70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Trudny wybór Mołdawii

Jestem zwolennikiem modelu, który znamy z Europy Zachodniej – współistnienia dwóch państw niemieckojęzycznych: Austrii i Niemiec. Jeden wspólny język, jedna kultura i literatura, ale dwa oddzielne państwa. To jest droga, która pomoże stworzyć w Mołdawii naród oparty nie na etniczności, lecz na obywatelstwie i języku.

Niewielki kraj, wciśnięty między dwie rzeki: Prut i Dniestr, leżący gdzieś za nękaną wojną Ukrainą – czym jest Mołdawia?

Nie da się odpowiedzieć na to pytanie bez krótkiej lekcji mołdawskiej historii, której zasadniczą oś stanowi ekspansja Imperium Rosyjskiego. W 1812 r. Rosja po raz pierwszy zaanektowała Besarabię. Przez ćwierć wieku tereny te cieszyły się specjalnym statusem w ramach Imperium Rosyjskiego, a w 1838 r. utworzono z nich gubernię besarabską i rozpoczęła się – doskonale znana także Polakom – polityka rusyfikacji. W tym samym czasie zaczęto wysiedlać zamieszkujących budziackie stepy Tatarów, a w ich miejsce osiedlano pochodzących z Dobrudży Bułgarów. Do tej przyjezdnej grupy zaliczali się również Gagauzi – prawosławna ludność posługująca się językiem z grupy tureckich, posiadająca obecnie na południu Mołdawii autonomię. Po wybuchu rewolucji październikowej w Besarabii ogłoszono powstanie Mołdawskiej Republiki Demokratycznej, która już w czerwcu 1918 r. ogłosiła zjednoczenie z Rumunią. Decyzja ta nie miała zbyt wiele wspólnego z demokracją. Dość wspomnieć, że podjęto ją, gdy na terenie Besarabii stacjonowały rumuńskie wojska.

Rosja Sowiecka nigdy nie zaakceptowała przyłączenia Besarabii do Rumunii. 12 października 1924 r. w Charkowie ogłoszono powstanie Mołdawskiej Autonomicznej Sowieckiej Republiki w ramach Ukraińskiej SSR. Nikt nie ukrywał, że utworzono ją po to, by stanowiła bazę wypadową dla szerzenia ideologii komunistycznej w Rumunii, a w przyszłości także propagowania idei zjednoczenia z sowiecką macierzą. Zgodnie z ustaleniami paktu Ribbentrop–Mołotow 28 czerwca 1940 r. Armia Czerwona wkroczyła na tereny Besarabii. Dwa dni wcześniej władze sowieckie postawiły Rumunii ultimatum, które zostało przyjęte przez Radę Królewską, dlatego też wojska rumuńskie wycofały się bez oddania jednego strzału. W dokumencie, który to przypieczętował, znalazły się słowa mówiące, że tereny te zostały niesłusznie zagrabione Ukraińcom. To ważne, bo pierwotnie Stalin planował przekazać Besarabię właśnie Ukrainie i gdyby historia potoczyła się zgodnie z jego pierwotnym planem, to dzisiaj rozmawialibyśmy po ukraińsku w ukraińskim Kiszyniowie. Plan ten uległ jednak zmianie – 2 sierpnia 1940 r. w Moskwie podjęto decyzję o utworzeniu Mołdawskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej i to właśnie ten akt stał się fundamentem naszej państwowości. No cóż, jaki fundament, taka i państwowość.

Z konsekwencjami tej historii zmagacie się do dnia dzisiejszego.

Na tych terenach nie istniała tradycja państwowości. Związek Sowiecki na brzegu Prutu prowadził politykę typową dla obszarów zza żelaznej kurtyny i pełną rusyfikację. Wraz ze zwalczeniem inteligencji zniknęła też pamięć historyczna. W latach 1946–1947 kosztem wielkiego głodu tworzono sieć kołchozów, a do końca lat 40. z tego niewielkiego kraju deportowano dziesiątki tysięcy ludzi. Z głodu zmarło wówczas ok. 150 tys. W czasie gdy ZSSR budował bombę atomową, w Mołdawii ludzie jedli siebie nawzajem – taka była logika sowieckich władz. Wówczas w Besarabii żyło ok. 2 mln ludzi. Nikt nie wie, ile jest dokładnie ofiar tej tragedii, ponieważ nie przeprowadzono dotąd żadnych poważnych badań. Wiemy, że z głodu zmarło nawet 25% Gagauzów. To paradoks, bo oni dziś uwielbiają Putina i tęsknią za ZSSR – taką mamy specyficzną mentalność.

Mołdawianie w większości (ponad 80%) żyli na wsi, zaś miasta i centra industrialne były skutecznie rusyfikowane. Związek Sowiecki propagował ideologię – w którą my uwierzyliśmy – zgodnie z którą istnieją dwa państwa: sowiecka Mołdawia i Rumunia. W Mołdawii mieszka mołdawski, a nie rumuński naród, który posługuje się swoim mołdawskim, nie rumuńskim, językiem. To krótka historia naszego państwa.

Kiedy rozpadał się Związek Sowiecki, byłem jednym z członków Frontu Narodowego Mołdawii. Chcieliśmy naśladować to, co robiły podobne ruchy w innych krajach bloku sowieckiego, zwłaszcza krajach bałtyckich, ale u nas te działania bardzo szybko zostały skompromitowane.

Dlaczego?

Ponieważ jedynie bardzo wąski krąg intelektualistów otwarcie mówił o tym, że tylko przez zjednoczenie z Rumunią można przywrócić Mołdawii prawdę historyczną. Lęk przed tym wynika z wtłaczanej nam przez 50 lat – od 1940 do 1990 r. – rumunofobii. W Mołdawii uczono nas ksenofobii poprzez nienawiść do Rumunii.

W centrach industrialnych żyli rosyjskojęzyczni mieszkańcy, którzy uważali siebie za obywateli Związku Sowieckiego. Dla nich ojczyzną był ZSSR, a nie jakaś tam Mołdawia. Oni nie chcieli emancypacji, nie chcieli uczyć się języka rumuńskiego. Ok. 30% społeczeństwa było nastawione agresywnie do naszego państwa. Natomiast większość Mołdawian z mentalnością sowieckich konformistów zamieszkiwała wsie. Nikt z nich nie miał zamiaru opuszczać imperium sowieckiego, nikt nie pragnął suwerenności. Mołdawianie bali się zjednoczenia z Rumunią. I właśnie w takim kontekście zwaliła nam się na głowę niepodległość. Nikt z nas nie był na to gotowy.

Dlatego nasza komunistyczna nomenklatura przefarbowała się na demokratów. I kiedy Czesi na swojego prezydenta wybrali Vaclava Havla, to my przez 20 lat wybieraliśmy członków Komitetu Centralnego Partii Komunistycznej Mołdawii: Mirceę Snegura, Petru Lucinschiego oraz dwukrotnie Vladimira Voronina. Wybrany w 2012 r. Nicolai Timofti jest pierwszym mołdawskim prezydentem, który nie był członkiem KC. To doskonale pokazuje, jak bardzo jesteśmy nieprzygotowani do tego, by mierzyć się z niepodległością.

A jednak Mołdawia ogłosiła niepodległość.

W czerwcu 1990 r. Mołdawia ogłosiła suwerenność, a kilka miesięcy wcześniej (w lutym i marcu 1990 r.) w całej sowieckiej Mołdawii, również tej, którą nazywamy dziś Naddniestrzem, odbyły się demokratyczne wybory do Rady Najwyższej, przekształconej później w mołdawski parlament. Z lewego brzegu Dniestru wybrano 64 deputowanych, w tym m.in. urodzonego w 1941 r. na Kamczatce Igora Smirnowa, który przez niemal 20 lat był tzw. prezydentem Naddniestrza. Smirnow przyjechał do Tyraspola w 1987 r., by objąć stanowisko dyrektora w państwowym przedsiębiorstwie, a potem uczył ludzi, czym jest naddniestrzańska tożsamość. Pełna entuzjazmu Rada Najwyższa, podobnie jak to miało miejsce w innych sowieckich republikach, przegłosowała deklarację o suwerenności.

I zaczęto się bać zjednoczenia.

W Moskwie zaczęto się bać, że Mołdawia połączy się z Rumunią. By do tego nie dopuścić, posłużono się separatyzmem. Gorbaczowowi wydawało się, że wciąż możliwe jest utrzymanie ZSSR poprzez jakąś bardziej miękką unię republik. Dla realizacji tego scenariusza w sierpniu 1990 r. w Komracie zjazd deputowanych ogłosił powstanie Gagauskiej Sowieckiej Republiki w składzie ZSSR. A zatem 26 wsi – bo tyle liczy sobie Gagauzja – zostało republiką związkową. Dwa tygodnie później scenariusz ten powtórzono w Tyraspolu i ogłoszono powstanie Naddniestrzańskiej Mołdawskiej Republiki Sowieckiej w składzie ZSSR. Obie republiki zwróciły się do Moskwy z prośbą o podpisanie umowy związkowej. Pomysł był prosty: wy, jak chcecie, wychodźcie z ZSSR, ale bez nas.

Historia potoczyła się tak, że na południu, w Gagauzji, konflikt został szybko rozwiązany, zaś na wschodzie, w Naddniestrzu, miał charakter zbrojny. Było to możliwe dzięki zaangażowaniu byłej 14. Armii ZSSR, która od kwietnia 1992 r., zgodnie z wydanym przez Borysa Jelcyna ukazem nr 322, była podporządkowana Federacji Rosyjskiej. Tak więc na lewym brzegu Dniestru pod presją siły powoli zaczęły rozpadać się i tak bardzo słabe struktury mołdawskiego państwa.

Konflikt, który wybuchł w Naddniestrzu, nie rozpoczął się od napięcia między Kiszyniowem a Tyraspolem, lecz między zwolennikami i przeciwnikami mołdawskiej państwowości na lewym brzegu Dniestru. Miało to miejsce w Dubosarach, gdzie władze rejonowe popierały Kiszyniów, a władze miejskie rosyjskojęzycznego miasta chciały odłączenia. Aby wzmocnić tendencje separatystyczne, wykorzystywano rumunofobię i mit zjednoczenia Mołdawii z Rumunią. Propaganda sprawiła, że ludzie mieszkający w industrialnych centrach na lewym brzegu Dniestru popadli w stan zbiorowej psychozy. Matki wysyłały swoich synów na śmierć, byleby tylko następnego dnia nie obudzić się w faszystowskiej Rumunii. Pewnie trudno to sobie dziś wyobrazić.

Można więc powiedzieć, że scenariusz obecnej sytuacji w Rosji i na Ukrainie został już wcześniej przećwiczony nad Dniestrem.

To prawda. Chociaż teoretycznie dzisiaj Rumuni mogą robić interesy na lewym brzegu rzeki, a trenerem naddniestrzańskiej drużyny piłkarskiej może być Rumun. Ale jeśli będzie trzeba, to rumunofobia może wrócić. To narzędzie, którym bardzo łatwo kontroluje się społeczeństwo.

A czego chce Rosja?

Ogłaszając niepodległość, Mołdawia miała rozogniony konflikt na wschodnim brzegu Dniestru, który doprowadził w 1992 r. do agresji zbrojnej. Rosja zaatakowała Mołdawię i stworzyła enklawę oraz zagwarantowała sobie militarną obecność na tych terenach, wymuszając format tzw. misji pokojowej. W ten sposób od ponad 20 lat Rosja skutecznie kontroluje Mołdawię. Intencje Moskwy doskonale pokazuje tzw. Memorandum Kozaka z 2003 r., którego nie podpisał ówczesny mołdawski prezydent Vladimir Voronin, czego Putin do dzisiaj nie może mu wybaczyć. Rosja chciałaby zmienić Mołdawię w dysfunkcjonalne pseudopaństwo, coś na kształt konfederacji, z gwarantowaną obecnością swoich wojsk na jego terytorium.

Przed jakimi ważnymi wyzwaniami stanęła Mołdawia po ogłoszeniu niepodległości?

Najważniejszy był kryzys tożsamości. Stworzony sztucznie przez sowiecką ideologię mołdawianizm nie jest w stanie obronić się przed rumuńską kulturą i Rumunią jako przykładem dla Mołdawii. Jestem zwolennikiem modelu, który znamy z Europy Zachodniej – współistnienia dwóch państw niemieckojęzycznych: Austrii i Niemiec. Jeden wspólny język, jedna kultura i literatura, ale dwa oddzielne państwa. To jest droga, która pomoże stworzyć w Mołdawii naród oparty nie na etniczności, lecz na obywatelstwie i języku. To proces niezwykle trudny. Nasze elity polityczne nie proponują żadnego pozytywnego programu konsolidacji społeczeństwa. Dlatego mamy bardzo poważny problem z integrowaniem przedstawicieli mniejszości narodowych. Do dzisiaj mołdawscy Polacy, Ukraińcy, Gagauzi są do bólu zrusyfikowani. Gagauzja to dziwna autonomia, gdzie wszyscy porozumiewają się po rosyjsku, a nie po gagausku.

Odziedziczyliśmy też po ZSSR bardzo trudną strukturę gospodarki. Ponad połowa Mołdawian zamieszkiwała wsie kołchozowe, gdzie nie było własności prywatnej, inicjatywy i żadnej odpowiedzialności. Mołdawia była więc usiana swoistymi gettami, które skutecznie terroryzowały naszą społeczność. Przy dość dużym przyroście naturalnym uruchomiono na początku lat 90. program prywatyzacji, co doprowadziło do powstania wielu maleńkich gospodarstw, które nie miały dostępu do nowoczesnych technologii i sprzętu. Wróciliśmy więc prawie do czasów średniowiecza, gdzie pola uprawiano dosłownie motyką i wołem. W takich warunkach nie mogło być mowy o zachowaniu jakichkolwiek standardów jakości ani o nowych rynkach zbytu.

W czasach sowieckich mołdawski przemysł zbudowany był w oparciu o system filii fabryk w innych częściach ZSSR. Byłem pracownikiem jednej z nich z siedzibą w Leningradzie. Ten przemysł w znacznej mierze był powiązany z wojskiem. Kiedy więc rozpadł się ZSSR, rozleciały się również te przedsiębiorstwa, bo nikomu nie były już potrzebne. I tak z dnia na dzień umarła w Mołdawii bohaterska klasa robotnicza.

Nie było więc łatwo.

Z pojawieniem się mołdawskiej państwowości było trochę tak jak z pojawieniem się niechcianego dziecka – urodziło się, więc cóż, niech żyje. Związek Sowiecki się rozpadł? Nie chcemy jednoczyć się z Rumunią? A zatem została niechciana niepodległość. Do dzisiaj niewiele się w tej kwestii zmieniło.

Dlaczego konflikt w Nadniestrzu ciągle pozostaje nierozwiązany?

To problem, którego nikt nie chce rozwiązać. W świadomości społecznej ten konflikt nie istnieje, a mołdawscy politycy nie mają siły i chęci, by skutecznie się nim zająć. Widocznie jest wśród nich wystarczająco dużo rosyjskich agentów i tych, którzy czerpią zyski z przemytu. Sytuacja jest więc zamrożona. Mamy proces negocjacji, grupę w ramach OBWE tzw. 5+2 oraz inne fasadowe inicjatywy, ale tak naprawdę nikomu nie zależy na znalezieniu dobrego kompromisu. A dla samej OBWE Mołdawia to przyjemne miejsce: ładne dziewczyny, dobre wino i brak latających nad głową kul. Przy rozwiązywaniu takiego konfliktu można więc pośredniczyć przez dziesięciolecia.

W przyjętej w 1994 r. mołdawskiej konstytucji znalazł się art. 11 mówiący o neutralnym statusie Mołdawii. Jest jasne, że chodziło o to, by nie drażnić Rosji, ale również o to, by wykluczyć możliwość stacjonowania obcych wojsk na terytorium Mołdawii – ogłaszamy neutralność i pozbędziemy się rosyjskiej armii. Rosja swoich wojsk z Mołdawii nie wyprowadziła, a my zostaliśmy sobie z tą swoją neutralnością.

Nastaje pierwsza dekada XXI w., gdy do władzy wracają komuniści.

Zgadza się, choć po niepodpisaniu Memorandum Kozaka lider komunistów Vladimir Voronin wystraszył się zemsty Putina i stał się bardziej proeuropejski . W 2005 r., dzięki wsparciu Michaiła Saakaszwilego, Traiana Basescu oraz Wiktora Juszczenki, wybrano go na drugą kadencję. Poparcia starczyło mu na dwa lata, bo w 2007 r. komuniści przegrali wybory lokalne i skończyła się też proeuropejskość, natomiast władza przeobraziła się w zdegenerowany reżim autorytarny. Wróciła cenzura, a przeciwko opozycji toczyły się postępowania sądowe. Sytuacja przypominała trochę Ukrainę za czasów Wiktora Janukowycza. W społeczeństwie rosło niezadowolenie, które wybuchło 7 kwietnia 2009 r. Ulicami przeszły wielotysięczne pochody protestujących, pod naciskiem których przeprowadzono przedterminowe wybory parlamentarne, i w efekcie tego do władzy doszła proeuropejska koalicja.

Ale poziom naszej polityki jest niezwykle niski. W konstytucji napisano, że językiem państwowym jest mołdawski zapisywany alfabetem łacińskim, ale jednocześnie od początku lat 90. w szkole – niezależnie od tego, czy rządzą komuniści czy nie – uczy się języka rumuńskiego i rumuńskiej literatury. Konstytucja to jedno, a rzeczywistość drugie. Polityka rozgrywa się na rządowych stronach internetowych: kiedy rządzili komuniści, język oznaczano skrótem MD – od mołdawskiego, a jak przyszły partie proeuropejskie, to zmieniano go na RO – od rumuńskiego. I to jest właśnie poziom naszej debaty publicznej.

Wielkim problemem jest dezindustrializacja i brak pomysłu na to, co zrobić z mołdawską wsią. Rolnictwo nie może rozwijać się, gdy na każdy hektar ziemi przypada inny właściciel. Okazało się, że na terenach wiejskich mieszkają setki tysięcy nikomu niepotrzebnych ludzi, którzy w znakomitej większości wyjechali z Mołdawii, na początku do Rosji, a później także do krajów UE. To oni utrzymują dziś nasz kraj. Nie rozwinęliśmy przemysłu i nie wiemy, jak to zrobić. Wiadomo, że żaden poważny inwestor nie przyjedzie do kraju, który ma nierozwiązany konflikt terytorialny i nie ma sprawnego wymiaru sprawiedliwości, w którym palone są siedziby parlamentu i prezydenta, a korupcja bije wszelkie możliwe rekordy.

Mołdawski rząd jest jednak proeuropejski.

Po wyborach, które odbyły się w listopadzie 2014 r., przez kilka miesięcy toczyła się bardzo twarda zakulisowa wojna. Myślę, że Vlad Plahotniuc – lider jednego z proeuropejskich ugrupowań, Partii Demokratycznej – zawarł tajne porozumienie z Kremlem. I tak powstała koalicja Partii Liberalno–Demokratycznej i Partii Demokratycznej z komunistami. W lutym do Kiszyniowa przyjeżdżał doradca kanclerz Niemiec ds. bezpieczeństwa, próbując doprowadzić do powstania koalicji liberałów, liberalnych demokratów i demokratów, ale jego starania spaliły na panewce.

Śmiem wątpić, czy partiom proeuropejskim zależy na zbliżeniu z UE i modernizacji kraju według prawdziwie europejskich standardów. To oznaczałoby, że musiałoby funkcjonować u nas niezawisłe sądownictwo, które mogłoby zagrozić przywódcom tych partii. Pojawia się zatem pytanie, czy nasze społeczeństwo będzie w stanie wywrzeć dostateczną presję na partie polityczne, by euroimitację zamieniono na eurointegrację. Obawiam się, że czeka nas okres długiej politycznej niestabilności. Wszyscy, a szczególnie Rosja, grają w tym momencie na serio i bezwzględnie.

A co się dzieje dzisiaj z mołdawskim społeczeństwem?

Pozytywne jest to, że w Mołdawii wszędzie dostępny jest Internet. Jednak jesteśmy bardzo leniwi i nie chcemy go używać. Nie uczymy się języków obcych i dlatego biernie przyjmujemy obraz świata, jaki serwuje nam rosyjska telewizja, promując prawosławny faszyzm. Propaganda, którą sączy Rosja przeciwko Ukrainie, przemywa mózgi także mołdawskich obywateli. 74% etnicznych Ukraińców, którzy mieszkają w Mołdawii, uważa, że przejęcie Krymu przez Rosję odbyło się zgodnie z prawem.

Projekt mołdawskiej państwowości jest sztuczny – nasze państwo nam się „wydarzyło”. Nie ma fundamentu, nie ma idei, która mogłaby nas zjednoczyć i zmusić do odrobiny chociażby samodzielnego myślenia.

Najaktywniejsi młodzi ludzie wyjeżdżają z Mołdawii, a głosują ci, co zostali na miejscu. Nasz parlament jest odbiciem naszego społeczeństwa – jedno i drugie wypada katastrofalnie.

A co z polityką europejską wobec Mołdawii? Czy nie jest tak, że euroimitacja, o której Pan mówi, jest także europejską porażką?

Kiedy powstała proeuropejska koalicja w 2009 i 2010 r., pospieszono się, by nazwać Mołdawię europejskim success story. To prawda, odróżnialiśmy się od pozostałych państw Partnerstwa Wschodniego: Białorusi, Ukrainy czy Azerbejdżanu. Ale jak jest naprawdę, może uzmysłowić historia z 2013 r., kiedy na polowaniu z udziałem m.in. prokuratora generalnego i wysoko postawionych sędziów przypadkiem zabito chłopaka. Pierwszy odruch był taki, by całą sprawę przemilczeć. Wybuchł wielki skandal, w konsekwencji wymuszono na prokuratorze generalnym podanie się do dymisji. W związku z całym zamieszaniem upadł również rząd. Pojawiła się poważna groźba, że do władzy wrócą komuniści. Zaczęła się wielka wspierająca ich rosyjska kampania PR-owa: koncerty i spotkania z wysokimi rosyjskimi politykami. A w tym czasie partie proeuropejskie ogarnął całkowity marazm. Nie były w stanie działać konstruktywnie, Rosja zaś liczyła na rewanż komunistów. Ziścić się miał scenariusz, według którego do listopada 2013 r., czyli do szczytu Partnerstwa Wschodniego w Wilnie, władza w Kiszyniowie powróci w ręce komunistów. Jednak wówczas do naszej stolicy przyjechał Stefan Fule i udało mu się przekonać ówczesnego premiera Vlada Filata do innego rozwiązania, dzięki czemu pod koniec maja 2013 r. pojawiła się w Mołdawii nowa-stara koalicja. I tu dochodzimy do społeczeństwa. Nie krytykowaliśmy zanadto rządu, bo istniała realna groźba powrotu do władzy komunistów. Gdy w następnym roku wybuchła wojna na Ukrainie, również oszczędzaliśmy nasz rząd, bo mógł przyjść straszny Putin. Unia organizowała tu prawdziwą karuzelę wizyt na najwyższym szczeblu pod hasłem „Nie ruszajcie Mołdawii”. I my jej też nie ruszaliśmy. Tym sposobem w czerwcu 2014 r. Mołdawia podpisała umowę stowarzyszeniową, którą w lipcu ratyfikował nasz parlament. Po tej decyzji przez kolejne pół roku nie zrobiono praktycznie nic, takie jest nasze stowarzyszenie.

Europa dzisiaj nie jest nam nic dłużna. Jest umowa stowarzyszeniowa – zatem do dzieła, nic, tylko wprowadzać ją w życie. A jeśli nie, Europa powinna bezwzględnie ukrócić nam finansowanie. Dlatego myślę, że czeka nas bardzo ciężki czas. Jestem przekonany, że Rosji zależy na destabilizacji sytuacji, a ma do tego wiele instrumentów: Partię Socjalistów, prawdopodobnie również Partię Demokratyczną oraz Gagauzję.

Może jakąś odpowiedzią na ten kryzys tożsamości jest opowieść o Besarabii. W sumie każdy może być z Besarabii – Rumun, Żyd, Polak, Niemiec, Ukrainiec i Mołdawianin.

Osobiście jestem przeciwnikiem używania terminu „Besarabia” i denerwuje mnie, gdy tak o Mołdawii mówią Rumuni. Bo ja ani na sekundę nie zapominam o tym, że jest jeszcze Naddniestrze, które nigdy nie było częścią Besarabii. Naszym obowiązkiem jest rozwiązać ten konflikt i włączyć lewy brzeg Dniestru we wspólną przestrzeń państwową. Jest termin „Mołdawianie”. I jest państwo Republika Mołdawii. Powinniśmy pracować nad tym, by nadać mu znaczenie nie antyrumuńskie i nie etniczne, ale opisujące naród obywatelski. I tak ja mogę być jednocześnie Rumunem i Mołdawianinem. W paszporcie w rubryce obywatelstwo mam napisane: Republika Mołdawii.

Formuła dwóch państw rumuńskich jest niemożliwa do utrzymania, bo te dwa państwa musiałyby się zjednoczyć. A tak się nie stanie. Nie jesteśmy drugim państwem rumuńskim, nazywamy siebie Republiką Mołdawii. I wydaje mi się, że ta formuła jednej wspólnej przestrzeni kulturalnej i językowej, ale dwóch państw powinna być zrealizowana.

Z każdym dniem stworzenie wspólnej przestrzeni państwowej staje się trudniejsze, bo polityka rusyfikacji na lewym brzegu Dniestru jest znacznie silniejsza niż w czasach sowieckich. W Naddniestrzu dokonuje się dzisiaj etniczno-kulturalne „ludobójstwo”.

A gdzie w tej całej układance jest Ukraina?

Naddniestrze jest niezwykle atrakcyjnym i dochodowym narzędziem dla przemytu. Dzięki niemu ukraińskie władze przez lata robiły świetne interesy, szkodząc swojemu państwu. Choć politycznie sprawa była prosta: np. w 2005 r. podpisano plany działań UE– Mołdawia oraz UE–Ukraina. Po raz pierwszy w historii w obu tych dokumentach znalazły się wspólne działania Kijowa, Kiszyniowa oraz Brukseli wobec Naddniestrza. Dzięki temu w 2006 r. na granicy mogła pojawić się EUBAM, która radykalnie poprawiła sytuację. Od tamtego momentu wszystkie naddniestrzańskie przedsiębiorstwa są zarejestrowane w Kiszyniowie, korzystają z mołdawskiej certyfikacji, dokumentów celnych i z powodzeniem eksportują towary do UE. Ta zmiana okazała się możliwa dopiero wtedy, gdy w Kijowie powstał proeuropejski rząd Wiktora Juszczenki, a w Kiszyniowie rządził proeuropejski komunista Voronin.

Dla Janukowycza zaś Naddniestrze było kartą przetargową w rozmowach z Rosjanami. Jeśli chciał, mógł trochę poddusić Naddniestrze, negocjując z Moskwą. Obecnie sytuacja się zmieniła. Rosja nie może dokonywać rotacji swoich wojsk bez zgody Kiszyniowa, a dostaw sprzętu bez akceptacji Ukrainy. Nieprzerwanie od 15 lat – twierdzę, że klucze do rozwiązania problemu Naddniestrza leżą nie w Moskwie, ale w Kiszyniowie. Najłatwiej pokazywać palcem na Moskwę, a samemu dobrze żyć z przemytu. Trzeba wybrać.

Wróćmy jeszcze na moment do Europy – czy tam zdają sobie sprawę z tego, jak trudna jest sytuacja Mołdawii?

Wydaje mi się, że Europejczycy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że mołdawska integracja z UE to imitacja. Ostatnie dwa lata były dramatyczne, więc Europa przymknęła oczy. Cóż, wydarzenia na Ukrainie nam pomogły i mamy „małe sukcesy”, chociażby ruch bezwizowy czy podpisaną umowę stowarzyszeniową. Ale sytuacja nie jest kolorowa. Według wszelkich danych Mołdawia jest uważana za state capture– zawłaszczone państwo. Jak się z tego wydostać, tego nie wiem.

Staram się pracować z opinią społeczną, ale nie mam pojęcia, jak zmusić naszą elitę polityczną do zmiany zachowania. Jeśli zdecydowała, by odwrócić się plecami do społeczeństwa, to trudno mi wyobrazić sobie sytuację, która zmusza ją do zmiany decyzji. W Mołdawii następuje dewaluacja pojęcia Europa. Jeśli nasi politycy zachowują się w ten sposób i do tego na każdym kroku kradną, nazywając siebie jednocześnie politykami proeuropejskimi, to bardzo trudno przekonać kogoś w tym społeczeństwie do projektu europejskiego. W 2007 r. poparcie dla integracji Mołdawii z UE było na poziomie 75%, gdy rządził nami proeuropejski komunista Voronin. Dziś oscyluje ono w okolicy 45%.

Czy to rozczarowanie społeczne może przerodzić się w protest, który doprowadzi do zmiany?

Wydawało mi się, że przez ostatnie dwa lata pojawiła się w społeczeństwie nowa proeuropejska siła. Ale sytuacja potoczyła się inaczej – zamiast projektów proeuropejskich mamy projekty prorosyjskie: Rinato Usatyj i Partia Socjalistów Igora Dodona. Oni skonsumowali kapitał społecznego niezadowolenia. Stoimy przed niezwykle trudnym pytaniem: czy my, społeczeństwo, będziemy w stanie stworzyć alternatywę dla proeuropejskich partii politycznych? Jeśli nie – umrzemy. Doświadczenie podpowiada mi, że jesień 2015 r. może być ciekawa. Będziemy po wyborach do władz lokalnych, po wyborach w Gagauzji, minie pół roku od ukonstytuowania się rządu. Jesień może być tym okresem, kiedy niezadowolenie społeczne zostanie skanalizowane w proeuropejskim projekcie politycznym.

Czyli istnieje optymistyczny scenariusz dla Mołdawii.

Tak. Coś, co nie będzie niszczyło, lecz stanie się konstruktywnym protestem, który prowadzi do zmiany. Jest szansa na to, że społeczeństwo stworzy alternatywę. Choć martwi mnie, że jest zbyt wiele środowisk, którym taka zmiana jest nie po drodze. W Mołdawii pojawiają się coraz to nowe wyspy niezadowolenia. Czy uda się je skonsolidować w jeden wspólny projekt? Moim zdaniem jest na to szansa. Taki projekt nie może powtórzyć błędów z przeszłości – projektów partii politycznych, które mają jednego sponsora-führera czerpiącego zyski z szarej strefy. Takie projekty polityczne nie zmieniają systemu, bo system pracuje na nich i ich zaspokaja. A my potrzebujemy zmiany. Mam nadzieję, że ona nadejdzie..


OAZU NANTOI – komentator polityczny i polityk. Od 2000 r. dyrektor programowy w Instytucie Spraw Publicznych w Kiszyniowie. W latach 2009–2010 był deputowanym w mołdawskim parlamencie. W 1989 r. był jednym z założycieli Narodowego Frontu Mołdawii i doradcą pierwszego prezydenta Mołdawii Mircei Snegura. W 1990 r. założył Socjaldemokratyczną Partię Mołdawii, której przewodniczył przez pięć lat. Następnie do 2011 r. był członkiem Partii Demokratycznej. Od ponad 15 lat zajmuje się kwestią uregulowania konfliktu w Naddniestrzu. W latach 2011–2012 był niejednokrotnie wysuwany jako jeden z możliwych kandydatów na urząd prezydenta Mołdawii

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter