fot. Sebastiao Vivallo/Agencia Makro/Getty
Maciej Myśliwiec październik 2019

Kolejny „mały krok”. Czy jesteśmy gotowi?

Czy to prawda, że Kosmos jest dzisiaj mniej dostępny niż 50 lat temu, kiedy Neil Armstrong stawiał pierwsze kroki w księżycowym pyle? Czy człowiek stracił ten ogromny entuzjazm, z którym w latach 60. zdobywał kolejne przyczółki Wszechświata? Dlaczego dziś nie opuszczamy ziemskiej orbity tak chętnie?

Artykuł z numeru

Czego szukamy w Kosmosie?

Czego szukamy w Kosmosie?

Wyruszmy w podróż, która rozpoczęła się znacznie wcześniej niż pierwsze loty kosmiczne. Jest rok 1945. II wojna światowa właśnie się skończyła. Pokonana III Rzesza jest w ruinie. Wydawać się może, że poza politycznym kapitałem zwycięskie kraje nie mogą tutaj pozyskać nic więcej. Jednak na północy Niemiec znajduje się bezcenna dokumentacja zespołu Wernhera von Brauna, naukowca, który w ośrodku rakietowym w Peenemünde zbudował złowrogą broń rakietową V-2. USA i Związek Radziecki zrobią wszystko, żeby ją przejąć. Wkrótce dokumenty wpadną w ręce Rosjan, natomiast von Braun podda się Amerykanom i dzięki temu trafi do Stanów Zjednoczonych, podobnie jak ponad 100 innych naukowców nazistowskich Niemiec wraz ze swoimi rodzinami. Amerykanie są świadomi, że jego ogromna wiedza jest im potrzebna w rozpoczynającym się wyścigu zbrojeń z ZSRR, mimo to następnych kilka lat będzie on de facto internowany w Fort Bliss w Teksasie. Trudno bowiem będzie wyjaśnić opinii publicznej, dlaczego nazistowscy naukowcy, członkowie NSDAP, nie ponieśli konsekwencji za pracę na rzecz administracji Hitlera.

Sytuacja zmienia się ponad dekadę później, gdy ZSRR wysyła w Kosmos sputnika, a Amerykanie nie są w stanie stworzyć technologii odpowiadającej sukcesom zza żelaznej kurtyny. Wtedy właśnie von Braun ratuje honor Stanów Zjednoczonych, projektując rakietę Jupiter C, która niecałe cztery miesiące po sputniku wyniesie na orbitę pierwszego satelitę USA – Explorer 1. Od tego momentu wyścig zbrojeń staje się w wyścigiem kosmicznym. Po jego obu stronach będą nie tylko mocarstwa, ale dwie silne osobowości: geniusze rakietowi von Braun i Siergiej Korolow. Obaj naukowcy będą nadawać bieg rywalizacji, zarówno ze względu na oczekiwania mocodawców, jak i własne ambicje.

Od kwietnia 1961 r. wyścig wkracza w zupełnie inną fazę. Jurij Gagarin, który jako pierwszy człowiek okrążył Ziemię, udowadnia, że myśl techniczna Związku Radzieckiego wyprzedza tę zza oceanu. Amerykanie trzy tygodnie później poślą w Kosmos Alana Sheparda, który odbędzie lot suborbitalny. Misja potrwa jedynie 15 min, co będzie osiągnięciem znacznie mniejszym niż lot ZSRR. Amerykanie, nie chcąc zostawać krok za Sowietami, wyznaczą nowy, śmiały cel: jako pierwsi zamierzają dotrzeć na Księżyc.

Wybieramy się na Księżyc!

Uważa się, że podróż w kierunku Księżyca tak naprawdę rozpoczęła się 12 września 1962 r., kiedy prezydent John F. Kennedy na stadionie Rice w Houston w Teksasie wygłosił przemówienie, do dziś uznawane za jedno z lepszych retorycznie w historii. Mówił wówczas tak:

„Wybieramy się na Księżyc. Wybieramy się na Księżyc w tej dekadzie i robimy inne rzeczy, nie dlatego, że są łatwe, ale dlatego, że są trudne; ponieważ cel ten posłuży do uporządkowania i zmierzenia najlepszych z naszych energii i umiejętności, ponieważ jest to wyzwanie, które jesteśmy gotowi podjąć, którego nie chcemy odkładać, i z próby sprostania mu zamierzamy wyjść zwycięsko”.

Już wcześniej Kennedy zaznaczał, że będzie chciał wysłać ludzi na Księżyc. Tuż po locie Sheparda w maju 1961 r. mówił w Kongresie: „Jestem przekonany, że nasz naród powinien postawić sobie za cel, aby do końca tego dziesięciolecia umieścić człowieka na Księżycu i sprowadzić go bezpiecznie z powrotem na Ziemię”.

Słowa te stały się motorem napędowym młodej Narodowej Agencji Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej (National Aeronautics and Space Administration – NASA). Swój plan Kennedy zaprezentował także rok później, we wrześniu 1963 r., na spotkaniu Zgromadzenia Ogólnego ONZ, kiedy mając na celu podział ogromnych kosztów związanych z misją na Księżyc, zaproponował przeprowadzenie jej w ramach międzynarodowej współpracy. Miesiąc później Nikita Chruszczow niejako w odpowiedzi podał do publicznej wiadomości, że ZSRR nie planuje wysyłać człowieka na Księżyc. Dziś wiadomo, że nie była to prawda, bo Związek Radziecki już wtedy pracował nad technologią umożliwiającą podróż na Srebrny Glob.

Kennedy, wciąż optujący za lotem na Księżyc, był jednak świadomy, jak potężne może on generować koszty (szacowano je nawet na 40 mld USD). Wiedział także, że mogą być to kwoty nieosiągalne dla budżetu państwa zwiększającego w tym czasie swoje zaangażowanie w wojnę w Wietnamie. Badacze analizujący historię podboju Kosmosu uważają, że gdyby JFK nie został zamordowany w listopadzie 1963 r., to prawdopodobnie z przyczyn ekonomicznych plan zdobycia Księżyca zostałby przesunięty w czasie. Paradoksalnie, to śmierć Kennedy’ego zmobilizowała Amerykę do wypełnienia swoistego testamentu prezydenta i ukończenia misji przed rokiem 1970.

Za wszelką cenę?

Choć to Stany Zjednoczone oficjalnie zadeklarowały lądowanie na Księżycu jako swój cel, to Związek Radziecki przez większość wyścigu kosmicznego nadawał tempo tej grze. Sowieci jako pierwsi wysłali trzyosobową załogę (Woschod 1), potem Aleksiej Leonow jako pierwszy człowiek wyszedł w otwartą przestrzeń kosmiczną (w marcu 1965 r.).

Jeszcze w 1959 r. Łuna 2, jako pierwsza sonda, dotarła na Księżyc, niosąc na pokładzie insygnia ZSRR. Pamiątkowe medale, o których mowa, miały trafić na powierzchnię naszego satelity w chwili uderzenia sondy o jego powierzchnię. Uważa się jednak, że ze względu na ogromną siłę i wytworzoną podczas tego manewru temperaturę (ponad 10 tys.°C) uległy one całkowitemu zniszczeniu.

W czasie kiedy Rosjanie zdobywali kolejne punkty, NASA rozpoczęła program Gemini. W latach 1965–1966 w Kosmos poleciało dziewięć dwuosobowych statków, które pozwalały na testowanie kolejnych manewrów niezbędnych do prawidłowego lądowania na Księżycu w niedalekiej przyszłości. Ich osiągnięcia dały Amerykanom poczucie, że wychodzą na prowadzenie.

W wyścigu kosmicznym nie mieliśmy jednak do czynienia z samymi sukcesami. Na jeden udany start często przypadało kilka, które kończyły się niepowodzeniem: rakiety wybuchały, próbniki i sondy trafiały na złą orbitę, czasami zawodziła łączność. Dopóki te awarie dotyczyły statków bezzałogowych, nie było to groźne. Sytuacja zmieniła się, kiedy zagrożone było życie astronautów.

John Glenn, który jako pierwszy Amerykanin dotarł na orbitę okołoziemską, mógł z niej nie wrócić ze względu na uszkodzenie osłony termicznej, chroniącej statek podczas wejścia w atmosferę. Kiedy obsługa lotu zauważyła, że czujnik osłony wskazuje na jej awarię, zdecydowała o nieodłączaniu silnika hamującego, tak aby jego uchwyty mogły docisnąć powierzchnię ochronną do kapsuły. Skrócona misja zakończyła się sukcesem, choć późniejsze testy pokazały, że mogło być zupełnie inaczej. Glenn stał się dla wielu ikoną podboju Kosmosu. Wrócił w przestrzeń kosmiczną po 36 latach, w 1998 r. na pokładzie promu kosmicznego, jako najstarszy astronauta w historii. Miał 77 lat.

Wspomniany wcześniej Aleksiej Leonow w czasie swojego spaceru kosmicznego nie był z kolei w stanie powrócić do kapsuły. Napompowany jak balon skafander rozszerzył się podczas pobytu w próżni, powodując niemożność wejścia do śluzy. Leonow praktycznie utknął na zewnątrz statku. Zgodnie z procedurą powinien wrócić do pojazdu, poczynając od nóg, tak aby zająć z powrotem miejsce w fotelu. Niestety, do śluzy udało mu się wejść tylko głową na przód, co zmusiło go do nie lada wyczynu – obrócenia się wewnątrz walca o średnicy 1 m! Wysiłek był tak ogromny, że Leonow zaczął się dusić, a następnie doznał udaru cieplnego. Kiedy wydawało się, że załoga Woschoda 2 kłopoty ma już za sobą, popsuty czujnik położenia Słońca zmusił dowódcę statku Pawła Bielajewa do pierwszego w historii, ręcznie pilotowanego, zejścia z orbity. Niestety, kosmonauci nie mogli o tym poinformować kontroli lotu, ponieważ przebywali poza zasięgiem łączności radiowej. Awaryjne lądowanie w tajdze sprawiło, że dopiero po kilku godzinach śmigłowiec odnalazł kapsułę, a ekipa ratownicza dotarła do niej po trzech dniach, ocalając wycieńczonych kosmonautów.

Astronauci i kosmonauci świadomi byli zagrożenia, jakie niesie ze sobą ich praca. Większość z nich wywodziła się z grupy pilotów doświadczalnych i wojskowych, więc doskonale znali ryzyko i gotowi byli na poświęcenie – nawet to największe.

Pierwszą śmiertelną ofiarą związaną z programem kosmicznym był Walentin Bondarenko, który w czasie dwutygodniowego, naziemnego testu w kapsule wypełnionej czystym tlenem o obniżonym ciśnieniu nieuważnie upuścił wacik nasączony alkoholem na rozgrzaną kuchenkę elektryczną. W kabinie wybuchł pożar. Kiedy pół godziny później, po wyrównaniu ciśnienia w kapsule, lekarzom nadzorującym eksperyment udało się dostać do jej wnętrza, niedoszły kosmonauta był prawie całkowicie poparzony. Obrażenia okazały się śmiertelne – pilot zmarł kilkanaście godzin później. Był styczeń 1961 r. Władze ZSRR starały się ukryć informację o wypadku. Okazało się to jednak trudne, ponieważ pilot pojawiał się wcześniej w oficjalnych przekazach dotyczących lotników-kosmonautów. Jego zniknięcie wywołało falę plotek na temat nieudanych misji i pilotów, którzy zginęli w Kosmosie, zanim oficjalnie ogłoszono sukces lotu Gagarina. Opinia publiczna poznała prawdę o Bondarence dopiero w 1984 r. Być może gdyby Rosjanie ujawnili szczegóły tego wypadku wcześniej, uchroniłoby to astronautów amerykańskich, którzy w podobny sposób zginęli niemal równo sześć lat później.

To właśnie rok 1967 był najbardziej tragiczny w czasie wyścigu na Księżyc. Nie tylko ze względu na to, że obie strony rywalizacji straciły swoich pilotów, ale przede wszystkim dlatego, że obie doprowadziły do tych tragedii pracą w pośpiechu i wkradającą się w nią nieuwagą.

27 stycznia załoga pierwszej planowanej misji Apollo – Virgil Grissom, Ed White i Roger Chaffee – spłonęła żywcem w czasie treningu, na trzy tygodnie przed planowanym startem. W wyniku zwarcia instalacji elektrycznej, w wypełnionej czystym tlenem kabinie, wybuchł pożar. Wadliwa konstrukcja włazu uniemożliwiła ucieczkę z płomieni.

Trzy miesiące później Rosjanie (programem nie dowodził już Korolow – zmarł rok wcześniej w wyniku nieudanej operacji), zmotywowani informacją o zawieszeniu amerykańskiego programu kosmicznego, wystrzelili pełen usterek statek Sojuz 1. Konstruktorzy za wszelką cenę chcieli pokazać prowadzenie ZSRR w wyścigu kosmicznym. Pilotujący statek Władimir Komarow krótko po starcie poinformował jednak o szeregu problemów. Zawodziły kolejne systemy, łącznie z tym odpowiedzialnym za lądowanie. Kosmonaucie udało się manualnie sprowadzić statek z orbity i kiedy wydawało się, że uda mu się bezpiecznie wylądować, zawiodły oba spadochrony. Kapsuła uderzyła w Ziemię z prędkością 140 km/h i doszczętnie spłonęła.

Te wypadki skutkowały półtoraroczną przerwą w programach kosmicznych obu krajów. Pożar na pokładzie Apollo 1 zesłał na NASA ogromną krytykę ze strony opinii publicznej. Agencja musiała solidnie postarać się o wsparcie polityków, aby móc wypełnić wolę prezydenta Kennedy’ego i przekonać Amerykanów, że lot na Księżyc jest ich krajowi potrzebny. Wydarzenia 1967 r. istotnie wpłynęły na proces budowy nowych pojazdów. Skutkowały także stworzeniem procedur kładących nacisk na bezpieczeństwo pilotów. Dzięki wprowadzonym w tym czasie odpowiednim modyfikacjom konstrukcja Sojuza do dzisiaj wykorzystywana jest w transporcie ludzi na Międzynarodową Stację Kosmiczną (ISS).

Mały krok i wielki skok

20 lipca 1969 r. (w Polsce był wówczas już 21 lipca) Neil Armstrong postawił stopę na Księżycu. Kilkanaście minut później dołączył do niego Edwin „Buzz” Aldrin. Świat usłyszał słynne zdanie Armstronga: „To mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”. Wyścig kosmiczny tak naprawdę się zakończył. Osiągnięto cel, i to przed końcem dekady, tak jak chciał tego John F. Kennedy.

Sowieci nie mieli wyjścia i musieli zaakceptować, że ostatecznie przegrali tę rywalizację, choć trzeba przyznać, że walczyli do końca. Na trzy dni przed startem Apollo 11 wystrzelili sondę Łuna 15, której zadaniem było pobranie próbek gruntu i dostarczenie ich na Ziemię kilkanaście godzin przed amerykańską załogą. W ten sposób radzieccy naukowcy chcieli udowodnić, że nie ma potrzeby wysyłać człowieka na Księżyc, skoro ten sam ładunek można zdobyć znacznie taniej, przy użyciu bezzałogowej sondy. Łuna 15 nie wróciła jednak nigdy na Ziemię – rozbiła się na księżycowym Morzu Przesileń w czasie, kiedy Armstrong i Aldrin przebywali na powierzchni naszego satelity. Ostatecznie sowieckim naukowcom udało się sprowadzić księżycowe próbki dopiero we wrześniu 1970 r.

Projekt Apollo, który kosztował w przeliczeniu na dzisiejszą wartość amerykańskiej waluty 153 mld USD, zaangażował ogromną część społeczeństwa. Podczas gdy jedne firmy tworzyły komponenty rakiety, inne budowały elementy modułu dowodzenia, a jeszcze inne projektowały lądownik księżycowy. Zakończone sukcesem lądowanie było efektem pracy kilkuset tysięcy, jeśli nie milionów ludzi. W tak ogromnym projekcie coś mogło pójść jednak nie tak, wielkie znaczenie miał czynnik ludzki. To człowiek musiał zareagować, kiedy maszyna zawodziła. Nie bez powodu wybrano Armstronga jako pilota pierwszej próby lądowania. Miał on ogromne doświadczenie jako oblatywacz maszyn dla wojska. Cechowały go skromność i odpowiedzialność. Swoją zimną krew pokazał też podczas poprzedniej misji (Gemini 8), kiedy awaria silników sterujących niemal doprowadziła do katastrofy. Także podczas lotu Apollo 11 jego umiejętności okazały się kluczowe. Zaplanowane miejsce lądowania, na które astronautów skierował komputer pokładowy, okazało się pełne głazów. Armstrong przejął stery i wylądował w wybranej przez siebie, bezpiecznej lokalizacji. Kiedy podpory lądownika dotknęły powierzchni Księżyca, paliwa w lądowniku wystarczyło na mniej niż 30 s lotu.

Opinia publiczna nie zdawała sobie sprawy, że równie niebezpieczny jak lądowanie był start z powierzchni Księżyca.

Jeżeli silnik lądownika nie odpaliłby – astronauci nie wróciliby do domu. Na tę okoliczność przygotowaną przemowę miał już Richard Nixon, urzędujący wówczas w Białym Domu.

W odnalezionym w 1998 r. dokumencie czytamy: „Będą oni [astronauci – przyp. autora] opłakiwani przez ich rodziny i przyjaciół; będą opłakiwani przez ich naród; będą opłakiwani przez ludzi na świecie; będą opłakiwani przez Matkę Ziemię, która odważyła się wysłać swoich dwóch synów w nieznane”. Dzisiaj wiemy, że szczęśliwie ta wersja nie była potrzebna. Niewiele jednak brakowało, a świat musiałby usłyszeć te słowa. Podczas powrotu do wnętrza lądownika Aldrin uderzył plecakiem, zawierającym zestaw do podtrzymywania życia, w przełącznik odpowiedzialny za odpalenie silnika. Kawałek ułamanego włącznika astronauci odnaleźli na podłodze tuż przed startem. Jedyne, co mieli na podorędziu i co mogło prowizorycznie zastąpić uszkodzony element, to długopis. Aldrin jego właśnie użył do zainicjowania startu. Dzisiaj „długopis, który uratował Apollo 11”, możemy oglądać w Muzeum Lotnictwa w Seattle.

Zdobyliśmy Księżyc. Co dalej?

Po lądowaniu Apollo 11 opinia publiczna bardzo szybko przestała zajmować się Księżycem. Wysłana cztery miesiące później misja Apollo 12 cieszyła się dużo mniejszym zainteresowaniem. Lot Apollo 13, który w kwietniu 1970 r. niemal zakończył się kolejną tragedią, sprawił, że krytyka NASA osiągnęła rekordowo wysoki poziom. Zaczęto kwestionować opłacalność lotów nie tylko ze względu na koszty, ale właśnie bezpieczeństwo załóg. Kiedy w grudniu 1972 r. ostatni astronauci skróconego programu Apollo opuszczali Księżyc, wydawało się, że powrót w te rejony nieba to kwestia kilkunastu lat. Tymczasem zarówno Amerykanie, jak i Sowieci postanowili pójść w zupełnie innym kierunku.

W kwietniu 1971 r. ZSRR wystrzeliło Saluta 1 – pierwszą stację kosmiczną. Jej załoga po wykonaniu planu misji zginęła z powodu rozhermetyzowania kabiny w czasie powrotu na Ziemię. NASA swoje laboratorium Skylab wysłała w Kosmos dwa lata później, w maju 1973 r. Uszkodzona podczas startu stacja wymagała wielu napraw i nigdy nie powróciła do pełnej sprawności. Ostatnia załoga przed swoim powrotem z orbity zabezpieczyła Skylaba tak, aby możliwa była jego reaktywacja wraz z początkiem programu wahadłowców. Opóźnienia projektu spowodowały, że do spotkania z promem nigdy nie doszło. Stacja spłonęła w atmosferze nad Australią w 1979 r.

Zakończenie otwartej rywalizacji o dominację w Kosmosie zaowocowało wspólnym lotem w lipcu 1975 r., w ramach misji Apollo-Sojuz. Amerykańsko-radziecka załoga współpracowała przy badaniach naukowych, choć głównym celem wyprawy było pokazanie możliwości kooperacji pomiędzy państwami przy badaniu przestrzeni kosmicznej. Długofalowym efektem tamtego lotu jest dzisiejsza współpraca na orbicie w ramach ISS, choć warto też przypomnieć, że w międzyczasie amerykańskie promy odwiedzały rosyjską stację Mir, a astronauci spędzali tam po kilka miesięcy. Tu z kolei decydowały względy czysto ekonomiczne. Po upadku ZSRR rosyjskiemu programowi kosmicznemu groziło bankructwo. Dotowany dotychczas przez gospodarkę centralnie planowaną, musiał zacząć zarabiać. Rosjanie mieli więc stację kosmiczną, a Amerykanie pieniądze, za które gotowi byli wykupić miejsce na jej pokładzie. Przypominało to trochę mechanizm turystyki kosmicznej, popularnej w ubiegłej dekadzie. Za 20 mln USD można było wówczas wybrać się w tygodniową wycieczkę w Kosmos.

Niemal 50 lat podboju Kosmosu pokazało, że bez współpracy różnych krajów i rządów z podmiotami komercyjnymi nie da się skutecznie prowadzić badań. Tworzenie technologii i przygotowywanie misji kosmicznych generuje takie koszty, że trzeba szukać nowych źródeł ich finansowania. NASA, która zainwestowała w program promów ogromne środki, zaczęła w końcu zarabiać na wynoszeniu na orbitę ładunków komercyjnych. Korzyści były widoczne nie tylko na poziomie naukowym, ale także robienia publicity. To w tym czasie w Kosmos poleciał pierwszy amerykański senator, wtedy też Amerykanie wysłali w misję pierwszą kobietę. Miała polecieć tam także nauczycielka, aby z Kosmosu poprowadzić transmitowane na Ziemi zajęcia. Lekcja ta nigdy się niestety nie odbyła. Christa McAuliffe zginęła wraz z całą załogą podczas startu Challengera w styczniu 1986 r. Po raz kolejny do śmierci załogi przyczyniła się zbytnia pewność siebie naukowców. Astronauci nie byli nawet zaopatrywani w skafandry ciśnieniowe na czas startu, a podróż w Kosmos traktowano ze zbyt dużą nonszalancją. „W lataniu w Kosmos nie ma nic z rutyny. Masz wiele sił, które działają przeciwko tobie, gdy jedziesz tak szybko, szczególnie w atmosferze” – po latach powie o tym wypadku Jim Harrington, jeden z naukowców odpowiedzialnych za bezpieczeństwo orbitera.

Wdrożenie dodatkowych procedur bezpieczeństwa zmniejszyło liczbę lotów względem rekordowego roku 1985, kiedy promy wzbijały się w niebo aż dziewięć razy. W tym czasie Rosjanie, aby utrzymać finansowanie programu, zapraszali zaprzyjaźnione kraje do wysłania swoich obywateli w Kosmos na pokładzie sojuzów. To właśnie w ramach projektu Interkosmos na orbitę poleciał jedyny polski kosmonauta – Mirosław Hermaszewski. W latach 90. w ramach komercyjnych misji na stację Mir trafili także dziennikarze i politycy.

Bilet na lot Ziemia–Mars (przystanek: Księżyc)

Rozwój technologii kosmicznych pozwolił sięgnąć orbity także innym krajom. Europejska Agencja Kosmiczna (European Space Agency – ESA), zrzeszająca obecnie 22 państwa (Polska jest członkiem od 2012 r.) nie tylko współtworzy załogi ISS, ale wysyła swoje satelity i sondy w najdalsze zakątki Kosmosu. W Azji silnym liderem stają się Chiny, które są trzecim krajem zdolnym wysłać człowieka na orbitę. Tuż za nimi kroczą Indie, które planują wysłanie swojego statku załogowego w 2021 r.

Rozwój ten to przede wszystkim okazja dla prywatnych firm, które nie tylko mogą dostarczyć technologię, ale także i pieniądze potrzebne do realizacji celów misji. NASA rozumie to bardzo dobrze. Agencja już kilka lat temu wynajęła swoją główną wyrzutnię Elonowi Muskowi, właścicielowi firmy SpaceX. Musk, wizjoner różnych technologii, szybko zrozumiał, że wielokrotnego użytku rakiety to przyszłość i że to jedyny sposób na zmniejszenie kosztów wyniesienia ładunku na orbitę. Najlepiej, aby każdy możliwy element rakiety można było wykorzystać ponownie przy kolejnych startach. Im szybciej uda się to osiągnąć, tym lepiej. Widok rakiety lądującej w miejscu, z którego wystartowała ona chwilę wcześniej, jeszcze kilka lat temu wydawał się koncepcją rodem z filmów science fiction. Dzisiaj rakiety SpaceX w większości przypadków osiągają ten cel. Równocześnie NASA ściśle angażuje się we współpracę z Jeffem Bezosem (właścicielem portalu Amazon), aby pomóc jego firmie Blue Origin stworzyć technologię potrzebną do powrotu na Księżyc.

Obaj miliarderzy oprócz pieniędzy mają bardzo kreatywne umysły i dysponują świetnymi zespołami, które przez ostatnie kilka lat rozpędziły na nowo rozwój sektora kosmicznego. Wydawać się może, że w najbliższym czasie będziemy świadkami powstania wielu nowych rozwiązań, które faktycznie zabiorą nas znowu poza orbitę Ziemi. Na grudzień tego roku planowane są starty dwóch nowych statków, które kontraktuje NASA: Dragona (zbudowanego przez ekipę Muska) i Starlinera (stworzonego przez firmę Boeing). Każdy statek jest zupełnie inny – od kształtu zaczynając, a kończąc na skafandrach, z których korzystać będą astronauci. Trzecia konstrukcja (budowana z kolei przez firmę Lockheed Martin), czyli statek Orion, ma polecieć w załogową misję w 2023 r., a rok później dostarczyć ludzi z powrotem na Księżyc.

NASA bardzo rozmyślnie rozdziela zadania swoim kontrahentom. Każdy z nich tworzy technologię dla innych celów, jednocześnie mobilizując pozostałych graczy do działania.

Można więc powiedzieć, że współczesny wyścig nie odbywa się między państwami, lecz między firmami sektora kosmicznego.

Największych sukcesów nie odnosi jednak żaden z opisanych wcześniej projektów, ale niezależny produkt miliardera Richarda Bransona, który w ramach firmy Virgin Galactic stworzył Space Ship Two. Wyglądem statek bardziej przypomina samolot niż rakietę. Startuje z powietrza, z pokładu większego samolotu transportowego. Kiedy transportowiec zrzuci Space Ship Two niczym bombę, pilot odpala silnik rakietowy i z pułapu 15 km wznosi się na ponad 100 km, czyli poza magiczną granicę Kosmosu zwaną Linią Kármána. Virgin Galactic wysłała w ten sposób w lot suborbitalny kilka osób, a wkrótce planuje na stałe uruchomić loty komercyjne, aby udostępnić Kosmos każdemu, kogo będzie na to stać.

Obecna administracja NASA naciska, aby finansowane przez nią projekty były realizowane szybciej. Odpowiedzialny za sektor kosmiczny wiceprezydent USA Mike Pence ogłosił, że do 2024 r. powinniśmy wrócić na Księżyc. Dał on Agencji nowy deadline, niczym Kennedy niemal 50 lat wcześniej. Pamiętajmy, że od ostatniego lotu promu kosmicznego minęło już ponad sześć lat, a Amerykanie regularnie płacą agencji Roskosmos niemal 80 mln USD za każdego astronautę, którego statek sojuz dostarcza na ISS. Wznowienie lotów załogowych z przylądka Canaveral jest więc niezwykle potrzebne. Zarówno ekonomicznie, jak i politycznie.

Na Księżyc chcą także wrócić Rosjanie, którzy na przyszły rok planują reaktywację programu Łuna. Na początku 2019 r. na ciemnej stronie Księżyca wylądował chiński próbnik Chang’e 4 wraz z łazikiem Yutu 2. Eksploruje on rejony południowego bieguna naszego satelity. W chwili, w której piszę ten artykuł, do lądowania przygotowuje się lądownik Vikram z indyjskiej sondy Chandrayaan 2.

Ambitny plan NASA przewiduje, że w przyszłym roku statek Orion (na razie bez załogi) okrąży Księżyc, a za trzy lata na orbicie naszego satelity znajdą się elementy stacji kosmicznej, która stanowić będzie bazę wypadową na jego powierzchnię. W 2024 r. na Księżycu znowu mają pojawić się ślady stóp – w tym pierwszej kobiety. Czy uda się zrealizować tak napięty harmonogram? Z jednej strony wydaje się to niemożliwe i projekt spotyka się z ogromną krytyką środowisk naukowych, apelujących, by z uwagi na doświadczenia przeszłości zmniejszyć tempo. Ich obawę wzbudza fakt, że przy tak szybkim konstruowaniu statków może po raz kolejny dojść do tragedii i że pośpiech może zniweczyć plan misji. Z drugiej strony pamiętajmy, że 50 lat temu przy o wiele gorszej technologii niż obecna (komputer misji Apollo miał pamięć o wiele mniejszą niż dzisiejsze kalkulatory) takie cele osiągano. Może się więc okazać, że za kilka lat znowu będziemy z wypiekami na twarzy oglądać transmisje na żywo z Księżyca.

Powinniśmy jednak wiedzieć, że Księżyc tym razem nie jest celem samym w sobie. Ludzkość musi tam wrócić, traktując go jako przystanek w dalszej podróży. Nasz satelita oferuje sześć razy mniejsze przyciąganie oraz brak atmosfery – pozwala to na tańsze i bardziej efektywne wyniesienie ładunku w stronę innych planet. Na powierzchni Księżyca możemy tworzyć komponenty potrzebne do odbycia dalszych etapów podróży kosmicznej. Pierwiastki, które znajdziemy na jego powierzchni, a także woda, której cząsteczki poruszają się w regolicie, będą mogły zapewnić chociażby paliwo naszym rakietom. Co więcej, mieszkając na Księżycu oddalonym od Ziemi o cztery dni lotu, będziemy mogli znacznie lepiej zbadać aspekty długotrwałego pobytu z dala od ziemskiej orbity. A to one będą kluczowe w podjęciu decyzji o wyprawie na Marsa.

225 mln km od Ziemi

Kiedy lądowaliśmy na Księżycu, prezydent Nixon w uniesieniu ogłaszał, że do 2000 r. człowiek odwiedzi nowe światy. Jak wiemy, tak się nie stało. Opieszałość w przygotowywaniu lotu na Marsa krytykował już w latach 80. Neil Armstrong, mówiąc, że marnowany jest potencjał programu Apollo. Buzz Aldrin przez ostatnie lata także stał się ogromnym orędownikiem lotu na Czerwoną Planetę. Jego program Get Your Ass to Mars (dosłownie: Zabieraj swój tyłek na Marsa) zgromadził zwolenników na całym świecie.

Czerwona Planeta stała się przedmiotem zainteresowania opinii publicznej już dawno temu. Łaziki, które są tam nieprzerwanie od ponad 15 lat, udowodniły, że Mars był kiedyś miejscem przyjaznym dla życia. Może nie w ludzkiej formie, ale bakteryjnej na pewno. To daje nadzieję na tzw. terraformację planety, czyli upodobnienie jej do Ziemi. Nie wiadomo, czy jest to możliwe, jednak wykorzystanie zasobów Marsa, aby przygotować go dla człowieka, może być niezbędne, jeśli okaże się, że naszej planecie skończą się zasoby. Mars wydaje się naturalnym kandydatem na nowy przyczółek ludzkości.

Lista problemów, z jakimi musimy się zmierzyć, żeby dotrzeć na Czerwoną Planetę, jest długa. Od technologii dotarcia na miejsce, poprzez problemy medyczne i psychologiczne, wykształcenie odpowiedniej załogi, po bezpieczny powrót. Misja na Marsa będzie trwała (przy założeniu wykorzystania dzisiejszej techniki) ok. trzech lat, z czego sama podróż w obie strony zajmie dwa. Wyzwaniem jest zapewnienie załodze odpowiednich zapasów, ale także dopilnowanie jej bezpieczeństwa, zarówno w kwestii samopoczucia, jak i ochrony przed promieniowaniem kosmicznym, mogącym spowodować m.in. choroby nowotworowe. Ważną sprawą pozostaje przystosowanie ciała człowieka do grawitacji marsjańskiej po rocznej podróży w stanie nieważkości.

Gdy astronauci wracają na Ziemię po długotrwałym pobycie na stacji kosmicznej, przechodzą odpowiednią rehabilitację, przystosowując się na nowo do ziemskiej grawitacji. Przyszli goście Czerwonej Planety nie będą mieli takiej możliwości. Będą musieli nieprzerwanie realizować zadania misji. Standardowe ćwiczenia w stanie nieważkości mogą być już niewystarczające. Jak więc zapewnić im namiastkę grawitacji na pokładzie statku? Oto kolejne wyzwanie.

Osobnym zagadnieniem pozostaje bezpieczeństwo załogi. Jeżeli zdarzy się wypadek, a pamiętajmy, że od Marsa dzieli nas średnio 225 mln km, to nie będzie możliwości ani awaryjnego powrotu na Ziemię, ani wysłania misji ratunkowej. Astronauci, którzy zdecydują się na tę podróż, muszą liczyć się z ogromnym ryzykiem. Nie bez powodu holenderska firma poszukiwała kilka lat temu ochotników do podróży na Marsa – zaznaczając, że będzie to podróż w jedną stronę. Chętnych i tak nie brakowało.

Należy mieć świadomość, że nasza wyprawa nie wydarzy się w ciągu następnych kilku lat.

Uważa się, że misja na Marsa możliwa będzie najwcześniej w poł. lat 30. naszego wieku. Dlatego tak ważne jest kładzenie nacisku na szkolenie przyszłych adeptów astronautyki już dziś. Mimo że brzmi to dość abstrakcyjnie, NASA poszukuje kandydatów do lotu na Marsa wśród dzisiejszych nastolatków.

Jedną z zakwalifikowanych do przyszłego lotu osób jest Alyssa Carson, urodzona w 2001 r. Nastolatka uczestniczyła w trzech edycjach Space Academy i wzięła udział w siedmiu obozach NASA, na których uczniowie zdobywają wiedzę potrzebną w czasie podróży kosmicznych. Misja Alyssy planowana jest na 2033 r. Do tego czasu będzie ona nieustannie zdobywała wykształcenie kierunkowe i przygotowywała się do lotu. Mimo że ma zaledwie 18 lat, świadoma jest wyrzeczeń, jakie będzie musiała ponieść. Być może nie zostanie nigdy mamą i nie założy rodziny. Uważa jednak, że jej pasja warta jest tych poświęceń. Ludzie tacy jak Alyssa będą rekrutowani na całym świecie, tak aby misję tworzyła społeczność międzynarodowa. Pozwoli to na podział kosztów pomiędzy kraje uczestniczące w niej, a także pokaże, że załoga stanowi reprezentację całej Ziemi.

Widzimy więc, że podróż na Księżyc dała ludzkości nie tylko efekty w postaci przywiezionych stamtąd skał i wyników badań naukowych. Dała nam przede wszystkim lepsze spojrzenie na Ziemię i na nas samych. Błękitna Kropka, jak ją nazywał astronom Carl Sagan, z Kosmosu wygląda nadzwyczaj pięknie i zmienia kompletnie perspektywę, z jakiej na nią patrzymy. Obecnie może wydawać się, że ten widok nam się już opatrzył i wschód Ziemi nad pustkowiem Księżyca nie porusza nas tak jak niegdyś. Być może potrzebujemy nowego bodźca – wyprawy na Marsa albo dalej, aby znowu ją docenić? Eugene Cernan, nieżyjący już dowódca Apollo 17, a zarazem ostatni człowiek, który stąpał po Księżycu, powiedział: „Polecieliśmy poznać Księżyc, ale tak naprawdę odkryliśmy Ziemię”. I chyba to właśnie stanowić może kwintesencję przyszłych podróży kosmicznych: powinniśmy nie tylko odkrywać i szukać nowych miejsc dla ludzkości, ale także na nowo zrozumieć i obdarzyć szacunkiem planetę, która jest naszym domem.

Osobiście wraz z innymi pasjonatami Kosmosu trzymam kciuki, aby tym, którzy przetarli szlaki, a których pozostało tak niewielu (z 12 ludzi, którzy chodzili po Księżycu, obecnie żyje już tylko czterech; wszyscy mają ok. 90 lat), dane było przeżyć jeszcze raz te emocje, które kiedyś sami zapewniali ludziom na całym świecie. Byłby to hołd dla ich wkładu w rozwój nauki.

Kup numer