70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Biografia paralelna katolików polskich

Koniec II wojny światowej oznaczał dla katolików polskich akceptację reżimu komunistycznego w polityce, uspołecznionych środków produkcji w gospodarce i dialektyki w nauce. Jedyną wolną niszą – „butlą powietrza w zaduchu indoktrynacji” – była sfera duchowa.

Dwa środowiska katolików świeckich, reprezentujące różne sposoby współżycia z reżimem komunistycznym, powstały w Krakowie i w Warszawie. Podział geograficzny oraz odmienne środki przekazu – czasopisma: „Tygodnik Powszechny” oraz „Dziś i Jutro” – były jedynie zewnętrznymi oznakami różnic światopoglądowych. Minimalistów – stosując terminologię historiograficzną – reprezentowali dawni wilnianie osiedleni po wojnie w Krakowie: Stanisław Stomma, Antoni Gołubiew, do których dołączył warszawiak Stefan Kisielewski oraz Jerzy Turowicz. Skupieni wokół ks. kard. Adama Sapiehy, powołali do życia „Tygodnik Powszechny”, którego głównym zadaniem miało być szerzenie katolicyzmu w sferze duchowej bez negacji zastanego ustroju – stąd minimalizm, czyli nieangażowanie się w sferę polityczną państwa. Maksymalistów reprezentował Bolesław Piasecki, przedwojenny przywódca faszystów polskich; aresztowany przez NKWD, ocalił życie za cenę współpracy z nową władzą, sam też – gwoli sprawiedliwości należy przypomnieć – ratował wielu AK-owców, wydobywając ich z więzień Urzędu Bezpieczeństwa, jak było w wypadku Pawła Jasienicy (członka redakcji „TP”).

Osią pracy Małgorzaty Strzeleckiej Między minimalizmem a maksymalizmem. Dylematy ideowe Stanisława Stommy i Janusza Zabłockiego są równolegle prezentowane żywoty dwóch głównych reprezentantów minimalistów i maksymalistów, których drogi zaangażowania w życie Kościoła i państwa raz oddalały się, raz przecinały. Stanisław Stomma i Janusz Zabłocki spotkali się po raz pierwszy w powojennym Krakowie, starszy z nich pozostał w królewskim mieście przy „Tygodniku Powszechnym”, stając się z czasem politycznym filarem tego środowiska; młodszy podążył do Warszawy, do – jak uważał – człowieka otwartego na młodych zaangażowanych ludzi, dla których otwierał właśnie łamy „Dziś i Jutro”. Ówczesną filozofię grupy Piaseckiego, iż „socjalizm jest najdoskonalszym wzorem ładu materialnego, a katolicyzm jedynym wzorem ładu duchowego” – uznał Zabłocki za własne objawienie światopoglądowe; w praktyce jednak stosował „taktykę trwania”.

Odwilż polityczna po śmierci Stalina, a później poznański Czerwiec i przede wszystkim polski Październik ’56 spowodowały rozłam w grupie PAX. Lojalizm Piaseckiego wobec poststalinowców i strukturalna falangizacja Stowarzyszenia (nadmierne wpływy przedwojennych ONR-owców / „pałkarzy”) doprowadziły do secesji Janusza Zabłockiego i Tadeusza Mazowieckiego. Ci tzw. frondyści powołali do życia nowe pismo „Więź”, którego redaktorem naczelnym został ostatecznie Mazowiecki; Zabłocki skupił się na działalności w powstającym właśnie (za zgodą władz) warszawskim Klubie Inteligencji Katolickiej (KIK). Tam też doszło do ponownego spotkania ze Stanisławem Stommą. Stomma i czterech innych działaczy katolickich, w tym aż trzech reprezentantów „Tygodnika Powszechnego”, zasiedli w Sejmie II kadencji (1957), tworząc pierwsze w PRL Koło Posłów Katolickich Znak. Zaangażowanie w życie polityczne kraju dotychczasowych minimalistów było ważnym wydarzeniem dla przywódców komunistycznych, legitymizujących w ten sposób przejęcie „popaździernikowej” władzy i odcinających pępowinę od stalinowskiego okresu błędów i wypaczeń. Ale był to też przełomowy moment dla samego środowiska inteligencji katolickiej, Stomma tłumaczył przyjęcie nowej pozycji wobec rzeczywistości politycznej postawą neopozytywistyczną.

*

Autorka pracy Między minimalizmem a maksymalizmem… przedstawia złożony krajobraz skomplikowanych zależności między różnymi ośrodkami katolicyzmu w Polsce, które nie wynikały wprost z relacji państwo–Kościół. Polska bogata była wówczas w wybitne osobowości reprezentujące światopogląd katolicki, ale nie wszystkie z nich umiały powściągnąć własne ambicje dla dobra wspólnego, nieliczni tylko potrafili, jak Turowicz, skupić się na własnej cichej pracy. Konflikt pogłębił się, gdy posłowie Znaku nie stanęli w obronie episkopatu Polski po opublikowaniu listu do biskupów niemieckich w 1965 r., gdzie padły słynne słowa „udzielamy przebaczenia i prosimy o nie” – co z kolei wywołało histeryczną reakcję władz gomułkowskich. Podobnie rok później, podczas obchodów millennium chrztu Polski, posłowie katoliccy nie interweniowali na forum sejmowym po ostrym, wymierzonym wprost w Kościół przemówieniu Gomułki i szykanach milicyjnych, jakie miały miejsce podczas kościelnych uroczystości. Wszystko to doprowadziło do prawdziwego kryzysu w relacjach episkopat–Koło Poselskie Znak. Marzec ’68 obudził mroczne cienie polskiego antysemityzmu drzemiące w sercach „prawdziwych Polaków katolików”.

Dla posłów Znaku był to egzamin lojalności wobec siebie, ale przede wszystkim wobec nauki ewangelicznej. Zawieyski, Stomma, Łubieński i Mazowiecki nie mieli żadnych wątpliwości co do treści interpelacji poselskiej po wydarzeniach na Uniwersytecie Warszawskim i politechnice, według nich powinna ona zawierać nie tylko obronę studentów, ale też obronę wszystkich szykanowanych wówczas intelektualistów, także proweniencji marksistowskiej.

Ostatnim wielkim aktem w historii Koła Poselskiego Znak był samotny protest Stanisława Stommy, który jako jedyny z posłów polskiego parlamentu wstrzymał się od głosu podczas głosowania nad zmianami do Konstytucji PRL, a szczególnie nad artykułem mówiącym o przewodniej roli PZPR w Polsce. Rozłam w Znaku był dokonany, do kolejnego spotkania Stommy i Zabłockiego we wspólnym Kole Poselskim już nie doszło; Zabłocki przejął przywództwo nad koncesjonowanymi katolikami w kolejnym Sejmie, uzurpując także nazwę „Znak” – Stomma został wykluczony z posłowania decyzją partii.

 

*

W pracy Strzeleckiej zwraca szczególną uwagę umiejętny sposób korzystania ze źródeł zdeponowanych w Instytucie Pamięci Narodowej, świadectw wypracowanych przez służby bezpieczeństwa PRL. Dokumentów niezwykle niebezpiecznych, bo tworzonych przez osoby posługujące się metodami niszczącymi osobowość: zastraszaniem, poniżaniem, podstępem, przekupstwem, odwoływaniem się do najniższych instynktów lub korzystających z bezinteresownej ludzkiej zawiści. Aby odpowiednio ocenić materiały służb bezpieczeństwa, a przede wszystkim donosy tajnych współpracowników, należy skonfrontować je z innymi materiałami źródłowymi, w tym także (a może przede wszystkim) z żyjącymi świadkami tamtych czasów. I tu kolejna zaleta Dylematów ideowych… Strzeleckiej – heurystyka jej bowiem opierała się nie tylko na zebraniu literatury przedmiotu, zresztą niezwykle bogatej, ale też na dotarciu do niepublikowanych dzienników, a nawet na relacjach żyjących świadków tamtych wydarzeń.

Dzięki umiejętnemu porównaniu zgromadzonych źródeł udało się autorce ujawnić pewne nieścisłości (żeby nie powiedzieć, przekłamania) w relacjach bohaterów książki, którzy, co zrozumiałe, pragnęli wybielić swoje decyzje i zachowania po latach. Strzelecka nie daje się jednak ponieść „syndromowi IPN” i nie we wszystkich kontaktach bohaterów książki z oficerami MSW widzi współpracę z tajnymi służbami PRL. Wręcz przeciwnie, kontakty Janusza Zabłockiego ze Służbą Bezpieczeństwa – a był on zarejestrowany jako TW „Zachariasz” – nie miały, według niej, charakteru konfidentalnego.

W beczce miodu znalazła się też łyżka dziegciu. Przy tak ogromnym materiale faktograficznym i nie mniejszym nakładzie pracy analitycznej żądałbym od autorki śmielszych wniosków, bardziej krystalicznych charakterystyk postaci, których tu przecież cała plejada. Domagałbym się też większej odwagi w formułowaniu sądów, oczywiście w oparciu o posiadaną wiedzę i w jej ramach, bez wkładania dziejów w ramy własnych wyobrażeń o niej. Ogień tych sporów przecież nie był wtedy ani mniejszy, ani mniej szkodliwy dla Kościoła niż dzisiaj.

Patrząc na zakres chronologiczny książki, rozumiem, że autorka stanęła przed pewnym dylematem: czy pisać pełną monografię, kończącą się upadkiem komunizmu w Polsce, czy wybrać na tyle przełomowy moment – nowelizacja Konstytucji PRL z 1976 r. – by usprawiedliwić nim zamknięcie klamrą własnych badań historycznych? Mimo to książka wypełnia pewną niszę historiograficzną, nie ukazała się bowiem do tej pory praca, która w tak pełny i badawczo solidny sposób omawiałaby środowisko inteligencji katolickiej w kraju indoktrynacji ideologicznej. Monografii, która połączyłaby różne nici katolickiej aktywności, ukazując zarazem burzliwe dzieje tej wymuszonej współpracy przeciwko wspólnemu wrogowi.

Na koniec osobisty apel. Jako że dusza historyka we mnie zwycięża, chciałbym więcej w książce o Stommie jako historyku; choć zakres tej pracy nie obejmuje głośnego wówczas dyskursu na temat sensu czy bezsensu insurekcji narodowych, zainteresowała mnie część poruszająca kwestię znaczenia powstania styczniowego dla kształtowania w społeczeństwie mitu „bohaterstwa klęskowego”, którego stulecie obchodzono w 1963 r.

Parafrazując słowa Czesława Miłosza, można powiedzieć, że „podstawowym zadaniem historyka jest trzymać standardy – a nie sztandary”. Strzelecka w pełni spełniła te postulaty – publikując wyniki swoich badań, daleka jest od mitologizowania ideologicznego monolitu katolików świeckich w okresie PRL.

_

Małgorzata Strzelecka

Między minimalizmem a maksymalizmem. Dylematy ideowe Stanisława Stommy i Janusza Zabłockiego

Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2015, s. 440

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter