy świat” samodzielnie. W 2003 r. stworzyli pięć okręgów autonomicznych, gdzie mają własny system władzy, edukacji i opieki zdrowotnej. Organizują tam spotkania, konferencje i festiwale (jak np. Pierwsze Międzynarodowe Spotkanie Kobiet, Które Walczą – w marcu 2018 r. zgromadziło ono ponad 10 tys. kobiet z kilkudziesięciu krajów). Zapatyści od początku starali się budzić świadomość polityczną w Indianach z innych grup etnicznych, organizując np. w roku 2006 tzw. Inną Kampanię, podczas której jeździli po kraju i spotykali się z ludźmi z różnych regionów Meksyku. To właśnie dzięki nim zainicjowano działanie Narodowego Kongresu Indiańskiego, który zresztą na swoje posiedzenia wybrał sympatyzujący z zapatystami Uniwersytet Ziemi w San Cristóbal de las Casas w Chiapas.

Jego reprezentantka w wyborach prezydenckich Marichuy zdobyła ogromną popularność medialną zarówno w Meksyku, jak i za granicą, ale mimo to nie udało się jej zebrać wystarczającej ilości 867 tys. podpisów, by wystartować w walce o fotel prezydenta. Proces składania podpisów odbywał się przez smartfony za pomocą specjalnej aplikacji, co według samej kandydatki miało być przyczyną jej fiaska. Wielu z jej zwolenników nie posiada bowiem nowoczesnych telefonów ani połączenia z Internetem. „Trzeba mieć telefon z systemem operacyjnym Android 5 lub lepszym, a ściągnięcie aplikacji zajmuje kilka godzin” – mówiła Marichuy, zarzucając narodowej komisji wyborczej, że promowane przez nią niec ponad 4,5 min, które trzeba było poświęcić na cały proces składania podpisów, nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Indianka nazwała to rozwiązanie „rasistowskim” i faworyzującym bogatszą część meksykańskiego społeczeństwa. „Cały system wyborczy nie został stworzony dla »tych z dołu« – powiedziała – a dla »tych z góry«, dla kapitalistów i ich skorumpowanej klasy politycznej. To wszystko jedna wielka symulacja”.

Przedstawicielka Narodowego Kongresu Indiańskiego, mimo że nie mogła oficjalnie wystartować w wyborach, wprowadziła niemało zamętu oraz nowych tematów do politycznej dyskusji przedwyborczej. W wielu Indianach rozbudziła nadzieję na zmianę losu oraz świadomość obywatelską, a inni kandydaci, starając się pozyskać ich głosy, musieli zacząć o nich zabiegać i mówić w kampaniach przedwyborczych o sprawach ich dotyczących. Wiele potencjalnych głosów popierających Marichuy przejął w rezultacie zwycięzca tegorocznych wyborów – Andrés Manuel López Obrador.

 

Ci z góry
Meksykańskie rządy były przez ostatni wiek praktycznie monopartyjne. Od 1929 do 2000 r. skupiały się one w rękach Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej, która miała spełnić ideały rewolucji meksykańskiej 1910 r., z czasem jednak stała się bardziej instytucjonalna niż rewolucyjna. Sytuacja zmieniła się dopiero z nastaniem XXI w., kiedy prezydentem kraju został świetnie wypadający w mediach podczas kampanii Vicente Fox, prezes Coca-Coli, przedstawiciel liberalno-konserwatywnej partii chrześcijańskiej PAN.

Wciąż miał jednak słabe poparcie w kongresie, gdzie zasiadało wielu czło nków poprzedniej ekipy z partii PRI. Polityka ekonomiczna Foxa koncentrowała się na zdławieniu inflacji, która rzeczywiście po raz pierwszy od wielu lat osiągnęła postać jednocyfrową. Komentatorzy zauważają jednak, że sukces jego prezydentury jest złudny i że był on o wiele lepszym kandydatem niż prezydentem. Historyk Philip Russell zarzuca mu, że za jego prezydentury doszło do dalszego rozwarstwienia społeczeństwa i masowej emigracji do USA, a także do zaniedbania sprawy wojny narkotykowej, która w pierwszych latach XXI w. zaczęła przybierać przerażająco duże rozmiary. Jego następca, również przedstawiciel PAN, wybrany na prezydenta w 2006 r. (przy kontrowersjach wyborczych i zarzutach o sfałszowaniu wyników) – Felipe Calderón – wypowiedział oficjalnie wojnę narkotykowym bossom, wysyłając wojsko do pomocy policji w walce z kartelami. Doprowadziło to w rezultacie do dalszej eskalacji przemocy.

Po upływie jego sexenio (sześcioletniej prezydenckiej kadencji) do władzy wrócił przedstawiciel PRI, 46-latek o świetnej prezencji, Enrique Peña Nieto. Zarzucano mu bliskie powiązania z najsilniejszą grupą medialną w Meksyku Televisa i wykorzystywanie jej podczas kampanii wyborczej. Jedenastego maja 2012 r. Enrique Peña Nieto uczestniczył w konferencji na Uniwersytecie Iberoamerykańskim, podczas którego wielu obecnych ostro krytykowało polityka. Serwisy informacyjne Televisy zbagatelizowały reakcję uczestników konferencji, insynuując, że nie byli oni studentami, ale mącicielami podstawionymi przez konkurencyjne partie. W odpowiedzi 131 studentów biorących udział w konferencji umieściło na YouTubie film, w którym pokazali swoje legitymacje studenckie. Każdy z nich podał imię i nazwisko oraz numer legitymacji, udowadniając tym samym przeinaczenie całej sytuacji przez media. Za nimi poszło wielu krytykujących Penię Nieto i Televisę obywateli, mówiąc: „Yo soy 132”  („Jestem 132”). Członkowie ruchu Yo Soy 132 zorganizowali wielotysięczne demonstracje, a niezależne media nazwały te wydarzenia meksykańską wiosną.

Mimo dużego poparcia w wyborach (ponad 38%) i znalezienia się Penii Nieto na okładce magazynu „Time” z podpisem „Saving Mexico” („Ratując Meksyk”) popularność prezydenta zaczęła podczas jego kadencji gwałtownie spadać i tuż przed wyborami 2018 r. cieszył się on najmniejszym poparciem społeczeństwa w historii kraju. Nie pomógł mu skandal po tym, jak dziennikarka śledcza Carmen Aristegui wykazała, że praca licencjacka obecnego prezydenta Meksyku była plagiatem. Jej 28,9% pracy miało zostać skopiowane od przynajmniej dziesięciu innych autorów. Kontrowersje wzbudziły też neoliberalne reformy Enrique Peña Niety. Po 75 latach od nacjonalizacji przemysłu naftowego (kiedy to na odszkodowania dla zagranicznych firm darowizny dobrowolnie przekazywali także zwykli obywatele) otworzył tę gałąź gospodarki dla zagranicznych inwestorów. Wprowadził również, budzące społeczne protesty, strajki i blokady dróg, reformy opieki zdrowotnej oraz szkolnictwa. Podczas strajku nauczycieli w stanie Oaxaca w 2016 r. otworzono ogień do protestujących, zginęło co najmniej osiem osób, a ok. 100 zostało rannych. To jednak nie największa zbrodnia, jakiej władza dopuściła się za jego prezydentury na własnych obywatelach.

 

Społeczeństwo krwawiące

Dwudziestego szóstego września 2014 r. 43 studentów kolegium nauczycielskiego w Ayotzinapie w stanie Guerrero przepadło bez śladu po starciu z policją. Ich ciał nie znaleziono, jednak nikt w Meksyku nie ma wątpliwości, że zostali oni zamordowani. Podczas poszukiwania ciał odkryto inne sekretne masowe groby. To wydarzenie przelało szalę goryczy i raz na zawsze podkopało zaufanie Meksykanów do instytucji państwowych i do meksykańskiego rządu. Czterdziestu trzech zaginionych studentów stało się symbolem, po czterech latach wciąż jakże żywym w meksykańskim społeczeństwie.

Tragedia zwróciła też uwagę świata na skalę ogromnego problemu społecznego Meksyku, jakim są tzw. wymuszone zaginięcia.

W Meksyku mówi się, że gdy wychodzimy z domu, mogą spotkać nas trzy scenariusze: bardzo dobry, dobry i zły. Bardzo dobry – jeśli wróci się do domu, dobry – jeśli się zginie, ale nasze ciało zostanie odnalezione, oraz zły – kiedy nie wrócimy.

Nasza rodzina nigdy nie dowie się, co się z nami stało, nigdy nie będzie mogła stwierdzić, że nie żyjemy, ani opłakać naszej śmierci.

Czterdziestu trzech zaginionych studentów z Ayotzinapy było jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Mówiąc o nich, powinno mówić się o tysiącach innych zaginięć, w które zamieszane były władze Meksyku, policja i wojsko. Wiadomo o ponad 35 tys. osobach, które w ostatnich latach zaginęły bez śladu. Ofiarami padają często przypadkowi ludzie, którzy pojawili się „w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiedniej porze”, a także „ludzie niewygodni” – aktywiści społeczni i ekologiczni oraz dziennikarze. Tylko w ostatnich dwóch latach zamordowano w Meksyku prawie 100 pracowników mediów. Zginęli, bo zajmowali się niebezpiecznymi tematami. Część z nich naświetlała korupcję władzy oraz jej współpracę z kartelami narkotykowymi, którymi przeżarty jest meksykański system władzy na wszystkich szczeblach.

Wojna narkotykowa z roku na rok przybiera na sile, a pod względem ilości zabójstw Meksyk stał się najniebezpieczniejszym krajem na świecie niepozostającym w stanie wojny. W ciągu ostatnich 11 lat zginęło ok. 200 tys. osób, czyli więcej niż w tym czasie w Iraku i w Afganistanie łącznie. Ubiegły rok był zaś najgorszy – pochłonął 30 tys. ofiar. Wojna narkotykowa w ostatnim czasie przeniosła się z terenów przygranicznych na inne obszary Meksyku – do jednych z najniebezpieczniejszych należą teraz leżące na południowym wybrzeżu Pacyfiku stany Guerrero oraz Michoacán, a także Veracruz przy Zatoce Meksykańskiej. Na rozwinięcie się narkobiznesu w tej części świata mają wpływ głównie dwa elementy: ogromne rozwarstwienie społeczne oraz bliskość Stanów Zjednoczonych, największego konsumenta narkotyków na Ziemi, a zarazem największego producenta broni. Podczas gdy narkotyki płyną z południa na północ, pieniądze z ich sprzedaży są wykorzystywane na zakup w USA broni, która potem używana jest w wojnie narkotykowej.

„Biedny Meksyk, tak daleko od Boga i tak blisko Stanów Zjednoczonych” – powiedział ponad 100 lat temu dyktator Porfirio Díaz, a cytat ten jest nieustannie powtarzany. Meksyk nie może ignorować swojego wielkiego sąsiada z północy, który jest jego głównym partnerem handlowym (to tam trafia 80% meksykańskiego eksportu) i z którym dzieli ponad 3 tys. km granicy. Granica ta jest świadkiem największej ilości transakcji międzynarodowych na świecie – każdej minuty przekracza ją towar warty milion dolarów. Przez granicę tę odbywa się także największa migracja w historii – ogromne różnice w poziomie życia i wysokości zarobków przyciągają do USA emigrantów z południa, z których wielu próbuje przekraczać ją nielegalnie, niejednokrotnie tracąc przy tym życie. Pieniądze wysyłane ze Stanów przez rodziny stanowią największe źródło dochodu Meksyku, jeszcze przed dochodami z ropy naftowej czy turystyki. Meksykanów do szukania szczęścia w „Gringolandii” zmuszają warunki życia – sytuacja klasy niższej (stanowiącej w Meksyku ponad 50% społeczeństwa) staje się coraz gorsza, a indywidualni rolnicy oraz producenci nie są często w stanie konkurować z dużymi firmami i tanimi produktami importowanymi z zagranicy (dla przykładu: ponad 50% konsumowanej w Meksyku kukurydzy pochodzi dzisiaj z USA).

 

Społeczeństwo walczące
Mimo tragicznej sytuacji, w jakiej przyszło żyć meksykańskim obywatelom, oni sami zdają się nie tracić nadziei na lepsze jutro. Nie ma dnia, żeby ulicami meksykańskich miast nie przechodziły manifestacje, które potrafią gromadzić dziesiątki, a nawet setki tysięcy osób. Protesty stały się częścią codziennego krajobrazu – przed siedzibami władz rozstawiają się miasteczka namiotowe, a drogi z różnych przyczyn są blokowane przez protestujących, którzy w ten sposób próbują zwrócić uwagę na swoją sprawę.

Meksykanie, nie mogąc liczyć na zapewnienie im bezpieczeństwa przez policję i wojsko, sami organizują się w grupy samoobrony obywatelskiej (zwane autodefensas albo polícia popular). Ochotników rekrutujących się z zagrożonej społeczności wyposaża się często w broń służącą do ochrony mieszkańców, a czasem także do wymierzania sprawiedliwości przestępcom i członkom karteli. Losy jednej z grup autodefensas ze stanu Michoacán kierowanej przez doktora José Manuela Mirelesa Valverde walczącej z kartelem Templariuszy (Caballeros Templarios) ukazuje nominowany do Oscara film dokumantalny Cartel Land z 2015 r. Głośno jest również o społecznościach, które postanowiły wyeliminować z terenu miasteczka przestępców oraz skorumpowanych polityków. Najgłośniejszymi przykładami są Cherán w stanie Michoacán czy Tila w stanie Chiapas. „Żeby się obronić, musimy zmienić cały system – pozbyć się partii politycznych, ratusza, policji i wszystkiego. Musimy zorganizować nasz własny sposób na przetrwanie” – mówił miejscowy nauczyciel i lider społeczności Pedro Chavez z Cherán, które od 2011 r. stało się rządzoną przez mieszkańców autonomią.

Do walk społecznych przyłączają się także artyści. Meksykański grafik oraz producent wideoklipów Gran Om rozpoczął projekt Videoclip & Discurso – zaprasza znanych rodzimych muzyków niezależnych, by stworzyli wspólnie piosenkę na ważny społecznie temat. W ten sposób powstały już popularne utwory, m.in. o protestach nauczycieli, zaginięciu studentów z Ayotzinapy czy walkach grupy etnicznej Yaqui o prawa do ziemi. Popularne w Meksyku jest też tworzenie zaangażowanych społecznie sztuk plastycznych, w tym np. murali oraz plakatów. Meksykańscy graficy nieraz jednoczyli się już, by stworzyć np. serię plakatów na temat bieżących problemów kraju.

Olbrzymią wiarę w lepszą przyszłość widać było w społeczeństwie meksykańskim także 1 lipca podczas wyborów. W serwisach społecznościowych Meksykanie umieszczali swoje zdjęcia z kciukami ubrudzonymi ciemną farbą (wynalazek meksykański mający nie dopuścić do wielokrotnego udania się do urny przez jedną osobą). Zarządzono trzydniową prohibicję (w dzień wyborów, a także dzień przed i po nich). W wielu miejscowościach, by zagłosować, stało się w długich kolejkach. Zdarzały się przypadki, że trzeba było czekać nawet do dziewięciu godzin. Mimo to w wyborach udział wzięła rekordowo duża liczba Meksykanów. Frekwencja wyborcza wyniosła ponad 63%. I choć w dyskusji medialnej pojawia się zdanie: „Meksyk jest krajem upadłym”, nie mamy prawa tak o nim mówić, jeśli sami Meksykanie wciąż mają nadzieję. Jeśli wciąż wierzą w swój kraj i w lepszą przyszłość dla niego.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter