70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

rys. Magdalena Wolna/fot. M. Secchi/Getty

Bauman to myśliciel świecki

Zygmunt zaczął dużo pisać, dopiero gdy przestał uczyć na uniwersytecie. Poznałem go w Nowym Jorku, a po mojej przeprowadzce do Wielkiej Brytanii spotykałem go od czasu do czasu w Londynie. Pełen życia, nawet mając ponad 80 lat, cały czas podróżował. To było bardzo inspirujące.

Nie zachowywał się jak starszy pan – był stale bardzo zajęty i pozostawał na bieżąco z aktualnymi sprawami.

Niewiele wiem o jego życiu w Polsce. Patrzyłem na niego jak na emigranta – jednego z tych intelektualistów, którzy zmuszeni do opuszczenia ojczyzny, znaleźli schronienie w Wielkiej Brytanii. Gdy tu przyjechał, miał na koncie niewiele tekstów w języku angielskim i nie został przyjęty tak ciepło, jak powinien. Zygmunt nie był zaciekłym antymarksistą, więc nie pasował do rozpowszechnionego modelu intelektualisty z bloku wschodniego, który po przyjeździe na Zachód staje się radykalnym przeciwnikiem komunizmu. Poznałem go dzięki Anthony’emu Giddensowi. Zygmunt był z nim mocno związany. Giddens zresztą także nie podzielał tych antykomunistycznych nastrojów lat 70. i 80. XX w. Myślę, że Bauman był zatem wdzięczny Wielkiej Brytanii za to, że go przyjęła, ale jednocześnie, aż do swojej emerytury, czuł się w niej odosobniony. Dopiero w latach 90., gdy stał się sławny, również Brytyjczycy go zaakceptowali.

Bauman pisał o „płynnej nowoczesności” w kontekście ogólnej analizy kultury. Byłem zainteresowany tym samym tematem, ale koncentrowałem się bardziej na tym, jak w neoliberalnym społeczeństwie zmienia się świat pracy. „Płynna nowoczesność” to idea, którą można wywieść od Karola Marksa i jego słynnego zdania z Manifestu komunistycznego: „Wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”. Bauman nadał jednak tej myśli inny, krytyczny wydźwięk. Dla obu z nas kategoria płynności odpowiadała dzisiejszemu sposobowi przeżywania czasu – w późnym kapitalizmie czas nie ma swojej wagi, odpowiedniej siły ciężkości, istnieje jakby w zawieszeniu. Da się to łatwo zrozumieć na przykładzie Internetu – każdą stronę można przeglądać bądź kilka sekund, bądź wiele minut. Nic nie zobowiązuje nas do poświęcenia jej określonej ilości czasu. Dla Baumana – i dla mnie – „płynność” okazała się użytecznym pojęciem do opisania tego, co dzieje się z nowoczesną kulturą. Toczyliśmy owocne dyskusje o relacji między powierzchownością osobistych relacji a nietrwałością doświadczeń związanych z pracą i życiem zawodowym. „Płynność” to także termin dotyczący władzy, ponieważ czas w swoim trwaniu jest formą oporu. Typowe dla kultury konsumpcyjnej nastawienie na natychmiastowy efekt sprawia, że czas nie stawia już oporu, a to czyni nasze życie bardziej banalnym.

Myślę, że Zygmunt był tak popularny, ponieważ dobrze uchwycił klimat ponowoczesnego społeczeństwa i trafnie nazywał troski, które ludzie z nim łączą. Szukał też jakiejś odpowiedzi na te zjawiska, wskazując na znaczenie etycznego działania i osobistej odpowiedzialności. W pewnym stopniu przyczyną jego popularności był także jego felietonowy styl – w późniejszym okresie był on bardziej eseistą niż socjologiem.

Nie powiedziałbym, że jego diagnoza „płynności” straciła na ważności, z powodu powrotu do rzekomo „silnych” narodowych i politycznych tożsamości na Zachodzie – w czasie Brexitu, sukcesów Donalda Trumpa i europejskich populistów. Oni wszyscy proponują dziś politykę odrzucenia całych grup społecznych. Jestem przekonany, że jednolita tożsamość, oparta jedynie na przywiązaniu do narodu, nie jest silniejsza niż tożsamość uwzgledniająca również np. naszą orientację seksualną i pochodzenie klasowe. Myślenie, iż ludzie czynią swoją tożsamość silniejszą wtedy, gdy ją upraszczają, to zwykły błąd. Tak więc aktualny wzrost znaczenia populistów jest też wyrazem tej kulturowej powierzchowności, którą Bauman krytykował.

To, co mnie naprawdę interesowało u Zygmunta, to fakt, że w przeciwieństwie do innych Polaków, których poznałem, nie podzielał on religijnej, katolickiej części polskiej tożsamości. Bauman nigdy nie dostosował się do kultury, w której wyrósł. Obca mu była tradycja politycznego oporu motywowanego religijnie, który wydaje mi się ważną częścią polskiej wrażliwości. Różnił się w tym od swojego wybitnego rówieśnika, Leszka Kołakowskiego, który w pewnym okresie był bardzo blisko Kościoła katolickiego. Zygmunt nie miał w sobie religijnego żaru Kołakowskiego. Gdy interpretował np. teologiczne fragmenty z prac Emmanuela Lévinasa, robił to na sposób świecki. W tym sensie przywoływał skojarzenia z figurą le philosophe z XVIII-wiecznego oświecenia francuskiego. To był wyłącznie etyczny i świecki myśliciel, głuchy na religię.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter