70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ksiądz teolog

Może jednak teologia nie jest najważniejsza, bo wierni nie oczekują od księdza wyjaśnienia dogmatu trynitarno- -chrystologicznego, ale posługi duszpasterskiej? Po co zajmować się czymś, co niekoniecznie jest przydatne w codziennej pracy kapłana?

Andrzej Czaja, który został biskupem po 20 latach pracy naukowej jako teolog dogmatyk, zapytany, czy wraz z objęciem urzędu biskupa zakończyła się jego przygoda z uprawianiem teologii, odpowiedział: „Nie jestem już tym, kto może powiedzieć o sobie, że jest teologiem we właściwym tego słowa sensie – poszukiwaczem Prawdy. Jestem teraz bardziej tym, który dba o interpretację tej Prawdy. W tym znaczeniu stałem się więc teologiem dydaktykiem. Nie ma już mowy o podejmowaniu i prowadzeniu badań. Z perspektywy niemal czterech lat biskupiego posługiwania widzę coraz bardziej swoje braki w oczytaniu, widzę, jak coraz bardziej odstaję od teologicznej czołówki” (1)

Są to słowa o tyle znamienne, że odzwierciedlenie znajduje w nich określone rozumienie teologii – głównie jako dziedziny akademickiej. Jeśli jest to tylko jedna z nauk uniwersyteckich, to ktoś, kto z powodu braku czasu nie prowadzi badań, faktycznie staje się tylko jej sługą, wyrobnikiem, nie zaś oblubieńcem, jak dalej stwierdza biskup. Czy sprawa właściwego rozumienia słowa „teolog” nie ukazuje się w innym świetle, gdy zwrócimy uwagę na pierwszorzędny „przedmiot” teologii, czyli Boga, i relację teologa z tym „przedmiotem”?

To prawda, że teologia to nauka. Nie wolno jednak ignorować faktu, że jej „przedmiot” jest zupełnie inny niż przedmioty pozostałych nauk i nie można w zasadzie być teologiem bez relacji z tym „przedmiotem”, bez spotkania i trwania z Nim w modlitwie. Mówienie o tym spotkaniu i analizy naukowe są czymś wtórnym wobec niego samego. Prędzej więc teologiem przestaje być ten, kto porzuca modlitwę i wiarę, niż ten, kto przestaje prowadzić badania, zwłaszcza jeśli mają one się sprowadzać do analizy użycia jakiegoś pojęcia teologicznego. Trafnie ujął to Romano Guardini: „Teologia jest jednak zawsze podtrzymywana przez wiarę. W przypadku, kiedy najbardziej znamienity teolog utraciłby wiarę, utraciłby także jej przedmiot. Przestałby rozumieć swoje wcześniejsze dzieła. Zgorszyłby się swoją własną argumentacją” (2). Czy żeby być teologiem, kimś, kto próbuje zrozumieć i opisać spotkanie człowieka z Bogiem, trzeba czytać wszystkie najnowsze publikacje teologiczne? Tym bardziej że w sytuacji dzisiejszego zalewu literaturą teologiczną trudno czytać wszystko, nawet ze swojej wąskiej dziedziny. Wydaje się, że kapłan, a szczególnie biskup, nawet jeśli nie prowadzi badań naukowych, powinien być „człowiekiem, który rozmawia z Bogiem, który myśli o Bogu i próbuje myśleć razem z Bogiem” (3), i przekazywać innym to, co zobaczył i usłyszał (por. 1 J 1, 3). Wszak na tym polega jego misja prorocka (nauczania). I niekoniecznie to przekazywanie musi się dokonywać w opasłych tomach naukowych analiz.

Może jednak teologia nie jest najważniejsza, bo wierni nie oczekują od księdza wyjaśnienia dogmatu trynitarno-chrystologicznego, ale posługi duszpasterskiej? Po co zajmować się czymś, co niekoniecznie jest przydatne w codziennej pracy kapłana? Problem w tym, że chcąc, nie chcąc, ksiądz teologią się zajmuje, chociaż oczywiście może – i często takie, wręcz akrobatyczne zabiegi się obserwuje – zrobić wszystko, by podczas pasterki nie powiedzieć słowa o Wcieleniu, w trakcie rezurekcji – o zmartwychwstaniu, a w niedzielę Trójcy Świętej – o dogmacie trynitarnym. Może tą teologią zajmować się dobrze, a może słabo. Tymczasem można mieć wrażenie, że duża część kapłanów, którzy przecież w seminarium studiowali teologię, a nawet pisali z niej prace magisterskie, zaraz po opuszczeniu murów uczelni nie tylko odstała od teologicznej czołówki, ale ich przypadłością stał się wtórny analfabetyzm teologiczny. Oczywiście trudno oczekiwać, że każdy ksiądz będzie czytał do poduszki św. Tomasza czy Karla Rahnera, a potem mówił o tym podczas homilii, i zapewne w wielu wypadkach nie jest to konieczne. Jednak rolą kapłana jest pokazanie, że jego wiara szuka zrozumienia, jeśli chce czegoś podobnego oczekiwać od wiernych.

Przyznam, że zaskakujące było dla mnie spotkanie z ok. 50-letnim kapelanem szpitalnym, który w rozmowie sprawiał wrażenie, jakby od ukończenia seminarium nie przeczytał żadnej książki o charakterze teologicznym. W szpitalu ludzie nie rozmawiają o sprawach wiary, nawet w obliczu śmierci nic specjalnego się nie wydarza, bo obecnie najczęściej umiera się w domach… Widocznie dzisiaj Księga Hioba już by nie powstała.

Zdziwienie staje się jednak mniejsze, gdy zauważy się, że duża część kapelanów jest po prostu do swojej pracy nieprzygotowana i ich funkcja sprowadza się do świadczenia usług religijnych. Ks. Arkadiusz Nowak zauważa: „Czasami jednak księża w ogóle nie rozmawiają. Ograniczają się do rozdania komunii świętej, ewentualnie zapytają, czy ktoś chce się wyspowiadać. To oczywiście skrajny przykład, bo od kapelana oczekujemy, że będzie wyjątkowym specjalistą w zakresie kontaktu z chorym człowiekiem” (4).

Nic więc dziwnego, że na UPJP2 powstały podyplomowe studia dla kapelanów szpitalnych. Pozostaje mieć nadzieję, że ich słuchacze nie tylko zdobywają wiedzę psychologiczną, ale dowiadują się również, jak współczesna teologia odpowiada na odwieczne pytanie ludzkości: unde malum? A jak teologia radzi sobie z pytaniem, dlaczego dobry Bóg pozwala nam cierpieć? Ktoś, kto spodziewałby się jednoznacznej odpowiedzi, może się rozczarować, gdyż teologowie zdają sobie sprawę z tego, że w cierpieniu, chorobie, śmierci kryje się jakaś tajemnica. Najważniejsze jest jednak to, że dzisiaj trudno spotkać teologa, który twierdziłby – zresztą zgodnie z wielowiekową tradycją – że cierpienie człowieka jest karą za grzechy (co nie oznacza, że nie ponosimy konsekwencji swoich czynów, które mogą wiązać się z cierpieniem). „Teologia współczesna mówi o Jego [Boga – R.M.R.] tajemniczej zdolności współcierpienia ze stworzeniami oraz o Jego solidarności z cierpiącymi. Przekonuje, że nie pozostaje On z dala, obojętny i nieczuły, lecz sam w tajemniczy sposób w cierpieniu uczestniczy” (5) – zauważa ks. Wacław Hryniewicz. Widzi ona Boga jako będącego blisko człowieka poprzez Ducha Świętego. Teologowie patrzą na cierpienie jako na trudne doświadczenie, ale na pewno nie takie, które jest dla człowieka karą albo w którym człowiek jest pozostawiony przez Boga sam sobie. To tylko jeden z wielu aspektów teologicznej refleksji na temat cierpienia, ale jakże istotny, mimo że, jakby się wydawało, oczywisty, bo kto nie wie, że obecność przy cierpiących jest dla nich najważniejsza. Tyle że ta obecność nie wynika z ludzkiej przyzwoitości, poczucia obowiązku, ale wbrew temu, co moglibyśmy sądzić, z postawy samego Boga.

Znamienne jest to, że w Internecie dość łatwo można znaleźć studia podyplomowe z zarządzania instytucją kościelną (zwłaszcza dla księży), o wiele trudniej z teologii. Zdaje się, że musi upłynąć jeszcze trochę czasu, nim zrozumiemy, że ksiądz powinien być raczej dobrym teologiem niż dobrym menadżerem.

1 A. Czaja, T. Ponikło, Szczerze o Kościele, Kraków 2014, s. 304.

2 R. Guardini, Pismo Święte i nauka wiary. Poznanie duchowe, które otrzymuje się w darze, tłum. K. Czuba, Kielce 2002, s. 44.

3 Benedykt XVI, przemówienie do Międzynarodowej Komisji Teologicznej z 3 grudnia 2010 r.

4 M. Szlachetka, Ksiądz przy łóżku chorego, cyt. za: http://wyborcza. pl/leczyc/1,102641,7348807,Ksiadz_przy_lozku_chorego.html (dostęp: 15 grudnia 2014).

5 W. Hryniewicz, Krzyk w ciemnościach, cyt. za: http://teologia.deon. pl/krzyk-w-ciemnosciach/ (dostęp: 17 grudnia 2014).

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter