70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Miłość w dwóch kolorach

Dla Palestyńczyków kolor dowodu osobistego może być przekleństwem lub przepustką do lepszego życia. O niebieskim marzy każdy, zielony uwiera i redukuje świat do Zachodniego Brzegu. Prawdziwe piekło zaczyna się, gdy miłość połączy ludzi z różnymi dowodami.

Wiedzą coś o tym Abir i Farouk. Ona urodziła się w arabskiej Jerozolimie Wschodniej, on pochodzi z Hebronu położonego na Zachodnim Brzegu (to tereny zarządzane częściowo przez Autonomię Palestyńską i Izrael). Poznali się, gdy Abir studiowała tam fizykę. Farouk wypatrzył ją w cukierni, podszedł, zagadał. Zakochali się i szybko zdecydowali się na ślub. Nie wiedzieli jednak, że tak trudno będzie żyć razem. Choć oboje są Palestyńczykami, pochodzą z dwóch zupełnie różnych światów. Wszystko za sprawą cenzusu przeprowadzonego przez Izrael po wojnie w 1967 r. (w jej wyniku wojska izraelskie rozpoczęły okupację Jerozolimy Wschodniej, Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy). Palestyńczycy, którzy znaleźli się w granicach anektowanej Jerozolimy Wschodniej, otrzymali status rezydentów Izraela i tak jak Izraelczycy legitymują się dowodami w niebieskich okładkach. Palestyńczycy przebywający na Zachodnim Brzegu otrzymali dowody w zielonych okładkach. Ci pierwsi mogą swobodnie mieszkać, pracować i uczyć się w Jerozolimie. Ci drudzy, by wjechać do miasta, potrzebują specjalnej przepustki, a o nią niełatwo. „Myśleliśmy, że wszystko zmieni ślub, a legalizacja pobytu Farouka w Izraelu to zwykła formalność. Istnieje przecież polityka łączenia rodzin, która miała ułatwiać integrację Palestyńczyków rozdzielonych przez cenzus w 1967 r. Szybko jednak zrozumieliśmy, że jest odwrotnie” – mówi Abir. Pierwsza negatywna odpowiedź z izraelskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przyszła po dwóch latach, potem były kolejne. „W końcu przestaliśmy je liczyć” – dodaje kobieta. Podobnie jak tysiące innych par, Abir i Farouk wpadli w błędne koło zaostrzanych przez lata restrykcji, które miały utrudnić Palestyńczykom z Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy legalizację pobytu w Izraelu, nawet jeśli ich żona lub mąż legitymowali się niebieskim dowodem. Kilkuetapowa procedura, trwająca średnio dekadę, opiera się na skomplikowanych przepisach, które skazują wiele palestyńskich małżeństw na życie w zawieszeniu. Największy stres wywołuje czekanie na wstępne rozpatrzenie wniosku przez MSW, co może trwać nawet trzy lata. Izraelski wywiad dokładnie sprawdza przeszłość każdej pary. Najdrobniejsza rysa na reputacji małżeństwa może wpłynąć na negatywną decyzję. Szacuje się, że między rokiem 2000 a 2013 odrzucono 43% wniosków o łączenie rodzin. W 20% takich przypadków decyzję motywowano względami bezpieczeństwa.

Abir i jej mężowi udało się przejść przez izraelskie sito dopiero po 17 latach. Przez ten czas Farouk mieszkał w Izraelu nielegalnie. Bez prawa do pracy i opieki zdrowotnej. W strachu, że na każdym kroku może go zatrzymać policyjny patrol. Najtrudniej było, gdy musiał odwiedzić rodziców w Hebronie. Ryzykując życiem, przeskakiwał przez mur oddzielający Izrael od Zachodniego Brzegu. Raz prawie postrzelili go żołnierze, policja kilkakrotnie go deportowała. „Mąż zawsze wracał, pokonując ten sam mur” – wyjaśnia Abir. „Gdy czekają najbliżsi, trzeba walczyć. Przynajmniej przez te lata wyrobiłem sobie kondycję” – dodaje ironicznie Farouk. Razem z żoną leniwie sączy teraz lemoniadę na tarasie modnego hotelu Fundo Al Watani w Jerozolimie Wschodniej. Jeszcze rok temu nie zdecydowałby się na taki wypad. Spacer z rodziną, kolacja w restauracji czy wycieczka do palestyńskiego Ramallah były niespełnionym marzeniem. „Pozwolenie od władz izraelskich zmieniło wszystko. Jeździmy jak szaleni po Zachodnim Brzegu. W końcu możemy normalnie odwiedzić rodzinę męża” – mówi Abir. „No i wreszcie zarabiam jak mężczyzna” – stwierdza Farouk. „Bolało mnie, że żona harowała za dwoje, a ja miałem pojedyncze fuchy – dodaje. – Mogłem tylko dorabiać na czarno, a to groziło deportacją. Tak jak się stało w hotelu, w którym teraz siedzimy. Dwa lata temu złapała mnie policja, gdy pracowałem nielegalnie przy remoncie jednego z pięter. Wywieziono mnie daleko za Betlejem. »Kochanie, deportowali mnie. Nie czekaj z kolacją, bo się spóźnię«, powiedziałem wtedy żonie. Teraz już takich telefonów nie dostaję” – mówi z ulgą Abir.

Razem, ale osobno

Farouk i Abir nie poddali się i wygrali z izraelskimi przepisami. Niektórym parom trudno jednak przetrwać wieloletnią walkę, w której urzędnicy pytają o najdrobniejszy szczegół z życia prywatnego, sprawdzają billingi telefoniczne, a nawet lustrują członków rodziny i znajomych. W skomplikowanej procedurze trzeba uważać na każde słowo – wyzwaniem jest nawet wypełnienie 22-stronicowego wniosku, w którym należy odpowiedzieć na ponad 40 szczegółowych pytań. Pozostawienie choć jednego bez odpowiedzi lub podanie niejednoznacznych informacji może wpłynąć na odrzucenie pisma. Każde zdanie jest tu na wagę złota, podobnie jak dołączona dokumentacja, która musi być potwierdzona przez notariusza. Tak restrykcyjne przepisy sprawiają, że większość par decyduje się na pomoc prawników, co wiąże się z dodatkowymi kosztami.

Wydawałoby się, że już nic nie jest w stanie zaskoczyć Palestyńczyków zmagających się z izraelską biurokracją. Prawdziwy nokaut nastąpił jednak dopiero w 2003 r., gdy władze w Tel Awiwie zamroziły procedurę łączenia rodzin, zakazując ubiegania się o pozwolenie na pobyt mieszkańcom Zachodniego Brzegu, Strefy Gazy oraz obywatelom wrogich Izraelowi państw, takich jak Syria, Irak, Liban i Iran. Powód: w marcu 2002 r. doszło do zamachu terrorystycznego z udziałem Palestyńczyka, który zalegalizował pobyt w Izraelu w ramach polityki łączenia rodzin. Zdecydowana reakcja izraelskich władz sprawiła, że dziesiątki tysięcy Palestyńczyków straciło szansę na życie razem. Według nowego prawa o tymczasowe pozwolenie na pobyt w Izraelu mogą starać się jedynie mężczyźni powyżej 35. roku życia i kobiety, które mają więcej niż 25 lat. To duże ograniczenie, biorąc pod uwagę fakt, że większość Palestyńczyków pobiera się dość wcześnie. Na utrudnienia narażone są też osoby, które w momencie wprowadzenia prawa były już w trakcie procedury łączenia rodzin. Co prawda, nie stracą prawa do legalizacji, ale o przejściu do ostatniego etapu, czyli otrzymania, tak jak ich małżonek, statusu rezydenta lub obywatelstwa izraelskiego, mogą tylko marzyć. Po zamrożeniu procedury pozwolenie na pobyt wydawane jest bez wyjątku tylko na rok. By je przedłużyć, za każdym razem trzeba zdać się na łaskę MSW.

„To jedna z najbardziej dyskryminujących ustaw” – mówi Salah Mohsen z Adalah, organizacji broniącej praw arabskiej mniejszości. Władze izraelskie zasłaniają się strachem przed zamachowcami samobójcami. Prawda jest jednak taka, że spośród 130 tys. Palestyńczyków, którzy w latach 1994–2002 otrzymali prawo do pobytu w Izraelu, tylko 7 osób zostało skazanych za udział w ataku terrorystycznym. „Władzom izraelskim chodzi o demografię. Już teraz w Jerozolimie, gdzie składana jest największa liczba wniosków o łączenie rodzin, Palestyńczycy stanowią 40% populacji. Izraelczycy obawiają się, że staną się mniejszością” – tłumaczy Salah Mohsen.

Za twardą strategię Izraela płacą zwykli ludzie. O prawo do życia razem walczy obecnie 20 tys. rodzin. Wśród nich do niedawna byli Fatima i Rashid. Ona pochodzi z Jerozolimy Wschodniej, on z Hebronu. Przez siedem lat żyli na odległość, czekając, aż Rashid skończy regulaminowe 35 lat i będą mogli zamieszkać razem. „Byliśmy rodziną z doskoku. Gdybym wiedziała, że tak może wyglądać nasza przyszłość, nie zdecydowałabym się na to małżeństwo” – twierdzi Fatima. „Pamiętam nerwówkę za każdym razem, gdy Rashid aplikował o jednorazowe pozwolenie na wjazd do Izraela. Zawsze jak na szpilkach. Gdy przyjeżdżał do domu na dzień lub dwa, to było dla nas święto. Najmłodszy syn nie ruszał się wtedy z domu nawet o krok, chciał pierwszy przywitać ojca, pakował mu się wieczorem do łóżka” – opowiada Fatima. „Choć rok temu mąż dostał upragnione pozwolenie i mieszkamy razem, trudno nadrobić stracony czas. Izraelskie prawo wytworzyło między nami przepaść – dodaje gorzko. – Rashidowi chyba ciężko znieść to, że tak wiele zależy ode mnie. Gdy idziemy do ministerstwa przedłużyć pozwolenie, urzędnicy pytają mnie, czy wciąż kocham męża i czy chcę wyrazić zgodę na jego dalszy pobyt w Izraelu. Mówię: »tak«, ale coraz mniej jestem pewna odpowiedzi”.

Po drugiej stronie muru

Decyzja o ślubie Palestyńczyków mających różne dokumenty oznacza wyrzeczenia dla obu stron. Albo jedna zdecyduje się na życie na Zachodnim Brzegu i wtedy straci prawo do pobytu w Izraelu, albo druga zamieszka nielegalnie w Jerozolimie, ryzykując, że już nigdy nie zobaczy swojej rodziny w Palestynie. Nibel i Khalil postanowili znaleźć na to sposób. Zamieszkali w Kfar Aqeb, czyli na przedmieściach Jerozolimy Wschodniej, znajdujących się już po drugiej stronie muru separacyjnego.

Nibel, żyjąc tutaj, formalnie wciąż mieszka w Jerozolimie, a Khalil bez przeszkód może odwiedzać rodzinę na Zachodnim Brzegu. „Cieszymy się, że udało się obejść system, ale wiemy, że nasze życie może kiedyś wywrócić się do góry nogami” – mówi Nibel. Już od jakiegoś czasu toczy się debata na temat przyszłości terenów po drugiej stronie muru. Może się zdarzyć, że izraelskie władze uznają przedmieścia Jerozolimy Wschodniej za obszar należący do Autonomii Palestyńskiej. Nibel straciłaby wtedy prawo do pobytu w Izraelu, i to bez gwarancji, że dostałaby palestyński dowód tożsamości. „To dramat nie tylko dla mnie, ale i dla moich dzieci. Najstarszy Tarek od urodzenia ma problemy ze słuchem. Jego wada jest na tyle skomplikowana, że ratuje go tylko specjalistyczne leczenie w Jerozolimie. Na Zachodnim Brzegu nie ma dobrych lekarzy” – dodaje Nibel. Nibel i Khalil są małżeństwem od 19 lat. Wniosek o pozwolenie na pobyt w Izraelu składali już 10 razy. Za każdym razem przychodzi odmowa. Powód: Khalil jako nastolatek brał udział w pierwszej intifadzie. Tak jak setki chłopaków w jego wieku rzucał kamieniami w izraelskich żołnierzy. Wpis w policyjnej kartotece sprzed dwóch dekad jest dla władz izraelskich wystarczającym powodem, by uznać Khalila za potencjalnego terrorystę. „Izrael utrudnia procedurę, jak może” – skarży się Nibel. „Nie wystarczy nieskazitelna przeszłość. Osoba starająca się o pozwolenie dla małżonka musi udowodnić, że przez cały czas mieszka w Jerozolimie. Ministerstwo żąda umowy najmu, rachunków za gaz, telefon, prąd, wodę, wyciągów z kont bankowych, świadectw ze szkoły, w której uczą się dzieci. Liczy się każdy papier. Przez lata uzbierałam dwie walizki dokumentów” – dodaje.

W Kfar Aqeb żyje wiele małżeństw takich jak Nibel i Khalil. W obliczu bezskutecznej walki z izraelskimi władzami wybrali półśrodek i mieszkają po drugiej stronie muru. Nikt z własnej woli nie zdecydowałby się na życie tutaj. Na ulicach walają się śmieci, w państwowych szkołach uczy się po 45 dzieci w jednej klasie, a w okolicy już dawno nie było żadnego patrolu policji. „Choć odprowadzamy podatki do Jerozolimy, mieszkamy na ziemi niczyjej” – mówią Nibel i Khalil. „Nie myślimy jednak o powrocie na drugą stronę muru. Zbyt dużo przeżyliśmy, by znów zmagać się z izraelskim systemem. Najważniejsze, żeby być razem” – podsumowuje żona.

Miłość w dwa dni

Czasami, by wiedzieć, że chce się spędzić z kimś życie, wystarczą dwa dni. Rani i Sara poznali się podczas wymiany dla palestyńsko-izraelskich studentów. Mieli rozmawiać o polityce i życiu po obu stronach muru. On ze wschodniej Jerozolimy, ona z Jerycha na Zachodnim Brzegu. Od pierwszego spotkania zaiskrzyło. Potem widzieli się średnio raz w miesiącu. Codzienne telefony i niekończące się e-maile. Dziś Rani wie, że chce się ożenić z Sarą, i nie zraża go twarda polityka władz izraelskich. „Wiem, że muszę się przygotować na lata administracyjnej walki, ale miłość nie wybiera i nie sposób jej porzucić ze względu na kolor dowodu osobistego” – mówi Rani. „Nie zniechęca mnie nawet przykład ciotki, która od dwóch dekad boryka się z izraelskimi przepisami. Wydała majątek na leczenie męża, który mieszka z nią nielegalnie w Jerozolimie. Wierzę jednak, że nam się uda. Sara ma już 24 lata, więc niedługo będzie miała prawo do starania się o pobyt w Izraelu. Podobno kobietom łatwiej jest dostać pozwolenie od izraelskich władz. Trudniej z nich zrobić szahidki” – dodaje.

Dziś Sara ma urodziny. Rani jedzie odwiedzić ją w oddalonym o godzinę drogi Jerychu. To będzie ich 12. spotkanie w ciągu ośmiu miesięcy. Przez ten czas Sara wjechała do Izraela tylko dwa razy. Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione.

Marta Zdzieborska – dziennikarka, podróżniczka i fotograf; autorka przewodników oraz publikacji poświęconych migracjom i wielokulturowości; doktorantka na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter