70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Czy ci to czegoś nie przypomina?”

Pamięć wielokierunkowa Michaela Rothberga to jedna z najważniejszych w ostatnich latach publikacji z zakresu intensywnie rozwijających się studiów nad pamięcią. Dla badaczek i badaczy to lektura obowiązkowa, zbiór wyrafinowanych analiz i interpretacji, zarazem rekonfigurujący najważniejsze pytania stawiane na tym polu. Co jednak najważniejsze, pytania Rothberga skierowane są do tych, którzy po prostu pamiętają, a więc są użytkownikami i współtwórcami kultury pamięci.

Michael Rothberg pełni funkcję profesora anglistyki i literatury porównawczej (od niedawna na Uniwersytecie Kalifornijskim, wcześniej na Uniwersytecie Illinois). Jest jednym z tych współczesnych humanistów, którzy redefiniują granice dyscyplin, podążając za zidentyfikowanymi w poprzek tych granic badawczymi problemami. Między innymi taka aktywność naukowa doprowadziła do wyłonienia się nowych obszarów „studiów nad” – np. nad Holokaustem, traumą, pamięcią, by wymienić na początek te, dla których prace Rothberga już okazały się prawodawcze.

 

Rywalizacja i wielokierunkowość

W pamięci wielokierunkowej autor przywołuje zarówno Hannah Arendt, jak i Michaela Hanekego, łączy namysł nad eseistyką pisarzy afroamerykańskich, obrazami zaangażowanych paryskich malarzy, literaturą francuską powstającą w metropolii i w jej dawnych koloniach, wyrafinowaną i popularną, publicystyką i filmem z gatunku cinema verite, a także fabularnym. Wszystkie te „komórki pamięci” – różnojęzyczne, różnomedialne, różnotematyczne – odnoszą się do siebie w tym wywodzie, którego stawką jest sygnalizowane w podtytule połączenie pamięci Zagłady i dekolonizacji, neokolonializmu czy segregacji i dyskryminacji rasowej.

Główna teza Rothberga jest ambitna: najpierw definiuje on dominującą perspektywę postrzegania pamięci – jako „rywalizacyjnej” – aby zaraz zaproponować radykalną jej zmianę. Współczesną pamięć, stanowiąca być może nawet społeczną i kulturową dominantę „naszych czasów”, epoki kolejnych memory boomów, widzimy zwykle w kategoriach pola walki, na którym różne grupy domagają się uwagi (czyli np. upamiętnienia, uznania wyjątkowości ich historii, zadośćuczynienia za przeszłe traumy), a tylko niektórym może się to ostatecznie udać. Dlaczego mamy pamiętać o Jedwabnem, a nie o Sprawiedliwych? Czy popularyzacja tzw. żołnierzy wyklętych zdominuje historię Armii Krajowej? W tak stawianych pytaniach dobitnie uwidacznia się logika rywalizacji pamięci.

To współzawodnictwo ma kluczowe znaczenie, bo chodzi w nich o tożsamość, godność i uznanie, a możliwości ich realizacji są ograniczone. Takie walki, toczące się w przestrzeni Warszawy, dobitnie i z pasją opisała Elżbieta Janicka w Festung Warschau, wykazując, w jaki sposób pamięć o powstaniu w getcie i żydowskiej przeszłości miasta ustępuje „silniejszej”, dominującej tendencji upamiętniania powstania warszawskiego. Książka Janickiej uwidacznia ograniczenia dosłownej i metaforycznej przestrzeni naszej wspólnej pamięci, w której kanonie mieszczą się nieliczne, wyselekcjonowane i poddane wyrazistej kulturowej obróbce wydarzenia.

Ten właśnie sposób myślenia kwestionuje autor Pamięci wielokierunkowej. Chce on przede wszystkim spojrzeć na sferę publicznej pamięci nie jak na ograniczoną przestrzeń miasta (w której walczący odbierają sobie, jak pisała we wstępie do Festung Warschau Bożena Keff, kolejne „zdobycze terytorialne”), ale jak na „elastyczną przestrzeń dyskursywną” (s. 19). To nie pole bitwy, starcia stron, których tożsamości i interesy są z góry wiadome i jasno określone. Do pamięciowych gier nie przystępujemy gotowi i ukształtowani, ale stwarzamy swoje stanowiska i tożsamości już w ich trakcie – przez interakcje (także antagonistyczne), zapożyczenia, adaptacje. W efekcie pamięć, choćbyśmy bardzo chcieli się poprzez nią odróżniać i oddzielać, zawsze „wiąże nas z tymi, których uważamy za innych” (s. 19), jest „przedmiotem nieustannych negocjacji, odesłań i zapożyczeń” (s. 15).

Ten dynamiczny model Rothberg nazywa wielokierunkowym, bo najistotniejsze znaczenie mają w nim te nieuporządkowane, wielorakie oddziaływania, których trajektorie nie są z góry przewidywalne. W ten sposób zjawiska postrzegane jako osobne zaczynają się w tym oglądzie ze sobą łączyć: „Zagłada umożliwiła wyartykułowanie innych historii wiktymizacji” i jednocześnie „publiczna pamięć Zagłady wyłoniła się w relacji do powojennych wydarzeń, które na pierwszy rzut oka wydają się z nią niezwiązane” (s. 21) – czyli dekolonizacji i zwłaszcza (we „francuskim laboratorium pamięci”, s. 252) wojny w Algierii; nieraz nieoczekiwane powiązania między nimi staną się przedmiotem pieczołowitych interpretacji Rothberga.

 

Diagnoza czy postulat?

Jak to działa? Oto Rothberg uporczywie – także wtedy gdy wydawałoby się to wręcz niestosowne – zadaje pytanie: „czy to ci czegoś nie przypomina?” (s. 336), i wyszukuje takich twórców, którzy zadawali je z równą śmiałością. Jedną z nich jest Charlotte Delbo – francuska pisarka i członkini ruchu oporu, więźniarka Auschwitz i Ravensbrück, autorka słynnej wstrząsającej trylogii Auschwitz et apres (Auschwitz i potem), łączącej autobiografię, literaturę świadectwa, eksperymenty poetyckie i narracyjne (po polsku ukazała się tylko jej pierwsza część, Żaden z nas nie powroci). Otóż, jak przypomina Rothberg, debiut literacki Delbo to inny eksperymentalny tekst: Les belles lettres z 1961 r., zbiór autentycznych listów publikowanych wówczas przez francuską prasę na temat wojny algierskiej, na różne sposoby komentowanych przez autorkę, „w pół drogi między powieścią epistolarną a pospolitą fikcją” (s. 296). Czytając ten i późniejsze teksty Delbo, Rothberg pokazuje, że zestawienie „zbrodni nazistowskich ze zbrodniami kolonializmu i neokolonializmu” (s, 291) jest w rzeczywistości osią całej jej twórczości. Nie oznacza to ich zrównania i utożsamienia. Dwie pamięci nie rywalizują, ale także nie zlewają się w jedno – raczej sobie (na nieoczywiste sposoby) pomagają, przeglądają się w sobie, co wytwarza nowe formy upamiętniania.

Analizowane przez Rothberga teksty ujmują skomplikowaniem i subtelnością tych powiązań, przekonują zaangażowaniem i krzepią obrazem tej konstruktywnej współpracy. To tym bardziej wciągające dla badaczki pamięci, która nieraz staje w obliczu pewnej problematycznej sytuacji. Otóż pamięć, którą się zajmujemy, może nam się również – mówiąc prosto z mostu – nie podobać; okazywać się nużąca, zamknięta, wykluczająca, zafiksowana na powtarzaniu tych samych form i treści, wsobna. Czy więc ta kusząca wielokierunkowość to kwestia zmiany spojrzenia na pamięć jako taką, czy każdy jej obszar przy odpowiedniej interpretacji okaże się wielokierunkowy?

W tej kwestii odpowiedź Rothberga wydaje się nieoczywista. W wielu wypadkach wskazuje on na wielokierunkowość jako na swego rodzaju strukturalną cechę pamięci, zastrzegając jednak, że choć pamięć indywidualna i zbiorowa „są zawsze wielokierunkowe”, to jednak, znacząco, „w jakimś sensie” (s. 60). Sądzę, że taka powszechna wielokierunkowość pamięci oznaczałaby przede wszystkim jej koniecznie złożony charakter – to, że procesy pamiętania są relacyjne, i nawet (albo: szczególnie) gdy zasadzają się na odróżnieniu się od „wroga”, ten staje się niezbędnym elementem proklamowanej tożsamości. Pamięciowe tendencje inspirują się także sobą nawzajem i nieraz zaskoczyć nas może „retoryczna i kulturowa bliskość pozornie przeciwstawnych tradycji upamiętnienia” (s. 22). Gdyby jednak wielokierunkowość była po prostu konieczną cechą każdej pamięci (i jej sens można by wyłożyć jako pewien rodzaj mechaniki pamięciowych procesów, cenny poznawczo z punktu widzenia memory studies), czy nie osłabiałoby to zarówno atrakcyjności, jak i politycznego potencjału projektu Rothberga? Gdyby wielokierunkowa była i tak każda znana nam już pamięć – przy odpowiednim opisie – wielokierunkowość ta nie mogłaby mieć szczególnych konsekwencji dla jej użytkowników, nie zmieniałaby niczego w jej wzorach.

Rothberg wyraźnie sygnalizuje, że jego badawcza praca polega również na takim przeformułowaniu analizowanego obszaru pamięci, aby znaleźć w nim i wydobyć wątki, które pozwolą na wspomniane przesunięcie perspektywy. Zadaniem „wielokierunkowego pamięcioznawcy” jest więc ustanowienie „wielokierunkowego archiwum”, które „nie mieści się w żadnej ani fizycznej, ani dyskursywnie tworzonej instytucji czy miejscu; jest ono nieodwracalnie transwersalne, przecina w poprzek gatunki, konteksty narodowe, okresy historyczne czy tradycje kulturowe” (s. 38–39). Takie archiwum będzie dopiero niejako miejscem pracy dla badacza pamięci, a także obszarem, w którym spełnić się mogą obietnice Rothberga. Wielokierunkowość więc to nie do końca, jak sądzę, diagnoza pamięci jako takiej ani też nie w pełni ukształtowana, „gotowa” cecha specyificznego wycinka tego pola, który mielibyśmy odszukać – ale może raczej zadanie, coś, co wymaga wydobycia. W efekcie zaś podjęcia zadania takiego przeformułowania pamięci jako wielokierunkowej ujawnia się etyczny i polityczny wymiar tego przedsięwzięcia, skupionego na ideach sprawiedliwości i solidarności, a także zabezpieczającego na przyszłość przed reprodukcją opresji i okrucieństwa.

 

Polska wielokierunkowa?

Jak podjąć to zadanie, wychodząc od polskiej kultury pamięci, dostarczającej tylu oczywistych przykładów działania rywalizacyjnego wzorca? Czy Polska może stać się częścią wielokierunkowego archiwum? W dostrzeżeniu wielokierunkowych interakcji przeszkadza, jak pisze Rothberg, „przekonanie, że nasza własna historia, kultura i tożsamość są »rzeczą osobną i wyjątkową«” (s. 23) – adekwatność tego przeświadczenia w odniesieniu do polskiego przypadku wydaje się wręcz trywialna.

Cytat w cytacie pochodzi tymczasem z tekstu W.E.B. Du Bois, afroamerykańskiego intelektualisty i działacza przeciwko dyskryminacji rasowej, pierwszego Czarnego, który uzyskał (w 1895 r.!) doktorat na Harvardzie. Du Bois dokonuje w nim swego rodzaju autokrytyki: argumentuje, że przestał postrzegać problemy Czarnych jako „osobne i wyjątkowe” pod wpływem wizyty w Warszawie w 1949 r. i widoku ruin getta. Artykuł ten, zatytułowany The Negro and the Warsaw Ghetto, staje się jednym z najważniejszych punktów książki Rothberga, modelowym wczesnym przykładem pamięci wielokierunkowej, pokazującym, jak „ruiny stają się dobrem wspólnym, publicznym źródłem refleksji nad liniami rasy, kultury i religii” (s. 193). Pisząc o warszawskich ruinach, Rothberg porusza się jednak, jak w całej książce, po wielokierunkowych liniach pomiędzy pamięcią Zagłady i segregacji rasowej, wyznaczając twórczy (co nie znaczy, że nieproblematyczny) sojusz pomiędzy opresjonowanymi. Nie wychodzi więc zasadniczo w przestrzeń Warszawy „poza gettem”, opisuje ją ze względu na to, że jest miejscem Zagłady i miejscem pamięci Zagłady (w rozumieniu Pierre’a Nory).

Czy da się więc ową przestrzeń do tej historii dopisać? Problem wydaje się złożony – czy za pomocą wielokierunkowego mechanizmu Rothberga da się uchwycić relacje pomiędzy pamięcią dominującą, jaką jest w naszej mnemonicznej kulturze narracja o polskiej historii, a mniejszościową? Możliwość wielokierunkowej relacji pomiędzy polską pamięcią o II wojnie a pamięcią Zagłady utrudnia zakrzepły rywalizacyjny wzorzec (doskonale widoczny w ponawianym w sondażach opinii pytaniu: „Kto bardziej ucierpiał w czasie II wojny światowej – Polacy czy Żydzi?”) oraz niejednoznaczna wobec ofiar Zagłady sytuacja polskiego podmiotu, problematyczna pozycja sąsiada, świadka, a czasem sprawcy. Rothberg mógłby jednak odpowiedzieć, że problemy te wytwarzają się w toku pamięciowych procesów, których dynamika nie jest nigdy zamknięta.

Idąc za jego praktyką, chciałabym poszukać w naszej kulturze pamięci takich tekstów, punktów przecięć, których rozpracowanie pozwoliłoby na zapoczątkowanie wielokierunkowego archiwum. Mógłby to być Transfer! w reżyserii Jana Klaty – przedstawienie z 2006 r., w którym na scenie spotykali się (a może mijali?) niemieccy mieszkańcy przedwojennego Wrocławia i Polacy, którzy zostali po wojnie do miasta przesiedleni; ich różnojęzyczne świadectwa zyskiwały w teatralnym medium niespotykaną siłę. Albo też takie spektakle Moniki Strzępki, jak W imię Jakuba S. (2011 r.) i Bitwa Warszawska 1920 (2013 r.), gdzie w wybuchowym tekście Pawła Demirskiego polska historia (ta zmitologizowana i ta przemieniona w czarną legendę) wybrzmiewa w swoim skomplikowaniu i jednocześnie staje się soczewką (często przemilczanych) problemów polskiej współczesności. Pamięć wielokierunkowa to zachęta do jak najszerzej zakrojonego poszukiwania takich rezonansów.

_

Michael Rothberg

Pamięć wielokierunkowa. Pamiętanie Zagłady w epoce dekolonizacji

tłum. Katarzyna Bojarska

Instytut Badań Literackich PAN, Warszawa 2015, s. 448

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata