70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

il.: Klawe Rzeczy / fot.: Oleksandr Laskin

Wybór

Cieszę się, że nie jestem zmuszona do tłumaczenia tekstów, które mi się nie podobają, ani tych, których „nie czuję” – mam wybór. Przekładam to, co mnie interesuje, co mnie rozwija i jest pożywieniem dla mózgu i zmysłów.

Najczęściej wybieram teksty, których odpowiedniki nie istnieją w literaturze ukraińskiej, albo takie, których przekład wydaje się wyzwaniem – jest na tyle trudny, że po każdym udanym tłumaczeniu jestem dumna z siebie, iż to się udało! Dotyczy to przede wszystkim poezji, zwłaszcza rymowanej, klasycznej. Pamiętam, jak borykałam się z emigracyjnymi wierszami Kazimierza Wierzyńskiego – zdarzało się, że kilka dni chodziłam z jedną zwrotką, kombinując, jakich słów użyć i jak je ułożyć, żeby nic nie zatracić i wszystko przekazać – barokowość myśli, detale i możliwości języka. Wybrałam te wiersze dla trudnej radości odnajdywania odpowiedniej formy poetyckiej. Właśnie przez to lubię tłumaczyć poezję – im prościej wiersz wygląda, tym trudniejszy okazuje się do przełożenia. Nie udało mi się np. dosłownie przełożyć wersów: „Polska leży nad Wisłą / Nikt nie jest samotną wyspą” (po ukraińsku nie da się tego powiedzieć tak krótko). W przekładzie zawsze coś się traci, ale w innych miejscach wzbogaca. Nie warto zaczynać tłumaczenia bez zrozumienia, na czym polega styl autora, jego specyficzna maniera. Nie da się tłumaczyć tekstów Wisławy Szymborskiej bez wiedzy o lekkim humorze sytuacyjnym czy Bohdana Zadury, nie biorąc pod uwagę jego ironii i gier językowych. Są też pozycje, które tłumaczę z powodu braku podobnych u nas. Reportaż Toast za przodków Wojciecha Góreckiego albo popularnonaukową eseistykę Stanisława Lema Tajemnica chińskiego pokoju przełożyłam, bo po prostu chciałam to przeczytać w swoim rodzinnym języku, brakowało literatury tego typu na ukraińskim rynku. Wiedziałam, że mogę ją udostępnić czytelnikom właśnie w taki sposób.

*

Na pierwszych warsztatach translatorskich w Warszawie, w których uczestniczyłam, prowadzący Adam Pomorski zwrócił uwagę, że używam dużo bardzo rzadkich dla współczesnej polszczyzny słów. „Skąd znasz tak piękną staropolszczyznę?” – zapytał Adam. Musiałam przyznać się, że kiedy robiłam doktorat z ukraińskiego baroku XVII– XVIII w., czytałam także literaturę polską tego okresu: Potockiego, Morsztyna, Zimorowicza. A od tego czasu język bardzo się zmienił! Można powiedzieć, że jestem oswojona z polską literaturą barokową, ale szczęśliwie ominął mnie XIX w., cały romantyzm itd. Nim zabrałam się za współczesnych autorów, wzięłam się do tłumaczenia niepodobnych do siebie poetów: Leśmiana, Gałczyńskiego, Wierzyńskiego, przełożyłam kilka esejów Iłłakowiczówny i Nałkowskiej.

Od moich pierwszych przyjazdów do Polski w roku 1997 (wtedy przyjeżdżałam jako pisarka, nie tłumaczka) poznałam wielu pisarzy, z niektórymi łączą mnie lata przyjaźni, wspólnych projektów i przekładów. Bardzo wiele zawdzięczam Bohdanowi Zadurze, który przetłumaczył większość moich wierszy i opowiadań (ukazywały się jako książki i na łamach czasopism). Dzięki Bohdanowi i różnym spotkaniom pisarskim poznałam wielu poetów – Piotra Sommera, Leszka Engelkinga, Darka Foksa, Jacka Podsiadłę, Tomasza Różyckiego, Adama Wiedemanna, Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Jacka Gutorowa, Jacka Dehnela, Marzannę Kielar, Julię Fiedorczuk, Barbarę Klicką i wielu innych. Na różne okazje przełożyłam po kilka wierszy tych poetów i poetek – myślę, że gdyby zebrać to wszystko razem, wyszłaby z tego dość gruba antologia. Te spotkania działają w dwie strony – od lat znam się z Anetą Kamińską, która tłumaczy moje teksty, dzięki Kindze Dunin poznałam środowisko „Wysokich Obcasów” i „Ośki”. W 2005 r. w Willi Decjusza przez parę miesięcy kreatywnie spędzałyśmy czas z Dorotą Masłowską – miałam nawet plan przełożenia Pawia królowej, okazało się jednak, że nie rapowy kostium tekstu stanowi problem, lecz znaki i symbole popkultury, których nie można przełożyć na kontekst ukraiński.

*

Z przekładami mam specyficzny problem – to wewnętrzna konkurencja i rywalizacja między tłumaczką i pisarką. Staram się dzielić czas pomiędzy te aktywności, ale nie zawsze to wychodzi. Praca z językiem obcym (choć nie czuję, żeby język polski był mi obcy) rozwija i pomaga w twórczości osobistej. Kiedy jednak leży przede mną 440 stron cudzego tekstu, to wiem, że nie są to jedynie słowa, to osobowość autora, doświadczenie życiowe, długość frazy, specyfika mowy – trudno się od tego odciąć. Staram się być na bieżąco z polską kulturą i językiem – bez śledzenia kontekstu nie można tłumaczyć współczesnych autorów, język literatury ciągle sie zmienia i rozwija. Dzielę też problemy tłumaczy i tłumaczek z całego świata – należne honorarium, nieustająca walka o umieszczenie swojego nazwiska na okładce książki i w recenzjach oraz dojmujący brak infrastruktury dla pracy i obrony praw tłumaczy w Ukrainie. Określiłabym ten nasz tryb życia cytatem z Wierzyńskiego: „Gdzie mieszkam – w czterech walizach / Dokąd jadę – na koniec języka”. U pisarzy i tłumaczy wszystko jest na końcu języka.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter