fbpx

70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Kena Betancur/Getty

Być człowiekiem, być nowoczesnym, być Amerykaninem

Pozostaję chrześcijaninem przede wszystkim dlatego, że konkretny przykład miłości i współczucia Jezusa przedstawiony w Ewangelii tworzy najbardziej absurdalny i pociągający sposób bycia w naszym tragikomicznym świecie.

Gdy zbliżamy się do kresu tego upiornego stulecia, powinno nawiedzać nas niepokojące poczucie grozy i nadziei. Niczym na pełnym smutku pogrzebie kochanej osoby wspominamy okrutne okoliczności i heroiczną energię tych, którzy stanowią odtąd przysmak dla robactwa. Moja twórczość i moje życie zawsze rozwijały się w mrocznym cieniu śmierci, lęku i rozpaczy oraz na drodze do miłości, dialogu i demokracji. Przede wszystkim czuję się bluesmanem w świecie idei i jazzmanem w życiu umysłu – oddanym podtrzymywaniu migotliwego światła intelektualnej pokory, międzyludzkiego współczucia i społecznej nadziei w naszym barbarzyńskim stuleciu. W pierwszym rzędzie jestem dramaturgiem filozoficznych pojęć i historycznych narracji, uczestniczących w krwawych bitwach na tym padole łez, w bitwach, w których stawką jest nasze życie i śmierć.

Moja praca stanowi skromną próbę zrozumienia i odpowiedzi na ten gardłowy płacz, który wydobywa się z głębi duszy każdego z nas. W centrum mojej myśli znajdują się egzystencjalne poszukiwanie sensu i polityczna walka o wolność. Moje pisma koncentrują się na specyficznych, współczesnych sposobach zmagania się z konkretnymi i uniwersalnymi sprawami życia i śmierci, opresji i oporu, radości i smutku.

Jestem czechowowskim chrześcijaninem, głęboko oddanym demokracji.

Rozumiem przez to fakt, że obsesyjnie konfrontuję się z rozlewającym się złem nieuzasadnionego cierpienia i zbędnej społecznej nędzy w naszym świecie. I to, że jestem zdeterminowany, aby sięgać do intelektualnych i egzystencjalnych źródeł, które mogą zasilić naszą odwagę do bycia, do miłości, do walki o demokrację. Trzy powiązane ze sobą i podstawowe pytania motywują moje prace: Co znaczy być człowiekiem? Co znaczy być nowoczesnym? Co znaczy być Amerykaninem?

Być człowiekiem

Moje odwieczne zmaganie z tymi przytłaczającymi kwestiami, odbijające się w esejach zamieszczonych w tym tomie, jest zakorzenione w przerażającym doświadczeniu i stałej świadomości radykalnej przygodności i kruchości życia. Niezrównane dzieła Antona Czechowa – najlepszy korpus tekstów stworzony przez nowoczesnego artystę – uważam za najmądrzejszą i najgłębszą interpretację tego, z czym istoty ludzkie konfrontują się w swoich codziennych zmaganiach. Życzliwe, choć smutne, portrety blisko 8 tys. postaci z jego opowiadań i sztuk – porównywalne jedynie do różnorodności postaci u Szekspira – zapewniają niezbędną podstawę, odpowiednie tło dla jakiejkolwiek akceptowalnej wizji tego, co znaczy być człowiekiem. Jego autorytatywny opis zimnego kosmosu, obojętnej natury, druzgoczącego losu oraz okrutnych historii określających zdesperowanych, znudzonych, zdezorientowanych, ogarniętych lękiem, ale i głodnych miłości ludzi, którzy próbują przetrwać pomimo wszelkich przeciwności, brzmi dla mnie prawdziwie. Co więcej, inspiruje mnie jego odmowa ucieczki od bólu i nędzy życia, która dokonuje się przecież poprzez zanurzenie się w dogmaty, doktryny, marzenia czy też abstrakcyjne systemy, filozoficzne teodycee bądź polityczne utopie.

Mówiąc w skrócie: dostarcza wzorcowe utwory tragikomiczne, przedmiot rozlicznych interpretacji, służące poważnemu myśleniu i mądremu życiu. Jego sztuka niesie z sobą zarówno najinteligentniejszą refleksję, jak i opis ograniczeń tejże krytycznej refleksji w konfrontacji z naszą ziemską egzystencją. Jego przenikliwe wyczucie niespójności w naszym życiu jest ugruntowane w wielkim współczuciu dla każdego z nas. Czechow rozumie, czym kieruje się cynik, samemu nie popadając w cynizm. Docenia dziecięce fantazje sentymentalisty, samemu nie poddając się infantylności sentymentalizmu. Niczym najlepsi artyści bluesa i jazzu formułuje melancholijne, a zarazem meliorystyczne oskarżenia wobec naszej niedoli, bez ukrywania ran i bez obietnic trwałego zwycięstwa. Trzyma się codziennego życia zwykłych ludzi i oświetla nasze osobliwe zmagania, które toczymy z pozorem i rzeczywistością, mniemaniem i wiedzą, iluzją i prawdą – prawdą piękna, miłości i zbiorowej walki o dobre społeczeństwo.

Jak jego wielcy literaccy poprzednicy Sofokles i Szekspir oraz XX-wieczni następcy: Kafka i Beckett, Czechow prowadzi nas przez współczesne piekło z miłością i smutkiem, bez taniego współczucia bądź obietnicy ostatecznej radości.

Pozostaję chrześcijaninem – pomimo agnostycyzmu Czechowa – przede wszystkim dlatego, że konkretny przykład miłości i współczucia Jezusa przedstawiony w Ewangelii tworzy najbardziej absurdalny i pociągający sposób bycia w naszym tragikomicznym świecie. W ten sposób sytuuję się w tradycji sceptycznego chrześcijaństwa Montaigne’a, Pascala i Kierkegaarda – postaci dotkniętych (a często wręcz męczonych) przez nieuchronnego demona wątpliwości wpisanego w ich skromną wiarę. Ta tradycja łagodnie zachęca mnie do tego, abym pokochał moją drogę wiodącą przez absurd życia i mrok historii. Ich śmiała myśl i odważne życiowe świadectwo mają niewiele wspólnego z dużą częścią, a może większością, instytucjonalnego chrześcijaństwa i wszelkiej zorganizowanej religii. W rzeczywistości Erazm z Rotterdamu jest z jedną z niewielu wybitnych postaci chrześcijaństwa, które były przykładem takiej myśli i świadectwa, a jednocześnie pozostawały częścią Kościoła instytucjonalnego swojej epoki.

Zgodnie z moją koncepcją czechowowskiego chrześcijaństwa bycie człowiekiem oznacza postawienie na wyróżnionym miejscu śmierci i odwagi. Być człowiekiem znaczy cierpieć i drżeć, ale też z odwagą stawiać czoło nieuchronnej śmierci. Myśleć głęboko i mądrze żyć jako istota ludzka oznacza rozmyślać o śmierci i przygotowywać się na nią. Poszukiwanie ludzkiej mądrości wymaga od nas nauczenia się, jak umierać: najpierw w codziennej śmierci złych nawyków i okrutnych punktów widzenia, a w końcu w upadku naszych ziemskich, doczesnych ciał. Być człowiekiem na najgłębszym z możliwych poziomów to uczciwie mierzyć się z nieuniknionymi okolicznościami, które nas ograniczają, a jednocześnie mieć odwagę do pełnych współczucia zmagań o własną niepowtarzalną indywidualność i bardziej wolne i demokratyczne społeczeństwo. Ta odwaga zawiera ziarna żywej historii: pamięci, dojrzałości, doskonalenia, choć nie gwarantuje żadnych zbiorów. Dlatego też patrzę na to, co znaczy być człowiekiem, przede wszystkim z perspektywy egzystencjalnej, koncentrując się na konkretnych, pojedynczych osobach z krwi i kości, zmagających się z dramatycznymi okolicznościami śmierci, strachu, beznadziei, choroby i rozczarowania. Nie jestem jednak egzystencjalistą na wzór młodego Sartre’a, który ludzką egzystencję ujmował w systemowy sposób. Jestem czechowowskim chrześcijaninem, który oparł wszystko na radykalnym – a nie racjonalnym – wyborze i odwadze do miłości ustanowionej przez konkretnego palestyńskiego Żyda, noszącego imię Jezus, ukrzyżowanego przez ówczesną władzę, zdradzonego przez tchórzliwych towarzyszy, niezrozumianego przez zepsute i opierające się mu sfery kapłańskie, a jednocześnie zapamiętanego przez tych z nas, których owładnęła i uwiodła niemożliwa możliwość Jego miłości.

Czechowowskie chrześcijaństwo jest idosynkratyczne oraz ikonoklastyczne. Moje poczucie absurdalności i bezsensowności świata ma więcej wspólnego z gnostycyzmem Walentyna, Lurii czy Monoimosa niż z historycznie ukształtowaną religijną ortodoksją, ale inaczej niż oni zachowuje jednocześnie głęboki sens historii. Mój intelektualny rodowód to Schopenhauer, Tołstoj, Rilke, Melville, Lorca, Kafka, Celan, Beckett, Soyinka, O’Neill, Kazantzakis, Morrison i przede wszystkim Czechow (wszyscy oni są wielkimi dramatycznymi poetami śmierci, odwagi i współczucia) – bardziej niż większość teologów i filozofów. I powinienem dodać, że osiąga on najwyższy wyraz w muzyce takiej jak Requiem Brahmsa i album A Love Supreme Coltrane’a. Muzyka w swoich najlepszych odsłonach osiąga te szczyty, ponieważ stoi u podstaw naszego gardłowego płaczu i przekształca go. Wyraża wielki wysiłek człowieka, by poprzez najbardziej ulotną ze wszystkich sztuk pochwycić w czasie, którego więźniami jesteśmy, nasze najgłębsze namiętności i tęsknoty. Głęboka muzyka prowadzi nas – przekraczając język – do ciemnych korzeni naszego krzyku oraz niebiańskich uniesień naszej ciszy.

Być nowoczesnym

Być nowoczesnym oznacza mieć odwagę do korzystania z własnej krytycznej inteligencji, ażeby kwestionować i podważać dominujące autorytety, siły i hierarchie świata. Pomimo mojego wypływającego z czechowowskiego chrześcijaństwa rozumienia tego, co oznacza bycie człowiekiem – perspektywy, która przywołuje przednowoczesne biblijne narracje – jestem typowo nowoczesnym myślicielem w tym sensie, że snuję różne opowieści w sposób, który skutkuje nowymi formami badania i doświadczania siebie.

Być nowoczesnym to żyć niebezpiecznie i odważnie w obliczu bezlitosnej autokrytyki i nieuniknionego fallibilizmu, to porzucić arcyludzką pogoń za pewnością i niepodważalnością naszych doczesnych twierdzeń.

Jednak uleganie w takim kontekście dziecinnemu relatywizmowi spod znaku „wszystko jest dozwolone” lub „wszystkie poglądy są równie ważne” to przejaw tchórzostwa, a poddanie się masowemu sceptycyzmowi wyrażanemu w formule „prawda nie istnieje” to dla mnie przykład słabości woli i wyobraźni. Wyróżniającą cechą nowoczesności jest za to podążanie pełną niebezpieczeństw ścieżką dialogu, postawienie na dorodne, choć potencjalnie trujące owoce omylnych poszukiwań, które wymagają podjęcia komunikacji, ryzykownych dyskusji, a nawet zbudowania bliskich relacji.

Istotą mojego rozumienia tego, co znaczy być nowoczesnym, jest dialog – wolne spotkanie umysłów, dusz i ciał, wchodzących w relacje z innymi, aby doświadczyć niepewności, rozchwiania i braku schronienia. To doświadczenie dialogu – relacji Ja–Ty z innym niepodlegającym naszej kontroli – może skutkować oszołomieniem, zawrotami głowy, dreszczami, które wyrwą nas z naszej przystani lub oderwą od naszej kotwicy. Ta całkowicie nowoczesna lekkość bycia wytworzona (przynajmniej w części) przez innowacje współczesnej nauki i technologii bądź improwizacje współczesnej muzyki i sztuki jest jednocześnie przerażająca i pociągająca. Utrata fundamentów i uzyskanie wolności zmusza nas do uznania, że samo znaczenie bycia nowoczesnym oznacza brak jakiegokolwiek znaczenia i że samo nasze poszukiwanie tego znaczenia może być tymże znaczeniem – bez względu na to, czy kiedykolwiek osiągniemy to jakieś określone znaczenie. W skrócie, koło hermeneutyczne, w którym znajdujemy się jako istoty historyczne szukające swego znaczenia, nie jest błędne, ale pełne zalet, ponieważ nigdy nie przekraczamy ani nie domykamy tego koła. Jak Syzyf, bez końca podążamy w górę i w dół ze szlachetnymi celami i inspiracjami, ale bez ostatecznej harmonii i bez osiągnięcia pełni.

Moja wypływającą z czechowowskiego chrześcijaństwa koncepcja tego, co znaczy bycie nowoczesnym, koncentruje się na mrocznej stronie nowoczesności, na tym, co leży u podstaw naszych współczesnych kłopotów. Dlatego też wskazuję na formy tworzenia siebie i autokreacji u tych, których cierpienie pozostaje często niewidoczne dla oświeceniowego dyskursu światła płynącego z naturalnego rozumu i dla romantycznego zaabsorbowania przemianą wyobraźni. Oczywiście bycie głęboko nowoczesnym oznacza krytycyzm wobec ślepoty pewnych form krytycznej inteligencji i wyobrażanie sobie form przemiany znacznie przekraczających romantyczne wersje przemiany wyobraźni. Dlatego moja krytyka nowoczesności służy poszerzeniu, oczyszczeniu i rozwinięciu nowoczesnej świadomości i praktyki. Jednocześnie moje spojrzenie czechowowskiego chrześcijanina na to, co znaczy bycie nowoczesnym, idzie jeszcze dalej. Porzuca ona samą możliwość dotarcia do definitywnego – czy też dogmatycznego – kresu nowoczesności. Zamiast tego podkreśla same środki i procedury, za pomocą których dążymy do osiągnięcia naszych celów. W skrócie, uwydatnia ona dialogiczny proces i demokratyczne praktyki, dzięki którym dążymy do mety, jaką sobie wyznaczyliśmy.

Być Amerykaninem

Być Amerykaninem to stanowić część dialogicznej i demokratycznej operacji, która zmaga się z wyzwaniem, by być człowiekiem na sposób otwarty i eksperymentalny. Mimo iż Ameryka to romantyczny projekt, w którym obraz raju, krainy marzeń, jest podsycany i napędzany religią nieograniczonych możliwości, jest to także, w bardziej podstawowym wymiarze, kruchy eksperyment – cenny, ale delikatny – dialogicznego i demokratycznego ludzkiego dążenia, które owocuje formami nowoczesnego tworzenia siebie i autokreacji niemających precedensu w historii ludzkości. Od Thomasa Jeffersona do Elijaha Muhammada, od Geronimo do Dorothy Day, od Jane Addams do Nathanaela Westa oferuje on możliwość przemiany i samodzielności dla wszystkich mieszkańców Nowego Świata, którzy chcą zacząć na nowo bądź chcą odmienić siebie, by zyskać wolność i poprawić swój los. Ten cel wymaga jedynie niecierpliwości, energii i śmiałości napędzających ludzi do organizowania się i do mobilizacji na drodze, która wytwarza nowe szanse i możliwości – wiarygodne i warte wysiłku.

Być Amerykaninem to nadawać etyczne znaczenie przyszłości poprzez dostrzeganie w teraźniejszości przestrzeni do przekraczania wszelkiej przeszłości, a w ten sposób do tworzenia nowej tożsamości i wspólnoty. Od rewolucyjnych nadziei europejskich osadników na ziemię i ciała amerykańskich Indian do millenarystycznych nadziei mormonów i baptystów zwróconych przeciwko establishmentowi starego protestanckiego świata Amerykanie nadają wagę i znaczenie przekonaniu, że przyszłe horyzonty zakryją teraźniejsze kłopoty. Od Emersonowskiego „Tak” dla jutra przeciwko dzisiejszej porażce, poprzez piosenkę Whitmana o otwartej drodze, której wagę nadaje ustalona forma i antyczna wersyfikacja, po obsesję Jamesa i Deweya na punkcie owoców, konsekwencji i efektów miast Kartezjańskiego nacisku na korzenie, początki i punkty wyjścia, amerykańska kultura akcentuje to, co ma nadejść, to, czego jeszcze nie ma, w przeciwieństwie do tego, co jest i co już było. Oczywiście takie zorientowanie na przyszłość często degeneruje się w infantylną, sentymentalną bądź melodramatyczną skłonność do happy endów, tak że marzenia o poprawie losu zakrywają ciemną rzeczywistość cierpienia pośród nas. W ten sposób amerykański dyskurs o niewinności, wyzwoleniu i wolności nie dostrzega okrucieństwa przemocy, podporządkowania i niewolnictwa w naszej przeszłości bądź teraźniejszości.

Być Amerykaninem to bagatelizować historię w imię nadziei, ignorować pamięć na rzecz przyszłych możliwości. Nasi wielcy głosiciele prawdy – przede wszystkim artyści – przypominają nam, że historia będzie nas prześladować, a pamięć powinna być gwarantem naszej uczciwości.

Melville, Hawthorne, Twain, Faulkner, Fitzgerald, O’Neill, Tennessee Williams, Theodore Dreiser, Toni Morrison, Thomas Pynchon, Lorraine Hansberry i inni rozwijają uczciwe opowieści i ukazują bolesne prawdy o naszym arcyludzkim współudziale w złu i omijaniu mrocznych stron rzeczywistości, czego żaden kraj ani społeczny eksperyment nie może bez ryzyka ignorować. Moja perspektywa czechowowskiego chrześcijanina stara się zachować wierność wobec rozdzierających serce opowieści i prawd takich amerykańskich twórców. Przypominają nam oni o wszelkich arcyludzkich formach zakłamania i hipokryzji przenikających amerykańskie życie.

Być Amerykaninem to stale podnosić owo przerażające demokratyczne pytanie: jak się ma interes publiczny do najsłabszych i najbardziej poszkodowanych w naszym społeczeństwie?To zapytanie o istotę demokracji prowadzi nas wstecz do Klejstenesa z 508 r. p.n.e. Czy demokracja nie powinna być rodzajem ludodycei – nie teodycei – koncentrującej naszą uwagę na nieusprawiedliwionym cierpieniu i zbędnej społecznej nędzy zwykłych istnień ludzkich w kraju i za granicą? Czy amerykańska demokracja nie jest właśnie takim przypadkiem, w którym arbitralna władza nie została w pełni ograniczona i w konsekwencji polityczna, korporacyjna i finansowa elita – niezdyscyplinowana poważną publiczną odpowiedzialnością – dzierży formy władzy, wywołujące u kolejnych obywateli ból i smutek, jakich można by uniknąć? Czy demokratyczne praktyki nie przynosiły w przeszłości transgresyjnych, a nawet subwersywnych działań bohaterskich obywateli, którzy przemieniali już zastaną strukturę tak, że ich przyzwoitość i godność zostawały uznane przez elity? Czy nie jest wielkim paradoksem początków amerykańskiej demokracji, że lud nie otrzymał odpowiedniego zaufania i nałożono na niego ograniczenia, jego władzę rozproszono i rozpuszczono tak, że elity mogą funkcjonować na koszt wysiłków pracowników, kobiet, a zwłaszcza czarnych, Latynosów, Azjatów i Indian? Czy Ameryka może być rzeczywiście prawdziwie sobą bez pełnoprawnej wielorasowej i wielogenderowej demokracji – demokracji, która rozkwita w sferach politycznej, ekonomicznej, kulturowej, a nawet egzystencjalnej? Czy godność zwykłych ludzi może rozkwitnąć w oligarchicznej i plutokratycznej gospodarce? Czy amerykańska demokracja może pozostać wierna swoim ideałom bez nierasistowskiej i nieseksistowskiej kultury i społeczeństwa? Czy wszechobecna homofobia nie wymaga nieheteroseksistowskiego społecznego porozumienia? To właśnie wymagające pytania, które postawili Whitman, Dewey, Addams, Baldwin, Lorde oraz Martin Luther King Jr.

Czy Ameryka, ostatnie wielkie imperium XX w., może sprostać takim wyzwaniom? Czy wielorasowa i wieloseksualna polityczna demokracja to najlepsze, co jesteśmy w stanie – jako rodzaj ludzki – osiągnąć? Czy demokratyczna ekonomia w erze globalnej gospodarki to mrzonka? Czy globalizacja demokracji to fantazja w obliczu nieodpowiadającej przed nikim wielonarodowej władzy korporacyjnej?

Czy idea demokracji egzystencjalnej – Maurice’a Maeterlincka, Walta Whitmana i Antona Czechowa – to ułuda? Czy możliwe jest, by demokracja stała się sposobem bycia w świecie, a nie tylko sposobem zarządzania regulowanym przez władzę korporacji i wielkie interesy?

To wielkie pytanie XXI w., wielkie wyzwanie następnej fali demokratycznych możliwości. Czy dotarliśmy do kresu amerykańskiej religii możliwości?Czy hierarchie klasowe, rasowe i genderowe mają ostatnie słowo odnośnie tego, jak daleko demokracja posunąć się może w naszych czasach? Moje czechowowskie chrześcijaństwo mówi: nie! nie! nie! Ale może tak być. A nawet z pewnością tak będzie, jeśli na początku nowego stulecia zawiedziemy w powtarzaniu naszych ułomnych prawd na temat nędzy społecznej tu, pośród nas, i za granicą, jeśli zawiedziemy w demaskowaniu szalonych kłamstw o naszej przeszłości i teraźniejszości i jeśli nie zdołamy podołać naszemu zadaniu niedoskonałego, ale śmiałego świadczenia o miłości i demokracji. Postarajmy się, by przyszłe pokolenia mogły powiedzieć, że byliśmy w swoich wysiłkach śmiali i wizjonerscy, że żyliśmy z odwagą i współczuciem w obliczu śmierci, że pomimo przygnębiającego braku szans na porozumienie i przemocy oraz wbrew nim prowadziliśmy dialog, że na początku stulecia, które – jeżeli nie zdołamy odpowiedzieć na wymogi naszego czasu – może wytworzyć formy barbarzyństwa i bestialstwa, walczyliśmy za stare i nowe przejawy demokracji.

Wyłożona w tym zbiorze perspektywa czechowskiego chrześcijaństwa to mój testament nadziei na XXI w. Słowa, zdania i akapity nie są tu jednak niczym innym jak językowymi znakami, które postępują w ślad za przebytą przeze mnie drogą krwi, potu i łez. Droga ta to próba osiągnięcia i zrealizowania najlepszego z tego, co oznacza bycie człowiekiem, nowoczesnym, Amerykaninem. Znakom tym często wiele jeszcze brakuje – bledną też w obliczu dobrej muzyki – ale wskazują pewien sposób muzycznego życia, który z bólem tropi współczującą indywidualność i z odwagą zmaga się o bardziej wolny i demokratyczny świat. Ten zbiór to moja próba przeobrażenia naszego gardłowego płaczu w wezwanie o zatroszczenie się o sprawy większe i poważniejsze niż tylko nasze własne, cenne łzy.

Tłumaczyli Mateusz Burzyk i Michał Jędrzejek

Śródtytuły dodane przez redakcję

Tłumaczony tekst stanowi wstęp do książki Cornel West Reader, opublikowanej w 1999 r.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter