70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Rosjanie wierzą tylko w tożsamość radziecką

Uznając de iure nowe granice państwowe, de facto Rosjanie zaczęli nazywać wszystkich mieszkańców Ukrainy – Ukraińcami, a Białorusi – Białorusinami. Z formalnego punktu widzenia wiązało się to z połączeniem w jedną całość wszystkich mieszkańców sąsiednich krajów – zarówno rosyjskojęzycznych, jak i mówiących po ukraińsku (lub białorusku). W wyobrażeniach Rosjan te narody jednak zyskiwały najbardziej zrozumiałą tożsamość – a więc „ruską”.

Choć od rozpadu Związku Radzieckiego upłynęło ponad 20 lat, w tym czasie szacunek Rosjan do tożsamości narodowej swoich sąsiadów tylko się osłabił. Jedną z głównych przyczyn obecnego wschodnioeuropejskiego kryzysu – na tyle groźnego, że może on zakończyć się regularną wojną w Europie – stało się właśnie przekonanie, że Ukraina jest sztucznie utworzonym państwem, a terytorium Krymu przez pomyłkę znalazło się w jego granicach.

Aby zrozumieć, dlaczego w oczach Rosjan, a dokładniej: obywateli rosyjskich różnych narodowości, Ukraińcy, a wraz z nimi Białorusini, nie mają odrębnej tożsamości narodowej, należy cofnąć się w czasie do ostatniego etapu istnienia Związku Radzieckiego i prześledzić ówczesną politykę narodowościową.

Związek jedności, związek różnicy

Nie tylko poza granicami ZSRR z pewnym lekceważeniem odnoszono się wówczas do różnic narodowościowych dzielących ludność zamieszkującą 15 republik wchodzących w skład tego państwa. W latach 80. faktycznie już tylko nieliczni wierzyli w mit jednolitej wspólnoty, która rzekomo przekształciła się w jeden naród radziecki. Rosyjski jednak nie tylko w charakterze języka oficjalnego, lecz również języka dyplomacji we wzajemnych kontaktach pomiędzy republikami pozwalał Rosjanom (i ludności rosyjskojęzycznej) czuć się narodem państwowotwórczym, i to w pełnym tego słowa znaczeniu. Małe narody rusyfikowały się intensywnie, i – co warto zauważyć – przeważnie dobrowolnie, ponieważ język rosyjski był kluczem do kariery, wyższego wykształcenia itd.

Aby zrozumieć konsolidującą rolę języka rosyjskiego, wystarczy popatrzeć, jak wygląda scheda po ZSRR praktycznie we wszystkich republikach postradzieckich. Na przykład w Kirgizji do tej pory rosyjski jest drugim językiem państwowym. Na Białorusi – faktycznie jedynym. Także w czasach radzieckich absolutna większość mieszkańców tego kraju mówiła po rosyjsku. A to, że na niewielkim obszarze w zachodniej części kraju zachował się właśnie białoruski, raczej tylko potwierdzało regułę. Językiem Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej (znowu – wyłączając niektóre zachodnie regiony) był rosyjski, mimo że w kraju istniała ukraińskojęzyczna telewizja. Spora część mieszkańców traktowała ją jako ukłon w stronę leninowsko-stalinowskiego systemu narodowo-terytorialnego ustroju państwa, imitującego związek państw-narodów. Na Krymie tymczasem (gdzie odbierano telewizję ukraińską, ponieważ półwysep wchodził właśnie w skład USRR od 1954 r.) oglądano ją przeważnie w celach humorystycznych – aby pośmiać się z tych ukraińskich wyrażeń, które zabawnie brzmią w uszach osób rosyjskojęzycznych. Trudno się zresztą temu dziwić, biorąc pod uwagę, że praktycznie 100% ludności Krymu posługuje się językiem rosyjskim (włącznie z powracającymi do ojczyzny od końca lat 80. Tatarami krymskimi, którzy używali języka rosyjskiego do kontaktów z innymi narodami).

Elita rządząca Kazachstanu była (i w znacznej mierze pozostaje) rosyjskojęzyczna. W momencie rozpadu ZSRR podobna sytuacja panowała także w Uzbekistanie i Tadżykistanie, choć tam po uzyskaniu niepodległości, na początku lat 90., dość szybko pozbyto się języka rosyjskiego z powszechnego użycia wskutek masowego odpływu z tych republik Rosjan i ludności rosyjskojęzycznej, która padła ofiarą pogromów lub (w przypadku Tadżykistanu) – znalazła się w ogniu wojny domowej. Podobna sytuacja dotyczyła wielonarodowej Gruzji, Azerbejdżanu i w mniejszym stopniu – Armenii. W Turkmenistanie większa część rosyjskojęzycznej elity politycznej została wytrzebiona w rezultacie represji Turkmenbaszy (prezydenta Saparmurata Nijazowa). I nawet w trzech republikach bałtyckich (Estonia, Łotwa i Litwa), gdzie już w 1989 r. władze zaczęły wykazywać dążenia niepodległościowe, nie wszyscy przedstawiciele elity rządzącej swobodnie posługiwali się językiem ojczystym. Podczas rozpadu ZSRR był to czynnik szczególnie uderzający i irytujący dla Rosjan, którzy nie mogli zrozumieć, że człowiek rosyjskojęzyczny może mieć tożsamość inną niż radziecka (rosyjska).

Kurica nie ptica

Do momentu rozpadu ZSRR rosyjskojęzyczność była więc czymś zupełnie zwyczajnym, a rosyjskojęzycznych przedstawicieli któregokolwiek z narodów zamieszkujących Związek Radziecki automatycznie uznawano za ludzi o tożsamości radzieckiej. Dlatego te republiki, w których język rosyjski dominował absolutnie (jak Ukraina i Białoruś), uznawano jedynie za sztuczne twory, które powstały przez wzgląd na stalinowsko- -leninowską zasadę narodowo-terytorialnego podziału ZSRR. Granica administracyjna pomiędzy republikami (która przekształciła się w 1991 r. w państwową) była postrzegana jako relikt odległej przeszłości.

Widać więc, że już wtedy podawano w wątpliwość sam fakt istnienia odrębnych tożsamości – ukraińskiej i białoruskiej. Ponieważ głównym kryterium był język, człowiekowi mówiącemu po ukraińsku czy po białorusku przyznawano prawo do jakiejś innej samoidentyfikacji niż rosyjska, lecz pozostającej wobec niej w bezpośredniej bliskości. Rosyjskojęzycznych (na co dzień) Ukraińców i Białorusinów uznano wówczas tylko za jedną z wielu modyfikacji narodu rosyjskiego, takich jak np. mieszkańcy Syberii (grupy etniczne zamieszkujące Syberię) lub ludność obwodu archangielskiego (Pomorcy, mieszkańcy Archangielska).

Zachodzące już po rozpadzie Związku Radzieckiego zmiany w powszechnej świadomości Rosjan, dotyczące postrzegania mieszkańców Ukrainy i Białorusi, również nie sprzyjały powstawaniu wyobrażenia Ukraińców i Białorusinów jako ludzi mających własną tożsamość narodową, która by poważnie różniła się od rosyjskiej (lub radzieckiej). Znamienne, że stare szowinistyczne powiedzonko, które pojawiło się w epoce Imperium Rosyjskiego w odniesieniu do Polski, szybko zadomowiło się w kontekście Ukrainy („Kurica nie ptica, Ukraina nie zagranica” – „kura nie jest ptakiem, a Ukraina to nie zagranica”). Uznając de iure nowe granice państwowe, de facto Rosjanie zaczęli nazywać wszystkich mieszkańców Ukrainy – Ukraińcami, a Białorusi – Białorusinami. Z formalnego punktu widzenia wiązało się to z połączeniem w jedną całość wszystkich mieszkańców sąsiednich krajów – zarówno rosyjskojęzycznych, jak i mówiących po ukraińsku (lub białorusku). W wyobrażeniach Rosjan te narody jednak zyskiwały najbardziej zrozumiałą tożsamość – a więc „ruską”. Sprzyjał temu etnopolityczny mit stworzony przez radziecką szkołę historyczną, zgodnie z którym ludność zamieszkująca Ruś Kijowską dała początek wszystkim trzem narodom. W wyniku obcych podbojów i najazdów ludów koczowniczych prawdziwie ruska tożsamość zachowała się właśnie na terytorium Rusi Moskiewskiej. Na obszarach Rusi Czerwonej (Halickiej) i Białej (Białorusi) była natomiast narażona na obce wpływy i zdołała przetrwać tylko dzięki pomocy ze strony Rosji.

Iluzje imperium

Rosyjskie władze intensywnie eksploatowały ten etnopolityczny mit od początku lat 90., tym bardziej że dobrze sprawdzał się jako odpowiedź na pytanie, dlaczego to właśnie trzy narody słowiańskie de facto doprowadziły do likwidacji Związku Radzieckiego, kiedy prezydenci Rosji, Ukrainy i głowa państwa białoruskiego podpisali układ białowieski, powołując Wspólnotę Niepodległych Państw. Tym samym oficjalny dyskurs polityczny – przy czym nie tylko w Rosji, lecz przez długi czas także na Ukrainie i do tej pory na Białorusi – szedł w parze z narracją o istnieniu trzech wersji jednej tożsamości narodowej – rosyjskiej. To ułatwiało powstawanie początkowo marginalnych (a dziś dominujących) dyskursów, w ramach których Rosję i Białoruś postrzegano jako w pełni jednolitą przestrzeń etnokulturową. W przypadku Ukrainy natomiast istniały dwa warianty – była odbierana albo jako „nieudane państwo” (failed state), podzielone na dwie nierówne części z różnymi tożsamościami (rosyjską i ukraińską), albo jako „alternatywna Rosja”, różniąca się od tej ze stolicą w Moskwie tylko tym, że Kijów jest bardziej zorientowany na Zachód (nie tyle na własne życzenie, ile z powodu zewnętrznej presji – ze strony USA, Unii Europejskiej i ogólnie rzecz biorąc, Zachodu). W tym wariancie Ukraina jako „alternatywna Rosja” ma jeden cel – stłamszenie Rosji prawdziwej, tej ze stolicą w Moskwie.

Żadna z tych wersji nie przewidywała więc, że chociażby we wschodniej i środkowej Ukrainie może istnieć jakaś inna tożsamość niż rosyjska. Przeciętny Rosjanin sądził, że cała tamtejsza ludność porozumiewa się po rosyjsku i najprawdopodobniej marzy, aby mieszkać w Rosji (ale po prostu nie ma takiej możliwości). A rosyjskojęzyczni mieszkańcy Ukrainy, którzy nie odnaleźli się w nowym, niepodległym państwie, utwierdzali Rosjan w tym iluzorycznym przeświadczeniu.

„Małorosyjskość”

Właśnie w tych kategoriach większość mieszkańców Rosji oraz władze kraju postrzegały pierwszy Majdan w Kijowie, przy czym brano pod uwagę oba powyższe modele jednocześnie. Z jednej strony doszło do zderzenia Ukrainy południowo-wschodniej z zachodnią (model państwa „nieudanego”), a w ramach tego konfliktu tożsamość zachodnioukraińska dąży do zniszczenia wschodniej, czyli rosyjskiej. Z drugiej natomiast – w opinii władz rosyjskich, mieliśmy do czynienia z próbą przetestowania przez Zachód metod zmiany władzy w Moskwie – Ukraina posłużyła w tym celu jako „Rosja numer 2”.

Ten model postrzegania sytuacji na Ukrainie po tzw. pomarańczowej rewolucji ostatecznie przyjął się w rosyjskich mediach i oficjalnym dyskursie. Ludność Ukrainy ukazywano jako zupełnie bierną i doszczętnie pozbawioną zdolności samodzielnego podejmowania jakichkolwiek decyzji. W opinii większości Rosjan doszło do ingerencji z zewnątrz: albo ze strony samej Rosji, albo Zachodu. Na potwierdzenie tej tezy przywoływano także i ten fakt, że Ukraina właściwie nie wykonała żadnych ruchów, aby wystąpić ze Związku Radzieckiego, podczas gdy w Moskwie i wielu innych dużych miastach Rosji w sierpniu 1991 r., a więc jeszcze w ostatnich miesiącach istnienia ZSRR, trwały burzliwe protesty przeciwko próbie przeprowadzenia przewrotu państwowego, za którą stał Państwowy Komitet Stanu Wyjątkowego. Tym samym Rosja znalazła się w centrum „demokratycznej rewolucji” 1991 r., podczas gdy Ukraina nie znalazła się nawet na jej peryferiach. Nie, tam praktycznie nic się nie działo. Konsekwencją tego sposobu myślenia było przekonanie, że Rosja zawdzięcza zmiany polityczne i niepodległość własnym wysiłkom, Ukraina natomiast dostała niepodległość w prezencie od Rosjan. To sprzyjało umacnianiu się w społeczeństwie rosyjskim poczucia, że sąsiedni kraj nie jest samodzielnym podmiotem politycznym.

Biała Ruś, tania Ruś

Podobne było postrzeganie Białorusi i języka białoruskiego. Rządy prezydenta Aleksandra Łukaszenki to okres ciągłego podkreślania „bratniego” charakteru stosunków, przy czym nieraz większą gorliwość wykazywał Mińsk niż sama Moskwa. Na poziomie oficjalnego dyskursu Kreml z trudem powstrzymywał napór białoruskich władz, które zdołały nawet doprowadzić do symbolicznego aktu powołania absolutnie niezdolnej do działania instytucji „państwa związkowego Rosji i Białorusi”, obecnie nieco zapomnianej, lecz z formalno-prawnego punktu widzenia nadal istniejącej. Na tle nieustających dyskusji o jedności Białorusinów i Rosjan, toczących się zarówno w prasie, jak i na szczeblu politycznym, nie powinno dziwić, że Rosjanie po prostu przestali uznawać sąsiedni naród za odrębną nację.

Z całą jaskrawością ujawniło się to w czasie kryzysu ekonomicznego z lat 2008–2010, kiedy Rosjanie masowo ruszyli na tańszą Białoruś na zakupy. Analiza publikacji w prasie białoruskiej, a w jeszcze większym stopniu – białoruskiej blogosfery i forów internetowych – wykazuje, że tym, co najbardziej drażniło mieszkańców Białorusi, nie był wyższy poziom dochodów Rosjan, lecz przede wszystkim ich agresywne, butne zachowanie w sąsiednim kraju i nieustające demonstrowanie tego, że w ich oczach nie stanowi on pełnowartościowego państwa.

W tym miejscu warto zaznaczyć, że skala oddziaływania tzw. narodowej lub nacjonalistycznej opozycji na Białorusi jest minimalna, podobnie jak znajomość języka białoruskiego wśród absolutnej większości mieszkańców tego kraju. Nie istnieje więc praktycznie podłoże dla konfliktu językowego z Rosjanami. Mniej więcej to samo można powiedzieć także o micie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej lat 1941–1945. Mimo że Białorusini mają swój własny mit, różniący się od rosyjskiego i związany nie tylko ze zwycięstwem, ale i stratami, które republika poniosła w wojnie, dla obu krajów jego fundamenty są identyczne. Dla ludności zarówno Rosji, jak i Białorusi stanowi on podstawę współczesnej tożsamości „narodu-zwycięzcy”.

Dlatego obecnie Rosjanie nie muszą zastanawiać się na serio, czy istnieje osobna tożsamość białoruska, a Białorusini nie wykazują chęci (a często także nie mają takiej możliwości), aby dawać wyraz tej odmienności. Także w takich krytycznych momentach jak wojna w Osetii Południowej i obecne wydarzenia na Ukrainie Rosjanie z łatwością godzą się z „własnym zdaniem” białoruskich władz, rozbieżnym ze stanowiskiem rosyjskim. Nie dlatego jednak że opinia publiczna w Rosji przyznaje Białorusinom prawo do jakiegoś odrębnego zdania lub innej samoidentyfikacji, lecz dlatego że te rozbieżności można wyjaśnić w kategoriach geopolityki, pragmatyzmu politycznego, a więc kwestii czysto politycznych, wymykających się potocznej świadomości. Można jednak z przekonaniem stwierdzić, że gdyby pojawił się jakiś naprawdę poważny temat w rodzaju problemu prawnej niepodległości Białorusi, konflikt społeczeństw obu krajów byłby nieunikniony, ponieważ opinia publiczna w Rosji nie jest w stanie uznać prawa do osobnej samoidentyfikacji Białorusinów. Podobnie jak obecnie w stosunku do Ukrainy, gdzie system mitologiczny, który powstawał w poprzednich dziesięcioleciach, zadziałał w pełnej mierze podczas drugiego Majdanu w Kijowie.

Trzecia tożsamość

Na samym początku Rosjanie od razu pozbawili Ukrainę i jej obywateli jakiejkolwiek podmiotowości. Brane były pod uwagę najróżniejsze scenariusze, kto mógł organizować antyrządowe wystąpienia. Za inspiratorów Majdanu uznawano USA, UE, ukraińskich oligarchów, samego prezydenta Wiktora Janukowycza, jego najbliższe otoczenie (tzw. rodzinę). W tych zestawieniach nie pojawiali się chyba tylko kosmici, i oczywiście – sami Ukraińcy. W rosyjskim rozumieniu byli oni zupełnie pozbawieni podmiotowości i wypełniali jedynie czyjąś, obcą wolę.

Ponadto, Rosjanie, a szczególnie władze rosyjskie, zamknęli oczy na dwujęzyczność nowej ukraińskiej rewolucji. O wiele wygodniejszy dla Moskwy był dobrze znany obrazek – ścieranie się umownie „rosyjskiej” tożsamości z zachodnioukraińską, w ramach którego ta druga próbuje ujarzmić rosyjską i na siłę ukrainizować, a więc zniszczyć. Już sam termin „ukrainizacja” w języku rosyjskim budzi negatywne skojarzenia (z analogicznymi formami: faszyzacja, rusyfikacja, germanizacja).

Dlatego właśnie większa część społeczeństwa rosyjskiego nie zauważyła, że na ukraińskim Majdanie i wokół niego zaczęła się kształtować nowa tożsamość, ani zachodnia, ani wschodnia, lecz właśnie ukraińska. Na jej przeciwległym biegunie wcale nie znajduje się tożsamość rosyjska, lecz „radzieckość”, której udało się bez szwanku przetrwać na Ukrainie rewolucję 1991 r. Przecież np. „doniecki” klan Wiktora Janukowycza, bez względu na jego formalną rosyjskojęzyczność, trudno identyfikować z rosyjską tożsamością. Nie mówiąc już o rosyjskojęzycznym Krymie, który w latach 90., kiedy na półwyspie faktycznie rządzili lokalni komuniści, sami mieszkańcy nazywali „krajem nieustraszonych komunistów” oraz „radzieckim rezerwatem”.

Po wydarzeniach Majdanu z lat 2013–2014 na Ukrainie współistnieją więc trzy tożsamości. Dwie pierwsze opierają się przede wszystkim na kryterium językowym: zachodnioukraińska i umownie mówiąc, rosyjska (a więc wschodnioukraińska, małorosyjska, noworosyjska czy po prostu sowiecka). Obie są dość archaiczne. Pierwsza, zachodnioukraińska, bazuje na XIX-wiecznym archetypie, wywodzącym się jeszcze z czasów walki o świadomość narodową i budowy państwa narodowego. Druga natomiast wyrasta z archetypów radzieckich.

Trzecia to właśnie tożsamość ukraińska, wznosząca się ponad kryterium narodowościowe, traktująca naród jako wspólnotę tożsamości. Na tym gruncie zaczęła kształtować się nowa elita polityczna i pojawiła się szansa przezwyciężenia historycznego podziału Ukrainy na zachód i wschód.

Ingerencja Rosji sprawia jednak, że szansa ta staje się fikcją, by nie powiedzieć – zupełnie ją przekreśla. Rosjanie właściwie z zasady nie akceptują tej trzeciej opcji.

Alternatywne scenariusze

Łatwe rozwiązanie problemu tożsamości zachodnioukraińskiej w postaci tzw. banderowców podsunęła tocząca się dziś wojna informacyjna. Ten mitologiczny obraz „wroga” ukształtował się w obrębie wewnętrznego mitu z lat 60.–70. XX w. w radzieckim KGB. Starsi funkcjonariusze po zakończeniu II wojny światowej brali udział w likwidowaniu na zachodniej Ukrainie ostatnich żołnierzy UPA (Ukraińskiej Powstańczej Armii) oraz oddziałów ukraińskich sformowanych przez nazistów. Obraz „banderowca” jest zupełnie bezosobowy, niezwiązany w żaden sposób z realną tożsamością narodową.

Już na początku został więc postawiony znak równości między rzeczywistymi przedstawicielami tożsamości zachodnioukraińskiej oraz nową, rodzącą się tożsamością ukraińskiego narodu obywatelskiego. Następnie wszyscy przeciwnicy tożsamości „radzieckiej” na Ukrainie zostali okrzyknięci „banderowcami”, a więc im również odebrano twarz i jakiekolwiek ludzkie cechy i właściwości (w słowniku kampanii propagandowej stali się więc „złem absolutnym”). Mieszkańcom Ukrainy pozostała zatem już tylko jedna realna (z punktu widzenia większości Rosjan) alternatywa – radzieckość. Nie ma już żadnej innej opcji, co mówi samo za siebie i pozwala przypuszczać, że dalsza ingerencja Rosji w wewnętrzne sprawy Ukrainy jest nieuchronna.

Osobną kwestią pozostaje pytanie, czy to ukształtowane w ciągu ostatnich 15–20 lat spojrzenie Rosjan na mieszkańców Ukrainy może się zmienić i czy Rosjanie dadzą się przekonać o istnieniu odrębnej (lub odrębnych) tożsamości ukraińskiej. W perspektywie krótkoterminowej takiej możliwości już w zasadzie nie ma, ponieważ stereotypy za bardzo się umocniły. Pomijając już wojnę informacyjną, w ramach której Rosjanie zostali właściwie pozbawieni realnej informacji o tym, co się dzieje na Ukrainie, i to niezależnie subod poglądów na politykę Władimira Putina wobec sąsiedniego państwa.

Zmiana warty

Osobiste kontakty między Rosjanami a ich krewnymi i przyjaciółmi z Ukrainy nie wystarczą do zmiany sytuacji. Obecny kryzys uderzył właśnie w relacje osobiste i polityka „przekazu osobistego” niczego nie zmieni. Według danych z ostatniego badania przeprowadzonego przez socjologów z rosyjskiego Centrum Lewady telewizja jest głównym źródłem najważniejszych informacji dla 94% Rosjan. Około jednej czwartej respondentów czerpie wiadomości z Internetu. Przekaz osobisty przyjaciół, krewnych i znajomych był wymieniany przez 16% badanych. To katastrofalne wskaźniki, biorąc pod uwagę, że do niedawna inne badania wskazywały, że to właśnie relacje osobiste są dla Rosjan głównym źródłem informacji. Pozostał więc niewątpliwie tylko jeden wariant – zmiana tożsamości samych Rosjan.

Nie można zresztą wykluczyć, że próba udowodnienia Rosjanom, iż na Ukrainie pojawiła się nowa, obywatelska tożsamość, skazana jest na porażkę. Wcale nie dlatego że nikt w to nie uwierzy. Raczej dlatego że ta tożsamość nie obejmie szerokich mas, a być może w ogóle zaniknie. Wszak faktyczną konsekwencją obcej ingerencji w wewnętrzne sprawy Ukrainy staje się głęboka archaizacja przestrzeni politycznej i kulturowej tego kraju. Na pierwszy plan wysuwają się wszystkie najstarsze archetypy. Nawet „tożsamość radziecka” traci na znaczeniu we wschodnich obwodach Ukrainy, ustępując miejsca identyfikacji regionalnej – wydawałoby się, rodem z czasów wojny domowej lat 1917–1921. W tym kontekście, jeśli sytuacja będzie nadal się zaostrzać, nie można wykluczyć wariantu, że na Ukrainie fizycznie zabraknie przedstawicieli idei „narodu obywatelskiego” – albo zostaną wytępieni, albo zmuszeni do emigracji, a większość również powróci do archaicznych wariantów samoświadomości, które zwiększą prawdopodobieństwo przetrwania w warunkach działań wojennych i innych kataklizmów.

Tłumaczyła Joanna Bernatowicz

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata