70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Michał Łepecki/Agencja Gazeta

Eros nie mieszka w Polsce

Pleban, powstaniec i Matka Polka, dziedzic i chłopi – to nie jest konstelacja, w której mogłaby się ukształtować jakaś ars amandi, filozofia erotyki, refleksja nad sferą zmysłową.

Eros nie mieszka w Polsce. Nie mamy tradycji literatury zmysłowej, radosnej, frywolnej – nie znajdziemy w przeszłości polskiego Dekameronu. Nie mamy też – tym bardziej – prozy libertyńskiej, filozofii seksualności na miarę markiza de Sade’a czy Sacher-Masocha. Seks nie może być u nas – jak np. w Chwili ulotnej Vivant-Denona – czymś lekkim, zwiewnym, przyjemnym. Trudno znaleźć w naszej literaturze przykłady seksualności pozytywnej, niepodszytej egoizmem, pożeraniem się, zatracaniem, strachem. Eros – rozumiany po platońsku, szeroko, nie tylko jako seksualność, lecz jako radość, zabawa, gra, bezinteresowna uciecha – jest u nas od lat na banicji. Trawestując tytuł słynnej książki Deleuze’a i Guattariego – Polska to anty-Eros.

Katolicyzm, rozbiory, folwark

Taki niechętny, podejrzliwy, a niekiedy wręcz wrogi stosunek do seksualności nie wziął się u nas znikąd. Na jego kształt miały wpływ kwestie kulturowe i obyczajowe, będące efektem skomplikowanych dziejów naszego kraju na przestrzeni paru ostatnich stuleci. Wśród nich na czoło wysuwają się, ujmując rzecz szkicowo, specyficznie polska wersja paternalistycznego katolicyzmu, zabory i ponadstuletni brak własnej państwowości, folwarczność i zaściankowość rodzimej kultury, a wreszcie nierozwiązane do dzisiaj sprzeczności oraz konflikty związane z licznymi podziałami etnicznymi i klasowymi, zwłaszcza z mrocznym dziedzictwem pańszczyzny. Niestety, wiele wskazuje na to, że mimo odmiennych realiów historycznych i upływu czasu te dawno temu wypracowane „wzorce” kulturowe nadal mają się dobrze. Zostały bowiem skutecznie i na trwałe uwewnętrznione w zbiorowym imaginarium, dzięki czemu stale i z ukrycia oddziałują na nasze życie indywidualne i publiczne, produkując w efekcie ambiwalentny lub niechętny Erosowi klimat afektywno-intelektualny, który z okrutną logiką ujawnia się w codzienności Polaków.

Jedną z ważniejszych ran zadała Erosowi w Polsce kontrreformacja, która nie tylko skutecznie zahamowała wszelkie nowinki teologiczne czy społeczne, ale też uformowała stabilny i jednolity obraz polskiej religijności.

W tej nadal żywej, wręcz dominującej na naszych ziemiach, ludowej i kolektywistycznej wersji katolicyzmu nie dąży się do upodmiotowienia jednostki, w przeciwieństwie choćby do protestantyzmu, który pozostawiał do decyzji poszczególnych wiernych i ich sumienia np. kwestie antykoncepcji, aborcji czy przedmałżeńskiej aktywności seksualnej.

Nadal zatem musimy się upewnić, czy nasza przyjemność jest dozwolona, zanim się jej oddamy. Chociaż Ewangelia niemal nie zajmuje się seksem, to od św. Augustyna poczynając, trudno znaleźć w chrześcijaństwie świadectwa jakiejkolwiek afirmacji erotyzmu. Wręcz przeciwnie: tradycję tę współtworzyły w dużym stopniu – i w jakimś stopniu współtworzą do dzisiaj – podejrzliwość, jeśli nie wręcz niechęć wobec seksualności, nieustanne indukowanie poczucia winy i kontrola instytucji nad jednostkami.

Nie zmienią tego księża, którzy zrobili furorę, głosząc, iż seks w małżeństwie może być „fajny” i przynosić „radość”. Czy nie jest to w gruncie rzeczy jeszcze jeden przykład, gdy instytucja wyznacza reguły dotyczącego tego, co i jak mamy prawo robić w łóżku? Co więcej, popularność takich publikacji i wypowiedzi, a wręcz entuzjazm, z jakim są one przyjmowane przez wiernych, pokazuje wyraźnie, że stanowisko Kościoła w tym względzie było „domyślnie” negatywne, zaś te głosy są traktowane jako odświeżające i przyjmowane z ulgą. Jednak zmiana ma nierzadko charakter wyłącznie „odświętny” i deklaratywny, co ujawniają codzienne opinie przedstawicieli Kościoła na te tematy. Przykłady można by mnożyć, ale w tym momencie przypomina mi się, jak w latach 80. jedna z prelegentek (notabene bardzo znana i zasłużona postać w polskim Kościele) podczas nauk przedmałżeńskich zalecała uczestniczącym kandydatkom na żony, aby w dni płodne, jeśli nie chcą doprowadzić do poczęcia, nie paradowały po domu w szlafrokach czy innej „przewiewnej” garderobie, „bo chłopina nie wytrzyma” – co do dzisiaj zaskakuje swoistą mieszanką protekcjonalizmu i lekceważenia. To takie deprecjonujące porozumiewawcze mrugnięcie do publiczności: wiadomo, mężczyźni jak dzieci, nie można się po nich spodziewać niczego dobrego, całą roztropność i powściągliwość powinny wykazać w tym zakresie panie. Inna znana osoba, kapłan i filozof, zapytany kiedyś podczas uniwersyteckiego wykładu, dlaczego jako duchowny wypowiada się o seksualności i małżeństwie, mimo że nie posiada żadnych doświadczeń w tym względzie, odpowiedział w znamienny sposób, wzbudzając przy tym aprobatę słuchaczy: „Ksiądz jest jak lekarz – doktor nie musi być przecież chory na żółtaczkę czy nowotwór, żeby móc je wyleczyć lub o nich rozprawiać”. To oczywiście efektowny chwyt retoryczny, jednak użyta metafora ujawnia w tym przypadku znacznie więcej, niż się z pozoru wydaje. Nie sugeruje przecież niczego dobrego, tylko zagrożenie, cierpienie, chorobę. Duchowny szukał porównania dla seksu i erotyki (także małżeństwa) i niemal odruchowo znalazł je tam, gdzie Kościół je archetypowo lokalizuje, w domenie tego, co stanowi zagrożenie, stwarza problemy i domaga się leczenia.

Równie zgubne dla erotyki trendy przyniosły rozbiory, z powodu których po dziś dzień żyjemy w kulturze militarno-myśliwskiej, czczącej wojnę, cierpienie i destrukcję, a więc w kulturze, którą chciałoby się, trawestując tytuł słynnej powieści Bernanosa określić jako rozpostartą „pod słońcem Tanatosa”. Podczas gdy w krajach europejskich w XIX w. rozwijały się nauka i technologia, tworzyły zręby nowoczesnej państwowości, dla Polski była to epoka „niewoli babilońskiej”, „pobytu na pustyni”, „drogi przez piekło”, „czasu na Krzyżu” (Norman Davies), a w świecie mitów królowały postacie Polaka-powstańca i Matki Polki. Naszym zadaniem było wtedy podtrzymywanie ducha w narodzie – zachowanie kultury, katolicyzmu, polskości, języka ojczystego.

W czasach zaborów, powstań i walki zbrojnej, ale także budowy młodej państwowości w okresie międzywojnia Eros jawił się jako swoisty zbytek, jednak wcale nie niewinny, lecz groźny: znieprawiający, pozbawiający siły, wikłający, indywidualizujący – podczas gdy wszystkie moce witalne i duchowe powinny pozostać na usługach budowy zbiorowej tożsamości, w stanie energetycznej mobilizacji.

Zatem właśnie ów trwoniący zasoby, beztroski i bezcelowy bóg hołdujący rozkoszy tylko by tu zawadzał i przeszkadzał. Jeśli więc, jak chce Bataille, Eros jest wymiarem, w którym najpełniej ujawnia się ludzka indywidualność, a w jego ramach rzeczywiście możemy odróżnić się od innych, to z perspektywy poglądu mówiącego „o jednej owczarni i jednym pasterzu” stanowił on śmiertelne niebezpieczeństwo: zagrażał jako element wprowadzający zamęt i nieuporządkowanie (skądinąd jest to ulubiony epitet duszpasterski na „grzechy cielesne”), rozbijał jednomyślność wspólnoty, jawił się więc jako etycznie podejrzany, a przy tym separujący czynnik o charakterze dyferencjacyjnym.

Odwrotnie, cześć dla czynności z domeny Tanatosa – wojny, polowania, rywalizacji, samoudręczenia, cierpienia – ukazuje się jako postawa jednocząca, ujednolicająca, unifikująca. W walce, znoju i cierpieniu jesteśmy – przynajmniej na poziomie fantazmatu – jednomyślną wspólnotą, w rozkoszy, zabawie i twórczości stajemy się unikalnymi indywiduami. W związku z tym nasza kultura była zawsze antyerotyczna nie tylko w sensie ścisłym, gdzie Eros jest rozumiany jako seksualność, ars amandi, apoteoza cielesności czy hedonizmu, ale też w jego bardziej wysublimowanym, wręcz filozoficznym rozumieniu, jako wszelka kreatywność, ludyczność i duchowe dziecięctwo, jako afirmatywny stosunek do obszaru aktywności ludzkiej, który można nazwać grą, teatrem, radością i zabawą. A zatem „sprawa Polska” również zdecydowała o tym, że nie dopełniliśmy erotycznego procesu indywidualizacji, bo musieliśmy być zawsze częścią zbiorowości. Pogłębiona refleksja o seksualności była luksusem, na który nie mogliśmy sobie pozwolić.

Ponadto – mieliśmy folwark. Przez wieki byliśmy narodem złożonym ze szlachty i z chłopów. Z jednej strony, mniejszość, owi niemal mityczni Sarmaci, wyższa kasta, która została zupełnie zniszczona w czasie II wojny światowej, z drugiej – większość, chłopi poddani pańszczyźnie. Do tego w miastach często dominowali „obcy”, czyli Żydzi i Niemcy. Polska rozwijała się więc bez kultury mieszczańskiej, która na Zachodzie nadawała ton przez cały XIX w. Formacja szlachecko-chłopska (również z powodów deprywacji materialnej) była w stanie w dziedzinie seksu wytworzyć jedynie pewną swojską wulgarność połączoną z piętnowaniem tego, co inne.

Pleban, powstaniec i Matka Polka, dziedzic i chłopi – to nie jest konstelacja, w której mogłaby się ukształtować jakaś ars amandi, filozofia erotyki, refleksja nad sferą zmysłową.

Scientia sexualis

Jak bardzo trwałe były te podstawy, można się łatwo przekonać, studiując publikacje i dyskusje prowadzone na temat seksualności w okresie międzywojennym w polskich środowiskach lekarskich, pedagogicznych i psychologicznych. Uderzające jest, że mimo iż dyskutanci są badaczkami i uczonymi, którzy, wydawałoby się, powinni zdobyć się na ton obiektywny, sine ira et studio, bardzo często można natknąć się na wypowiedzi – formułowane zwłaszcza przez kobiety, choć nie tylko – w których seksualność jest traktowana jako siła opresyjna, upodlająca i upokarzająca, jako źródło regresu w funkcjonowaniu człowieka i obszar jego zezwierzęcenia. Oczywiście w dawniejszych czasach, zwłaszcza w świetle konsekwencji ponoszonych przez kobiety w domenie seksualności (dominująca kultura patriarchalna, prostytucja, niechciane ciąże, choroby weneryczne, przemoc seksualna), lęk wyrażany przed nią przez liczne autorki był zrozumiały. Zwracają jednak uwagę powszechna niechęć, niedostrzeganie, z bardzo nielicznymi wyjątkami, żadnego wymiaru wartościowego. Jakby wszystko, co się wiąże z seksem, było brudne, podłe, niskie, uwłaczające ludzkiej godności, podejrzane. Wystarczy kilka przykładów, wziętych niemal na chybił trafił z literatury naukowej tamtego okresu. Kiedy znana lekarka dr Maria Grzywo-Dąbrowska na łamach „Higieny Psychicznej” recenzowała Zmory Zegadłowicza, pisała z wyraźną moralną przyganą: „Również razi apoteoza płciowości, będąca – według autora – »czymś koniecznym, wielkim, pięknym«. Z pierwszym określeniem możemy się w zasadzie zgodzić, z obu następnymi – nie sposób. (…) Z równą słusznością można by nazwać czymś wielkim i pięknym funkcje narządów oddechowych, pokarmowych, wydzielniczych, itd.”. „Spółkowanie” jawi się w tym ujęciu jako groźna siła natury obciążona szeregiem jeszcze groźniejszych konsekwencji. Gdzie indziej wskazywano, że seksualność prowadzi do odczłowieczenia, skoro w seksie nie dociera się do głębi i ducha drugiej osoby, lecz patrzy się na nią jedynie jako na obiekt pożądania. Powracało też przekonanie (obecne niekiedy do dzisiaj w Kościele katolickim), że kobiety nie mają popędu płciowego, więc seksualność jest czymś, co im zagraża, bo zasadza się na męskiej, biologicznej czy wręcz zwierzęcej, przemocy wobec nich. W tej dziedzinie kobieta miałaby więc do odegrania rolę cywilizacyjną – należało mężczyzn wysubtelnić, tak by patrzyli na relacje męsko-damskie jako spotkanie osób, wyzbyte cielesnego pożądania.

W międzywojniu kształtowały się też zręby nowoczesnej edukacji seksualnej. Przebijała przez nią wyraźna obawa wobec seksualności i przyjemności; a może również swoista hipokryzja. Tadeusz Bilikiewicz, profesor medycyny UJ, przekonywał we wspomnianej „Higienie Psychicznej”, że dzieciom należy wpajać od najwcześniejszych lat, iż „instynkt płciowy winien być w służbie wyłącznie zadań rozrodczych. Tej zasady należy zawsze przestrzegać, choćby późniejsze życie miało młodemu człowiekowi dać liczne dowody tego, że zasady tej mało kto naprawdę przestrzega”. Albert Dryjski, psycholog i pedagog, dodawał: trzeba wychowywać dzieci, pokazując im, że miłość fizyczna to jest coś rzadkiego, odświętnego i niedostępnego.

Oczywiście w międzywojniu były też osoby, które w teorii i praktyce przeciwstawiały się obiegowym normom – takie choćby jak Irena Krzywicka i Tadeusz Boy-Żeleński. Rzadko kto jednak chciał poprzez Erosa wyzwalać – zaś w środowiskach polskich pedagogów i psychiatrów powraca niczym mantra zarzut wobec Freuda, że panseksualizm to jego największy błąd. A przecież istnieją liczne dane upewniające co do tego, że ojciec psychoanalizy z pewnością nie był panseksualistą, a dostrzeganie u niego wszechobecności seksu to raczej efekt naszych lęków, a może nawet jakiejś skazy na polskiej duszy.

Po 1989 r.

PRL z jednej strony reprodukował dawne spory, a z drugiej – już od lat 60. i ówczesnej kontestacji dawał wprawdzie ograniczony, ale jednak, dostęp do różnych aspektów kultury zachodniej. Wydaje się, że ewentualne filozoficzne dyskusje na temat seksu i Erosa uległy wtedy raczej zamrożeniu, a przynajmniej nie dokonały się w tym zakresie żadne istotniejsze zmiany. Nawet na Michalinę Wisłocką z jej Sztuką kochania można popatrzeć jako następczynię międzywojennych zwolenniczek seksualnego „uświadamiania”, ale też autorkę, mimo pozorów rewolucyjności, w gruncie rzeczy bardzo tradycyjną i zachowawczą.

Należy uznać, że na dobre Polska weszła w krąg zachodniej kultury (także popularnej) dopiero po 1989 r. Jednak na owo otwarcie na Zachód – kojarzone z rozpowszechnieniem się treści o seksie w przestrzeni publicznej: w telewizji, poradnikach, na billboardach i w Internecie – można patrzeć dwojako. Owszem, pozwoliło ono na śmielsze podejmowanie niektórych tematów publicznie, a wielkomiejskiej klasie średniej również na eksperymenty obyczajowe i upodobnienie swojego życia do świata Zachodu. A jednocześnie trudno się oprzeć wrażeniu, że w naszym przypadku to wciąż pewnego rodzaju pozór, naskórek, powierzchnia raczej niż jakieś dogłębne przeoranie świadomości, zmieniające całkowicie dotychczasowe przyzwyczajenia w tym zakresie.

Nie można też bezkrytycznie inspirować się czy entuzjazmować wzorcami życia seksualnego na Zachodzie, bowiem ostatnie wydarzenia pokazały, iż mimo większej wydawałoby się transparentności życia i poszanowania wobec reguł sprawy nie mają się wcale lepiej, co tylko jeszcze raz dobitnie potwierdza, że seksualność to mroczna i tajemnicza siła. Udowadnia to choćby akcja #MeToo i relacje licznych kobiet, które ujawniły fakt regularnego molestowania seksualnego ze strony mężczyzn mających władzę do decydowania o ich karierze. Co myśleć o przypadkach Harveya Weinsteina, Kevina Spaceya i wielu innych ludzi sukcesu ze sfer filmowych, politycznych czy biznesowych, którzy przecież, jak się zdaje, mogliby dzięki swoim pieniądzom w granicach prawa realizować niemal wszelkie fantazje seksualne? A jednak okazuje się, że przez lata wykorzystywali oni przede wszystkim osoby na różne sposoby zależne od siebie. Jakby seks w ich przypadku musiał się łączyć z władzą, dominacją i pragnieniem upokarzania innych. Co więcej, wiadomo, że nie są rzadkością ludzie potrafiący uprawiać seks tylko z osobami, którymi w gruncie rzeczy pogardzają. Duchy Schopenhauera i Freuda wyłaniają się i straszą zza grobu – może człowiek to istota irracjonalna i autodestrukcyjna, a seks ma w sobie nieusuwalny i nienegocjowalny mrok? W końcu imperatyw współżycia na zawołanie pojawia się w Nowym wspaniałym świecie – a więc literackiej dystopii Huxleya – w którym wszystkie ciała są dla nas dostępne i w którym nikt nie może odmówić seksu z drugim człowiekiem. Szlachetny Dziki, który kontestuje ten porządek, na końcu powieści popełnia samobójstwo.

Królestwo Erosa?

Nie wiadomo, niestety, jak mogłoby czy jak powinno wyglądać królestwo Erosa. Można jedynie szkicowo określić je jako afirmację pewnej postawy, energii, kreatywności. Być może w ogóle nie da się sformułować pozytywnego opisu, analogicznego w swej detaliczności do negatywnej opinii o różnych aspektach naszej kultury. Seks jest wielokształtny, a to samo, co dla jednego jawi się w nim jako pociągające, dla innego może być neutralne, odstręczające lub wręcz obrzydliwe. Cała ta sfera spowita jest bowiem swego rodzaju konfudującą nieprzejrzystością. Chodzi o to, że wkraczając w domenę jej oddziaływania, trudno jest z całą pewnością wiedzieć, jak się zachowamy w danej sytuacji, nad czym będziemy w stanie zapanować, a co nas przerośnie – i nie mam na myśli kwestii performatywnych, lecz emocjonalne i aksjologiczne. Gdy człowiek zada sobie trud zmierzenia się z pytaniem, czego by tak naprawdę pragnął w tym obszarze, odpowiedziami przestraszeni mogą być nie tylko jego bliscy, ale także on sam.

Niezależnie jednak od tej niewiedzy o różnych aspektach królestwa Erosa z pewnością można stwierdzić, że tu, w Polsce, żyjemy w królestwie Tanatosa.

Wiemy doskonale, że obie te domeny nie podlegają pełnej kontroli ze strony świadomości, niechętnie poddają się racjonalności. A z powodu licznych powiązań z codziennym życiem oraz poważnych konsekwencji wynikających zwykle z faktu ich uruchomienia stanowią one być może graniczne wyzwanie dla naszego człowieczeństwa. Kiedy w grę wchodzi seksualność i Eros z jednej strony, oraz destrukcja i przemoc – z drugiej, bardzo łatwo może dojść do sytuacji, w których zrobimy rzeczy, jakich sami się po sobie nie spodziewamy. Zarówno komiczne, jak i zatrważające. A o tym, jaki z dwóch bogów króluje w Polsce, można się łatwo przekonać, choćby tylko śledząc dalsze losy osób publicznych, które „narozrabiały” w jednej z tych domen. Uprzedzając wypadki, można powiedzieć, że tam gdzie Eros, choćby nieszkodliwy, zostanie napiętnowany i wygnany, Tanatos będzie miał się dobrze, a jego czciciela nie spotka nic złego, choćby nawet robił rzeczy trudne do zaakceptowania przez wrażliwego człowieka.

W lutym 2017 r. minister środowiska Jan Szyszko wraz z kolegami przeprowadzili swoiste „polowanie”, podczas którego paręset hodowlanych bażantów, nieprzebywających wcześniej na wolności, zostało wypuszczonych z klatek, po to tylko, aby nieomal natychmiast zostać rozstrzelanymi przez „myśliwych”. Nie można tu mówić o żadnym „wzniosłym” i zwyczajowo używanym do usprawiedliwienia polowań motywie – nie chodziło z pewnością o „zrównoważenie” populacji. Obiegowe myśliwskie opowieści o zmaganiu się sprytu i intelektu łowcy z przemyślnością i instynktem zwierzęcia można również w tym przypadku włożyć między bajki. To była zorganizowana masakra zwierząt, które nie mogły się ani bronić, ani uciec.

Z kolei we wrześniu 2017 r. pojawił się artykuł w „Newsweeku”, według którego kapelan lasów państwowych ks. Tomasz Duszkiewicz zastrzelił rysia – zwierzę pod ochroną. A ponieważ nie zrobił tego skutecznie, ryś ocknął się w bagażniku. Wówczas ks. Duszkiewicz miał wziąć sznurek i go udusić. Następnie zaś wśród znajomych chwalić się swoim łowieckim trofeum, nazywając je „duszonym rysiem”. Po publikacji artykułu kapelan utrzymywał, że futro rysia dostał jako prezent.

A teraz inna głośna swego czasu sprawa. W grudniu 2009 r. w tabloidach opublikowano zdjęcia wybitnego i znanego na świecie adwokata, scenarzysty filmowego i senatora, członka Akademii Filmowej. Ubrany w sukienkę Krzysztof Piesiewicz znajdował się na nich z dwoma kobietami. Na stole leżał też biały proszek – być może narkotyki. Zdjęcia – o podtekście seksualno-hedonistycznym – służyły szantażowaniu polityka.

Szyszko, ks. Duszkiewicz, Piesiewicz. Jakie materialne, społeczne, wizerunkowe konsekwencje dotknęły ich w wyniku upublicznienia tych informacji? Ministra środowiska i kapelana lasów państwowych właściwie żadne (bo trudno traktować późniejszą dymisję Szyszki jako konsekwencję owego niefortunnego „polowania”). Wyrządzanie krzywdy i zadawanie bólu, chęć zabijania bezbronnych ptaków dla przyjemności, chwalenie się tym, że udusiło się jakieś zwierzę własnymi rękami – to obszary nieprzejrzystości tanatycznej. Nawet jeśli nam się nie podobają, w naszym społeczeństwie są tolerowane. Co natomiast stało się z Krzysztofem Piesiewiczem? Zniknął z życia publicznego, jego kariera polityczna zapewne nieodwołalnie się skończyła. Został przy tym na liczne sposoby upokorzony, w oczach wielu niemal utracił swoje człowieczeństwo. I nie dlatego że rzekomo brał narkotyki, ale dlatego że być może przyjemność sprawiało mu ubranie się w sukienkę. Jak bardzo takie wydarzenie może zaważyć nie tylko na dalszych losach dotkniętej nią osoby, wymownie wskazują słowa Piesiewicza z wywiadu dla „Super Expressu”: „To nie było dla mnie łatwe. Ciężko mi o tym mówić. Po publikacji materiałów z moim udziałem wyizolowałem się. Długo chorowałem i odbiło się to na moich nerwach. Wyjechałem z kraju. (…) Wybuch skandalu mocno odbił się też na mojej najbliższej rodzinie. Moje dzieci były wstrząśnięte materiałami, jakie się ukazały. (…) Ja sam staram się wrócić do normalnego życia, choć ciągle nie mogę pogodzić się z tym, co mi się przydarzyło i w co dałem się wmanipulować”.

Porównując takie sytuacje, trudno mi zrozumieć i zaakceptować świat, w którym człowiek gustujący w strzelaniu do bezbronnych zwierząt ma się świetnie, zaś kariera mężczyzny, który przebiera się w sukienkę, zostaje zniszczona. Obie strony nie wiedzą dobrze, dlaczego robią to, co robią, bo znajdują się w sferze nieprzejrzystości. Niestety, w naszej kulturze karze się przede wszystkim nieprzejrzystość Erosa, a nie Tanatosa.

Kiedy jednak mówię, że Eros nie mieszka w Polsce, nie mam na myśli wyłącznie życia seksualnego. Chodzi mi również o sferę mityczno-symboliczną i wyobrażenie relacji międzyludzkich, w których niezmiennie wygrywa u nas Tanatos, czyli nabożny kult nagiej siły i zwyciężania bez względu na cenę, upodobanie do upokarzania przeciwnika. Śmierć i śmiertelna powaga. Marzy mi się więcej Erosa, który jest współpracą, grą, humorem, dystansem. Który z pewnością nie czerpie satysfakcji z poniżania czy dominacji i nigdy nie mówi ostatniego słowa. Jak to w Listach o estetycznym wychowaniu człowieka ujął Friedrich Schiller: „Raz na zawsze i ostatecznie stwierdzam, że człowiek gra tylko tam, gdzie jest w pełni człowiekiem, zaś w pełni człowiekiem jest tylko tam, gdzie gra”. Orgazm to po francusku la petite mort, mała śmierć, a więc śmierć nieprawdziwa, taka która niczego nie przekreśla ostatecznie; a wręcz przeciwnie – jest zapowiedzią nowego życia. O ile więc Tanatos kończy wszystko, o tyle Eros oferuje nam zawsze jeszcze jedną szansę. Eros – myślę sobie czasem – tak powinno brzmieć imię chrześcijańskiego Boga.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter