70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

W poszukiwaniu nowego miraze

Choć to jezydzi są dziś ponownie ofiarami fundamentalnego islamu i szariatu (który już niegdyś kategorycznie odrzucili), to przekaz zawarty w ich religii może stać się ratunkiem zarówno dla fanatycznie walczących ze złem muzułmanów, jak i dla konsekwentnie stawiającego im czoła „cywilizowanego świata”.

Na początu sierpnia bojówki Państwa Islamskiego (zwanego popularnie ISIS, co oznacza Islamskie Państwo w Iraku i Lewancie) zaatakowały dystrykt Szingal (Sindżar) leżący w granicach prowincji Niniwa w północnym Iraku, powodując exodus tysięcy Kurdów – jezydów i asyryjskich chrześcijan. Jeszcze wcześniej, w czerwcu br., ISIS zdołało zająć stolicę tej prowincji – Mosul, obalając tamtejsze wieloetniczne i wieloreligijne władze. Trwający konflikt zbrojny – którego przyczyn szukać należy nie tylko w napływie do Syrii i Iraku terrorystycznej międzynarodówki spod znaku fundamentalnego sunnickiego islamu, ale przede wszystkim w głębokim kryzysie władzy i idei istnienia obu wspomnianych wyżej organizmów państwowych – przypomniał o całej gamie nierozwikłanych od dawna problemów.

Widmo Sykesa i Picota

Pamiętać należy, że Syria i Irak to państwa wymyślone i wykreślone na mapie przez zachodnie mocarstwa – Anglię i Francję. W 1916 r. dwaj dystyngowani politycy Mark Sykes i Francois-George Picot zawarli tajny układ, na mocy którego oba państwa, widząc rychły upadek imperium osmańskiego, podzieliły się strefami wpływów na Bliskim Wschodzie. Francja otrzymała dzisiejszą Syrię, Wielka Brytania objęła z kolei pieczę nad Irakiem. Dwa powstałe w ten sposób kraje były początkowo monarchiami, ale w latach 30. (Syria) i 50. (Irak) zostały przekształcone w republiki, w których z czasem, jako antidotum na zachodnią dominację, zaczął dominować arabski nacjonalizm. Wkrótce zresztą Anglia i Francja zrzekły się swoich mandatów, a Syria i Irak zdane zostały na niełatwą samodzielność. Podział dokonany przez Sykesa i Picota stał się jednak ciężarem dla zyskujących w XX w. narodową samoświadomość obywateli tych państw. Czy można bowiem spokojnie pogodzić się ze sztucznie skrojoną tożsamością, która mimo wielu przymiarek nie chce ułożyć się jak garnitur angielskiego dżentelmena?

Symboliczne przekraczanie szlabanu na iracko-syryjskim pograniczu przez siły ISIS, uwiecznione w filmie The Islamic State1, to tylko jedna z możliwych form rozprawiania się z niechcianą schedą po byłych kolonizatorach. Inną, znacznie bardziej wyważoną jej postać spotkać można np. w powieści Tirsa bê diran („Strach bez zębów”) autorstwa pochodzącego z Syrii kurdyjskiego pisarza Helima Yûsifa. Jej główny bohater ciągle i z nieustającym przerażeniem natrafia na wyrastające jak spod ziemi widmo Marka Sykesa, pojawiające się w wielu kluczowych momentach jego życia. W przeciwieństwie do radykalnego działania islamskich fundamentalistów bohater książki Yûsifa próbuje z prześladującą go zjawą rozmawiać. Różnica jest znacząca. Pewne jest jednak, że ani projekt Państwa Islamskiego, ani wyłaniający się ze zgliszczy Iraku i Syrii Kurdystan nie stanowią recepty na szczęście dla wszystkich mieszkańców obu tych krajów. Niemniej w przeciwieństwie do czarno-białej, opartej na szariacie, radykalnej koncepcji Państwa Islamskiego kurdyjska idea szczęśliwego państwa zawiera w sobie barwny synkretyzm oraz doświadczenie cierpliwego przekraczania cierpienia i niepopadania we frustrację.

Arabski nacjonalizm, który zdominował Syrię i Irak w XX w., okazał się elementem konsolidującym społeczeństwa tych państw, dyskryminując jednak i wykluczając jednocześnie tę ich część, która za Arabów uznać się nie chciała. Dotyczyło to przede wszystkim Kurdów zamieszkujących oba te kraje, ale także Turkmenów i asyryjskich chrześcijan. Ponadto, mimo nowoczesnej postaci demokratycznego i zeświecczonego państwa, w obu krajach przetrwały dawne podziały religijne.

Co ciekawe, iracka partia Baas, która w 1963 r. objęła rządy w Iraku, mimo głoszonych oficjalnie idei nacjonalistycznych i socjalistycznych opierała się w dużej mierze na ludności sunnickiej, zaś jej syryjska odpowiedniczka, od czasu objęcia w latach 60. przywództwa przez Hafiza al-Assada, a potem jego syna Baszara na alawitach (sekcie w obrębie islamu zbliżonej ideologicznie do szyizmu). Po amerykańskiej interwencji z 2003 r. i upadku Saddama Husajna w Iraku wygranymi okazali się szyici i częściowo także Kurdowie (choć oczywiście nie wszystkie ich postulaty zostały spełnione). Sunnici zaś pogrążeni we frustracji, stopniowo, zwłaszcza od momentu sprawowania urzędu premiera przez szyitę Nuriego Malikiego, ulegli coraz większej marginalizacji. W Syrii z kolei w 2011 r. wybuchła wojna domowa, w której o głos zaczęli upominać się dyskryminowani jak dotąd sunnici. W ten sposób w obu tych krajach powstało miejsce dla fundamentalistycznej sunnickiej międzynarodówki, która skwapliwie wykorzystała nowe możliwości. Państwo Islamskie zapewniło sunnitom utraconą wiarę w siebie, zwróciło godność zabraną przez „plugawych zachodnich sojuszników” i obiecało zaprowadzenie wzorowego porządku i czystości wiary.

Biało-czarny porządek

Sierpniowy atak bojówek Państwa Islamskiego na jezydzkie i chrześcijańskie wioski stał się nie tyle kolejną odsłoną konfliktu Wschód–Zachód (którym, paradoksalnie, napawają się zarówno media zachodnie, jak i samo ISIS), i raczej toczącego się od lat na Bliskim Wschodzie znacznie mniej spektakularnego sporu o wizję ludzkiego szczęścia. Czy może ona inspirować się obcymi nowinkami, czy też winna pozostać wierna wyłącznie rodzimej tradycji religijnej i etycznej? Zwolennicy drugiej teorii zapominają, że islam (podobnie zresztą jak chrześcijaństwo) nie jest jednolity, a w momencie swego powstania i szczytu rozwoju korzystał z bardzo wielu wzorców. Różnica polega jednak na tym, że kiedyś był szczęśliwym i pewnym siebie zdobywcą, podczas gdy dziś bardzo często patrzy na świat oczami sfrustrowanego przegranego. Zasadniczo zmienia to podejście do otaczającego go świata.

Symbolicznym obrazem, jaki można było obejrzeć w relacjach z trwającego konfliktu w wielu przekazach filmowych i fotograficznych, była biało-czarna flaga Państwa Islamskiego i skonfrontowane z nią wielobarwne morze kurdyjskich (jezydzkich) uchodźców. Koncepcja szczęścia, jaką ma do zaproponowania idea państwa według Abu Bakra al-Baghdadiego, jest dokładnie czarno- -biała i nie ma w niej miejsca na żadne odcienie czy półtony. Dobro i zło są jasno sprecyzowane poprzez wydobyty z odmętów historii szariat, któremu bezwzględnie powinni podporządkować się wszyscy muzułmanie. Wbrew pozorom koncepcja ta ma niewiele wspólnego z historią. Jest ona raczej produktem ściśle nowoczesnym, opierającym się na bardzo wybiórczej inspiracji przeszłością i lekceważącym wszelką humanistyczną wiedzę jako niepotrzebny balast. Zwycięstwo musi być spektakularne na miarę współczesnych środków masowego przekazu. Jest to koncepcja techniczna i ilościowa. Za pomocą prostych, niemalże mechanicznych rozwiązań ma doprowadzić do powszechnego szczęścia. Nie ma tu miejsca na wątpliwości i rozmyślania, które postrzegane są jako zagrożenie, mimo że świat islamu ma przecież do zaproponowania wiele ciekawych i intelektualnie bogatych koncepcji. Niestety, w rzeczywistości pogrążonej w chaosie, frustracji i niemocy czarno-biały porządek to wielki atut, na którym można odbudować utracone poczucie pewności siebie i jedności z otoczeniem. To dlatego rzesze młodych ludzi, które poszerzyły szeregi ISIS, są tak uśmiechnięte i promieniejące szczęściem. Wcale nie przypominają barbarzyńców.

Od ISIS i jego przemocy odżegnało się już bardzo wielu muzułmanów, twierdząc, że ugrupowanie to nie ma z islamem absolutnie nic wspólnego i że stanowi ono jego wypaczenie. Choć stwierdzenie takie jest być może prawdą, to wydaje mi się, że jego celem jest nie tylko obrona islamu, ale także zaryglowanie drzwi i ucieczka od odpowiedzialności: „ISIS to nie my, a więc i nie nasz problem. Niech ktoś coś z tym wreszcie zrobi”. W przeciwieństwie do wielu muzułmanów, uważam, że członkowie ISIS to jak najbardziej nasze „dzieci”: wyhodowane ze zwykłej i nudnej, pełnej obojętności rzeczywistości, w której brakuje szans i współczucia wobec cierpienia innych. Stanowią mieszaninę zaczerpniętą z otchłani islamskiej tradycji i zachodniej nowoczesności. Za ich popełnione z entuzjazmem krwawe czyny ponosimy wspólną wschodnio-zachodnią odpowiedzialność. Powinniśmy o tym pamiętać, aby od tak po prostu nie zatryumfować w końcu nad ich zakurzonymi martwymi ciałami, które z radością pokażą ekrany naszych telewizorów.

Szczęście wielobarwne

Mieniące się kolorami niczym ogon pawia morze jezydzkich uchodźców oznacza w tej toczącej się grze o życie całkiem inne oblicze szczęścia. Jezydzkie bóstwo Melek- -Tawus (Anioł-Paw), którego absolutną wierność wobec siebie Bóg dostrzegł i zrozumiał (a nie – za domniemaną pychę – potępił i odtrącił), od początku symbolizowało w tej tradycji wszechświat i jedność w wielości. We współczesnym świecie może więc być ono znakiem poszukiwania jedności pośród wielu różnych wyznań, światopoglądów i pomysłów na szczęście. Taką interpretację nadała temu Aniołowi współczesna literatura kurdyjska chociażby w dziele pt. Hawara Dicleyê (Wołanie rzeki Tygrys) nieżyjącego już pisarza Mehmeda Uzuna. Mieniący się kolorami ogon pawia zawiera w sobie ład i porządek, ale także przyzwolenie na częściowe rozmycie granic i pozytywnie rozumiany chaos. Paradoksalnie, może to właśnie przyzwolenie na burzenie dotychczasowego ładu byłoby w stanie osłabić impet niszczycielskiej siły ISIS? Choć to jezydzi są dziś ponownie ofiarami fundamentalnego islamu i szariatu (który już niegdyś kategorycznie odrzucili), to przekaz zawarty w ich religii może stać się ratunkiem zarówno dla fanatycznie walczących ze złem muzułmanów, jak i dla konsekwentnie stawiającego im czoła „cywilizowanego świata”. Jezydyzm zastępuje bowiem walkę ze złem jego wrażliwym rozumieniem, a tzw. Szatan ma w imię tej idei szansę na przebaczenie i miłość. Zyskuje on zresztą w tej tradycji inne imię, by jako Anioł-Paw sprawować władzę nad światem.

Czy jednak nasz świat gotów jest dziś przekazać władzę „islamskim szatanom” i czy oni sami dojrzali do transformacji w Anioła-Pawia? Obawiam się, że niestety, nie. To szaleńcze pytanie ma raczej na celu podważenie czarno-białej kategoryczności obrazu, do którego tak bardzo się już przyzwyczailiśmy…

Miraze

Ważnym elementem jezydzkiej tradycji jest tzw. miraze, które przetłumaczyć można jako jednocześnie ukryte pragnienie i wypowiedzianą prośbę do Boga. W Laleszu, jezydzkim sanktuarium w Szejchanie, znajduje się olbrzymia ilość miejsc, w których można wyrazić swoje miraze, a nawet sprawdzić, czy mają one szansę się spełnić. Zapala się w tym celu świecę, wiąże supły na tkaninach spowijających grób szecha Adiego (założyciela jezydzkiej religii), rzuca się po trzykroć czarną płócienną szmatą (która powinna w końcu zaczepić się na kamiennym gzymsie) lub też próbuje objąć się rękami obszerną kolumnę – jeśli się uda, nasze miraze zostanie spełnione.

Czy jednak wszystkie marzenia powinny mieć jednakową szansę, by się spełnić? Nadzieją napawa mnie fakt, że bojownicy spod znaku fundamentalistycznego islamu nigdy nie będą oddawać się „pogańskim” dla nich jezydzkim praktykom.

Być może jednak potrzebne jest jeszcze jakieś inne, nowe miraze, które zdoła pogodzić dwie tak różne koncepcje szczęścia?

.

1 https://news.vice.com/video/the-islamic-state-full-length

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata