70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Klawo jak cholera. Dziennik z Kopenhagi – część 1

Nie przepadam za jedzeniem i mógłbym żyć w świecie, w którym wszyscy wsuwają pyszności dla kosmonautów. Najbardziej nie znoszę śniadań, tego żwiru podsypanego pod rozpędzone sanie poranka. Z potraw prostych, wyznam szczerze, zdołałem umiłować jedynie śledzie. Moim zdaniem to szlachetna, bogata w walory smakowe i bardzo niedoceniana ryba. Śledź. Jak mogłem zapomnieć o tym księciu oceanów!

28/12/2011

Wyjeżdżam do Danii na rok lub dwa lata.

Dania kojarzy się z Gangiem Olsena i klockami lego. Wiemy, że jest tam zimno, a co gorsza, drogo. Mieszkańcy porozumiewają się kaszlnięciami, brzmiącymi czasem jak echa komend wikingów. Generalnie zgroza. A jednak – spakowałem dobytek i wyczekuję teleportu do Kopenhagi, gdzie będzie mój nowy dom. Aby zrozumieć Danię, spoglądam na nią polskimi oczyma. Ślepia te są niebagatelnie stare i szacowne: należą do Jana Chryzostoma Paska, który ów północny kraj odwiedził. Co prawda, pojechał za wojskiem, ja jadę za dziewczyną, dzieli nas trzy i pół wieku, lecz różnice winny być marginalne. Na co więc muszę się według Paska przygotować?

Dania jawi się pamiętnikarzowi jako egzotyczna kraina dobrobytu – czyli niewiele zmieniło się przez wieki. Udane wrażenie psują jedynie potwory morskie, wygrzewające się na przybrzeżnych skałach, oraz domowe skrzaty, balujące nieraz do samego świtu. Cudzoziemcze oko cieszyła natomiast intensywna obecność zwierzyny łownej, wybujałej na skutek braku naturalnego zagrożenia. Miejscowi wytępili bowiem, niemałym wysiłkiem, wilki – na jedną przyuważoną sztukę zwalało się pospolite ruszenie i goniło tak długo, aż zwierz wyzionął ducha. Wówczas zawisał na drzewie, ku przestrodze pobratymcom, a ja odkrywam w tym pierwszy paradoks Północy. Na całym świecie wilcze stada rozszarpują samotnych podróżnych, a tymczasem w Danii podziało się na odwrót i to wilk bez gromady wiał przed ludzką watahą.

Kuchnia duńska wzbudza mój niepokój. Niedawno opodatkowano tam największych przyjaciół polskiego żołądka, czyli wszelkie tłuszcze. Śnią mi się sery śledziowe i pizza ze śledziem, a także torty, chipsy i żelki, których głównym składnikiem jest ta powszechnie niedoceniana ryba. Paska dręczyły podobne koszmary. Nawykły do wieczornych sutych posiłków, nie mógł pojąć, że Duńczycy warzą cokolwiek bądź w wielkich garach, a potem podjadają przez cały tydzień, zimne, zagryzione chlebem z masłem, którego teraz tak tam brakuje. Wsuwanie kiszek z krupami i krwią również nie mieściło mu się pod czapką, tak jak teraz my z kolei dziwimy się obłędnym cenom w kopenhaskich restauracjach i tamtejszym niebieskim serom, słynącym z niezwykłego smaku, ale i szczególnej woni: pachną bowiem jak ryba pozostawiona na palącym słońcu.

1/01/ 2012

W pierwszym uderzeniu Kopenhaga jest szalenie nieprzyjemna. Mam na myśli dosłownie pierwsze wrażenie. Wyszedłem z hotelu, przemaszerowałem przez jakiś przepastny rowerenplatz i moim oczom ukazał się ichni rynek główny z ratuszem po jednej i wielkim placem budowy po drugiej stronie. Społeczeństwo tłoczyło się przy budkach z hot dogami, których jest tu więcej niż masowych grobów w Kambodży; Duńczycy z jakichś niepojętych dla mnie przyczyn rozmiłowali się w parówkach. „Jezu, naprawdę muszę tutaj żyć”, pomyślałem i pocieszyłem się: przecież wcale nie muszę. A potem pocieszyły mnie słońce, kładące się na domach jak pijak, masywne statki zakorzenione w porcie, dziesiątki, setki kawiarenek z chińskim żarciem, długie rzędy kamienic z cegły, bez ozdób i balkonów, ciągnące się przez całe ulice, białe nadbudówki tuż obok, zieleńce między nimi i przytulone rzeźby na tych zieleńcach. Widać, że miejscowi przynajmniej próbują kochać to miasto. Jest piękne innym rodzajem piękna niż wszystkie inne miasta, które odwiedziłem. Jeszcze za wcześnie, bym próbował o tym pięknie pisać.

Widziałem dzisiaj miejsce, w którym będziemy mieszkać. To duża ulica małego miasta, szeroka niczym muskularne ramię, wytatuowane w knajpki, sklepiki i bary. Na dole mam pizzerię, naprzeciwko siebie spelunę, do której Agata boi się wchodzić, a ja na pewno wejdę, do sklepu z grami i filmami mogę potuptać nawet w szlafroku, są też dwie siłownie w zasięgu dwudziestu minut człapu-człapu, czyli warto żyć. Z niechęcią wróciłem do hotelu.

12/01/2012

W ciągu tego tygodnia podczas próby zrobienia sobie śniadania w mikrofali uruchomiłem alarm przeciwpożarowy. Klapka w lodówce pękła mi w dłoniach. Pośliznąłem się na kocim gównie w kuchni. Ustawiłem imbryczek z kawą na kuchence elektrycznej i gdy przyszedłem sobie nalać, czarna plastykowa rączka została mi w rączce – imbryk nazbyt się rozgrzał i jestem skazany na kawę po turecku. Żeby było jeszcze lepiej, chwiejny imbryczek z wrzątkiem w środku postawiłem na szybko gdzie mogłem, padło na deskę do krojenia chleba, zdobną teraz w wypalony okrąg. Omal nie zatupałem sąsiadki na śmierć. Dziś mamy dopiero czwartkowy poranek. Co się wydarzy? Czy dotrwam nienaruszony do końca tygodnia? Dochodzę do wniosku, że państwo bezpieczne, państwo opiekuńcze jest państwem bezpiecznym i opiekuńczym dla tych, którzy tu wyrośli lub przybyli z innych państw bezpiecznych i opiekuńczych. Słowiańscy barbarzyńcy muszą liczyć się z intensywnym oporem całej struktury przeciw ich istnieniu, są poddawani próbie zainicjowanej przez siły dziejowe, anielskie bądź demoniczne. Ich źródło niewiele mnie obchodzi, choć postaram się ich dociec. Na razie zaczynam rozumieć, że funkcjonuję w rzeczywistości znanej z filmu Final Destination.

A jednak jest tu pięknie, wybrałem się na spacer w słoneczne południe, między kamienice wyrosłe z lodowatej ziemi, obok rowerowych zastępów ułożonych pokotem przed centrum handlowym, pod niebem widzianym jak przez szkło. Tak dotarłem w pobliże dużego parku. Maleńcy Duńczycy śmigali na łyżwach. Żaden dorosły nie dołączył i poczułem się głupio z tym, że i ja mam ochotę te łyżwy założyć. Skręciłem w parkową bramę i ujrzałem coś, czego nie miałem prawa się spodziewać: trawę majową przyciętą jak broda dyplomaty, najeżoną czarnymi drzewami o świdrowatych gałęziach, z bulwami na szczytach, przypominającymi głowy trolli, zmrożonych przez świt. Kaczki i gęsi snuły się w nerwowych stadach. Przystawałem na łukowatych mostkach, tęskniłem za papierosem, spuszczałem wzrok w czarną wodę, na której zderzało się bezmyślne ptactwo. Podreptałem w stronę przysadzistego budynku na niewielkim wzniesieniu, usiłując dociec, co tam się mieści. Otóż, szkoła oficerska – przynajmniej tak usłyszałem, gdy mnie przepędzano. Podreptałem dalej parkiem, wąską ścieżynką wśród chaszczy, mijałem biegaczy o niewzruszonych sercach, prężnych ciałach i twarzach starców, aż zza rogu wyłonił się łagodny pagórek ogrodzony drewnianą palisadą, sięgającą gdzieś do bioder, za palisadą znajdowała się sadzawka, za sadzawką zaś trzy słonie afrykańskie moczyły sobie wyschnięte trąby, tak, słonie właśnie, w połowie stycznia, w żadnym tam ogrodzie zoologicznym, nie pod kloszem, lecz pośrodku kopenhaskiego parku. Sprawiały wrażenie całkiem zadowolonych z życia. Do skromnej grupki turystów odnosiły się z życzliwą obojętnością. Stałem, patrzyłem i uśmiechałem się do siebie. Nigdy nie przypuszczałem, że radość rozbudzi się we mnie na widok słonia, ale najwyraźniej tak się właśnie stało.

15/02/2012

Nie przepadam za jedzeniem i mógłbym żyć w świecie, w którym wszyscy wsuwają pyszności dla kosmonautów. Najbardziej nie znoszę śniadań, tego żwiru podsypanego pod rozpędzone sanie poranka. Z potraw prostych, wyznam szczerze, zdołałem umiłować jedynie śledzie. Moim zdaniem to szlachetna, bogata w walory smakowe i bardzo niedoceniana ryba. Śledź. Jak mogłem zapomnieć o tym księciu oceanów! Toż Dania jest przecież ambasadorem tej ozdoby każdego wykwintnego stołu. Mieszkam tu od półtora miesiąca i ani razu nie wpadłem na to, żeby pójść i kupić sobie śledzia. Błąd naprawiony. Przede mną na talerzu umoczone w oleju i cebuli ciała układają się w kształt słońca lub tarczy dzielnego wikinga. Głowy i płetwy spłynęły już do Walhalli, reszta zatrzymała się w naszym świecie, aby zostać posiłkiem współczesnego rycerza pióra. O, rybo wspaniała! Wybacz, że cię tutaj sprowadziłem. Z drżeniem, ale i obawą zagłębiam nóż, odsłania się białe mięso i w moich ustach rozpływa się ten niepowtarzalny smak, lekko słony, ale i słodkawy, jakby nieszczęsny sułtan Bałtyku zgasł gdzieś w wodach przybrzeżnych, blisko ujścia rzeki. Zatracam się w nim zupełnie, znika mój pokój i oślepiające słońce, mknę teraz radośnie w głębinie morza, nade mną mrok, pode mną zgniłe czuby okrętów, wokoło olśniewający pobratymcy. I już. Mój przyjaciel, moja tarcza smakowa zniknęła. Talerz jest jak pusta kołyska. Żegnaj, mój srebrnołuski przyjacielu!

22/02/2012

Do Roskilde, jednego z najsłynniejszych miejsc na wyspie, przyjeżdżamy w deszczu. Miasteczko portowe jest szare, kanalik pomiędzy parkingiem a budynkami skuwa podmyty lód koloru rozbełtanego jajka. Wszędzie leżą kadłuby drakkarów, niektóre przykryte brezentem, inne ułożone pod dachem, przy większości znajduje się tabliczka z nazwą. Od stalowej płaszczyzny morza wieje lodowaty wiatr. Spacerujemy chwilę po wiórach i kawałkach drewna, z sufitów zwisają liny nasączone żywicą, w oddali wznosi się kloc obiektu muzealnego. Latem, które, jak mówią, wypada w środę, muszą mieć tu niezły biznes: widzę opuszczone stanowisko kowala, zdjęcia z rejsów i tym podobne. Pewno popłyniemy. Znamienne, wyprawa statkiem neowikingów kosztuje tyle co spływ Dunajcem, a każdy chyba się zgodzi, że w porównaniu z góralami ludzie Północy są pełni zalet. Spieprzamy stąd, pogoda nad wyraz niegościnna.

Katedra na wzgórzu, potężny ceglany budynek, skrywa prawdziwie protestanckie wnętrze. Właściwie to monumentalny grobowiec duńskich królów. Sarkofagi znajdują się zarówno w kryptach podziemnych, jak i bocznych, te najstarsze i chyba najpiękniejsze rozmieszczono w nawie głównej, marginalizując ołtarz. Miedziane głowy na kratach przypominają zasuszone czaszki Obcych. W jednym z pomieszczeń znajduję wielki portret Chrystusa, powstałego z grobu, unosi dłoń i spogląda przed siebie wzrokiem spokojnym i pozbawionym wszelkiej litości. Tę pozostawił w zaświatach, co w jakiś sposób tłumaczyróżnice pomiędzy teorią a praktyką w chrześcijaństwie. Za to dokładnie po drugiej stronie stoi pomnik duńskiego króla. Nie pamiętam jego imienia, dajmy na to, że Krystian, bo tu co drugiemu Krystian było. Odziany po europejsku, emanuje siłą. Musiał nieźle nabroić za życia, skoro spędza wieczność vis-à-vis niezadowolonego Zbawiciela. Ciekawe, jak mu z tym jest. Kto wie, może i Jezus wolałby spędzać czas w milszym towarzystwie?

Ale największe wrażenie robią Drzwi Królewskie widziane od środka, niedaleko recepcji. Ze złotej płaszczyzny wyłania się twarz Chrystusa, nieforemna, jakby nie w pełni ukształtowana, powiedzmy, nosząca ślady niedawnego cudu, poniżej na podobieństwo ramion opadają dwie ludzkie głowy na nienaturalnie długich, żylastych szyjach z twarzami zwróconymi ku dołowi. Poniżej znajduje się coś jeszcze, chleb, czaszki albo jedno z drugim – chleb czaszkowy. Patrzę i zdaje mi się, że szyje z głowami na końcach wyrastają z samego Boga, a on szykuje się do użycia ich w sobie znanym celu. Cel ten, zapewne, dopełnia się w pustej katedrze nocą, kiedy gasną nawet spojrzenia kamer.

Przez całą drogę, tam i z powrotem, próbuję powtórzyć prawidłową nazwę miejscowości. Ale mówię: Rokside, Roksajde, Rolkside i tak dalej. Nie potrafię, po prostu.

27/02/2012

Wystarczy wyjechać za Kopenhagę, aby odsłonił się zupełnie inny świat. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że architektura wiejska wchodzi w miejską i odwrotnie. W centrum Krakowa wciąż można znaleźć chałupinki, za to chłopom pobudowali bloki. Tu jest zupełnie inaczej. Zostawiliśmy za sobą charakterystyczne ciężkie kamienice i nowsze osiedla, odlewane jakby z tej samej, tylko tańszej formy. Przemknęliśmy bezduszną autostradą, okolica jak owłosiony księżyc. I już. Odsłoniły się przed nami garbate łąki, na których rozsypały się owce i konie. Trawa brązowawa, zimna. Domy, właściwie domki, niskie, lecz wypasione, raz na jakiś czas trafiał się dworek z datą wybitą nad drzwiami, w długim tartaku powalone drzewa czekały na rozdrobnienie. W niebo biły kominy kolorowej fabryki, podobnej nieco do trójkątnej tarczy, postawionej sztorcem. Skręciliśmy w wiejską drogę, między domki jeszcze mniejsze, jakby dociśnięte do ziemi, między nieczynne już restauracyjki, aż rzuciło nas na parking między wydmami.

Nie pamiętam takiego wiatru. Wędrowałem przez piaskowe garby udeptaną już ścieżką i póki byłem w kotlinie, dało się jeszcze znieść. Wraz z początkiem wspinaczki wiatr nadymał mi kurtkę, targał za uszy lodowatym palcem, zmroził mi okulary, no a z czapką zrobił jeszcze coś gorszego, zerwał z głowy i próbował z nią uciec. Wreszcie odsłonił się Bałtyk, ogarnięty sztormem, stalowa plansza podobna nieco do powierzchni niegościnnej planety, z której wykluwały się białe grzebyki fal, chłoszczące brzeg. Plażę zdążyły już zeżreć, dobierały się do wydmy, stałem na jej brzegu, a wiatr robił wszystko, abym poleciał za czapką. Za mną dwóch chłopaków toczyło nierówną walkę z latawcem. „Jak ci cholerni Duńczycy wyruszali stąd w morze?”, pomyślałem sobie.

Nadmorską knajpkę prowadzą Kurdowie, cała rodzina zawiadywana przez małego człowieczka z pypciem na nosie. Nie mogłem przestać na niego patrzeć. Skąd wzięli się w Danii, nie mam pojęcia, za to wiem już, że architektoniczna spójność duńskiego wybrzeża (jak i architektoniczna spójność całej Danii) jest równoważona bezładem wnętrz. Knajpa – nadmorska. Wystrój – francuskopodobny, plus cerata na stole i plakaty nawiązujące do życia i sztuki Kurdów na ścianach. Żarcie – z grilla, plus pizza. Muzyka – diabeł wie co.

06/03/2012

Główna ulica Kopenhagi kojarzy mi się z główną ulicą w Toruniu, od biedy z Floriańską w Krakowie. Kamienice potężne, lecz mniejsze i starsze niż gdzie indziej. Całe świetlne plansze prowadzą w wąskie, głębokie gardła przejść handlowych. Wszystko takie stłoczone. To cecha miast trwających zbyt długo wewnątrz murów, których istnienie straciło sens. Kierkegaard nienawidził tych uliczek, towarzyszyło mu poczucie gnicia całego otoczenia. W swoim pijackim okresie włóczył się po spelunach owładnięty poczuciem wielkości, wściekły trochę na Kopenhagę za małą dla siebie, a trochę na siebie samego – bękart człowieka przeklętego przez Boga, który, może w wyniku dziedziczności klątwy, urósł ponad prowincjonalne, zapyziałe miasto, gdzie przyszło mu żyć.

Co by zrobił, gdyby zmaterializować go w knajpie, gdzie przysiadłem? Były to, konkretnie, dwie knajpy. Jedna zwana Viking House (cytuję z pamięci), czyli długie drewniane stoły w słabo ogrzewanym i jeszcze gorzej zaludnionym pomieszczeniu. Druga, zwana Hollywood, typowa jadłodajnia sałatkowa z odzianymi na czarno kelnerkami. Na ścianach wisiały idiotycznie dobrane i jeszcze gorzej rozmieszczone fotografie gwiazd. Co z tym Kierkegaardem? W filmach większość ludzi z dawnych czasów przeniesionych we współczesność boi się i drży. Ewentualnie robi znak krzyża. Czy Kierkegaard robił czasem znak krzyża? – to jest pytanie. W każdym razie wydaje mi się, że człowiek tak przerażony samą strukturą świata, a nie jego aktualnym stanem zewnętrznym, po prostu pokiwałby głową i powiedział coś w stylu: „Aha, tak to teraz wygląda”. Zaproponowałbym mu piwo, a on popatrzyłby na mnie, w swoim stylu, z wysokości. Miałby oczywiście rację.

Wracamy do domu szerokim korytem metra, idziemy przez kolorowy Frederiksberg. Mury dawno zburzono i przeryto korytarze pod ich ruinami, Kopenhaga dawno zmieniła się z portowej dziury w metropolię, jakby dostosowując się do gabarytów swojego wielkiego filozofa. Ale on zachorował na śmierć i sobie poszedł.

15/03/2012

Tomek opowiada coś o zamku, ale nie może nas przygotować na to, co rzeczywiście zobaczymy. Zamek Frederiksborg, dawna siedziba duńskich królów, wyrasta niemal prosto z wody, jakby wyłonił się dopiero przed chwilą z jakiegoś innego, zagadkowego porządku, jakby wyskoczył z głębin w płaski pejzaż miasteczka. Przysadzisty, a jednak zgrabny. Wieże dźwigają ciężkie dzwony. Podchodzimy, mijając fortyfikacje i niegroźne armaty, z jeziora bije wodotrysk, a rozedrgany refleks zamku kładzie się na tafli rozświetlonej słońcem. Idziemy. Naszym oczom ukazuje się barokowy park. Brązowawa trawa wspina się na łagodne wzniesienie, niewielkie, równo posadzone drzewka przypominają pionki szachów porzucone przez kosmicznych graczy, jest i labirynt sięgający kolan, a wszystko to w płytkiej niecce otoczonej przez drzewa.

Skręcamy w stronę letniego pałacyku, tam dwóch starszych gości przycupnęło na ławeczce. Jeden odsłania kolana, ma wysokie skarpety, obok leżą kijki do nordic walking, kręci się obojętny psiak. Letni pałacyk jest miniaturą zamku, jakby jakiś małoletni książę usiłował powtórzyć, dla czystej zabawy, wysiłek swoich przodków. Elegancki ład parku zmienia się w uroczy chaos – plączą się kanaliki, mrugają oczka wodne, ziemia jest wilgotna, pokryta gałązkami i dziwnym rodzajem fioletowych roślin, przypominających nieco młode grzyby o złożonych kapeluszach. Kaczki spacerują wokoło bez lęku, szyje łabędzi układają się w białe znaki zapytania. Nad nimi drzewa wyciągają nagie paluchy. Za letnim pałacykiem pośrodku jeziorka stoi drewniany budynek, wzbogacający sielski klimat o odrobinę upiorności. Drewniany, złożony z nieprzystających do siebie brył, zakryty przez tłuste, spadziste dachy, wyrasta z martwej trawy. Obok sterczy nagie białe drzewo, dalej przycupnęła kamienna membrana piwniczki. Co znajduje się w tym dziwnym domku? W jakim celu został wzniesiony? Cholernie chciałbym wiedzieć, ale się nie dowiem, bo musiałbym tam dotrzeć wpław. Kierujemy się na powrót w stronę zamku, chcemy wejść do środka, ale docieramy tylko do dziedzińca i recepcji za dziedzińcem. Duńczycy pracują sumiennie, niemniej krótko. Zamek Fredriksborg zamykają o trzeciej, odbijamy się od recepcji, wracamy do samochodu, chłopięce, prawdziwie dziecinne rozczarowanie zmienia się we mnie w przedsmak radości. To miejsce jest jednym z najpiękniejszych, jakie widziałem w całym moim życiu, i będę musiał tutaj wrócić przed piętnastą.

20/03/2012

Iwaszkiewicz w Szkicach o literaturze skandynawskiej cytuje anonimowego włoskiego dziennikarza, znawcę Danii. Dziennikarz utrzymuje, że w ramach kultury duńskiej pośpiech nie tyle jest niewskazany, ile uchodzi za brak taktu. Spiesząc się, okazuję brak taktu, niezależnie od przyczyn, które pchają mnie naprzód.

To mogło się utrzymać. Pamiętam, jak po raz pierwszy tutaj poszedłem do dużego sklepu i natychmiast utknąłem za plecami jakiejś tęgiej kobieciny. Nijak nie mogłem pójść dalej, drobiłem kroczki, aż zupełnie bezwiednie wydałem z siebie dźwięk, jakby uchodziło ze mnie powietrze, takie pffff. Gruba baba obróciła się niczym nienaoliwione łożysko, podniosła ciemne oczy i powtórzyła ten dźwięk, jeno głośniej. Niewiele brakowało, a targnięte podmuchem dobra pospadałyby z półek. Pewna swoich praw, dreptała dalej, ja za nią, potulny i zawstydzony.

W istocie, Duńczycy nigdzie się nie spieszą. Ulicami pomalutku sunie sobie tłum złożony z jednostek, sprzedawczyni lubi starannie składać uśmiech, między autochtonów mieszają się szczęśliwi z powodu tego spokoju Arabowie. Ale niespieszność duńska jest innym rodzajem niespieszności niż ta, którą znamy w Polsce. Polakowi zdarza się ślamazarność, jakieś wewnętrzne rozprzęgnięcie wylewające się na zewnątrz. Sam niekiedy sprawiam wrażenie półśpiącego. Duńczyk jest morderczo spięty w swoim braku pośpiechu, skrywa w sobie dynamikę powolnej maszyny. Jego tempo jest miarowe, a cel jasny, nigdy nie przystaje ani się nie waha, odważnie nurkuje we wnętrzu uprzednio upatrzonych półek sklepowych, jego sztywny palec sunie niczym sputnik nad stoiskiem warzywnym. Szklą się masywne spojrzenia. Na pace poddają się rytmowi ćwiczeń, biegnąc, nie przyspieszają ani nie zwalniają, wydaje się nawet, że podczas jazdy samochodem ich niebezpieczne manewry w rodzaju nagłego zajeżdżania komuś drogi – wynikające po części z niejasnego oznaczenia ulic – są zaplanowane i imponują spokojem.

24/04/2012

Iwaszkiewicz wspomina Odense jako małą mieścinę, gdzie czas stanął w godzinie narodzin H.C. Andersena; był tam z literacką pielgrzymką. Nie mogę znaleźć jego duńskich zapisków i nie wiem, czy zamieścił opis mostu łączącego wyspę Fionię z Zelandią. Gdyby taki opis był, mógłbym go zapamiętać.

Jedziemy przez płaski pejzaż duński, jeżą się rzadkie drzewa, pagórki rozpłaszczyły się na ziemi i nagle w zamglonym powietrzu rysuje się odległe sine przęsło, siłujące się z chmurą i wiatrem, bierzemy łagodny zakręt, bramka, i już mkniemy nad wodą, przez mleczne powietrze, jeden brzeg znika, a drugi się nie pojawia. Niezaprzeczalny romantyzm popychania tą betonową strugą, gigantyczną strzałą, przerzuconą przez lodowatą wodę, łamią mitologiczne skojarzenia, wyobrażam sobie trolle uczynione z krzemu i ognia, jak zsuwają się po linach i sięgają po samochody, tu mogliby spokojnie – myślę ucieszony – nakręcić szóstą odsłonę Final Destination. A potem z brudnej bieli wyłaniają się powolne ramiona wiatraków, jakby zapowiedź czegoś większego, jednak nie, wiatraki sterczą na palach w płytkiej wodzie, przelatujemy przez wysepkę i most zaczyna się znowu.

Odense nie jest dużym miastem, lecz otacza je pejzaż wielkomiejski, czyli supermarkety i magazyny, niżej tłoczą się czteropiętrowe kamienice na pomarszczonych uliczkach, między nimi, jakby na wydzielonym placu, mieści się czworobok malutkich, starych domków wzniesionych na drewnianym, połamanym już szkielecie. Są tak kolorowe, odpicowane, że gdyby nie ów szkielet, pomyślałbym, że wzniesiono je wczoraj, na podobieństwo dworku Chopina w Żelazowej Woli. Błądzimy chwilę po wąskich uliczkach, dziewczyny wymachują flagami podniesionymi z ziemi, wreszcie jest chałupa Andersenowska, dom jak każdy inny, za to obok pancerne żaluzje bronią dostępu do części muzealnej. Jeszcze morze i deszcz nad morzem, hamburger w budce i wracamy do domu.

Witryna w duńskim biurze podróży zastawiona ofertą Lotu, której patronuje gobelin (czy coś takiego) ucieleśniający to, co moja Ojczyzna ma najlepszego do zaoferowania: trzy ludki w strojach ludowych, niemożebnie wręcz ściśnięte, jakby tkwiły w osobowym do Dzierżoniowa. Poniżej na pasie startowym parapetu stoi przepyszny boeing w barwach polskich linii lotniczych. Skrzydło boeinga jest mocno naderwane, sterczy dziwacznie i odpadnie, gdy tylko ktoś trzaśnie drzwiami.

30/04/2012

W niedzielę jedziemy do zamku Hamleta. Prócz zamku Hamleta w okolicy znajduje się hotel Hamleta, restauracja, w której jadał Hamlet, oraz, najprawdopodobniej, ulubiony kebab Hamleta. Spacerujemy chwilę po wałach otoczeni przez wędkarzy drałujących z torbami pełnymi ryb w stronę samochodów, Agata zwraca uwagę na drzwi z jasnego drewna, wysoko, pod samym dachem wieży zamkowej, i mówi: „To są drzwi, przez które wyskoczyła Ofelia”. Ma rację. Dodajmy, że takich drzwi jest kilkanaście. W sezonie letnim – dopowiadam – z zamku Hamleta skacze od 80 do 120 Ofelii dziennie, w zależności od dziennych warunków pogodowych. Stanowią atrakcję turystyczną, ale i zagrożenie dla zwiedzających, którzy, wbrew zakazowi, zawędrowali w pobliże murów. Kuba dopowiada przytomnie, że powinien tutaj zawisnąć napis: „Uwaga na spadające Ofelie”.

Zamek Hamleta stoi przy cieśninie Sund, wędkarze mają widok na piękne, najeżone kominami wybrzeże Szwecji. Cieśnina Sund, szeroka na parę kilometrów, wielokrotnie odgrywała istotną rolę w dziejach i bynajmniej nie chodziło tylko o kontrolę Bałtyku. Wyobrażam sobie Duńczyka na kutrze, jest rok 1942, Duńczyk siedzi w swetrze i wełnianych spodniach, czapka kładzie cień na ogorzałe czoło, mocny zarost wspina się na policzki i przypomina opiłki stali, wrosłe w łuszczącą się skórę. Na nadbrzeżu pojawia się grupka ludzi pogarbionych lękiem. To Żydzi z Kopenhagi, uciekający przed hitlerowcami. Wchodzą na kuter, zalegają przy pokładzie, srebrnowłosy Duńczyk nie wypowiada ani słowa, rozgląda się tylko, przyjmuje opłatę i odpala silnik. Kuter przecina cieśninę Sund pod ostrymi skrzydłami mew, podróż dłuży się niemiłosiernie, jęczy coś w głębinach, mądry wzrok srebrnowłosego Duńczyka dostrzega właściwe miejsce w półmroku, koryguje kurs, zwalnia i już cuma pręży się nad wodą. Uciekinierzy schodzą z kutra na ląd, wydobywając z siebie niepewne westchnienie ulgi, próbują dziękować srebrnowłosemu Duńczykowi, który zbywa ich machnięciem twardej dłoni. Na brzegu mijają grupę młodych ludzi, wymieniają spojrzenia i odchodzą w stronę oczekującej ciężarówki. Młodzi ludzie unoszą plecaki i zmierzają w stronę kutra. To szwedzcy ochotnicy do Waffen-SS, pragnący zostać hitlerowcami. Wchodzą na kuter, zalegają przy pokładzie, srebrnowłosy Duńczyk nie wypowiada ani słowa, rozgląda się tylko, przyjmuje opłatę i odpala silnik.

10/05/2012

Są naprawdę wycofani, te Skandynawy. Pamiętam, że kiedy w Polsce przychodziłem na jakąś siłownię, wystarczyły dwa, trzy treningi i miałem już kolegów. Gadaliśmy, żartowaliśmy, było wesoło. Tu ćwiczę piąty miesiąc i jeszcze nie mam żadnego kolegi. Z paroma gośćmi zamieniłem parę słów, z jednym parędziesiąt, bo jest polskiego pochodzenia, ale urodził się tutaj. Nie mówię, że mi tego brakuje. Dziwię się i zastanawiam. Doskonale rozumiem, że ktoś może być niechętny obcym, niechętnym Polakom, a ja mam przecież „Polak” wyrżnięte na przedzie łba. Ale na siłowni nie widuję innych grupek gadających, żartujących. Każdy ćwiczy sam. Duńczycy sami z siebie przypominają zombie, na treningach, zakładających dużą powtarzalność działań, to wrażenie jeszcze się wzmacnia. Agata twierdzi, że w pracy nie zawiązała żadnej relacji, którą można by nazwać serdeczną.

Nie twierdzę, że Skandynawy są puste. Nie mogą być puste. Kino duńskie temu przeczy, od Gangu Olsena po Walhalla rising, Melancholię i Jabłka Adama, gra na zbyt wielu strunach, a jeśli śmieszy, to bezbrzeżnie. Dzieci kochają klocki lego, czy pustka może zrodzić piękne zabawki? Nie sądzę. Może jestem naiwny. Ze Skandynawii wywodzi się „brudny” black metal, jeden z najbardziej emocjonalnych gatunków muzyki. Patrzę przez okno i widzę, jak suną, wracam myślami do treningów. Jaka droga prowadzi do ich wnętrza? Jaki żuraw jest potrzebny, aby w nim się zanurzyć? Nie umiem powiedzieć. Pustka Duńczyków musi być pustką pozorną, tak jak pozorna jest głupota Amerykanów.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata