70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Z archiwum autora

Dziewczynka z różową kokardą w farbowanych włosach albo zabawa w chowanego z Janką Katz

To zawsze jest trochę taka moja prywatna pokuta. Albo, jakby popatrzyć na to inaczej, gorzka medytacja.

Polega ona na tym, że co jakiś czas biedzę się przy komputerze i próbuję bezskutecznie naprawić cztery nędznej jakości selfie – wtedy jeszcze chyba nawet nie znałem tej nazwy – które kilka lat temu zrobiłem sobie i Jance Katz na tarasie jej ulubionego hotelu Alef na granicy Kazimierza i Starego Miasta, gdzie zawsze się zatrzymywała. Dodatkowym powodem rozgoryczenia jest fakt, że na trzech z tych zdjęć Janka ma wprawdzie ekstatyczny uśmiech, ale za to zamknięte oczy, a na tym jednym jedynym, na którym oczy są otwarte, widać tylko szelmowsko łypiące jedno z nich, bo tak mocno wtuliła się w moją szyję, że drugie niknie gdzieś pod uchem i moimi okularami. Zdjęcia są zrobione archaicznym Nikonem Coolpixem 4500, niezbyt pewną ręką, w złym świetle, i żeby nie wiem jak się nad nimi nabiedzić, zrobić z nich podrabianą sepię, niechciane cienie i prześwietlenia chytrze zrównoważyć, tu i tam co nieco wygładzić, tu trochę wyostrzyć, tam trochę zamazać – to i tak cały czas pozostaje melancholijna świadomość, że mogłem zrobić Jance dziesiątki lepszych fotografii, w różnych sytuacjach, kiedy byliśmy razem, lepszymi aparatami, w lepszym świetle, nie tak pospiesznie…

A teraz, kiedy Janka nie żyje, nie wrócimy już nigdy ani do Alefa, ani na Kazimierz, ani w żadne inne miejsce i nie zrobimy sobie żadnego selfie, które spełniałoby wymarzone kryteria estetyczne, aby równocześnie emanować sarkazmem, kojarzyć się z obrazem Marca Chagalla i mieć artyzm prozy jej ulubionego Sebalda. Muszę jednak przyznać, że lubię te zdjęcia, bo kiedy na nie patrzę, to natychmiast w pamięci odżywa mi tamten dialog, który się między nami wtedy rozegrał, jak zwykle objawiając to, co Janka miała najlepszego: słodko-gorzki humor i intelekt jak brzytwa Kuby Rozpruwacza:

– Czy ja będę dobrze wyglądała na tych zdjęciach? Bo nie jestem dziś najlepiej ubrana.
– Ależ Janka, ja je robię tylko dla siebie, na pamiątkę, a nie po to, żeby się chwalić i pokazywać innym
– A dlaczego nie?

 

II

O Jance rozmyślam zazwyczaj wtedy, kiedy biegnę. Albo uprawiam „wyczynową” jazdę na hulajnodze. A robię to dwa, trzy razy w tygodniu, po Sikorniku, wzdłuż Wisły lub Rudawy albo wokół Błoń, i słucham w trakcie tych czynności dość ekstremalnej muzyki. Twarz Janki najwyraźniej uprzytamnia mi się i ucieleśnia w czasie‚ gdy do moich uszu dobiega elektryczny jazgot wydobywany przez grupy w rodzaju The Ramones, The Clash czy Sleater-Kinney, których gitarzyści i gitarzystki nie patyczkują się ze słuchaczami i nie bawią w układanie zwiewnych fraz à la Anton Webern czy Giovanni Girolamo Kapsberger (jako XVII-wieczny wirtuoz lutni i teorbanu może chyba stanowić jakiś odpowiednik muzyka obsługującego elektryczną gitarę). Raczej, nie przebierając przesadnie w środkach, rozstrzeliwują mózgi odbiorcy seriami dobrze wymierzonych elektrowstrząsów. Perkusiści i wokaliści tych zespołów cackają się ze słuchaczami jeszcze mniej. Dla kogoś nieprzygotowanego brzmi to tak, jakby ktoś odtworzył na cały regulator wszystkie wydarzenia bitewne opisane w Mahabharacie, nie pominął przy tym żadnego z nich, a w dodatku zmieścił się w granicach trzech minut. Może dla zwolennika Podróży zimowej Schuberta nie brzmi to zbyt zachęcająco, ale gdy zasuwa się pod stromą górę i siły z człowieka na 10 km całkowicie uchodzą (a do tego siąpi deszcz ze śniegiem i jest luty), to taka elektryczna kroplówka bezpośrednio do układu nerwowego pozwala się zmobilizować i sunąć dalej, mimo chęci natychmiastowego położenia się na mokrej ziemi, śniegu czy błocie i gorzkiego zapłakania. A na hulajnodze, pędząc beztrosko po alejkach parku Jordana, to się do tej muzyki wręcz tańczy.

Kiedy próbowałem jakoś zrelacjonować Jance te upojne rozkosze, złowieszczo ripostowała:

– Rock, mój drogi, to AIDS powietrza!

III

Fakt, nasze gusty muzyczne różniły się dość istotnie. W ogóle bardzo się różniliśmy. Czasem wpadałem w nastrój misyjny i usiłowałem ją nakłonić do rock’n’rolla pośrednio, podstępnie, poprzez np. film braci Coen Poważny człowiek. Bo Janka braci Coen ceniła. Podsuwałem więc jej wyobraźni scenę, w której stary rabin po bar micwie zwraca się do syna głównego bohatera i jako remedium na rozpacz i utratę nadziei wylicza mu skład słynnej w latach 60. psychodelicznej kapeli Jefferson Airplane. Albo konstruowałem zawiłe wywody w stylu, że rock’n’roll to unikalne połączenie żywiołu żydowskiego i afroamerykańskiego – opowiadałem o Lejzorze Czyżu, założycielu Chess Records (znanym jako Leonard Chess właśnie), Lou Reedzie, Suicide i Alanie Vega, Tomym i Joeyu Ramone, a w końcu o książce The Heebie-Jeebies at CBGB’s[1], której autor Steven Lee Beeber stawia tezę, że nowojorski punk był całkowicie żydowskim fenomenem, ale Janki to jakoś zupełnie nie przekonywało. Namawiała mnie za to do jazzu, który był jej bardzo bliski, a mi boleśnie obojętny.

Co do muzyki klasycznej, to też różniliśmy się bardzo. Janka była wielką admiratorką Chopina i Beethovena, szczególnie Beethovena. A ja ubóstwiam Mahlera, Brucknera i Monteverdiego. Ale najbardziej Mahlera. I gdy schodziło na niego, to zwykle, w ramach prowokacji, mówiła coś w tym stylu:

– Bartek, czy tobie czasem te wszystkie jego symfonie nie zlewają się w taki jeden długi klezmerski strumień?

Kiedy już nie wytrzymywałem pastwienia się nad moimi gustami, zadawałem jej cios bronią z jej podwórka, jak mniemałem. Mówiłem więc:

– Janka, a wiesz, że Arnold Schönberg uważał, iż w muzyce niemieckiej nie mogło się zdarzyć nic gorszego od Beethovena?

– Cóż za okropne Żydzisko – ripostowała Janka.

A podczas jednej rozmowy telefonicznej opowiedziała mi taką historię:

– Mój drogi, wyobraź sobie, że wybrałam się wczoraj na koncert do centrum Kopenhagi. W jednym klubie miała grać grupa jazzowa, którą bardzo lubię. Jadę na miejsce, wysiadam z autobusu, potykam się i leżę jak długa. Nic poważnego mi się nie stało, jestem tylko trochę oszołomiona. I wtedy podchodzi do mnie jakiś mężczyzna, podnosi mnie na nogi, ogląda z troską, wyjmuje chusteczkę i ociera krew z rozciętej wargi. Dziękuję mu niezręcznie, a kiedy odchodzę, żeby wrócić do domu, bo na koncert już nie mam ochoty – on rzuca za mną: „A teraz napisz o tym wiersz”.

 

IV

Jankę poznałem dość późno, pod koniec lat 90. Dość szybko też przypadliśmy sobie do gustu, ale nasza znajomość zaczęła się od piekielnej chryi w kontekście konfliktu postchrześcijanina z postjudaistką.

Rozmowa dotyczyła sytuacji, w której nowojorski rabin Weiss wręczał kard. Józefowi Glempowi, wtedy prymasowi Polski, wezwanie do sądu. Dzisiaj pewnie już nikt o tym nie pamięta, ale w tamtym czasie sprawa budziła spore emocje w mediach. Janka, która słabo orientowała się w realiach tego wydarzenia, spytała mnie: „A kto to jest ten Weiss?”. Niewiele myśląc, palnąłem coś w rodzaju: a taki magik z Nowego Jorku. W nią jakby piorun strzelił. Nasrożyła się jak kobra na mangustę i wyrzuciła z siebie z furią:

– My magia!? Co ty wygadujesz?! To wy magia! Kto szepcze zaklęcia nad chlebem i winem?! My niczego nie zaklinamy.

Do chrześcijaństwa miała zresztą stosunek szczególny, wręcz osobliwy. Uważała, że wszystko, co złe na tym świecie, zdarzyło się poniekąd przez św. Pawła.

– Gdyby nie on i jego „apostolstwo narodów”, to Kuzynek (w ten sposób zwykle mówiła o Jezusie) pozostałby tylko przywódcą niewielkiej żydowskiej sekty i sprawa zostałaby w rodzinie, nikt by się nigdy o niczym nie dowiedział. A tak to rozlało się na cały świat i z tego się wzięły wszystkie nieszczęścia. I Holokaust, i baśnie o krwi chrześcijańskich dzieci w macy, i pogromy.

I jak zwykle miała na ten temat żydowski dowcip: oto Karol Wojtyła stoi przed bramą raju, puka i grzecznie oczekuje na wpuszczenie, jednak nie bez pewnej dozy pewności, że spotka się z entuzjastycznym wręcz przyjęciem. Otwiera mu św. Piotr, omiata chłodnym wzrokiem, w którym nie ma śladu rozpoznania, i pyta, kto zacz. JP II po chwili konsternacji odpowiada coś w stylu: no, jak to kto, papież z Polski, głowa Kościoła katolickiego, namiestnik Chrystusa na tronie Piotrowym etc. Rzeczony Piotr najwyraźniej nadal nic z tego nie rozumie, drapie się niepewnie po głowie, i widząc, że sam nie podoła zadaniu, wprowadza petenta do środka i wiedzie przed oblicze Najwyższego. Ten jednak również demonstruje całkowity brak rozeznania w sytuacji. Nie rozpoznaje papieża Polaka i, podobnie jak posiadacz „Kluczy Królestwa”, nic nie rozumie z jego opowieści o Rzymie, Una Sancta Apostolica Ecclesia Mater et Magistra i wiernej posłudze. W końcu, w obliczu przedłużającej się niebezpiecznie aporii, Piotr chwyta się „ostatniego sposobu” i proponuje: „Zawołajmy Młodego, może On coś będzie z tego rozumiał”.

Przychodzi Jezus, który bierze Wojtyłę na ubocze, gdzie przez dłuższy czas w ożywiony sposób rozmawiają. Po czym wybucha śmiechem, przybiega przed Tron i wykrzykuje: „Tato, Tato, czy Ty wiesz, że ta spółdzielnia rybacka, co ją założyłem prawie dwa tysiące lat temu, nadal istnieje i świetnie prosperuje?”.

A z drugiej strony w swoim duńskim mieszkaniu Janka miała na ścianie obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, co zawsze wprawiało mnie w zupełne osłupienie.

Serce Janki zdobyłem – jak mi później wyjawiła – po jednym z jej wieczorów autorskich, kiedy poszliśmy na Kazimierz do którejś z tamtejszych knajp wraz z jej paroma odwiecznymi przyjaciółkami i jednym dżentelmenem, który niemal natychmiast wzbudził moje zainteresowanie i niekłamany podziw. Po prawdzie nie miałem tam iść, bo była u nas w gości tzw. córka niemiecka Angelika – na wpół serio „adoptowana” jeszcze w latach 80. moja niemalże rówieśnica rodem z Bawarii – ale Janka natarła na mnie rozdzierającym tonem:

– To dla dziecka niemieckiego porzucisz dziecko Holokaustu?

No i oczywiście zostałem. Rzeczonym dżentelmenem był prof. Janusz Goślicki, który w tym dniu znajdował się w stanie niesprecyzowanym, jeśli chodzi o alkohol, za to emanował wyborną formą intelektualną. I przez cały czas produkował niesłychanie finezyjną (a wielce przy tym kasandryczną w tonie) logoreę, której punktem wyjścia była pełna frustracji konstatacja, iż przysłany do Krakowa ze Stanów Zjednoczonych rabin nie zna języka polskiego intertekstualnie. W miarę rozwijania tego wątku obrastał on w liczne dygresje, barokowe ozdobniki oraz kulturowe odniesienia, aby w końcu osiągnąć niebywały poziom komplikacji i wyrafinowania. Wszystko jednak trzymało się formy, przynależało do Chwistkowej „jednej rzeczywistości” i jako się rzekło, wprawiło mnie w niekłamany podziw na granicy fascynacji. W pewnym momencie więc powiedziałem Jance, że za tym gościem powinien cały czas chodzić ktoś z dyktafonem i go nagrywać, bo ludzkość sporo traci na tym, że jego wywody giną bezpowrotnie w zadymionej atmosferze kolejnych lokali Kazimierza. To Jankę bardzo ujęło. Bo Janusz Goślicki był w jej życiu osobą ważną – o czym wtedy oczywiście nie mogłem wiedzieć[2].

 

V

Janka była bardzo moralna i etyczna. Polska patriotka. Nawet w Danii nie porzuciła tej postawy i choć powieści pisała po duńsku, to z wierszami było inaczej. Zresztą najbardziej ceniony tomik jej poezji – za który była nominowana do tzw. skandynawskiego Nobla, czyli Nordisk Råds Litteraturpris – nazywał się po prostu Skrevet på polsk – czyli, tak jak to było w istocie, pisane po polsku.

– Bartek – powtarzała mi to za każdym razem, kiedy jęczałem że coś w naszym pięknym kraju jak zwykle zawodzi albo schodzi na psy‚ lub, jak zwykł mawiać prof. Andrzej Wierciński: jest albo in statu nascendi albo w fazie degeneratywnej – Bartek, ty nie mów źle na Polskę.

Czasami wydawało się, że widziała antysemityzm wszędzie, w Danii, Szwecji, Norwegii, Niemczech i Francji – tylko nie u nas. Kiedyś nie mogłem się jednak oprzeć i zadzwoniłem do niej z Jarosławia (w którym się wychowałem) i poinformowałem ją z entuzjazmem:

– Janka, czy ty wiesz, że przed II wojną światową ponad 70% kamienic tutaj to było mienie żydowskie?

– No i ty się dziwisz, że w Polsce jest antysemityzm –  replikowała.

Ale potrafiła też pokazać pazur, żydowską dumę, z ostrością dla niej zupełnie nietypową. Pamiętam, jak kiedyś szliśmy po Rynku i widok Piwnicy pod Baranami, musiał uaktywnić jakieś skojarzenia z dawniejszych czasów, jeszcze sprzed emigracji po marcu 1968 r., bo najpierw jej oczy się rozmarzyły, a potem zaczęła się śmiać tak cicho, do środka. Kiedy dopytywałem się, o co chodzi, to najpierw się trochę krygowała, ale w końcu powiedziała.

– Bo wiesz, jak byłam na studiach, to sporo się tu kręciło takich młodzieńców z kręgów arystokratycznych, Tarnowskich, Potockich. I oni traktowali ludzi z „plebsu”, ale także i mnie, Żydówkę, trochę z góry, dość protekcjonalnie. Żeby im dopiec, mówię do nich kiedyś coś takiego: „A wiecie, że kiedy wy tutaj jeszcze ciągnęliście swoje kobiety za włosy do jaskini, to my już od dawna byliśmy na dworze króla Salomona. I byliśmy tam pedałami…”.

Była także zdeklarowaną izraelską patriotką. Z bólem w głosie żaliła się, że światowe agencje nigdy nie podają zakresu i skali pomocy, jaką państwo Izrael świadczyło przy okazji różnych klęsk żywiołowych, w Nepalu, na Haiti czy w Nowym Orleanie. Pamiętam też, jak zawsze wypominała Zygmuntowi Baumanowi mundur, w którym wykładał w dawnych czasach – „nie był to mundur Wojska Polskiego”, obwieszczała z niekłamanym oburzeniem. Pamiętam też, jak smuciła się faktem, że w straceniu carskiej rodziny po rewolucji bolszewickiej główną rolę odegrał Żyd, niejaki Jakow Jurowski, który zastrzelił cara Mikołaja II Romanowa, carewicza Aleksego i wielką księżną Tatianę.

– Ależ Janka – próbowałem stonować jej rozsierdzenie – przecież to w sumie ułamek tego zła, które ludzkości zafundowały inne nacje, czego XX w. był wiarygodnym świadkiem.

– Naród, który dał światu 10 przykazań, musi od siebie wymagać więcej – napominała mnie wtedy surowo.

Ceniłem jej subtelne eseje z „Odry” i „Znaku”, chętnie czytałem wiersze, a najbardziej przemawiała do mnie proza, zwłaszcza powieść Pucka, którą, tak jak inne jej książki, dziejące się przecież przeważnie w Polsce, wydawano w serii literatury skandynawskiej, co miało dla mnie posmak zgoła perwersyjny. Ale Janka przez cały czas mnie nakłaniała, żebym przeczytał Opowieści dla Abrama. W końcu to zrobiłem i kiedy zapytała mnie o zdanie, powiedziałem szczerze, że to tak, jakby Marc Chagall ilustrował nową wersję Pieśni nad Pieśniami, ale po Holokauście. Trochę się żachnęła. Była bardzo skromna i ta opinia wydała się jej nazbyt pochlebna. A być może nie do końca przemyślana. Ale po latach nadal sądzę, że jest to kawał jej najlepszej prozy, a scena z lewitującym przy użyciu parasola bohaterem usprawiedliwia skojarzenie z pewnym żydowskim malarzem z białoruskiego Łoźna…

Zawsze zresztą ogromnie podziwiałem, jak sprawnie i z finezją posługuje się językiem. I kiedy raz dałem upust swojej żywiołowej zazdrości tępego goja i wyjęczałem coś w rodzaju:

– Janka, jak ja bym chciał być taką wykształconą, inteligentną żydowską kobietą, która raz do roku pisze cudowną książkę, powieść albo tomik wierszy, i nie męczy się przy tym nad każdym słowem i frazą jak ja nad swoimi wypocinami.

Odpowiadała z tym swoim tłumionym, gardłowym śmiechem w tle:

– Mój drogi, znam, choć tylko teoretycznie, znacznie większe przyjemności.

Potrafiła być niesłychanie czuła i ciepła. Uwielbiałem ją taką. Bardzo się przejmowała publicznymi występami i przeżywała swoje wieczory autorskie. Pamiętam, jak wysiada z taksówki przed Instytutem Żydowskim, gdzie miała się odbyć kolejna promocja jej książki, pomagam się jej wygramolić i pytam:

– Janka, a jak ty się właściwie dzisiaj czujesz?

– Źle bardzo, jestem potwornie zdenerwowana i twoje pocałunki mnie nie uspokoją.

Potrafiła też mistrzowsko pokazać kobiecą zadziorność. Wiek tu nie odgrywał żadnej roli. Pamiętam, jak ciepło mi się kiedyś zrobiło na duszy, kiedy nieco spowalniając i zgrabnie modulując frazę, wypowiedziała coś w tym stylu:

– Wiesz Bartek, gdyby nie Doda, to ja bym się odmłodziła, oczywiście faustowskimi metodami, i bym cię uwiodła.

Poczułem się tym bardzo wyróżniony.

Była też bardzo troskliwa, choć wyrażała to w sposób kojarzący mi się z antywesternami Sama Peckinpaha. Pamiętam, jak kiedyś dzwoni telefon, jest godzina 23.55 i Janka cichutkim głosem, na wpół pytająco, na wpół przepraszająco, zaczyna, przeciągając samogłoski:

– Baaartek?…

– Ach Janka, cudownie, że dzwonisz…

– Nie za późno, nie zbudziłam cię?

– Ależ skądże…

– To co ty jeszcze robisz na nogach o tej porze i dlaczego już od dawna nie śpisz?!

 

VI
Miała cudowne poczucie humoru i uwielbiała opowiadać mi żydowskie kawały. Szczególnie bawił ją pewien nie do końca parlamentarny dowcip, w którym najbardziej ceniła to, że jego rubaszno-jarmarczny humor dostępny jest wyłącznie dla kogoś, kto zna polski.

– Musisz tylko wiedzieć – pouczyła mnie na wstępie – że Rzeszów w jidysz to Rajsze.

A sam dowcip relacjonuje rozmowę dwóch pasażerów w pociągu w okresie międzywojennym, która zaczyna się od tego, że wyglądający na biednego Żyd uprzejmie pyta nieco zamożniejszego na oko Polaka: „A szanowny pan dokąd się wybiera?”. W odpowiedzi słyszy: „Najpierw jadę do Baden, potem do Baden-Baden, a w końcu do Wiesbaden”. Po dłuższej chwili, podczas której starozakonny przetrawia uzyskaną informację, dandys z grzeczności rewanżuje się zainteresowaniem o cel podróży naszego Semity, który na powściągliwe pytanie z satysfakcją odparowuje: „Najpierw jadę do Rajsze, potem do Rajsze-Rajsze, a na końcu do Wysrajsze”. Janka zaśmiewała się z tego do rozpuku. Pamiętam, że ten dowcip zrazu nie rozbawił mnie tak bardzo jak jej, nie potrafiłem dostrzec jego finezji. Dopiero po czasie uświadomiłem sobie egzystencjalny smutek, który się w nim zgrabnie ukrywa. I dzisiaj gdy wspominam Jankę, niemal zawsze powraca jej radosny śmiech w słuchawce, kiedy go opowiada.

Najbardziej lubiłem jej humor sytuacyjny i cięte riposty. Uwielbiałem do niej dzwonić, szczególnie wtedy gdy było mi ciężko albo coś mnie wyprowadziło z równowagi, bo Janka potrafiła wszystko sprowadzić do właściwych proporcji, obrócić w kosmiczny żart, slapstickowy absurd. Przy okazji takich telefonów często zresztą powtarzała mi coś takiego:

– Bartek, wiesz co, ty się daj obrzezać, ty narzekasz tak, jak my narzekamy…

I pamiętam, jak pewnego razu naprawdę rozsierdzony jakąś konkretną sytuacją, dzwonię do niej i wygłaszam rozkręcającą się w miarę mówienia tyradę mniej więcej tej treści:

– Janka, ja nie jestem już w stanie żyć w takich warunkach. To nie jest mój świat. Tutaj się liczą tylko punkty za publikacje, miejsca w rankingu, przetargi, cięcia kosztów, oszczędności, jaki masz samochód, zegarek i smartfon… A to już chyba nie dla mnie. Ja jestem człowiek ze Wschodu, po matce z Drohobycza, a od strony ojca pewnie jeszcze dalej. Odżywam dopiero wtedy, gdy czytam o kocie, który wypija kieliszek wódki i zagryza go borowikiem. Potrzebuję Małgorzaty, która leci na miotle i rozbija młotkiem meble i okna. Niczym Rosjanie nieustająco potrzebuję cudowności, bez tego nie żyję.

Po drugiej stronie zapada chwila ciszy, po czym słyszę spokojny głos Janki:

– A brałeś pod uwagę Lourdes?

– Janka! – ryczę na cały głos, dusząc się ze śmiechu.  – Jaja sobie ze mnie robisz, przecież wiesz, że nie o to mi chodzi!

– A to dlaczego? Przecież mówiłeś, że chcesz cudowności. A tam jest dużo cudowności, czyż nie? Wręcz sama cudowność. No to co ci nie pasuje?

Z kolei Janka uwielbiała, kiedy na pytanie, jak się czuje i co porabia Doda, odpowiadałem – oczywiście całkowicie niezgodnie z prawdą – że jak zwykle wyleguje się na kanapie i je rachatłukum. Opowiadała to swoim żydowskim znajomym w Danii – i jak mówiła, śmieszyło ich to tak samo jak ją.

 

VII

Sen: płyniemy z Janką długą łodzią po rzece w Ameryce Południowej. Rzeka ma błotnisty kolor, wygląda jak Amazonka, ale nazywa się, nie wiedzieć dlaczego, Piraha (tak jak to plemię, które posługuje się językiem pozbawionym rekurencji, co ma podobno obalać teorię Noama Chomsky’ego). Tropimy Josefa Mengele. Mamy mnóstwo dziwnej broni: dmuchawki, harpuny, sieci na ryby, jakiś zardzewiały karabin, a może nawet muszkiet, coś, co wygląda jak odpustowy korkowiec, i plastikową dziecinną trąbkę w kolorze niebieskim. Oboje ukrywamy przed sobą, że jest to broń zupełnie niewystarczająca do pojmania lub uśmiercenia nazistowskiego zbrodniarza. Pokrywamy tę niepewność rozmową o ostatniej sonacie Schuberta, którą polecam Jance, ona mi w zamian, jak zwykle zresztą, nakazuje czytać Sebalda; jest bardzo gorąco, duszno i zbiera się na deszcz. Z brzegu przyglądają się nam nagie indiańskie dzieci, które machają do nas rękami. Panuje atmosfera dziwności i nieadekwatności. Wszystko przenika dojmujące poczucie bezradności. Na domiar złego przypominam sobie, że Mengele umarł spokojnie w Brazylii albo w Argentynie, albo jeszcze gdzieś indziej, całkowicie bezkarnie. Ukrywam to jednak przed Janką, bo wiem, że ona bardzo chce go pojmać i zasłużyć się dla państwa Izrael, podobnie jak ci, którzy uprowadzili Eichmanna.

 

VIII

– Bo ty mnie lubisz dlatego, że jestem Żydówką.

Pamiętam, jak mi to kiedyś powiedziała przez telefon i mocno mnie to zabolało. Dlatego że nie chciałem, żeby tak myślała, wydawało mi się, że to nieprawda, ale też musiałem sobie odpowiedzieć na trudne pytanie, czy tak bardzo dążyłbym do tego, żeby się z nią zbliżyć, gdybym nie wiedział, że jest Żydówką. Zresztą często rozmawialiśmy o sprawach żydowsko-polskich. O Schulzu, który był i jest nadal jedną z moich pierwszych i najtrwalszych miłości literackich, o Mahlerze i jego II Symfonii zainspirowanej Dziadami Mickiewicza, o Alfredzie Schreyerze – ostatnim uczniu Schulza – którego historii miałem przyjemność wysłuchać w Drohobyczu z jego własnych ust, kiedy uczestniczyłem we Lwowie w sympozjum naukowym, wreszcie o mojej fascynacji polsko-żydowskimi psychiatrami i psychoanalitykami z pierwszych czterech dekad XX w.: Heleną Deutsch, Adamem Wizlem, Maurycym Bornsztajnem, Gustawem Bychowskim, Henrykiem Higierem, Romanem Markuszewiczem, Janem Władysławem Nelkenem.

Myślałem o tym długo i podczas którejś z naszych rozmów telefonicznych próbowałem do tego powrócić, ale szybko mnie zastopowała.

– Opowiem ci dowcip, chcesz? Na lekcji nauczyciel pokazuje uczniom sporej wielkości pająka. Uczniowie mogą obejrzeć go dokładnie, z wszystkich stron. Po pewnym czasie nauczyciel zadaje pytanie: Lejb, powiedz ty mi, ile pająk ma nóg? Ten dłuższą chwilę się zastanawia, a w końcu mówi: czy pan nauczyciel nie ma poważniejszy problem?

Ale kiedyś, również w kontekście żydowskim, zyskałem u Janki bojowy przydomek, z którego jestem dumny. Było to podczas jednej z jej pierwszych wizyt w naszym domu na Salwatorskiej. Po miło spędzonym wieczorze na rozmowach istotnych i nieistotnych przyszedł czas rozstania. Zamówiłem Jance taksówkę, którą miała wrócić do swojego ulubionego hotelu. Padał rzęsisty deszcz, a ja, co najwyraźniej wprawiło ją w zakłopotanie, zjechałem z nią windą na dół, żeby ją odprowadzić.

– Przecież jestem dorosła – rzuciła w swoim stylu – dam sobie radę, nie musisz mi pomagać.

– Ale kiedy chcę koniecznie zobaczyć, jak elegancka żydowska kobieta wsiada do taksówki na Salwatorze – mówię wtedy do Janki z głupia frant.

I ona popatrzyła na mnie tak jakoś uważnie i przenikliwie, jak się patrzy na niemowlę obłożone pokaźną wysypką, i powiedziała:

– Wiesz co, ty jesteś meszuge

Później dowiedziałem się, że to w jidysz znaczy szalony…

 

IX

Nasze ostatnie rozmowy były poświęcone braciom polskim. Janka chciała napisać o nich artykuł do duńskiej gazety. Myślę, że to był kolejny jej akt patriotyzmu, czyn wynikający z poczucia wewnętrznego zobowiązania. Pokazać im tam, że i u nas tu, w naszym polskim grajdole, też co jakiś czas potrafiło się wykluć coś wartościowego. Że nawet przez moment tliła się szansa na prawdziwą reformację. Śmiała się wtedy, że dzisiaj bylibyśmy protestantami i mówili po szwedzku.

Prosiła mnie o materiały stąd i w trakcie poszukiwań sam się zafascynowałem postaciami Andrzeja Wiszowatego, Fausta Socyna (którego mauzoleum znajduje się na terenie posiadłości Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach, o czym nie wiedziałem), postępowością i świeżością idei.

 

X

O śmierci Janki dowiedziałem się w sposób piorunujący. To był piątek i zadzwonił do mnie Łukasz Tischner, z pytaniem: „Bartek, już wiesz o Jance?”. Oglądałem wciągający mnie duński kryminał Forbrydelsen, ze znakomitą Sofie Gråbøl w roli głównej (Janka ceniła tę aktorkę), więc zareagowałem z opóźnieniem, ale moim zdaniem najlepiej, jak to tylko możliwe, gdyż zacząłem od pokajania się i przeprosin. Bo to było tak. W czasie naszej ostatniej rozmowy na pytanie, jak się czuje (Janka zwykle oznajmiała, że „nie chce kłamać i nie chce narzekać”, albo prosiła „o łatwiejsze pytanie”), powiedziała:

– Wiesz, ja nie przyjadę w tym roku do Polski ani do Izraela też nie pojadę.

– Jak to – mówię – przecież miałaś być na promocji swoich wierszy świeżo wydanych w Austerii, tak się cieszyłaś.

Nie rozumiałem, a może nie chciałem rozumieć, powodu tego odwołania, bo jeszcze w czerwcu siedzieliśmy we trójkę z Dodą w ogródku restauracji Corleone na Poselskiej i świetnie bawiliśmy się, pojadając i pogadując na różne tematy. Mimo kłopotów ze zdrowiem Janka wydawała się wtedy na jak najlepszej drodze jeśli nie do poprawy, to do stabilizacji, była w całkiem niezłym stanie.

– Ze mną jest trochę gorzej, niż myśleli lekarze – powiedziała smutno. I zaraz dodała: – Tylko pamiętaj, zadzwoń do Łukasza i mu powiedz, że nie przyjadę. Lubię bardzo jego rodzinę i uwielbiam jego „bachory” [Janka miała ogromną słabość do tego akurat słowa i używała go zawsze, kiedy tylko nadarzyła się ku temu sposobność]. Przeproś go więc – ciągnęła – że mnie nie będzie, bo to on miał prowadzić to spotkanie.

I kiedy Łukasz zadzwonił, to pomyślałem, że, o Boże, zapomniałem mu powiedzieć, i to „czy wiesz już o Jance” odnosi się do jej niespodziewanej dla niego nieobecności. Niestety, szybko okazało się, że nie o to chodzi. Pamiętam, jak zupełnie nie docierało wtedy do mnie, że to już koniec. I że Janka już nigdy nie przyjedzie na promocję swoich wierszy czy powieści. Że nie będzie gorączkowo szukać miejsca na zapleczu restauracji, gdzie by mogła zapalić papierosa. Że zostały mi po Niej tylko wspomnienia, parę książek i cztery nędznej jakości zdjęcia. Że „stara dziewczynka z różową kokardą w farbowanych włosach” odeszła już na zawsze.

 

XI

Im dalej od śmierci Janki, tym bardziej mi jej brakuje. Z czasem uświadomiłem sobie, że musiała sobie zdawać sprawę z nadchodzącego końca. Ten ostatni tomik, na którego promocję już nie dojechała, nazywał się po prostu Zabawa w chowanego. Niewinne z pozoru sfomułowanie zostaje wyjaśnione w wierszu pod tym samym tytułem. To zapis tęsknoty za nieobecnym zmarłym, dawną miłością, kochankiem lub przyjacielem. „Zmawiam go” – zgodnie z jej nakazem kończącym inny wiersz z tego tomiku – trawestując w ten sposób, aby pasował do Janki: „Gdyby tu były drzewa, / może byś się wyłoniła / zza kwitnącej wiśni, / albo przykucnięta za fioletową mgłą bzu. / Śmierć / – to przecież tylko / zabawa w chowanego…”.

 

Post scriptum

Wywoływałem te sceny niczym duchy, długo i nieśpiesznie, celebrując je właśnie jak zabawę w chowanego, cyzelując w nieskończoność poszczególne fragmenty i nie myśląc o tym, że przeczyta je ktokolwiek poza mną. To była moja prywatna medytacja, żałobna praktyka duchowa, własnego pomysłu kadysz za utraconą Przyjaciółkę. A kiedy co jakiś czas wracałem do tekstu, mogłem być z Janką ponownie. Jednak pewnego dnia pojawiła się myśl, żeby go opublikować. Zacząłem wtedy uważniej czytać to, co napisałem, żeby nie popełnić jakiejś poważniejszej gafy, nie przeinaczyć nazw, miejsc, faktów. I odkryłem zaskoczony, że w tekście, więcej niż jeden raz, ma miejsce niezwykła pomyłka, którą trudno określić inaczej niż freudowska. Otóż za każdym razem kiedy wspominałem o ulubionym hotelu Janki, do którego z upodobaniem wracała podczas swoich pobytów w Krakowie, to zamiast jego właściwej nazwy „Alef” uporczywie posługiwałem się słowem „Ariel”. Jest to o tyle dziwne, że w Alefie byłem kilka, jeśli nie kilkanaście razy i z pewnością doskonale pamiętałem, jak się ów zapełniony wspomnieniami hotel nazywa. Zatem to nic innego jak oniryczna atmosfera, w której przywoływałem sceny z przeszłości, musiała uruchomić jakiś dodatkowy, zniekształcający mechanizm. Oczywiście, powie ktoś, mogłem, najzwyczajniej w świecie pomylić hotel z restauracją, bowiem przypisałem mu nazwę znanej knajpy z Kazimierza. Ale takie narzucające się wyjaśnienie jakoś zupełnie mnie nie zadowalało. Jako samozwańczy freudysta postanowiłem zatem niezwłocznie sprawdzić, co też nieświadomie chciałem w ten sposób wyrazić. I z jeszcze większym zaskoczeniem dowiedziałem się nie tylko tego, że Ariel to imię anioła, ducha, znane z Księgi Izajasza, co nie powinno przecież być mi specjalnie obce, ale także i tego, czego już nie wiedziałem, że jest to symboliczne określenie Jerozolimy. A zatem moja pomyłka skrywała pragnienie, aby Janka wróciła do tego świętego miasta Izraelitów i żebyśmy się jeszcze w nim kiedyś zobaczyli, tak jak widywaliśmy się w Alefie, gdzie na tarasie zrobiłem nam kiedyś cztery nędznej jakości selfie… I odkrycie tego przemyconego marzenia stanowi dla mnie jakieś osobliwe pocieszenie, choć Janka uznawała się za ateistkę, a Freuda, tak jak kilku innych moich miłości, szczerze nie cierpiała.

_

[1] S.L. Beeber, The Heebie-Jeebies at CBGB’s: A Secret History of Jewish Punk, Chicago 2006.

[2] Janka napisała o nim ponad dekadę temu przeurocze wspomnienie,  Mój przyjaciel Goślicki, „Znak” 2007, nr 625.

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter