70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Odjazdowe pisanie

Nawiązując do wysublimowanych gier słownych, które Cezary Wodziński prowadzi od lat z wielkim talentem i pasją, można powiedzieć, że jego Esseje… (!) nie są książką przyjazną. Zastrzegając jednak zarazem, że nie chodzi o negację przyjaźni vel przyjazności w formie jakiejś wrogości czy, tylko z pozoru mniej wrogiej, obojętności.

Twierdząc, że nie jest to książka z gatunku przyjaznych, mam na myśli to, czego sam Wodziński w przeprowadzonym z nim wywiadzie rzece Pomiędzy anegdotą a doświadczeniem dopatrzył się w słowie „przyjaźń”. Chodziło, z grubsza, o egologiczny wydźwięk słowa, które nasuwa myśl o ludzkim współżyciu, polegającym na byciu jaźń przy jaźni, czyli na wspieraniu i popieraniu takiego bycia sobą, które sprowadza się do „ja”, do „ego”. „Przyjaźń” oznaczałaby więc sojusz nawzajem się wspomagających i umacniających ludzkich podmiotów.

Tymczasem postrzeganie człowieka jako podmiotu nie dość, że jest specyficznie nowożytne i tylko w nowoczesności oczywiste, to jeszcze uwikłane w takie założenia ontologiczne, które budują iluzoryczny obraz bycia. Podmiot bowiem, jako coś leżącego u podstaw, rości sobie prawo do pierwotności względem świata, który z jego perspektywy jest niczym innym niż przedmiot. A więc czymś, po co się sięga, czym się dysponuje i włada; czymś, co jest zaledwie funkcją i przedłużeniem samego podmiotu.

Zatem zamiast różnicy ontologicznej, a więc bycia jako relacyjności i gry różnic – w której nic (żadne coś) nie jest pierwsze i fundamentalne, ale wszystko (wszelkie coś) splata się ze sobą i przenika w źródłowej bez-podstawności – mamy substancjalny fundament „ego”. Fundament niszczący, a w każdym razie przesłaniający, ową bezpodstawność bycia. To właśnie do utrwalenia takiego obrazu świata (takiego „zapomnienia bycia”) przyczynia się sprzyjająca (!) jaźni przy-jaźń.

Do takiego przyjaznego pisania książka Wodzińskiego nie przynależy. Jest to bowiem pisanie, które rozmija się z jaźnią i jej egologiczną perspektywą. W tym sensie jest nie-przy-jazne, a jest bez reszty od-ja-zdowe. Odwodzi od perspektywy „ja”, dekonstruując je i rozszczelniając. Najpełniejszym odzwierciedleniem takiej strategii myślowej Wodzińskiego są zwłaszcza dwa spośród esejów: o Zaratustrze i Sokratesie. Oba szkicują bycie sobą, które wymyka się jakimkolwiek podmiotowym schematom i wyobrażeniom. W miejsce nowożytno- -nowoczesnego rozumienia człowieka rysują niesamowity (!) obraz takiego stawania się sobą, które, całkowicie zanurzone w bezpodmiotowy, relacyjny odmęt bycia, nie traci nic ze swej wyrazistości, świeżości, mocy twórczej ani atrakcyjności. Przeciwnie, jak sugestywnie pokazuje Wodziński, to dopiero człowiek, który dokonuje transgresji swego podmiotowego samorozumienia, ekstazy swojego „ja” (siebie jako „ja”) i odkrywa siebie jako element współprzynależących, transindywidualnych żywiołów myślenia i bycia, staje się niesamowity. Tak jak Sokrates – staje się atopos (s. 105). Tak jak Zaratustra – wykracza „ponad” (über) człowieka, a jednak „nie dzieje się »poza« i »ponad« człowiekiem w »zaświatach« i »pozaziemiach « człowieczeństwa, ale »w« samym człowieku, w głębi jego ludzkiego bytu” (s. 61). Wodziński nie pisze tu wcale o ocaleniu, ale o „zniknięciu” i „kresie człowieka” (s. 65), ten bowiem jest w naszym myśleniu niczym innym niż mistyfikacją podmiotu, iluzją ego. Tymczasem odkryć w człowieku inne to wyjść poza egologiczność i podmiotowość, czyli pojęcie „człowieka” spustoszyć.

Wszystko to polega nie na tym, że człowieczeństwo vel podmiotowość uniemożliwia źródłowe bycie sobą. Chodzi bowiem nie tylko o moje bycie, ale o Bycie jako takie, czyli – jak pisał Heidegger w eseju Wyzwolenie – o sens rządzący wszystkim, co jest. Bycie na sposób „ja” zupełnie ów sens zakrywa i zagłusza. Kultywując siebie jako „ja” (jako człowieka), zamykamy przed sobą dostęp do zagadki świata – więcej: zagradzamy sobą dostęp zagadce świata do wypowiedzenia się. To, co nas otacza, nic już nie mówi o skrywającej się prawdzie bycia, nie jest jej zagadnięciem i zagajeniem. Już tylko kręci się wokół podmiotu, zaspokaja nasze ludzkie (!) zachcianki i oczekiwania, tłumi lęki, usuwa wątpliwości: „Równie irytującą osobliwością epoki, o której mowa, jest to, że wszystko stało się widoczne. Hałaśliwości bytu towarzyszy równie wszędobylska i bezwstydna widzialność wszystkiego, co jest. Naoczność i oczywistość (…). Zapomnienie bycia znaczy tu: całkowita widzialność bytu. Bycie nieustannie skryte za bytami” (s. 6). Zaprzątnięty sobą człowiek-podmiot i projektowane przez niego byty, hałaśliwie rezonujące jego własną, wrzaskliwą samoekscytacją, stały się widoczne i słyszalne, nie stała się zaś widoczną i słyszalną bez-podstawna i bez-przedmiotowa (bo bez-podmiotowa) istota tego, co jest.

Odjazdowe pisanie Wodzińskiego ma więc odwieść od podmiotowości nie tylko po to, by przywieść ku bardziej źródłowemu byciu sobą, ale by – tym samym – otworzyć w sobie gotowość na zagadnięcie przez zagadkę skrytego sensu, bez-gruntu bycia. W praktyce wygląda to tak, że to właśnie owo otwieranie się na bycie zagadniętym jest tu czymś pierwszym i zasadniczym. Eseje Wodzińskiego nie dekonstruują więc najpierw człowieka- jaźni, by potem otworzyć go na skrytą prawdę bycia, ale właśnie otwierając go na nią, doprowadzają do owej destrukcji. Chodzi tu o wciągnięcie czytelnika w swoiste ćwiczenie duchowe, które polega na wczytywaniu się w największe teksty tradycji filozoficznej (jak m.in. te Platona, Tomasza z Akwinu, Mistrza Eckharta, Nietzschego czy Heideggera), po to by dostrzec ślady czegoś, względem otaczającego nas zgiełku słów i pojęć, całkiem innego (bez-podstawne bycie). Pisanie Wodzińskiego jest pod tym względem niewątpliwą kontynuacją pracy Heideggera. Jakże kreatywną!

Wodziński, pisząc, praktykuje więc trans i w to samo wciąga czytelnika. Trans ten jest dokopywaniem się i zapadaniem w to, co zakryte i zapomniane. Zawsze jednak w taki sposób, że inicjatywa jest po stronie zakrytego i zapomnianego. My jedynie i zapewne nie bez udziału tego, co ma się otworzyć, możemy się na jego otwarcie (przejaśnienie) przygotowywać. We wspomnianym już wywiadzie rzece Wodziński postulował zastąpienie „przyjaźni” słowem „przyjaśń”. Idąc tropem tej propozycji, dopowiedziałbym, że chodzi tu właśnie o przy- i prze-jaśnienie, czyli dotarcie (bycie doprowadzonym) do „miejsca” jasności – otwarcia się tego, co z perspektywy podmiotu może być co najwyżej nazwane negatywnie nicością, otchłanią, nie-bytem. Co wszelako, kiedy krzyczące barwami i atrakcyjnymi kształtami mroki jaźni się prze-jaśnią, jaśnieje jako Nic wszechobejmujące i płodne, napełniające życiem i ekstatycznym, afirmatywnym uniesieniem.

Są zatem dwa rodzaje pisania. Pierwsze to pisanie integrujące podmiot, budujące jego poczucie własnej tożsamości lub po prostu trywialnie poprawiające jego samopoczucie, tłumaczące świat, podpowiadające, jak żyć, dające ulgę, rozrywkę i zapomnienie. Jest to pisanie przy-jazne, aczkolwiek zwodnicze i iluzoryczne lub raczej iluzjo-pochodne i iluzjo-rodne. Drugi typ pisania musi być z perspektywy pierwszego odjazdowyi rzeczywiście taki jest, bo odwodzi od „ja”, dekonstruuje przedmiotowo-podmiotowe zaślepienie i samozadowolenie. Stawką pisania odjazdowego jest przyjaśń. Dla każdego, kto nie boi się takiego pisania, kto czuje w sobie gotowość na zmieniającą wszystko „intelektualną przygodę”, książka Wodzińskiego będzie wielkim pożytkiem. Jednak osoby preferujące pierwszy rodzaj pisania będą się prawdopodobnie przy Essejach… nudzić lub irytować, a jeśli już się zirytują, to może (czego im życzę) dadzą się też sprowokować. Niech trans ich porazi.

* * *

Wszystko, co napisane powyżej – czytane po pewnym już czasie – brzmi aż nazbyt pięknie, nasuwając myśl o ocaleniu, wybawieniu, o czymś w rodzaju zbawienia za sprawą (w imię) prawdy bycia. Tymczasem pisanie Wodzińskiego wcale do nich nie prowadzi. I dlatego, kończąc to krótkie omówienie, chciałbym domknąć je niepokojącą pointą. Bo właśnie taka jest wymowa omawianego tekstu: ćwiczenie duchowe – mające przetrzeć szlak wiodący od naszego codziennego owładnięcia i otumanienia jaźnią ku przejaśnieniu tego, co się wytrwale skrywa – jest przede wszystkim wielką biedą i bezbrzeżną pustynią, której na imię odmowa. Sam Wodziński przestrzega przed tym w krótkim posłowiu zamieszczonym na okładce książki.

Wszystko to, co przesłania nam dziś zagadkę bycia i co pisanie Wodzińskiego próbuje wytrwale przezwyciężać, nie jest wynikiem działania wbrew i na przekór byciu. To bycie samo – pozostające zarazem Niczym – wzbrania przystępu do siebie – odmawia siebie. I cóż z tego, że zarazem zachęca i wabi. Wabiąc, wciąż się oddala, oddalając, przyciąga, zbliżając się, odpycha. Dlatego nie chodzi o to, żeby przezwyciężyć zapomnienie na rzecz takiego (przy)pomnienia, które byłoby wyjaśnieniem zagadki, odpowiedzią na pytanie, jawnością (zrozumiałością) sensu bycia, oświeceniem. Stawką jest wyjście z zapomnienia, w którym nawet nie odczuwa się braku tego, co zapomniane, w obszar nienasyconego głodu, nieugaszonego pragnienia, niespełnionej tęsknoty i – co za tym idzie – niekończącego się trudu. Jest to zdanie się na owo wabiące Nic, które nigdy nie pozwala się osiągnąć i oswoić; przyzwolenie na los wiecznie niespełnionego kochanka, przypominającego Platońskiego Erosa. A więc nie o moje i twoje zbawienie tu chodzi, ale raczej o stan owładnięcia, który wydaje nas na pastwę igrającej (nami) zagadki bycia.

Koniec końców, sprowadza się to więc do, opisywanej przez mistyków, Gelassenheit, która objawia się tym, że jest nam wszystko jedno, co się z nami stanie. Nie pamiętamy już o sobie. Godzimy się na to, że pasja myślenia bycia całkowicie nas wyniszczy i wypali. Wykorzysta do cna, a potem porzuci – niezdolnych już do dalszego myślenia, pozbawionych słowa, osamotnionych i sfrustrowanych, osłabionych i wyczerpanych. Liczy się bowiem tylko ono.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata