70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Sebastiao Vivallo/Agencia Makro/Getty

Kolejny „mały krok”. Czy jesteśmy gotowi?

Czy to prawda, że Kosmos jest dzisiaj mniej dostępny niż 50 lat temu, kiedy Neil Armstrong stawiał pierwsze kroki w księżycowym pyle? Czy człowiek stracił ten ogromny entuzjazm, z którym w latach 60. zdobywał kolejne przyczółki Wszechświata? Dlaczego dziś nie opuszczamy ziemskiej orbity tak chętnie?

Wyruszmy w podróż, która rozpoczęła się znacznie wcześniej niż pierwsze loty kosmiczne. Jest rok 1945. II wojna światowa właśnie się skończyła. Pokonana III Rzesza jest w ruinie. Wydawać się może, że poza politycznym kapitałem zwycięskie kraje nie mogą tutaj pozyskać nic więcej. Jednak na północy Niemiec znajduje się bezcenna dokumentacja zespołu Wernhera von Brauna, naukowca, który w ośrodku rakietowym w Peenemünde zbudował złowrogą broń rakietową V-2. USA i Związek Radziecki zrobią wszystko, żeby ją przejąć. Wkrótce dokumenty wpadną w ręce Rosjan, natomiast von Braun podda się Amerykanom i dzięki temu trafi do Stanów Zjednoczonych, podobnie jak ponad 100 innych naukowców nazistowskich Niemiec wraz ze swoimi rodzinami. Amerykanie są świadomi, że jego ogromna wiedza jest im potrzebna w rozpoczynającym się wyścigu zbrojeń z ZSRR, mimo to następnych kilka lat będzie on de facto internowany w Fort Bliss w Teksasie. Trudno bowiem będzie wyjaśnić opinii publicznej, dlaczego nazistowscy naukowcy, członkowie NSDAP, nie ponieśli konsekwencji za pracę na rzecz administracji Hitlera.

Sytuacja zmienia się ponad dekadę później, gdy ZSRR wysyła w Kosmos sputnika, a Amerykanie nie są w stanie stworzyć technologii odpowiadającej sukcesom zza żelaznej kurtyny. Wtedy właśnie von Braun ratuje honor Stanów Zjednoczonych, projektując rakietę Jupiter C, która niecałe cztery miesiące po sputniku wyniesie na orbitę pierwszego satelitę USA – Explorer 1. Od tego momentu wyścig zbrojeń staje się w wyścigiem kosmicznym. Po jego obu stronach będą nie tylko mocarstwa, ale dwie silne osobowości: geniusze rakietowi von Braun i Siergiej Korolow. Obaj naukowcy będą nadawać bieg rywalizacji, zarówno ze względu na oczekiwania mocodawców, jak i własne ambicje.

Od kwietnia 1961 r. wyścig wkracza w zupełnie inną fazę. Jurij Gagarin, który jako pierwszy człowiek okrążył Ziemię, udowadnia, że myśl techniczna Związku Radzieckiego wyprzedza tę zza oceanu. Amerykanie trzy tygodnie później poślą w Kosmos Alana Sheparda, który odbędzie lot suborbitalny. Misja potrwa jedynie 15 min, co będzie osiągnięciem znacznie mniejszym niż lot ZSRR. Amerykanie, nie chcąc zostawać krok za Sowietami, wyznaczą nowy, śmiały cel: jako pierwsi zamierzają dotrzeć na Księżyc.

Wybieramy się na Księżyc!

Uważa się, że podróż w kierunku Księżyca tak naprawdę rozpoczęła się 12 września 1962 r., kiedy prezydent John F. Kennedy na stadionie Rice w Houston w Teksasie wygłosił przemówienie, do dziś uznawane za jedno z lepszych retorycznie w historii. Mówił wówczas tak:

„Wybieramy się na Księżyc. Wybieramy się na Księżyc w tej dekadzie i robimy inne rzeczy, nie dlatego, że są łatwe, ale dlatego, że są trudne; ponieważ cel ten posłuży do uporządkowania i zmierzenia najlepszych z naszych energii i umiejętności, ponieważ jest to wyzwanie, które jesteśmy gotowi podjąć, którego nie chcemy odkładać, i z próby sprostania mu zamierzamy wyjść zwycięsko”.

Już wcześniej Kennedy zaznaczał, że będzie chciał wysłać ludzi na Księżyc. Tuż po locie Sheparda w maju 1961 r. mówił w Kongresie: „Jestem przekonany, że nasz naród powinien postawić sobie za cel, aby do końca tego dziesięciolecia umieścić człowieka na Księżycu i sprowadzić go bezpiecznie z powrotem na Ziemię”.

Słowa te stały się motorem napędowym młodej Narodowej Agencji Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej (National Aeronautics and Space Administration – NASA). Swój plan Kennedy zaprezentował także rok później, we wrześniu 1963 r., na spotkaniu Zgromadzenia Ogólnego ONZ, kiedy mając na celu podział ogromnych kosztów związanych z misją na Księżyc, zaproponował przeprowadzenie jej w ramach międzynarodowej współpracy. Miesiąc później Nikita Chruszczow niejako w odpowiedzi podał do publicznej wiadomości, że ZSRR nie planuje wysyłać człowieka na Księżyc. Dziś wiadomo, że nie była to prawda, bo Związek Radziecki już wtedy pracował nad technologią umożliwiającą podróż na Srebrny Glob.

Kennedy, wciąż optujący za lotem na Księżyc, był jednak świadomy, jak potężne może on generować koszty (szacowano je nawet na 40 mld USD). Wiedział także, że mogą być to kwoty nieosiągalne dla budżetu państwa zwiększającego w tym czasie swoje zaangażowanie w wojnę w Wietnamie. Badacze analizujący historię podboju Kosmosu uważają, że gdyby JFK nie został zamordowany w listopadzie 1963 r., to prawdopodobnie z przyczyn ekonomicznych plan zdobycia Księżyca zostałby przesunięty w czasie. Paradoksalnie, to śmierć Kennedy’ego zmobilizowała Amerykę do wypełnienia swoistego testamentu prezydenta i ukończenia misji przed rokiem 1970.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter