70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Praktyka bycia razem

Lata 90. były w Polsce triumfem indywidualizmu. Pozamykaliśmy się w mieszkaniach i domach, poodgradzaliśmy płotami od sąsiadów, a pustoszejąca wspólna przestrzeń uległa prywatyzacji. Kolektywne formy egzystencji kojarzyły się z przymusem, opresyjnością minionego systemu. Teraz, w coraz bardziej niepewnych czasach, zaczynamy garnąć się ku sobie na nowo, korzystając ze sprawdzonych idei lub rozwiązań podpatrywanych za granicą.

Wczesny styczniowy wieczór. W starej kamienicy przy ul. Cichej 4 w centrum Lublina trwa siekanie, obieranie i przyprawianie. Warzywa trafiają do wspólnego kotła, a ten na ulicę – to kolejna odsłona Jedzenia Zamiast Bomb, przedsięwzięcia, podczas którego wolontariusze rozdają wegetariańskie lub wegańskie posiłki chętnym, zwłaszcza bezdomnym lub ubogim.

„Już po akcji, możemy rozmawiać. – Michał Wolny (takich jak on nazywa się aktywistami społecznymi) odbiera telefon, w tle słychać będzie przez cały czas dyskusje wybijające się z kawiarnianego gwaru. – Czym jest dla mnie wspólnotowość? Przede wszystkim to działanie, z którego wynika nowa jakość, uzyskiwana dzięki połączeniu różnych sił i perspektyw” – mówi. W mieście znają go jako współorganizatora dwóch alternatywnych miejsc na mapie miasta: Przestrzeni Inicjatyw Twórczych Tektura i jej sukcesora, Autonomicznego Centrum Społecznego Cicha.

„Oba powstały z potrzeby samorealizacji i chęci stworzenia przestrzeni, w której będziemy czuli się jak u siebie i na którą możemy mieć wpływ. Tektura – nieformalny klub zorganizowany w przedwojennej willi przy ul. Wieniawskiej – była dobrowolną inicjatywą kilkunastu osób. Nazwa uosabiała przeciwieństwo sztuczności, plastiku, a również pewną surowość, chropowatość samego otoczenia. Nie funkcjonowaliśmy jako organizacja pozarządowa, tylko kolektyw, grupa, która czuła się odpowiedzialna za miejsce i wspólnie się nim zajmowała. Od początku założenie było takie, że Tektura ma być otwarta i służyć osobom z zewnątrz. Zapraszaliśmy więc wszystkich, którzy chcieli zrealizować tu swoje projekty, oferując im wsparcie”.

Tak ruszyło: oprócz gotowania w ramach Food Not Bombs także warsztaty językowe, inicjatywy lokalnej grupy Amnesty International, Kuchnia Społeczna, warsztaty samby Rytmy Oporu, koncerty zespołów z całego świata, a także dziesięć edycji festiwalu kontrkultury Tekturafest i liczne projekcje filmowe. Kiedy działkę z budynkiem, gdzie działała Tektura, przejął deweloper, członkowie kolektywu zaczęli rozglądać się za nową lokalizacją, w której mogliby kontynuować działalność.

„Zobaczyliśmy ogłoszenie o sprzedaży kamienicy przy ul. Cichej. Właściciel, do którego dotarliśmy, był z początku zaskoczony, ale znał podobne inicjatywy z Włoch i po tygodniowych negocjacjach zgodził się udostępnić nam za darmo budynek do czasu, aż znajdzie nań nabywcę, pod warunkiem że zadbamy o niego i pokryjemy koszty eksploatacji”.

Tak powstało Centrum Autonomiczne Cicha – ni to squat, bo wynajmowane legalnie, a poza tym nie służy do mieszkania, ni klub, bo działa na niekomercyjnych zasadach, a jego twórcy pracują dobrowolnie i nieodpłatnie. Gdyby szukać dla jego działań motta, brzmiałoby: „Zróbmy to razem”, bo wszystko, co tutaj się dzieje, jest efektem pracy kilkudziesięciu bardzo różnych osób (założyciele doliczyli się blisko 70 mniej lub bardziej regularnych pomocników).

Przeciw i wokół

„Realizując projekt Synchronicity, poświęcony tworzeniu wspólnotowości i wszelkim odmianom wspólnej przestrzeni, przez cały ubiegły rok zastanawiałam się, czym jest dziś wspólnota. Jaka jest jej rola w rzeczywistości, w której dominuje logika neoliberalnego kapitalizmu, stanowiąca zaprzeczenie myślenia wspólnotowego? – mówi Bogna Świątkowska, prezeska fundacji Bęc Zmiana. – Dziś żyjemy w wielu wspólnotach: plemię, rodzina, miasto, państwo, Wspólnota Europejska. Nie wiemy tylko, jak tę wspólnotowość praktykować”.

Z całorocznego badania wynika więc wniosek, który można sprowadzić do refleksji językowej: Polakom zostało samo słowo „wspólnota”, które coś oznacza, ale jest jak ciało bez ducha. Przywołujemy je, szukając sensu, lecz nie umiemy podać znaczenia, zwłaszcza że często jest niewygodne. Wymagałoby rezygnacji ze swego indywidualizmu. Chcemy więc wspólnoty, jeśli jest nam do czegoś potrzebna.

Inną cechą współczesnych wspólnot jest ich tymczasowość, jak choćby inicjatywy na rzecz ścieżek rowerowych, które potrafią zawiązać się błyskawicznie, zgromadzić liczną społeczność i równie szybko, po rozwiązaniu problemu, rozpaść. W takim przypadku chodzi raczej o wspólnotę interesów. Wspólnotowość można zdefiniować również w sposób negatywny, jako opozycję czy wręcz obronę przed zewnętrznym wrogiem. Wówczas w takiej kategorii mieściłyby się również ruchy nacjonalistyczne. Odrębny typ stanowią wspólnoty wytworzone w sposób przymusowy, jak społeczności tworzące się w obozach dla uchodźców, gdzie ludzie muszą zorganizować sobie życie w nienaturalnych warunkach, nie mogąc swobodnie korzystać z otaczającej ich przestrzeni ani w pełni decydować o własnym losie.

„Nie chciałam iść tym tropem – mówi Bogna Świątkowska. – Wolałam śledzić wspólnotowe usiłowania różnych nieformalnych grup, jak anarchiści, którzy kwestionują za ich pośrednictwem logikę rynku. Oczywiście większość z nich też jest de facto wspólnotą interesów, nawet jeśli się tak nie definiuje. One jednak wydają mi się najciekawsze. Takie wspólnoty tworzą się zwykle wokół pewnych idei i są nakierowane na rozwój, co jest rzadkością w świecie, gdzie wielkie narracje zniknęły, wypaczone lub skompromitowane. Skupiają ludzi, którzy z jednej strony cenią sobie własne autonomiczne wybory, ale z drugiej, kwestionują z różnych powodów otaczającą ich rzeczywistość i sami próbują ją przełamać, tworząc alternatywne modele”.

W Polsce, jak przyznaje Świątkowska, tego typu zjawiska są jeszcze słabo rozpowszechnione. To zarówno skaza po latach komunizmu, z którym od razu kojarzy się kolektywne życie. „Wspólnota manifestowana jest przy takich okazjach jak śmierć papieża czy katastrofa smoleńska, a więc moc wyprowadzenia na ulice Polaków niezależnie od wieku czy przekonań mają głównie tragiczne wydarzenia o doniosłym zasięgu. Przeżywana wówczas jedność jest chwilowa, choć ważna, podobnie jak podczas imprez sportowych czy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, gdy jednoczymy się wokół tego samego celu i chcemy się zobaczyć, poczuć wspólną siłę”.

„Tęsknota za wspólnotowością jest przecież niczym innym jak tęsknotą, jak to ujął któryś z moich rozmówców, za pierwotną potrzebą ogrzania się przy ognisku wraz z resztą plemienia, zapewnia poczucie bezpieczeństwa” – zauważa szefowa fundacji Bęc Zmiana.

Inicjatywy o mniejszej skali – squattersi, kooperatywy spożywcze, grupy zajmujące się ogrodnictwem miejskim, otwarte spotkania prowadzone przez artystyczne kolektywy – to wciąż nisza, ale modna (opowiada się o niej nawet w telewizjach śniadaniowych) i przyciągająca coraz liczniejsze grupy, zwłaszcza młodych, rozczarowanych kapitalistyczną rzeczywistością i nastawionych na bezinteresowną współpracę.

Zasady zamiast reguł

Centrum Autonomiczne Cicha otwiera drzwi dla gości głównie popołudniami. W ciągu dnia jego twórcy mają własne zajęcia: wykładają na uczelniach, pracują zarobkowo w innych miejscach, niektórzy studiują. Na parterze działa bezgotówkowa kawiarnia Miłość, czynna od 17 do 22. Wszystkie wydarzenia organizowane w przestrzeni Cichej są bezpłatne. Dodatkowym celem działania centrum jest wspieranie niezależnych lubelskich inicjatyw, wykluczonych z powodów formalnych. Chodzi o przedsięwzięcia niedysponujące wystarczającymi środkami, niemające własnego lokalu lub odbierane negatywnie, bo ich działalność dotyczy np. mniejszości seksualnych albo praw pracowniczych. Wyjątkiem są inicjatywy dyskryminujące innych, hierarchiczne, ksenofobiczne czy antydemokratyczne, w których pojedyncze osoby nie mają wpływu na podejmowanie decyzji. Te nie mają tu wstępu.

„Normy, na jakich oparta jest Cicha, wykuwamy w praktyce na co dzień” – mówi Michał Wolny. Woli nie używać słowa „reguły”. Decyzje starają się podejmować zbiorowo, a gdy się to nie udaje – demokratycznie, poprzez głosowanie, mając na uwadze przede wszystkim dobro miejsca, za które wszyscy biorą odpowiedzialność. Jej przejawem jest też przekazywanie miesięcznej składki w wysokości kilkudziesięciu złotych przez każdą z zajmujących centrum inicjatyw. W taki sposób finansują bieżącą działalność. W przestrzeni Cichej, skupiającej wielu wegetarian, nie wolno pić alkoholu ani jeść mięsa. Podział kompetencji we wspólnocie jest rotacyjny.

Michał: „Nie mamy tradycyjnego klucza do drzwi, tylko kłódkę zamykaną na kod. Zmieniamy go raz w miesiącu i rozsyłamy informację wszystkim użytkownikom – dla higieny psychicznej i bezpieczeństwa, choć jak dotąd ani razu nie czuliśmy się zagrożeni”.

Na podobnych zasadach działa krakowska Café Fińska, bezgotówkowa kawiarnia i miejsce spotkań przy ul. Józefińskiej w Podgórzu, przez twórców określana mianem „ruchomego tworu” albo „grupy indywidualistów połączonych wspólnym celem, którzy potrafią dlań ograniczyć własne ego”.

„Każdy z nas jest inny, ale wszyscy czują się tutaj swobodnie – mówi Dariusz Kachlak, pseudonim »Bluewind«, w Fińskiej od sierpnia ubiegłego roku. – Jedną z zasad jest brak oceniania. Jeśli ktoś chce zorganizować na Fińskiej jakieś wydarzenie, robi to, niezależnie od tego, czy pozostali członkowie wspólnoty uważają je za interesujące. Najwyżej nie będą w nim uczestniczyć”.

„Bluewind,” indianista, na co dzień pracujący w korporacjach, trafił do Fińskiej prosto z ulicy. „Mieszkałem niedaleko. Przechodząc obok któregoś dnia, zauważyłem wystawione przed budynkiem stoliki, przy których kręciło się paru miejscowych oryginałów. Zajrzałem do środka, pogadałem z siedzącymi tam ludźmi. Gdy usłyszeli, czym się zajmuję, zaproponowali: a może zrobisz spotkanie dotyczące Indian? I tak się stało. Spodobało mi się, zacząłem im pomagać, choć bardziej krążę wokół i obserwuję, niż jestem tam stale. Łączy nas to, że wszyscy lubimy się dzielić swoimi pasjami. W efekcie wytwarza się coś w rodzaju wymiennika inspiracji”.

Wspólnotę tworzy blisko 30 najbardziej zaangażowanych członków i niezliczona liczba satelitów, wspomagających ich sporadycznie. Podstawą funkcjonowania Fińskiej są pełnione przez jej twórców dyżury, których podział ustalany jest w poniedziałki, podczas cotygodniowych zebrań, gdy omawiane są najważniejsze bieżące sprawy. Dyżurny ma za zadanie posprzątać pomieszczenia, rozpalić w piecu (w lokalu wynajmowanym od prywatnego właściciela nie ma centralnego ogrzewania), pełnić danego dnia funkcję gospodarza. Jeśli akurat nie ma chętnych, dyżurnym zostaje któryś z założycieli mieszkających w pobliżu. Fundusze na utrzymanie lokalu i bieżące potrzeby pochodzą ze zrzutek członków wspólnoty, datków od gości – przy wejściu stoi puszka – oraz wpłat internautów, którzy mogą wspierać Fińską dzięki akcji w sieci.

„Większość z nas to ludzie w wieku 30–40 lat. Jesteśmy na tyle dojrzali, by wiedzieć, że samymi ideałami nie da się żyć” – mówi Kachlak. Dlatego rozważają założenie stowarzyszenia: sformalizowanie działalności pozwoliłoby pozyskiwać na nią środki m.in. z grantów i dotacji. Trwają na ten temat dyskusje, bo część członków wspólnoty, nastawionych antysystemowo, wolałaby funkcjonować poza jakimikolwiek strukturami.

Dariusz „Bluewind”: „Nic nie jest jeszcze przesądzone, bo w Fińskiej wszyscy są równi, nie ma podziału na przywódców i resztę grupy. Przypomina to trochę wspólnoty indiańskie, gdzie przedstawiciele starszyzny nie mają za zadanie rządzić, tylko służyć pozostałym, dzieląc się doświadczeniem i umiejętnościami”.

Warszawski kolektyw UFA, działający na rzecz kobiet i mniejszości seksualnych, który wcześnie sformalizował swoją działalność i prowadził ją w wynajmowanych od miasta lokalach, też podejmuje decyzje poprzez głosowanie, ale poprzedza je dyskusją pozwalająca wyłonić wyjście akceptowalne dla wszystkich. Na co dzień wspólnota działa w zadaniowych zespołach nazywanych „trze-bami”, od słowa, którego zazwyczaj używa się, planując jakieś czynności: trzeba zrobić to lub tamto. „Trzeby” są rotacyjne, żeby każdy mógł nauczyć się różnych funkcji i nie wytworzyło się coś na kształt władz kolektywu.

Inaczej wspólnotę może czekać los podobny do tego, który spotkał kiedyś grupę squatterską zajmującą opustoszały kościół w holenderskiej Bredzie (Holandia, kraj ceniący indywidualną wolność, to zarazem matecznik wyznawców alternatywnego stylu życia, zasiedlających pustostany – w języku niderlandzkim istnieje nawet osobne określenie na squat: kraakpand). „Urządzaliśmy się tam w kilka osób, stopniowo mieszkańców zrobiło się kilkunastu – opowiadał kilka lat temu Jerome, jeden z założycieli. – Jeden z nas, Adri, wymyślił sobie własną ideologię, typowy bełkot New Age, i zapragnął zostać liderem społeczności zorganizowanej na kształt religijnej sekty. Nie zadbaliśmy zawczasu, żeby temu zapobiec. Nie dawało się z nim wytrzymać, więc wszyscy, którzy tworzyli to miejsce, stopniowo stamtąd uciekli. Z początku działo się wiele: koncerty, występy teatralne, pokazy filmów, wszystko dostępne dla ludzi z zewnątrz. Za rządów Adriego działalność kulturalna skurczyła się do kilku otwartych wydarzeń w ciągu roku”.

Miejsce na oddech

Bogna Świątkowska: „Squaty są nieprojektowane, to ich zasadnicza cecha. Podstawowy zestaw do ich obsługi powtarza się niezależnie od szerokości geograficznej: wolna, zajęta przez wspólnotę przestrzeń i równy podział funkcji, zaś aranżacja jest już kwestią wtórną – zwykle jest zaprzeczeniem tego, co członkowie grupy uważają za emanację odrzucanego przez nich systemu”.

Tym, którzy wspólnotowe życie kojarzą z losami pierwszych komun hipisowskich, może ono kojarzyć się, zwłaszcza w najbardziej radykalnych formach, z jedyną zasadą: „Hulaj dusza, piekła nie ma”. Gdyby przyjrzeli się im bliżej, czekałoby ich rozczarowanie. Zasady zgoła innego typu, często dość mocno ingerujące w jednostkową wolność, obowiązują nawet w kontestującym normy liberalnej gospodarki ruchu „wolnych mieszkań dla wolnych ludzi”, który w Polsce mógł pojawić się dopiero po 1989 r., czyli z dużym opóźnieniem w stosunku do krajów Europy Zachodniej. Jak choćby wspomniany już zakaz picia alkoholu, palenia czy jedzenia mięsa.

W kontekście najbardziej radykalnych odmian wspólnotowości przywołuje się też zwykle kibuce, zapominając, że te akurat mogły powstać tylko w konkretnym miejscu i czasie – ich fenomenu nie sposób zrozumieć w oderwaniu od historii. Poprzez stulecia rozliczne regulacje odsuwały Żydów w Europie od pełnienia niektórych funkcji – nie mogli m.in. uprawiać roli. Planując powrót do swojej ziemi, musieli jednak się tego nauczyć, by nad nią zapanować. Stąd próba stworzenia odrębnej struktury społecznej, czegoś pomiędzy miastem i wsią, która byłaby jednocześnie w pełni samowystarczalna. Początkowo, w Palestynie i w pierwszych latach istnienia państwa Izrael, kibuce pełniły również funkcje obronne, pozwalały zaznaczyć obecność Żydów na ich ziemi.

Bogna Świątkowska, która ponad 20 lat temu pracowała jako wolontariuszka w jednym z izraelskich kibuców, określa tamto doświadczenie jako jedno z najważniejszych w życiu: „Wywarło to na mnie ogromny wpływ, tamta wiara w możliwość stworzenia nowego świata na własnych zasadach przy jednocześnie niewyobra-żalnej porażce w osiągnięciu długotrwałego upragnionego szczęścia. Izrael nie był ziemią niczyją, kiedy zaczęli do niej zjeżdżać syjoniści. Nie widać końca tragicznych skutków polityki Izraela wobec Palestyńczyków”.

Zamknięta społeczność musiała wytworzyć swoje zasady, by zorganizować pracę. Wspólnota gromadziła się zarówno wokół pozytywnych celów, jak podróż do ziemi ojców, jak i negatywnych: odcięcie się od zewnętrznego świata, budowa nowej, utopijnej rzeczywistości opartej na kolektywnych zasadach. Podobnie jak w przypadku komun hipisowskich, to drugie założenie okazało się zbyt radykalne – wewnętrzne relacje ulegały zaburzeniu i komuna była skazana na rozpad. Dziś świetnie funkcjonują tylko te kibuce, które przestawiły się na kapitalizm.

Dlatego Kibuc Warszawa, uruchomiony latem 2013 r. przez członków żydowskich organizacji młodzieżowych w jednym z przeznaczonych do wyburzenia domków fińskich na Jazdowie, funkcjonował w trybie podobnym do Tektury, Cichej czy Fińskiej – otwieranego cyklicznie miejsca spotkań, a nie agrarnego kolektywu.

Przepis na współczesną, skutecznie działającą wspólnotę wydaje się więc prosty: otwarta forma, brak hierarchii, jasno określone podstawowe reguły pozwalające zapanować nad zajmowaną przez grupę przestrzenią i margines wolności, by żaden z jej członków nie czuł się przymuszony do bycia z innymi. To jednak nie zawsze wystarcza.

Konflikt poglądów

W przypadku Piotra, politologa, i jego dziewczyny Claudii wspólnotowy eksperyment potrwał dziewięć miesięcy. Wystarczająco długo, by dziewięć osób (w tym jedno dziecko) mieszkających pod jednym dachem zdążyło lepiej się poznać, wymienić doświadczeniami i stracić zainteresowanie sobą nawzajem, a potem opuścić wynajmowany dom na warszawskim Ursynowie i pójść każda swoją drogą. „Szybko okazało się, że nie jesteśmy zgraną grupą, a po kilku miesiącach, że już się nią nie staniemy” – mówi Piotr. Przyczyną nie okazały się różnice charakterów ani przyziemne kwestie związane z domowymi obowiązkami, choć jak w każdej zbiorowości osób o odmiennych nawykach wybuchały konflikty o ich egzekwowanie. Poszło przede wszystkim o poglądy. „Gdy się poznawaliśmy, połączyły nas zainteresowania dotyczące wspólnotowości na styku z ekologią, lecz potem stało się jasne, że ja patrzę na te sprawy bardziej politycznie, zaś dla innych najistotniejszy jest wątek samorozwoju – wyjaśnia Piotr. – Oczywiście można spotkać się gdzieś pośrodku, lecz żadne z nas zwyczajnie nie było tym wystarczająco zainteresowane. Początkowo próbowaliśmy, lecz w miarę upływu czasu coraz mniejszą mieliśmy na to ochotę. Zrozumiałem, że nie zrealizuję swoich zamierzeń w tym gronie. Nie byliśmy pierwszymi, którzy zaczęli przebąkiwać o wyprowadzce. Któregoś dnia razem z moją partnerką poinformowaliśmy pozostałych, że dla nas eksperyment się skończył. Reszta opuściła dom w ciągu dwóch–trzech miesięcy po nas”.

Sprawny przebieg rozstania grupa zawdzięcza własnej przezorności. Przed wynajmem domu przyszli mieszkańcy spisali szczegółowo wzajemne zobowiązania finansowe i wyznaczyli wysokość kaucji, wpłaconej na konto tego z nich, który podjął się reprezentacji grupy w rozliczeniach i kontaktach z właścicielką. Kaucja była zabezpieczeniem na wypadek, gdyby któremuś ze współlokatorów przyszło do głowy zniknąć, nie uregulowawszy zawczasu swojej części należności.

Równie skrupulatnie określono zasady codziennego funkcjonowania domu. W każdy poniedziałkowy wieczór grupa zbierała się, by omówić bieżące sprawy i podjąć decyzje metodą konsensusu. „Uznaliśmy, że konsensus zapewnia bezpieczeństwo, bo wówczas nikt nie będzie miał poczucia, że został przegłosowany we własnym domu. Takie głosowanie byłoby ostatecz-nością, ale nigdy do niego nie doszło. Do konsensusu prowadziły nierzadko ostre dyskusje, ale dzięki temu udawało się zapobiec konfliktom na wczesnym etapie. Takie »wypuszczanie pary« było dobrą metodą” – ocenia Piotr. Równie skrupulatnie rozwiązano kwestię sprzątania: gdy bałagan w kuchni zaczął być dominującym tematem poniedziałkowych rozmów, niemyte naczynia zaczęto oznaczać drewnianymi spinaczami z imieniem użytkownika, co prędzej czy później zmuszało go do wzięcia się za porządki.

Piotr: „Eksperyment nie miał twardych założeń. Stała za nim głównie potrzeba wzajemnej inspiracji, uwspólnienia niektórych sfer życia. Nie zdecydowaliśmy się na squatting, bo w Polsce z tym ruchem związani są głównie anarchiści, ludzie o poglądach antykapitalistycznych i antysystemowych. Nikt z nas nie podzielał takich idei, poza tym część z nas czułaby się źle, zajmując niezgodnie z prawem nie swoją przestrzeń. Od studenckiego zaś wynajmowania mieszkań czy domów na spółkę, motywowanych głównie potrzebami ekonomicznymi, odróżniała go intencjonalność. Nie było wśród nas osób przypadkowo dokooptowanych, ale też wcześniej nie byliśmy grupą bliskich przyjaciół. Funkcję łącznika pełnił jeden kolega. Mimo porażki nie oceniam tego doświadczenia negatywnie, bo dzięki ilości odbywanych w domu rozmów nauczyłem się sporo o odmiennych światopoglądach, relacjach rodzinnych, stylach życia. Gdybym jednak miał jeszcze raz rozważyć udział w tego typu wspólnocie, gdzie mieszkamy tak blisko, w jednym domu, wolałbym stworzyć ją z gronem sprawdzonych wcześniej znajomych. Ale na razie takiej możliwości nie szukam”.

Bariera kapitału

Model, w którym grupa decydująca się na wspólne życie nie musi być wcześniej szczególnie zgrana, znacznie lepiej sprawdza się w przypadku niezależnych projektów mieszkaniowych określanych mianem cohousingu, gdzie obok osobnych jednostek mieszkalnych istnieje wspólna przestrzeń. Nie ma obowiązku korzystania z niej, gdy lokator nie odczuwa akurat potrzeby socjalizacji. Cohousing, rozpowszechniony zwłaszcza w krajach skandynawskich, przypomina pod wieloma względami polskie tradycje budownictwa spółdzielczego z lat 20. ubiegłego wieku, choćby dlatego że kładzie nacisk na aspekt projektowania – grupa sama decyduje, jak będzie wyglądać przyszłe osiedle, dopasowując jego wygląd i funkcje do własnych potrzeb.

„O tej idei słyszeliśmy wszyscy, a część moich byłych współlokatorów angażowała się w jej promowanie poprzez ruch Cohabitat. Z początku nazywaliśmy nawet nasz projekt cohousingiem, choć z jego klasyczną formą nie miał nic wspólnego” – mówi Piotr. Jak zauważa, byłby niezmiernie trudny do realizacji ze względu na rozmiary przedsięwzięcia i związane z tym koszty, w Polsce zbyt wygórowane nawet dla przedstawicieli tutejszej klasy średniej. Już początkowy warunek: znalezienie znajomych o odpowiednio wysokich dochodach i skłonnych do podzielenia się ryzykiem kredytowym, może okazać się sporym wyzwaniem.

Bogna Świątkowska: „W przypadku cohousingu trudno mówić o wspólnotach. To raczej pewna forma przetrwania wewnątrz obowiązującego systemu społecznego. Tworzą je ludzie, którzy z różnych powodów są jego ofiarami, nie umieją, choć chcą się w nim odnaleźć, nie negują go, staje się on dla nich punktem odniesienia, ostatecznie marzą o swoim mieszkaniu. Próbują jedynie w dostępnych sobie warunkach urządzić się po swojemu”.

Przykład berlińskiej spółdzielni Möckernkiez, w ramach której do końca 2015 r. ma powstać 460 mieszkań, lecz jej założycielom nie udało się dotąd zebrać wystarczającej liczby przyszłych lokatorów dysponujących wymaganym wkładem kapitałowym, dowodzi, że cohousing może napotkać bariery finansowe nawet w mieście wyjątkowo przyjaznym dla tego typu inicjatyw i w rezultacie zatracić pierwotny wspólnotowy sens. U podstaw Möckernkiez stała bowiem integracja społeczna przedstawicieli różnych pokoleń i kultur. Trudno zaś sobie wyobrazić realizację tej wizji, gdy o doborze lokatorów zaczyna decydować głównie zawartość portfela.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter